Dla Pauliny praca zdalna to żadna nowość - działa na tej zasadzie od ponad dwóch lat. Jest zatrudniona w dużej międzynarodowej firmie z branży medycznej. Ma zespół i szefów rozrzuconych po całej Europie, na co dzień i tak nie widywali się w warszawskim biurze. Jej praca to już wcześniej były niekończące się "kole" - od angielskiego "call", czyli tele - a teraz także wideokonferencje. Paulina w firmie pojawiała się bardzo rzadko - raz na kwartał, jeśli była taka potrzeba. Dużo jednak przed pandemią wyjeżdżała, i to często do Stanów Zjednoczonych, żeby podtrzymywać kontakty z klientami, spotykać się na prezentacjach, dbać o relacje.
- Ostatnio miałam nawet lecieć do Amsterdamu i Hamburga, ale okazało się, że klienci "wolą spotkać się na Zoomie niż w modnej restauracji" - wspomina, dodając, że bardzo ją ta zmiana cieszy. - Komuś mogłoby się wydawać, że "wow, raz w miesiącu latasz do Nowego Jorku". Tak, tylko lot z całą oprawą to dzień wyjęty z życia, osiem godzin w ciasnym fotelu samolotowym. W Nowym Jorku widzę tylko lotnisko i wypożyczalnię samochodów, bo klient ma siedzibę półtorej godziny jazdy od miasta. Jadę tam, mam spotkanie, prezentację, paskudny lunch w kantynie, wieczorną oficjalną kolację w hotelowej restauracji, rano kolejne spotkanie i powrót na lotnisko. A później walczę jeszcze z jet lagiem - wylicza.
Bo ja muszę iść do biura
Paweł podaje przykład z własnej branży. Pracuje w sporej agencji PR-owej, w zespole składającym się głównie z mężczyzn. - Pod koniec kwietnia część moich kolegów na ochotnika zaczęła zgłaszać chęć powrotu do pracy stacjonarnej - w nieoficjalnych rozmowach tłumacząc, że mają już dość pracy z rodziną na karku, że potrzebują wyjść, a konieczność obecności w biurze jest bezdyskusyjnym argumentem w rozmowach z partnerkami - dodaje, uśmiechając się wymownie. Dorzuca, że w tej grupie jest dwóch kolegów, którym przed pandemią zdarzało się umawiać w weekendy na gierki online - pod pretekstem "dokończenia prezentacji".
Specjalnie dla grupy pracowników, którzy bardzo chcieli wrócić do biura, kupiono maszynę ozonującą do oczyszczania powietrza oraz wprowadzono nowe zasady: konieczność uprzedzania o przyjściu do pracy, żeby w biurze było maksymalnie 50 procent zespołu, zachowanie odstępów między pracownikami przy biurkach, obowiązek mierzenia temperatury przed wejściem.
Nowa i zupełnie inna rzeczywistość
U Małgorzaty, kierującej zespołem sprzedaży, już wiadomo, że pandemia wywróci system pracy. - We wrześniu mieliśmy zmieniać siedzibę, wynajmowana przestrzeń została ostatecznie pomniejszona i zupełnie inaczej niż w pierwotnych pomysłach zaaranżowana - tłumaczy Gosia. - Zamiast klasycznych open space'ów, z osobnymi gabinetami dla szefów, będzie jak w przestrzeni coworkingowej. Pojawią się "gorące biurka" nieprzypisane do konkretnych osób, sprzęt komputerowy zostanie wymieniony na laptopy, będą wydzielone salki do wideokonferencji i osobne miejsca do spotkań w małych grupach. Pracownicy będą mieli wybór - praca zdalna lub stacjonarna, ale każdy zespół będzie miał rotacyjnie jeden dzień obowiązkowy w biurze - dodaje.
Całe biuro w komórce
Janek, marketingowiec z firmy motoryzacyjnej, nie wróci do biura. - Umowa najmu została wypowiedziana, w lipcu spakowaliśmy się w kartony i zabraliśmy wszystkie swoje rzeczy - mówi. Od zawsze pracował stacjonarnie, inaczej niż jego narzeczona, która jest graficzką i wolnym strzelcem. - Mam szafę garniturów, koszul i krawatów, miałem służbowy samochód, eleganckie biuro w klimatyzowanym budynku, wychodziłem z domu o 8, wracałem przed 18 - wspomina.
Nowy system, tak inny od tego, w którym funkcjonował przez ostatnie 20 lat, wywrócił jego życie. - Szybko pozbyłem się służbowego auta - mieszkam w centrum Warszawy i musiałbym codziennie opłacać postój samochodu w parkomacie. Okazało się także, że mogę dłużej pospać. Szybko zmieniłem styl życia. Teraz wstaję o 7, idę pobiegać do pobliskiego parku, wracam, biorę prysznic i jem z narzeczoną śniadanie. Obiad zresztą też! Dzień pracy reguluję sobie sam, przez co mam więcej miejsca na moje potrzeby, a nie odbywa się to kosztem pracy, bo tę po prostu wykonuję inaczej - miesza się ona bardziej z życiem osobistym. Kilka razy zdarzyło się, że ważne maile pisałem z nadwiślańskiej plaży, a punkty umowy omawiałem w kuchni rodziców. Mam z moimi współpracownikami raz na tydzień spotkanie - na razie widujemy się w kawiarnianych ogródkach przy espresso. Każdy dział prowadzi grupę na Facebooku, w której aktualizujemy informacje na temat pracy. Czuję się trochę jak freelancer, chociaż nie będę ukrywał, że na początku było mi trudno: byłem zdezorientowany, zrezygnowany, musiałem się nauczyć tej nowej rzeczywistości. Laptop, smartfon, drukarka na wi-fi - to teraz całe moje biuro - mówi, śmiejąc się, że najbardziej żal mu garniturów, bo lubił siebie w oficjalnej zbroi.
Dylematy i poczucie osamotnienia
Marta ma własną agencję PR-ową zajmującą się mediami społecznościowymi i od miesiąca nie wie, co dalej: wypowiadać wynajem sporego segmentu, w którym ma siedzibę jej firma? Wynająć niewielkie mieszkanie?
Jej pracownicy na początku epidemii strasznie narzekali na pracę z domu, pisali i mówili, że tęsknią za atmosferą, za ludźmi, za żartami. - Z czasem jednak osiedli w nowej sytuacji i coraz mniej chętnie rozmawiają o powrocie do biura - twierdzi Marta. - Część osób boi się jeździć komunikacją miejską, inne powoli wymuszają na mnie określenie warunków pracy od września, bo chciałyby wymówić wynajem mieszkania i wrócić do rodzinnych miast. Od marcowego zamknięcia do dzisiaj nikt oprócz mnie nie był w wynajmowanym biurze, nawet rekrutację prowadzę podczas wideorozmów.
Dla Magdy praca zdalna jest trudna. Pracuje w finansach, od czterech lat jest singielką. Jej rodzina i większość przyjaciół mieszka kilkaset kilometrów od Poznania. Na dodatek Magda dopiero rok temu przeniosła się do tego miasta, nie ma tu jeszcze zbyt wielu znajomych. - W szczycie obostrzeń byłam sama 24 godziny na dobę, nie miałam fizycznego kontaktu z nikim po kilka dni. Dzwoniłam do rodziców i do przyjaciół, ale oni mieli na głowie dzieci, pracę i napiętą sytuację, więc ciężko mi było im się żalić na samotność, skoro oni o niej marzyli - mówi.
Jak tylko pojawiła się możliwość powrotu do biura, pierwsza skorzystała z okazji. Wcześniej specjalnie jeździła na zakupy daleko od swojego mieszkania, żeby chociaż postać z ludźmi w korkach. - Teraz pracuję stacjonarnie 3-4 dni w tygodniu, ale chcę wrócić do biura na stałe. Owszem, osób jest mniej, trzymamy dystans, ale mam możliwość kontaktu, bycia między ludźmi, wypicia z kimś kawy i zjedzenia obiadu. To dla mnie bardzo ważne. W domu byłabym sama jak palec, w pracy przez większość dnia nie czuję się aż taka samotna - dodaje.
Na skraju wytrzymałości
Katarzyna też wróciła do pracy, jak tylko się dało, ale nie z powodu braku kontaktu z ludźmi, tylko przez jego nadmiar. - W domu mam dwoje dzieci - jedno dwuletnie, drugie pięcioletnie - i pracę, która wymaga pełnego skupienia - szefuję działowi kadr i księgowości w jednej z firm spożywczych - mówi. - Na początku pandemii starsze dziecko przestało chodzić do przedszkola, opiekę nad nim podzieliliśmy między mnie, męża i nianię, która zajmuje się młodszym dzieckiem. Córka jednak nie za bardzo rozumiała ten podział, bo niby jesteśmy w domu, ale jednak w pracy. Próbowaliśmy wypracowywać różne kompromisy, ale było naprawdę ciężko. Ustaliłam z przełożonymi, że będę na dwa dni przychodzić do biura, żeby w spokoju wykonywać najbardziej wymagające skupienia czynności. Byłam wtedy w naszym biurze praktycznie sama - dzięki tym ucieczkom z domu jestem o wiele produktywniejsza, spokojniejsza, łapię także oddech i dystans od spraw domowych - tłumaczy Magda.
Przy pracy zdalnej miotała się między poczuciem winy, że nie poświęca należytej uwagi pracy, a wyrzutami sumienia, że nie daje jej dzieciom. - W pewnym momencie czułam, jakby sufit coraz niżej opuszczał mi się na głowę, że za chwilę zwariuję. Pięć osób przewalających się po domu, z czego dwie niepoddające się zasadom - praca w biurze to dla mnie póki co najlepsze rozwiązanie - mówi.
Tu chodzi o zdrowie i bezpieczeństwo
Wielu podobnych relacji na co dzień wysłuchuje Anna, która od marca jest częścią zespołu kryzysowego opracowującego nowy model pracy w jednej z dużych korporacji. - Nasi pracownicy dostali kilka anonimowych ankiet, w których określali swoje potrzeby i oczekiwania dotyczące powrotu do pracy stacjonarnej, których wyniki teraz analizuję. Spotykam się z kierownikami i z zespołami roboczymi z różnych działów, żeby wspólnie zaproponować najlepsze dla wszystkich rozwiązania - tłumaczy.
Zdaniem Anny zamknięcie przyspieszyło i tak nieuniknioną zmianę, przed którą wzbraniało się wielu mniej doświadczonych kierowników. - Okazało się, że efektywność to nie "dupogodziny" wysiedziane przy biurku pod okiem szefa, który widzi i docenia, że zostajemy po pracy, ale realizowanie celów we własnym tempie i w najlepszym dla pracownika czasie - dodaje Anna. - Do tego potrzebna była zmiana myślenia, odejście od feudalnego zarządzania, wiara, że pracownik może być samodzielny, odpowiedzialny i ogarnięty, że nie trzeba nad nim stać.
Czy w przypadku firmy Anny praca zdalna to cel większości osób? - Okazuje się, że nie do końca. Większość deklaruje chęć pracy stacjonarnej przez kilka dni w tygodniu i zdalnej przez resztę czasu. Kluczowa jest wolność wyboru i możliwość przyjścia do biura, kiedy jest taka potrzeba. W ankietach i rozmowach wychodzi, że po tych kilku miesiącach pracy z domu ludziom zaczyna brakować kolegów, spotkań, rozmów na korytarzach i w bufecie. Dla części z nich komunikatory, maile i wideokonferencje to za mało, żeby poczuć więź z innymi. Zasmuciły mnie i zszokowały anonimowe wypowiedzi ludzi, z których wynikało, że relacje z ludźmi w pracy to jedyne, jakie mają, i ich odcięcie bardzo odczuwają - mówi Anna.
Od września praca w jej firmie będzie hybrydowa, dostosowana do potrzeb pracowników i z zachowaniem nowych reguł dotyczących bezpieczeństwa. Anna nie ma jednak pewności, jak ta transformacja się zakończy, jeśli spojrzeć na cały rynek pracy. - Mam kolegę w zespole, który sześć lat pracował tylko zdalnie, i po tak długotrwałym doświadczeniu twierdzi, że w jego przypadku pod koniec to był horror: boleśnie odczuwał odcięcie od ludzi i zamknięcie w czterech ścianach mieszkania, niewychodzenie z domu. Mnie taki system odpowiada, bo daje większą wolność - o ile tylko zachowamy odpowiednie proporcje między czasem wolnym a zawodowym - dodaje Anna.
Nie wszędzie szefowie idą na kompromis
Psycholog organizacji i psychoterapeuta Tadeusz Reimus pracuje na linii wsparcia dla pracowników Mental Health Helpline i zajmuje się konsultacjami w sztabach kryzysowych oraz pomocą pracownikom wielu firm i instytucji. Jego zdaniem nastawienie do powrotu do pracy stacjonarnej zależy od tego, jak szefostwo firmy radziło sobie z zarządzaniem zespołem w czasie całej pandemii. - Jeśli było źle, chaotycznie i ze złą komunikacją, to pracownicy mają nastroje minorowe. Generalnie panuje przekonanie, że musimy przyzwyczaić się do nowej normalności, że nie ma powrotu do pracy osiem godzin przez pięć dni w biurze. A przy liniach produkcyjnych, w miejscach, w których pracować trzeba, że konieczne są nowe procedury bezpieczeństwa - tłumaczy.
Z rozmów Reimusa z pracownikami urzędów i korporacji wynika, że tam, gdzie praca zdalna była już częściowo dopuszczana, ludzie łatwiej się jej poddali i dostosowali, o ile pracodawca wsparł przejście jasnymi komunikatami, dał odpowiednie narzędzia, ułatwił ją. - Pandemia przyspieszyła zmianę, która i tak nas czekała, o 5-10 lat. W kilka miesięcy musieliśmy przejść na tryb zdalny - badania pokazują, że Polacy poradzili sobie z tym świetnie. Obawy, że taki system nas rozleniwi, nie sprawdziły się, powszechniejsza była raczej motywacja, a na początku wręcz spięcie i większa efektywność - wyjaśnia.
Zdaniem Tadeusza Reimusa nowy system pracy został także szybko przeliczony przez pracodawców - okazało się, że oszczędności wynikające ze zmiany są duże, opłaca się więc przy nich zostać. Nie ma jednak wątpliwości, że dialog pracodawcy z pracownikiem na temat przyszłości pracy nie jest standardem. - Wszystko zależy od stylu zarządzania i danego szefa. Zasada jest taka, że jeśli wcześniej zarządzano w firmie dyrektywnie, to teraz nowe zasady jeszcze bardziej usztywniły relacje - jest wybór: albo się dostosujesz, albo do widzenia. A ludzie obawiają się utraty pracy, więc godzą się na stawiane im warunki. Mam przykłady organizacji, w których wspólne przedyskutowanie nowych zasad opłaciło się - te firmy lepiej się dostosowały i będą lepiej funkcjonowały. Ale nie jest to norma - podkreśla Tadeusz Reimus.
Jak dajemy sobie radę?
Psycholog zwraca uwagę na to, że przed pandemią mieliśmy jasno podzielone terytoria: zwyczajowo inaczej zachowujemy się w firmie, inaczej do niej ubieramy, inaczej w niej się mobilizujemy, gramy inną rolę, a inaczej to wszystko wygląda w domu. W pandemii zrobił się galimatias w takim podziale i trzeba było sobie z tym poradzić. Kto miał chaos w domu, marzył o wyjściu do pracy. - Dla singli odcięcie było fajne przez pierwsze dwa tygodnie, potem wielu zaczęło odczuwać samotność, nawet do poziomu zaburzeń. Badania pokazują, że w czasie przymusowej izolacji trzy razy częściej niż przed nią u ludzi pojawiała się depresja - ten przyrost potwierdza WHO - dodaje psychoterapeuta.
Komu więc najbardziej zależy na powrocie do biura? Osobom, które wyczerpały swoje naturalne sposoby radzenia sobie z pandemią. - Im bardziej są wymęczone nową sytuacją, tym chętniej wrócą do biura, a im lepiej sobie radzą z różnych względów: mają wspierającą rodzinę, wypracowany system, tym chętniej zostaną przy pracy z domu - wyjaśnia psycholog.
A w pracy zdalnej ważniejsze stają się cele, a nie relacje. - Na Zoomie nie nadrobi się więzi, tłucze się głównie zadania. Owszem, były w niektórych firmach spotkania przy winie na Zoomie, ale ten pomysł się nie utrzymał - wyjaśnia Reimus. I dodaje: - W nowej rzeczywistości pracy hybrydowej trzeba być czujnym, dbać o siebie i dawać sobie wzajemnie ciepło.
Ola Długołęcka. Redaktorka. Czujnie obserwuje ludzi i przysłuchuje się ich rozmowom. Chodzący spokój i zorganizowanie. Wieloletnia wielbicielka Roberta Redforda, a od niedawna kierowcy F1 Daniela Ricciardo.