Społeczeństwo
Dom Małego Dziecka (Fot. Piotr Wójcik / Agencja Wyborcza.pl)
Dom Małego Dziecka (Fot. Piotr Wójcik / Agencja Wyborcza.pl)

Krzysztof Koszlaga, działacz ówczesnej Solidarności: - System był głęboko patologiczny. Dla niektórych bardzo intratny.

Bożena Łojko, założycielka Fundacji "Zerwane Więzi", w 1979 roku jako dziecko została rozdzielona ze swoim bratem: - W dokumentach wszystko było pięknie: legalnie i zawsze pod przykrywką dobra dziecka. Rodzina biologiczna była zadowolona, sędzia, pośrednik i rodzina adopcyjna też. Tylko dla dziecka różnie się to kończyło.

Dyrektorka jednego z wojewódzkich ośrodków adopcyjnych, która zastrzega anonimowość: - O tym, co się działo, można by napisać kilka książek.

Profesor Adam Strzembosz, przewodniczący podzespołu ds. prawa i sądów podczas obrad Okrągłego Stołu: - Nie mam wątpliwości, że dochodziło wtedy do nadużyć.

Profesor prawa Elżbieta Holewińska-Łapińska, autorka prac naukowych o adopcjach zagranicznych: - Zjawisko sprzedawania dzieci istniało.

Dom Dziecka, 1989 r. (Fot. Piotr Wójcik / Agencja Gazeta)

Dzieci szły jak woda

Mało kto dziś wie, że słynna polityka "otwarcia na świat" dekady Edwarda Gierka (1970 -1980) oznaczała również otwarcie furtki do zagranicznych adopcji polskich dzieci. Po zaciągnięciu żelaznej kurtyny w ogóle nie było o tym mowy - do 1974 roku żadne polskie dziecko nie zostało adoptowane przez zagraniczną rodzinę. 

- Do czasów Solidarności to zjawisko istniało, ale było marginalne. Adopcje zagraniczne dotyczyły głównie środowisk polonijnych. Potem, kiedy Zachód zaczął interesować się "S", a więc też Polską, sytuacja wyglądała tak, że z jednej strony z Zachodu przychodziły dary, a z drugiej - były wyrazy wdzięczności, czyli polskie dzieci do adopcji - mówi prof. Holewińska- Łapińska.

Przeprowadzenie zagranicznych adopcji stało się jeszcze łatwiejsze dzięki pismu Departamentu Profilaktyki, Lecznictwa i Rehabilitacji Ministerstwa Zdrowia z 1982 roku. "Zasady postępowania w sprawach przysposobienia małoletnich obywateli polskich, przebywających w państwowych domach małego dziecka i innych placówkach służby zdrowia, przez osoby zamieszkałe za granicą" zostały szeroko rozpropagowane poza Polską przez ambasady i konsulaty PRL. Do dokumentu dołączono wykaz oddziałów noworodkowych oraz domów małego dziecka, do których trafiały sieroty. Pracownicy tych dwóch instytucji bardzo często stawali się ich prawnymi opiekunami, a następnie kierowali wnioski o ich adopcję - bezpośrednio do sądu. 

Rozesłane pismo dotyczące nowych zasad adopcji dzieci musiało wyglądać jak polska oferta dla zagranicy. I dokładnie tak zostało potraktowane. 

W 1982 roku orzeczono 60 zagranicznych adopcji - co nie oznacza, że z Polski wyjechało dokładnie tyle dzieci, bowiem jedno orzeczenie mogło dotyczyć kilkorga, na przykład rodzeństwa. Rok później adopcji zagranicznych było już 166. W kolejnych latach ich liczba systematycznie rosła - do 259 orzeczeń w 1987 roku, 412 w 1989 roku. - Polskie dzieci szły za granicę jak woda - mówi ówczesna dyrektorka wojewódzkiego ośrodka adopcyjnego.

Sprawy dotyczące dzieci podlegały wówczas trzem resortom: zdrowia, sądownictwa i oświaty. Porozumienia międzyresortowe zakładały, że polskie dziecko może wyjechać z kraju wówczas, gdy na jego adopcję nie ma chętnych w Polsce lub gdy jest ono chore. Jednak w praktyce często nie przestrzegano tych wytycznych. Sądy rodzinne mogły orzec o zagranicznej adopcji bez spełnienia jednego z podstawowych warunków. Dochodziło też do innych nadużyć. 

W 1979 roku szwajcarskie małżeństwo zaadoptowało dwuletniego Jurka, brata Bożeny Łojko. Ją przygarnęła polska rodzina. Urodzony w Polsce chłopiec w dokumentach figurował jako dziecko, które przyszło na świat w Genewie. - Sfałszować papiery musieli pracownicy polskiego urzędu stanu cywilnego. Tego typu ustawionych adopcji, podczas których dochodziło także do rozdzielania rodzeństwa, było w tamtym okresie bardzo dużo - mówi Bożena Łojko.

Proces adopcyjny często nie spełniał standardów prawnych nawet wtedy, kiedy dotyczył polskiego podwórka. - Moja mama [adopcyjna - przyp. red.] opowiadała mi, że trwał on dwa tygodnie. Nikt nie robił testów psychologicznych, nikt adopcyjnej rodziny nie sprawdzał, a na sądowym korytarzu nowi rodzice minęli się z moimi biologicznymi rodzicami - opowiada Iwona Guzowska, którą w latach siedemdziesiątych adoptowała polska rodzina.

Jak się później okazało - rodzina, w której dochodziło do przemocy. 

Dom Dziecka, 1989 r. (Fot. Piotr Wójcik / Agencja Gazeta)

Im młodsze dziecko, tym wyższa cena

Adopcja zagraniczna w zdecydowanej większości nie dotyczyła wówczas biologicznych sierot, ale dzieci pochodzących z rodzin dysfunkcyjnych. Takim rodzinom w zachodnim świecie - a o polskie dzieci zabiegali Niemcy, Francuzi, Włosi i obywatele USA - dzieci nie odbierano, ale oferowano pomoc. - W Polsce nikt nie wspierał takich rodzin, dlatego dzieci, które z nich pochodziły, szły do adopcji. Zagranicznych rodzin zainteresowanych polskimi dziećmi było zdecydowanie więcej niż tych dzieci, więc czarny rynek kwitł. W PRL nie było specjalnie szans na wzbogacenie się. A tu proszę, taka okazja - mówi Bożena Łojko.

- W tamtych czasach wartość dziewczynki dochodziła do pięciu tysięcy dolarów, a chłopca do dziesięciu. Im młodsze dziecko, tym wyższa cena - mówi Krzysztof Koszlaga, który w tamtym czasie działał w sekcji oświatowej "S".

Kwoty podawane przez Koszlagę potwierdza dyrektorka ośrodka adopcyjnego. - Tyle na czarnym rynku był wtedy wart młody człowiek.

W PRL kilka tysięcy dolarów to była fortuna. Miesięczna pensja wynosiła w przeliczeniu 20-30 dolarów. Budżet miesięczny na poziomie stu dolarów oznaczał bogactwo. To musiała być ogromna pokusa. Ta sama dyrektorka ośrodka adopcyjnego wspomina, jak do jej syna zgłosiła się sędzia. - Namawiała, żeby wykradł dla niej dokumenty z ośrodka. "Na pewno wiesz, gdzie mama ma klucze" - mówiła. Bo akurat pilnie szukała noworodka dla jakiejś szwedzkiej rodziny - opowiada kobieta.

Koszlaga zainteresował się sprawą nielegalnych adopcji w latach osiemdziesiątych, kiedy sygnały o niej zaczęły docierać do sekcji oświatowej "S". Sam był też blisko spraw adopcyjnych, ponieważ pracował w specjalnym ośrodku szkolno-wychowawczym i organizował adopcje do Francji dla tych dzieci, których w Polsce rzeczywiście nikt nie chciał adoptować. Z jego relacji wynika, że system był nieszczelny i przeżarty korupcją. 

Opowiada o upośledzonym chłopcu, który miał zostać adoptowany przez francuską rodzinę. Adopcja przebiegała legalnie i była szansą na dobre życie dla tego dziecka. - Po rozprawie jego biologiczna matka zapytała mnie roztrzęsiona: "A gdzie dla mnie pieniądze?" - relacjonuje Koszlaga. W sądach mówiło się o przypadkach, w których za oddanie dziecka do zagranicznej adopcji biologiczna rodzina otrzymała pieniądze od pośrednika. Prowadząca sprawę sędzia uznała, że tak było i tym razem. - Zapytałem kobietę: "Jakie pieniądze?". A ona: "Pani sędzina mi powiedziała, że za tę zgodę blankietową [o zrzeczenie się władzy rodzicielskiej - przyp. red.] ja na pewno dostanę pieniądze. A ja na to: "Proszę wrócić na salę i powiedzieć sędzi, żeby wypłaciła pieniądze, które obiecała" - wspomina Koszlaga.

Dom Dziecka, 1989 r. (Fot. Piotr Wójcik / Agencja Gazeta)

Siatka pośredników

W aktach sądowych można znaleźć kuriozalne opisy, w jakich okolicznościach zagraniczna rodzina miała dowiedzieć się o polskiej sierocie. Jeden z takich opisów, dostarczonych przez zagraniczną parę, przywołuje prof. Holewińska-Łapińska: 

"Jedziemy sobie po Polsce, zwiedzamy, i mijamy szpital. Wtedy mówię do męża: O, to może się zatrzymamy i zobaczymy, czy tu nie ma jakichś dzieci do adopcji? W szpitalu akurat było dziecko, od dawna chore, więc myśmy powiedzieli, że jesteśmy zainteresowani".

- I sąd to kupował! - kwituje badaczka.

Na sprzedaży noworodków zarabiali prawnicy zaangażowani bezpośrednio w przebieg procesu adopcyjnego. - Wiadomo było, że dany mecenas jest uznawany za "specjalistę od adopcji zagranicznych". A jak on to dziecko pozyskiwał? To już była jego słodka tajemnica. Próby spraw karnych w tym temacie kończyły się fiaskiem, bo w aktach wszystko się zgadzało - opowiada prof. Holewińska-Łapińska. Na procederze mogli zarabiać również lekarze, którzy preparowali dokumenty. - Dziecko zdrowe kwalifikowali jako takie z zaburzeniami. Przy małych dzieciach to było łatwe, bo oszustwa "na oko" nie widać. A takie zaświadczenie otwierało furtkę do zagranicznej adopcji - zaznacza Bożena Łojko.

Prof. Holewińska-Łapińska wspomina sprawę dziecka, które w dokumentach miało wpisaną chorobę sierocą oraz podejrzenie zespołu Downa. - Ale kto się pod tym podpisał? Chirurg urolog! I potem stanął przed sądem i powiedział, że na weryfikację tej diagnozy trzeba czekać osiem tygodni, wtedy dopiero będą wyniki badań specjalistycznych. Ale sąd nie czekał. Adopcję przeprowadzono.

Po 1982 roku do grona osób pośredniczących w adopcjach dołączyli pracownicy domów małego dziecka i oddziałów noworodkowych, którym nowe prawo pozwoliło o adopcjach decydować bez udziału ośrodków adopcyjnych. - Myśmy byli temu bardzo przeciwni. Uważaliśmy, że to niedopuszczalne, żeby pielęgniarki wydawały dzieci do adopcji. Rodziny powinny być przecież zbadane, sprawdzone i dobrane do konkretnego dziecka. A nie odwrotnie - dziecko do rodziny - mówi ówczesna dyrektorka wojewódzkiego ośrodka adopcyjnego.

Z jej słów wynika, że to właśnie wtedy patologie systemu osiągnęły apogeum. - Znam przypadek, kiedy do szpitala zgłosiła się rodzina, która chciała adoptować dziecko. A ponieważ pielęgniarce ci ludzie się spodobali, po prostu wyniosła im noworodka. Tak po prostu - mówi dyrektorka.

Z roku na rok liczba zagranicznych adopcji wzrastała. Wydawanych dla sierot paszportów było już tak wiele, że sprawą zainteresowała się milicja. - Przyszedł do mnie w tej sprawie zastępca komendanta wojewódzkiego. Ale u mnie tych adopcji zagranicznych było niedużo. Kiedy zapytał, skąd więc tyle wyjazdów noworodków, powiedziałam mu, żeby poszukał odpowiedzi na swoje pytanie właśnie na oddziałach noworodkowych i w domach małego dziecka. Wiem, że kiedy milicja do nich zawitała, na personel padł blady strach - mówi dyrektorka.

Dom Dziecka, 1989 r. (Fot. Piotr Wójcik / Agencja Gazeta)

Szansa na lepsze życie

Nieprawidłowości w adopcjach zagranicznych były tajemnicą poliszynela. Po zmianie ustroju władze nowej Polski musiały zdawać sobie sprawę ze skali nadużyć. W dokumencie "Adopcja zagraniczna. Zagadnienia prawne i społeczne" autorstwa Jolanty Szymańczyk przygotowanym w 1995 roku na zlecenie sejmowego Biura Studiów i Ekspertyz Wydziału Analiz Ekonomicznych i Społecznych można przeczytać: "Korupcja i inne przestępstwa związane z adopcją zagraniczną są trudne do oszacowania - jak wszystkie działania szarej strefy - ale zaniedbania i nieprawidłowości postępowania sądów w sprawach o przysposobienie są dość dobrze rozpoznane przez resort sprawiedliwości". W dokumencie z 1991 roku pt. "Adopcja zagraniczna w świetle Konwencji Praw Dziecka" autorstwa prof. Holewińskej- Łapińskiej pojawia się wypowiedź Koszlagi: "W wielu przypadkach za wyposażenie szpitala czy dostarczenie innych dóbr ofiarodawca [państwa zachodnie - przyp. red.] musi być właściwie uhonorowany. Jeśli jest zainteresowany dzieckiem, to mu się je załatwia" .

Dziś Koszlaga podtrzymuje tamte słowa. - Niektóre szpitale tak działały. Nawet u mnie, na Pomorzu, tak było.

Podkreśla jednak, że dla wielu dzieci zagraniczna adopcja była szansą na lepsze życie. - Żeby adoptować dziecko we Francji, trzeba było być rodziną Rockefellerów. A u nas Francuzi nie tylko mogli starać się o adopcje, ale bardzo często decydowali się uratować rzeczywiście chore dzieci, które nie miałyby na godne życie żadnych szans. Francuski listonosz i jego żona, gospodyni domowa, adoptowali tak od nas dwie chore siostry - opowiada Koszlaga. Odwiedzał dzieci zaadoptowane z ośrodka, w którym pracował. - Było im we Francji bardzo dobrze - podkreśla.

- Mój brat trafił akurat do dobrej, szwajcarskiej pary czterdziestolatków. Ci ludzie bardzo o niego dbali. Miał szczęście - mówi Bożena Łojko. Nie zawsze jednak tak było. Do Fundacji "Zerwane Więzi" od 2013 roku zgłaszają się osoby poszukujące rodzeństwa, z którym zostali rozdzieleni w procesie adopcyjnym. Dziś to dorośli ludzie. Część z nich opowiada, że przeżyli koszmar. - Dziewczynka trafiła do Niemiec. Adopcyjny ojciec i jego trzech synów regularnie ją gwałcili. Dwóch braci pojechało do patologicznej rodziny we Francji, również byli wykorzystywani seksualnie. Chłopcy z tej rodziny uciekli - podaje przykłady Łojko.

Ale wyraźnie podkreśla, że nie było to regułą. W cytowanym już dokumencie sejmowym z 1995 roku czytamy: "Dla wielu dzieci, zwłaszcza niepełnosprawnych, przysposobienie zagraniczne stanowi jedyną szansę na wychowanie w rodzinie. Rodziny zamieszkałe za granicą znacznie częściej niż polskie gotowe są przysposobić dziecko 'specjalnej troski'" .

Również prof. Holewińska- Łapińska w swoim opracowaniu pisze: "Nie ulega wątpliwości, że dla wielu dzieci kalekich, chorych, pochodzących od rodziców alkoholików lub chorych psychicznie, które w Polsce nie miałyby szans ani na wyleczenie, ani na wychowanie w środowisku rodzinnym, przysposobienie przez cudzoziemców stanowi o możliwości normalnego rozwoju" .

Dyrektorka ośrodka adopcyjnego mówi, że każdego roku wydawała zgodę na zagraniczne adopcje. - I to dla tych dzieci było zbawienie. Byłam bardzo szczęśliwa, kiedy znalazła się rodzina dla dziecka bez trzech kończyn - wspomina.

Fakt, że zagraniczna adopcja była szansą dla chorych dzieci, podkreśla też prof. Strzembosz. - Dla dzieci ułomnych, upośledzonych umysłowo w Polsce nie można było znaleźć żadnej rodziny - mówi. A pobudki osób biorących udział w procederze korupcyjnym komentuje krótko: - Decydowały względy merkantylne.

fot. Tomasz Waszczuk / AG

*** 

Już po zmianie ustrojowej prof. Strzembosz został podsekretarzem w Ministerstwie Sprawiedliwości w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, a następnie prezesem Sądu Najwyższego. Za jego kadencji - w 1992 roku - weszła w życie uchwała Sądu Najwyższego uznająca dopuszczalność adopcji zagranicznej polskiego dziecka tylko w sytuacji, gdy nie ma możliwości umieszczenia go w rodzinie w Polsce. W 1993 roku ukazało się rozporządzenie Ministra Edukacji Narodowej w sprawie ośrodków adopcyjno-opiekuńczych. Zgodnie z tym dokumentem wyłącznie Publiczny Ośrodek Adopcyjno-Opiekuńczy w Warszawie (przy ul. Nowogrodzkiej 75) został upoważniony do prowadzenia Centralnego Banku Danych o dzieciach, dla których nie znaleziono zastępczej formy opieki w kraju. Od tej pory stołeczna placówka jako jedyna w Polsce mogła kwalifikować dzieci do zagranicznej adopcji.

W 1995 roku Polska ratyfikowała też konwencję o ochronie dzieci i współpracy w dziedzinie przysposobienia międzynarodowego (tzw. konwencję haską). Jej głównym celem było przeciwdziałanie uprowadzeniom i sprzedaży dzieci.

- To były kluczowe zmiany prawne. Po ich wprowadzeniu wciąż mogły występować pewne nieprawidłowości, ale na pewno zajmowano się nimi bardziej rygorystycznie niż w PRL - mówi prof. Holewińska- Łapińska.

W przygotowanym na zlecenie Sejmu opracowaniu Jolanty Szymańczyk czytamy też, że w związku z informacjami o korupcji i innych nieprawidłowościach "sądy otrzymały konkretne zalecenia mające usprawnić ich pracę" .

Bożena Łojko odnalazła swojego brata Jurka po pięciu latach poszukiwań. Szukając jakichkolwiek informacji, była odsyłana do kolejnych instytucji, które zasłaniały się przepisami lub ochroną danych osobowych. Ostatecznie w 2004 roku Bożena i Jurek spotkali się. 

Zobacz wideo

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Anna Kalita, absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.