Tak samo bawią się ludzie na święcie gminy, management wielkiej korporacji, wójt, starosta i pracownik marketów salcesonowych. Wszyscy pijecie za dużo, za mocno, za szybko. Jesteście uwaleni do spodu, zataczacie się pod sceną, krzyczycie: Puszczaj już Zenka! Wszyscy. No, może Warszawa się jeszcze trochę kryguje. Ale tylko trochę.*
Nie znoszę, kiedy traktujecie mnie jak śmiecia, wyzywacie mnie od żydów i złodziei, bo nie wygraliście lokówki.
Jestem konferansjerem, wodzirejem, animatorem sprzedaży. Prowadzę imprezy. Dla was.
Zapraszam na scenę
W liceum zaczynałem od konkursu piosenki harcerskiej. Na studiach grałem w zespole rockowym, dorabiałem w firmie eventowej. Nosiłem kable, podłączałem mikrofony, rozdawałem dzieciom cukierki. Patrzyłem na kolegów, którzy z mikrofonem w dłoni zabawiali publiczność. Łatwizna - myślałem. Poprosiłem szefową: Nie dałabyś mi spróbować?
Do dziś pamiętam pierwszą imprezę. Premiera nowego samochodu w salonie. Sześć godzin zachwalałem promień skrętu, spalanie, pojemność. Myliłem słowa, schło mi w gardle, ale poradziłem sobie.
Dziś już nie mam tremy. Imprezy mają swój schemat, trzeba się trzymać scenariusza. Firma eventowa dzwoni, ja wpadam na salę bankietową jak patolog policyjny na miejsce zbrodni. Zamiast silikonowych rękawiczek wkładam marynarkę, dopytuję: Co my tu mamy? Kolega tłumaczy: Impreza firmowa, w planach dwa konkursy, karaoke, chwila parkietu, pieczony prosiak, dajesz!
Dla mnie im więcej ludzi, tym łatwiej. Duży koncert jest znacznie prostszy w obsłudze niż kameralny sylwester. Widzisz przed sobą morze ludzi, a nie konkretne twarze.
Kiedyś powtarzałem sobie: tylko ty wiesz, że się stresujesz. Ludzie tego nie widzą. Tylko ty wiesz, że zapomniałeś scenariusza, że nawet nie wiesz, jak się nazywa firma, dla której prowadzisz bankiet. Że jesteś na kacu. Ludzie nigdy tego nie wiedzą. No, chyba że do mikrofonu mówię: Ogromnie dziękuję za świetną zabawę w Jurajskim Centrum! I wszystko fajnie, tylko że to miejsce nazywało się zupełnie inaczej. Ale na koncie mam jedną, góra dwie położone imprezy.
Nie mam strony internetowej, nawet profilu na Facebooku. Zlecenia same wchodzą. Szefowa galerii handlowej poleca mnie swojej koleżance, wójt - staroście, i tak to się kręci. Jak załapię dobrą fuchę, na przykład dni powiatu, to prowadzę ją przez lata. Ale wystarczy, że zabraknie mnie przez jeden sezon i wypadam. Trzeba się pilnować.
Za godzinę biorę 150-180 złotych na rękę. Na firmowych integracjach zarabiam od 800 do 1500 złotych. Dni powiatu to kasa rzędu tysiąca złotych za dzień. Ludzie dzwonią i piszą, pytają o stawki, czasem jak słyszą odpowiedź, to już nie odpisują. Myślą, że poprowadzę imprezę za 200 złotych albo karton wódki. No, szanujmy się.
Miesięcznie mam od trzech tysięcy do czternastu. W firmie eventowej jestem zatrudniony na jedną ósmą etatu, to mi załatwia ubezpieczenie. Większość moich kolegów pracuje normalnie w tygodniu, konferansjerkę robią w weekendy. Dorobią miesięcznie z pięć tysięcy. Idealna kasa na spłatę kredytu.
Wiele osób myśli, że to wielkie pieniądze za prostą robotę. No to zapraszam na scenę. Poprowadź plenerowy koncert od godziny 14.00 do 23.00. Cały czas na nogach, w hałasie, wracasz do domu zachrypnięty i obolały, jakbyś przebiegł maraton.
Nie mówiąc o tym, że weekend zaczynam w poniedziałek. Ciężko sobie ułożyć życie z takim trybem pracy.
Targi
Targi budowlane: o Chryste Panie, najgorsza impreza w życiu. Na takich targach gości dzieli się na trzy kategorie.
Są lokalni dżentelmeni, co kupią bilet za dwie dychy, mają piwo i ciepłą zupę w cenie.
Druga grupa to klienci w wersji "light". Drobni przedsiębiorcy, co może tam i dachówkę do swojego sklepu kupią, ale niedużo. Dla nich jest darmowe piwo.
I są jeszcze klienci premium, na których czeka czarny smirnoff spod lady, jak za PRL-u.
A moja rola w tym jest taka, żeby przez mikrofon nawoływać: Proszę państwa, najlepszy cement tylko od firmy X, za chwilę zaczynamy konkurs z nagrodami ! I zaczyna się piekło. Ludzie za darmową miarkę to by cię zabili. Facet rzuci dwa razy piłką do celu, podbiega do mnie: Dobra, wygrałem, dawaj miarkę, a masz jeszcze długopis? To dawaj, ku*wa, ten długopis. Przypominam: mówimy o szefach dużych firm budowlanych, klientach premium.
Ale uczciwie muszę powiedzieć, że są też targi, gdzie dadzą człowiekowi zarobić. Raz prowadziłem imprezę dla rolników. Za dwa dni dostałem trzy tysiące na rękę. Tylko za to, że co kwadrans przez megafon wołałem: Szanowni państwo, w sali C10 wykład na temat mięsa czerwonego. Takie strzały to są jednak wyjątki.
Management średniego szczebla
Osobny typ to są imprezy korporacyjne dla pracowników, czyli klasyczna integracja. I tam się dzieją rzeczy bardzo złe.
Dobry hotel w Warszawie, wystawna impreza dla pracowników telefonii komórkowej. Management średniego szczebla. Albo bankiet dla pracowników sklepów mięsnych. Nieważne. Scenariusz jest ten sam.
Na początek - przedstawienie kadry kierowniczej. Trzeba się pilnować, żeby nie pomylić żadnego director management sales development. Zawsze każę fonetycznie zapisywać w scenariuszu nazwy stanowisk. Dalej trochę team buildingu. Drużyny po pięć osób układają puzzle, budują rzeźby z kartonu, kulturka.
A potem wybija 22.00, zaczyna się disco polo i wóda do spodu. Bo wódka i disco polo to lejtmotyw wszystkich pracowniczych imprez. Nieważne - call center, prawnicy czy kadra kierownicza. Darmowa wódka, szef stawia - to działa na ludzi jak płachta na byka. Przed północą jest już pozamiatane.
Ktoś śpi na ławce, ktoś wciska głowę w piersi szefowej działu.
Hostessy próbują z foyer usunąć zarzyganego gościa. Koledzy mu kibicują: Zostawcie, niech sobie pośpi chłopak.
Na scenę wdrapuje się śliczna dziewczyna, chce coś powiedzieć do mikrofonu, i nagle jak fiknie z podestu.
Jakiś facet twierdzi, że oszukiwałem w quizie, startuje do mnie z łapami, odciąga go ochrona.
Inny, co wygrał w konkursie szampana, potrząsa, otwiera, oblewa mi cały garnitur.
To są autentyczne sytuacje.
Popularna jest też integracja agrarna. Firma wynajmuje stodołę, wstawia stół do ping-ponga i cymbergaja. Ja zachęcam ludzi do zabawy. Busy podstawione koło północy mają odwieźć gości, ale pięć osób przepadło. Wszyscy łapią za latarki, panowie managerowie i panie managerki przeczesują krzaki, znajdują kolegów na sianie, nieprzytomnych od wódy. Prawie wszystkich. Oprócz pewnej pary, która właśnie zacieśniała biznesowe relacje.
Najgorsze są imprezy niedopasowane do publiki. Jesteś szefem firmy, zapraszasz swoich informatyków i liczysz, że będą się przebierali w śmieszne stroje i skakali w kółku. Na patio biurowca robisz strefę kibica, wymagasz, żebym ci rozkręcił doping, a na widowni sami prawnicy pod krawatem. Płacisz grube pieniądze DJ-owi, żeby grał undergroundową muzykę, a ludzie co chwila proszą o disco polo. Pretensji wysłuchuję ja: Jak pan prowadzisz ten event? Czemu ludzie się nie bawią?
Stonka
Ważnym segmentem mojej pracy są promocje w galeriach handlowych i marketach. Tu trudności są dwie.
Pierwsza to stonka.
Stonka gołą ręką kradnie mięso na grilla. Do połowy wyjedzony keczup pakuje do torby. Wyrywa sobie z nienawiścią darmową linijkę. Do skórzanych toreb pakuje jedzenie albo prosi, żeby do butelek po coca-coli nalać piwa.
OK, przepraszam. Nie powinienem w ten sposób mówić o ludziach, którzy tak sobie radzą z emeryturą w polskim wydaniu. Ale jak mi wyjaśnicie, co robią dobrze ubrani młodzieńcy, którzy z fotobudki chyłkiem wynoszą uszy Myszki Miki? Na jednym evencie ludzie mnie podrapali, jak przy wyjściu rozdawałem paczki herbatników za 20 groszy. Polacy po prostu kochają dostawać rzeczy za darmo.
Albo taka scena: Otwieram sklep sieci delikatesów. Opowiadam o cenach, zachwalam karkówkę, robię quiz: Proszę zgadnąć, ile może ten boczek kosztować? Świetnie, bardzo dobrze! Wygrywa pan magnes na lodówkę.
Ustawiamy więc wielkiego arbuza. Prosimy ludzi, żeby zgadli, ile waży. Zapisujemy imiona, ważę na oczach wszystkich. Nagle słyszę: Złodzieju, żydzie, oszukujesz!
- Proszę państwa, przecież państwo widzieli, jak ważyłem - bronię się.
- Panie, takich uczciwych to nie ma.
W końcu nie wytrzymuję: Przepraszam, a czemu pani mnie obraża? Czemu mnie pani od złodziei wyzywa?
Teraz się to już nie zdarza. Każdą czynność przy losowaniu wykonuję baaardzo powoli.
Druga trudność to dzieci.
One są najsmutniejszą częścią na tych galeriowych eventach. Takie dzieci, które siedzą w galerii do wieczora. Zbierają wszystkie baloniki, linijki, nagrody, malują buzie, biorą udział w konkursach. Rodzice je wysyłają lub same się kręcą, bo nie mają co robić. Po paru dniach eventu to już na "ty" jestem z tymi dzieciakami. W małych miastach jest ich mnóstwo.
Tyle że szefowie galerii każą gorzej te dzieci traktować. Dyrektorowi sklepu chodzi o to, żeby ludzie byli zadowoleni i coś kupili. - No nie mogą w kółko te same, w dodatku biedne dzieci wygrywać - tłumaczy mi, a ja muszę je spychać na bok, marginalizować, udawać, że to nie one podnoszą ręce, wybierać inne dzieci, lepiej ubrane, co przyszły tu na chwilę, a nie kręcą się od rana.
Czasami maluchy przychodzą z rodzicami. I tak mama dziewczynki wypycha sześciolatkę, żeby wygrała dla niej trzeci raz kuleczki do masażu. Córka zapłakana, widać, że nie chce, że jest przerażona, ale mama twardo: No zgłoś się, no idź, no idź! To właśnie typ mamy, które zawsze mają pretensje, że to nie ich syn wygrał lizaka. Jakby to była moja wina, że skoczył za wolno.
Zagrajcie Kinga!
Uwielbiam za to imprezy powiatowe. Raz, że dobrze płatne. Dwa, że ludzie naprawdę się bawią, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, gdzie taka impreza jest jedna na rok. Ale są też pułapki.
Pierwsza to instruktor z miejscowego ośrodka kultury, co ma setkę tancerzy i chce, żebym każdego wyczytał z imienia i nazwiska. I jeszcze podchodzi co chwila, kreśli mi po kartce, dopisuje nazwiska, bo właśnie kolejny czterolatek się zgłosił, koniecznie zatańczy. A ja mam program godzinowy, nie mogę w kółko dopisywać nazwisk, po każdym występie jeszcze powtarzać, że grupę do tańca przygotował pan Krystian, a muzykę pani Andżelika.
Druga pułapka to namiot dla VIP-ów, gdzie gromadzą się radni, wójt i starosta, komendant policji i proboszcz. Każdy klepie po plecach, polewa wódeczkę, a ty przecież zaraz zapowiadasz zespół. Ale odmówić wójtowi nie sposób, bo to w końcu pracodawca. Sytuacja bez wyjścia.
Zdarzyło mi się też na dniach gminy prowadzić konkurs na najlepszą zalewajkę. Biegałem między uczestnikami w stroju kucharskim. Co chwilę ktoś mnie zaczepiał: Jak zrobić najlepszą zalewajkę? Jakiej użyć śmietany? O gotowaniu nie mam pojęcia, ale brnę w to: A, to bardzo ciekawe pytanie! A pan jak robi? No właśnie, tak też można. A co do śmietany, to proszę państwa, wszystko zależy. Czy była to wypowiedź wyglądająca na inteligentną? Tak. Czy przekazałem jakąś informację? W sumie nie. Ale trzeba improwizować.
Po godzinie 15.00 startują koncerty. Gdzieś przed gwiazdą musi wyjść na scenę starosta, burmistrz czy wójt i przemówić do ludu. I tu ważna dygresja: zawsze, na każdej imprezie, ktoś chce przemawiać. Szef korporacji zabłyśnie przed pracownikami, dyrektorka galerii na chwilę zamieni się w lokalną gwiazdę, wójt pokłoni się wyborcom. Wszyscy pchają się na scenę, chociaż nikt ich absolutnie nie słucha. A spróbuj coś pomylić! Nie dość dystyngowanie powitać senatora. To będzie twoje ostatnie zlecenie.
Zanim muzycy wkroczą na scenę, należy spodziewać się opóźnień lub awarii sprzętu. Organizator rozpaczliwie macha rękami, żebyś przedłużał. Znów improwizuję. Zwracam się bezpośrednio do ludzi: Doda już za chwilę, nie możemy się doczekać, a pan, pan też czeka? Jak pan ma na imię?
- Tomasz.
- Czeka pan na Dodę? Czy bardziej z wnuczką, bo widzę, że wnuczka też przyszła? Kto bardziej czeka?
- No bardziej wnuczka.
- No jasne, ale pan też się będzie świetnie bawił, obiecuję. A pan? Jak pan się dzisiaj bawi? Widzę, że dobrze, już pana krok taki trochę niepewny, chyba świętuje pan od rana. Nie za gorąco w tym płaszczu? Proszę państwa, a może konkurs? Kto chciałby mi powiedzieć, w jakim województwie leży państwa wspaniałe miasto? Do wygrania paczka pieczarek!
I tak mijają cenne minuty.
Wychodzi gwiazda wieczoru. I tu możliwości są trzy. Są gwiazdy młode, zwykle hip-hopowe, których ja nie znam ni w ząb, chociaż nie mam jeszcze trzydziestki. Za to doskonale znają je młodsi, bo pod sceną burza, dziewczyny piszczą. Drugi rodzaj to dinozaury rocka, ale z nimi może być ciężko. Raz, że czasami zadzierają nosa, a dwa, że publiczność zwykle zna ich dwie piosenki. Lokalni znawcy gatunku na okrągło wywrzaskują: "Grajcie Kinga!". Albo "Peggy Brown!". I w końcu kategoria trzecia, czyli disco polo. To zawsze najlepszy wybór, bo przy disco polo jest komplet publiczności i szalona zabawa.
I dobrze, jak na tym się impreza kończy. Raz byłem na dniach powiatu w mieście Ł., gdzie po koncertach puścili jeszcze DJ-a. Tego już było za dużo. Zostali sami najeb*ni goście. Lasce z magistratu butelka świsnęła koło ucha. Firma ochroniarska miała uciechę.
Tu też ważna informacja: firmy ochroniarskie dzielą się na trzy kategorie. Emerytów i rencistów, którzy nad niczym nie panują, tylko udają ochronę - to kategoria pierwsza. Firmy profesjonalne - druga. Trzecia to chłopaki-schaboszczaki, którzy tylko czekają na awanturę. W mieście Ł. była ekipa nr 3. Ochroniarze założyli ochraniacze na zęby, ruszyli w tłum, przerzucali gości nad barierkami aż furczało.
I niech mi ktoś powie, że po takim dniu nie należą mi się godziwe pieniądze?
*Tekst powstał na podstawie rozmów z Kamilem, Jarkiem i Tomaszem - konferansjerami z wieloletnim stażem.
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.
KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>
Bartosz Józefiak. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Współpracuje z Dużym Formatem Gazety Wyborczej, Tygodnikiem Powszechnym, portalem Weekend.Gazeta.pl. Dwukrotnie nominowany do nagrody dziennikarskiej im. Teresy Torańskiej w kategorii "Najlepsze w internecie". Pracuje nad książką reporterską o Łodzi