Społeczeństwo
(fot. Przemyslaw Skrzydło / Agencja Gazeta)
(fot. Przemyslaw Skrzydło / Agencja Gazeta)

W Polsce ojciec ma mniejsze szanse na zostanie opiekunem dziecka po rozwodzie niż matka. To nie demagogia, ale statystyka. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w 2014 roku sądy przyznawały to prawo w większości matkom. Takich przypadków było 60,7 procent. Dla porównania: ojcowie zostali opiekunami jedynie w 4,5 procent spraw. W pozostałych blisko 35 procentach opieka była przyznawana obojgu rodzicom.

Przez ostatnich 10 lat liczba ojców, którzy stali się jedynymi opiekunami prawnymi swoich dzieci, wzrosła o nieco ponad jeden procent. Nikt w Polsce nie prowadzi statystyk, ilu rodziców blokuje kontakty z dziećmi byłym partnerom. Trudno więc oszacować skalę problemu. Można się jej tylko domyślać po rosnącej liczbie stowarzyszeń broniących praw ojców do kontaktu z dziećmi.

Problem w większości przypadków dotyczy właśnie ojców, gdyż w Polsce pokutuje stereotyp, że matka jest lepszym opiekunem dzieci. Mężczyzna musi udowodnić, że się do tego nadaje. W przypadku kobiet traktuje się to jako oczywistość. O skali desperacji ojców rugowanych z życia swoich dzieci mogą świadczyć coraz częstsze głodówki pod sądami czy porwania własnych dzieci, o których informacje lądują na czołówkach gazet. Walka o kontakt z dzieckiem zazwyczaj trwa lata i rzadko kiedy kończy się sukcesem.

Chłopie, ratuj się!

Ania* i Kasia pojechały z matką na zakupy. Miały być z powrotem za trzy godziny. Nie wróciły. Telefon zamilkł. Policja ustaliła, że są w ośrodku dla ofiar przemocy w rodzinie w pobliskim mieście. - Przez półtora miesiąca nie widziałem dzieci, choć jeździłem tam codziennie. Telefon, nagrania, zdjęcia, świadkowie - zbierałem dowody dla sądu, że byłem. Dopiero po wizycie kuratora społecznego zobaczyłem dziewczynki. Nie wiem, jakich argumentów użył - wspomina Rafał z małej podkarpackiej wsi.

O skali desperacji ojców rugowanych z życia swoich dzieci mogą świadczyć coraz częstsze protesty. Na zdjęciu ojcowie protestujący przed bydgoskim sądem (fot. archiwum prywatne)

Zdenerwowana, czerwona na twarzy pracownica ośrodka otworzyła furtkę na tyłach budynku. Wyszła Karolina, żona Rafała, i dzieciaki. - Ja twardy chłop jestem, a łzy mi popłynęły. Dzieci stały przy mnie z pół godziny, płakały i nie chciały odejść. Kurator - dorosły facet - też nie panował nad emocjami przez całą wizytę.

Żona wyznaczała dzień i godzinę spotkań, zazwyczaj przed południem. Bez dyskusji. Czasem z godziny na godzinę dostawał informację, że ma przyjechać. - Początkowo spotkania kończyły się tak, że panie z ośrodka siłą wydzierały mi dzieci. Im bliżej byłem furtki, tym dziewczynki bardziej się mnie trzymały - zaciska dłonie mężczyzna.

Dzieci zawsze były kartą przetargową. Żona wiedziała, że są dla niego najważniejsze. Jak chciała mu dopiec, wyżywała się na Ani i Kasi. Krzyki, szarpanie, popychanie. Nie zawsze to widział, bo często wyjeżdżał służbowo. Próbowali Rafałowi o tym powiedzieć jego rodzice, który mieszkali w tym samym, dwupiętrowym domu. Na początku nie wierzył. Uznawał, że to niechęć teściów do synowej. Na wszelki wypadek przestał wyjeżdżać. Rodzice mieli rację.

Karolina osaczała Rafała z różnych stron. Powoli. Jak przychodzili goście, kładła się spać o siódmej, a potem krzyczała, że za głośno rozmawiają. Robiło się nieprzyjemnie. Z czasem znajomi przestali przyjeżdżać. Skłóciła go z większością rodziny. Opowiadała, że ją bije, zdradza, a na nich gada po ludziach złe rzeczy. Pracował wtedy w lesie. Obsługiwał piłę, jeździł ciągnikiem. Nagadała szefowi, że ma romans z jego córką. Nie miał, ale pracę stracił. Obiecała, że tak będzie z każdą następną.

W konfliktach dorosłych dzieci bardzo często stają się kartą przetargową (fot. pexels.com)

- "Chłopie, ratuj się " - powiedział mi dzielnicowy, który przyłapał moją żonę, jak się ugadywała z panią z ośrodka dla ofiar przemocy. Ta mówiła jej, co ma zrobić, żeby do nich trafić i mnie zgnoić. Miała sprowokować, żebym ją uderzył, pchnął, cokolwiek. No i się zaczęło. Skakała do mnie do bicia, licząc, że jej oddam. Dzieci nas rozdzielały. Jedną ręką zasłaniałem siebie, drugą dziewczynki. Obijała się o kuchenkę, o futrynę. I już były siniaki. Śmiała się, że nikt mi nie uwierzy, że nie biję, bo jestem facetem. Miała rację, długo nikt nie wierzył - chowa głowę w dłoniach.

Do awantur ściągała policję. Ale raz Ania wyskoczyła przy policjancie, że to mama uderzyła tatę. Wtedy założył Karolinie Niebieską Kartę. Zaraz potem uciekła do ośrodka dla ofiar przemocy.

Sytuacja odbiła się na dzieciach: w szkole nauczyciele nie mogli sobie poradzić z Anią. Zrobiła się agresywna, potrafiła podejść i tak strzelić chłopaka, że krew leciała. A że jest kawał dziewczyny... Za to na lekcji stała przy tablicy i nie mogła wydobyć z siebie słowa, choć zawsze była aktywna i dobrze sobie radziła. Młodsza, Kasia, zaczęła robić w majtki, w ogóle nad tym nie panowała. A przecież miała już sześć lat i to się wcześniej nie zdarzało.

- Byłem na straconej pozycji. Prawie nikt mi nie wierzył - rodzina, sąsiedzi, ludzie we wsi, MOPS, a nawet mój adwokat. I sędzia. Czułem, że też jest przeciwko mnie. Stereotyp jest taki, że kobieta jest dobra, a facet zły. I ona na tym grała - w głosie Rafała słychać żal. - Ale ze sprawy na sprawę sytuacja zaczęła się zmieniać, bo żona gubiła się we własnych matactwach.

Karolina wyprowadziła się z ośrodka po trzech miesiącach. Sąd przyznał jej opiekę nad dziećmi, a ojcu Ani i Kasi ustalił widzenia raz na dwa tygodnie. Bez prawa zabierania ze sobą dzieci. Żona nie mogła mu jednak ograniczać kontaktu telefonicznego, więc codziennie przez telefon odrabiał z dziewczynkami zadania domowe.

Ojcowie bardzo często nie zgadzają się z opiniami sądów rodzinnych, które oddają dziecko pod opiekę matce, a ojcu pozwalają na widzenie z nim np. raz na dwa tygodnie. Na zdjęciu protest w Bydgoszczy (fot. archiwum prywatne)

- Potem w co drugi weekend zabierałem dzieciaki do siebie, a po jakimś czasie już co tydzień. Dla niej to było wygodne. Zawsze po dzieci i z dziećmi wchodziłem z włączonym dyktafonem, żeby mnie o nic nie oskarżyła. Złożyłem wniosek o badanie psychologiczne w Rodzinnym Ośrodku Diagnostyczno-Konsultacyjnym (RODK), bo na podstawie ich opinii sąd wydaje wyroki. Co ustalą, jest święte. Wiedziałem, że RODK nie są sprawiedliwe dla ojców, ale musiałem zaryzykować. Jechałem tam jako przegrany. A wyszło, że to Karolina jest niestabilna emocjonalnie i niezdolna do kompromisu. Ośrodek stwierdził, że dzieci powinny być pod moją opieką. To przeważyło w sądzie. I zeznania świadków. Bo opinię miałem dobrą. Nigdy nie piłem, nie biłem, żadnej agresji - uśmiecha się.

Sąd przyznał Rafałowi opiekę nad dziećmi pod koniec wakacji w 2014 roku, po trzech latach walki. Został mu jeszcze rozwód. W tym roku byłaby 10. rocznica ich bycia razem.

Cztery tysiące za stracony czas

Łukasz Bryske uważa, że w Polsce zwykły bandzior ma więcej praw niż on, ojciec, który płaci alimenty. - Bandycie w więzieniu zapewnia się prawo do regularnych spotkań z dzieckiem. Ja swojej Paulinki nie widziałem dwa lata - łamie mu się głos.

Od pięciu lat sąd wydaje kolejne decyzje, które mają utrudnić matce nierealizowanie postanowień o kontakcie Łukasza z córką. Jako ojciec ma prawo do odbierania dziecka z przedszkola i tzw. uczestnictwa w miejscu zamieszkania. Ale matka nie wpuszcza go do domu, wyjeżdża nie wiadomo gdzie, odbiera córkę z przedszkola pół godziny wcześniej lub w ogóle jej tam nie posyła.

Łukasz Bryske zorganizował styczniowy protest ojców w Bydgoszczy (fot. archiwum prywatne)

- Nikt nic nie może. Ani sąd, ani policja. Pierwsza sprawa o egzekucję kontaktów trwała 26 miesięcy. Matka Pauliny doprowadziła do całkowitego zerwania moich więzi z dzieckiem. Sąd nie odbierze jej teraz dziecka, bo się ode mnie odzwyczaiło. Kto za to odpowiada? Ja? W starciu z machiną urzędniczą ojciec jest bezbronny - wyrzuca słowa jak pociski. Przez kilka dni prowadził protest głodowy przed Sądem Rejonowym w Bydgoszczy. Bez skutku.

Początkowo Łukaszowi przysługiwało osiem widzeń w miesiącu, po kilka godzin każde. Mała nie mogła u niego nocować, bo... była za mała. - A przecież mieszkała ze mną od urodzenia. Miała swój pokoik, zabawki. W 2011 roku nie widziałem córki nawet przez minutę. W 2013 roku - przez pół roku. Od 12 kwietnia 2014 roku do kwietnia 2016 roku spotkania się w ogóle nie odbywały. Na ostatniej rozprawie sąd ograniczył mi kontakt z Paulinką do dwóch godzin raz na tydzień w obecności psychologa. Nie widziałem córki w żadne urodziny, w żaden Dzień Dziecka, święta, Dzień Ojca czy Babci. Nawet nie mogę się z nią opłatkiem podzielić. O wakacjach czy zabawie na plaży nie mówiąc. Nie nauczę jej jeździć na rowerze. Nie mogę dać jej prezentu na urodziny, kupić lodów na spacerze, odrobić z nią matematyki. Jakakolwiek próba kontaktu z dzieckiem to nachodzenie. Nawet przypadkowe spotkanie przed Lidlem skutkuje oskarżeniami o nękanie. Dlatego odpuściłem chodzenie do przedszkola, dowiaduję się tylko o postępy w nauce - matowy głos Łukasza odbija się od ścian sądowego korytarza. - Czy w ten sposób, przez osiem godzin miesięcznie, sąd chce doprowadzić do odbudowania moich relacji z dzieckiem?

Wspomina, że przez pierwsze trzy miesiące po rozstaniu mógł przychodzić do córki, kiedy chciał. Jak pojawił się nowy partner, z dnia na dzień usłyszał, że ma się nie pokazywać. Zaczęło się grożenie policją. Ewelina - matka Pauliny - złożyła wnioski o pozbawienie Łukasza praw rodzicielskich, o zakaz kontaktu z dzieckiem dla niego i jego mamy. Wraz ze swoją matką zgłosiły znęcanie się psychiczne, oskarżały też Łukasza o handel narkotykami, fałszowanie podpisów i kradzieże. Policja zrobiła mu rewizję w mieszkaniu w poszukiwaniu narkotyków.

Przez pierwsze trzy miesiące po rozstaniu Łukasz mógł przychodzić do córki, kiedy chciał. Sytuacja zmieniła się, gdy w życiu matki Pauliny pojawił się nowy partner (fot. pexels.com / zdjęcie ilustracyjne)

Raz poszedł do pracy do niedoszłej teściowej, żeby dowiedzieć się, gdzie są Paulinka i Ewelina, bo od czterech miesięcy nie miał z nimi kontaktu. Następnego dnia usłyszał, że rozbił jej głowę tępym narzędziem. Dostał grzywnę - 1600 złotych. - Przedstawiłem nagranie z ukrytej kamery. Spodziewałem się tego typu pomówień, bo to standardowe praktyki w przypadku utrudniania kontaktów z dzieckiem. Dlatego wszystko nagrywam - wyjaśnia. Sąd uchylił wyrok.

Zdarzało się, że na spotkanie z córką jechał z policją. Przez 10 miesięcy funkcjonariuszom udało się dwa razy zastać matkę dziecka w domu. Żadne konsekwencje wobec niej nie zostały wyciągnięte. Łukasz złożył wniosek, żeby sąd ukarał Ewelinę grzywną za uniemożliwienie mu w sumie 55 spotkań z córką. - W pokoju sędziego zapytano moją córkę, czy chce się ze mną spotykać. No i sześcioletnie dziecko, które od kilku lat nie ma kontaktu z ojcem, powiedziało: nie. Na tej podstawie sędzia stwierdziła, że matka nie ponosi winy za utrudnianie kontaktu. Ugrałem 1600 złotych za cztery spotkania. Potem był nakaz zapłaty 2400 złotych za to samo. Ale ona jest nieściągalna. Nagle przestała zarabiać, komornik nic nie może zrobić. Gdybym postępował jak matka Pauliny, siedziałbym w więzieniu - Łukasz w tę i z powrotem wędruje sądowym korytarzem. - Dostałem dwa odszkodowania, po dwa tysiące każde, za przewlekłość postępowania od Skarbu Państwa. Na tyle wycenili stracony dla mnie i córki czas - najlepszy okres do budowania ojcowskiej więzi z Paulinką.

Kiedy ojciec nie widuje się z dzieckiem, ono nie czuje z nim żadnej więzi. To argument podawany przez chyba wszystkich protestujących ojców (fot. Maciej Świerczyński / Agencja Gazeta)

17 maja dla Łukasza Bryske to wyjątkowy dzień - pierwszy sukces: na mocy wyroku sądu drugiej instancji matka ma zapłacić 21 200 złotych kary za utrudnianie kontaktów. - I co z tego, skoro córka cały czas mieszka z mamusią i jest mną straszona?

Po prostu chcę być ojcem

Znajomi Tomka uważają, że się poświęcił. On - warszawiak od pokoleń - zostawił całe życie i przeniósł się do Bydgoszczy, bo chciał być bliżej syna, Wojtka. Myślał, że ten ruch coś zmieni. Nie zmienił.

Monika, matka Wojtka, chodzi i powtarza, że jest samotną matką, że jej ciężko. - Mogę być u nich w trzy minuty. Nasze domy dzieli 400 metrów - Tomek milknie. Od dwóch lat może widywać syna w dwie niedziele w miesiącu, przez cztery godziny, w domu dziadków. Termin wyznaczony został przez matkę. Bez konsultacji, bez możliwości negocjacji. Na spacer z synem idzie tylko w towarzystwie dziadka. Zresztą starszy pan zostaje z tyłu, nie nadąża.

- Przestałem dzwonić i dowiadywać się, co u nich, bo jedyne, co słyszę, to OK. Nie wiem, czy Wojtek był na wakacjach, bo Monika "nie będzie mnie informować, gdzie jest i co robi". Mam nie dzwonić, nie pisać, nie wysyłać e-maili. Raz na miesiąc piszę, żebyśmy poszli na obiad i spróbowali naprostować tę sytuację. Wtedy czuje się napastowana, zarzuca mi stalking... Młody ma 2,5 roku. Jak się rozstaliśmy, miał sześć miesięcy. Nie nosi mojego nazwiska. Mówi do mnie wujku. Nie chcę go zmuszać, żeby nazywał mnie tatą, bo za tym słowem musi coś pójść. On nie będzie czuł, że jestem ojcem, ja też nie będę tego czuł. Zastanawiam się tylko, co jego matka mu powie za 10-15 lat? Że tata go nie chciał, choć rzucił wszystko, żeby być blisko? - zasępia się.

- Spotkania z Wojtkiem mnie rozpi***ają. Zanim wysiądę z samochodu, muszę się zebrać w sobie, żeby nie rozkleić się na wizycie - wyznaje. - Po czterech godzinach wracam do domu, leżę na łóżku, gapię się w sufit i nie jestem w stanie nic zrobić. Wiem, że następne spotkanie będzie dopiero za dwa tygodnie... Idziesz, bawisz się z dzieckiem, jakbyś chodził na squasha, lecz nie uczestniczysz w jego życiu. Jesteś tylko nianią do zabawy przez cztery godziny. A ja chcę być po prostu ojcem - milknie na dłuższą chwilę, a potem dodaje: - Na jakich ja gównianych filmach płaczę... jak się pojawia wątek z dziećmi. Człowiek staje z boku, patrzy na siebie i mówi: ja pie***lę, co się dzieje? Przestałem czytać książki, wcześniej szły średnio dwie tygodniowo. Przez dwa lata przeczytałem jedną.

Chcę być po prostu ojcem - mówi Tomek (fot. pexels.com / zdjęcie ilustracyjne)

Tomek zdecydował się iść Monice na rękę. Chciała 1000 złotych alimentów, płacił. Zgodził się na zmianę nazwiska, pomógł przy wyrobieniu paszportu. - Na chrzcinach młodego siedziałem w drugim rzędzie, bo pierwszy był dla rodziny. Rodzice chrzestni zostali wybrani przez nią. Miałem nadzieję, że sytuacja się odmieni. Nic z tego. W pewnym momencie zacząłem płacić 500 złotych, bo to jedyna forma mojego protestu - mówi zrezygnowany.

Na wiosnę 2014 roku Wojtek zachorował na zapalenie oskrzeli i wylądował w szpitalu. Tomek chciał pomóc, posiedzieć przy młodym. Dowiedział się, że ma wypier***ać i nie robić szopki. Przyniósł Monice obiad do szpitala. Posiłek wylądował w koszu. Na gwiazdkę z jednego z prezentów nie wyjął paragonu. Wybuchła awantura, że specjalnie pokazuje, ile kosztował. A on po prostu dał w sklepie prezent do zapakowania, bo sam nie potrafi ładnie tego zrobić.

- Raz wykonała gest w moją stronę. "Będziesz mógł chodzić na spacery. Co dwa tygodnie". A to oznaczało, że widzę syna raz na tydzień. Kiedy? Podała datę. Super. Nagrywałem tę rozmowę, żeby w razie czego móc sprawdzić, czy nie oszalałem do reszty. Jechałem z Warszawy na ten spacer. Po drodze wysłałem SMS-a. Nic. W końcu się dodzwoniłem. Mówi, że mnie pogięło, bo to w przyszłym tygodniu. Rzuca słuchawką, więc piszę, że nie tak się umawialiśmy. Na następnym widzeniu dowiaduję się, że temat spaceru zostaje zamknięty, bo ją obrażam w SMS-ach, insynuując, że kłamie. Bez względu na to, co zrobię, zawsze ląduję w tym samym chu***ym miejscu - ojciec Wojtka zapala papierosa.

Prawie wszystkie zdjęcia młodego, które posiada Tomek, są takie same. Wojtek siedzi zawsze na tej samej kanapie. Bo ich wspólny świat jest ograniczony do czterech godzin na jednym piętrze domu dziadków. Przez cały czas trwania odwiedzin ojcu i synowi towarzyszy ktoś z "rodziny". Jest obok, w innym pokoju, lecz słucha uważnie, co się dzieje.

Matka Tomka zabrała go do organizacji w Warszawie, która pomaga ojcom w uzyskaniu kontaktu z własnymi dziećmi. Nie podobało mu się. - Kolesie nakręceni nienawiścią. Najchętniej puściliby matki swoich dzieci z torbami i zamknęli w psychiatryku. Prawie uciekłem z kolejki do prawnika, nie chcę zbierać kwitów. Uważam, że należy się dogadać poza sądem, choć coraz częściej wydaje mi się to niemożliwe w moim przypadku. Wiem, że to naiwne, ale w dalszym ciągu kocham tę kobietę w jakiś sposób. Choćby jako matkę mojego dziecka - Tomek wije się w gąszczu własnych emocji. Zasygnalizowano mu, że jak pójdzie do sądu, to do czasu zakończenia sprawy w ogóle nie zobaczy syna.

- Wycofać się z życia dziecka? To nie wchodzi w grę. Nie wiem, co dalej. Wyczerpałem wszystkie drogi. Obiecałem swojej rodzinie, że w końcu złożę pozew. Zacząłem pisać, ale przybrał formę mowy obronnej na rzecz Moniki, bo wszystko relatywizuję. Inaczej nie potrafię - mówi załamany.

Dobro dziecka w rękach wielu ludzi

- Sytuacje krzywdzenia dziecka poprzez odcięcie rodzica od niego w czasie konfliktu spowodowanego rozstaniem są niestety powszechne. Prawo daje możliwości działania takiemu rodzicowi. Może on między innymi zmieniać formę kontaktów, by zwiększyć szanse na to, żeby się odbywały. Na przykład może odbierać dziecko ze szkoły albo spotykać się z nim w obecności kuratora - wyjaśnia adwokat Robert Ofiara z Robert Ofiara Kancelaria Adwokacka.-- Szanse powodzenia podejmowanych działań zależą przede wszystkim od determinacji rodzica odciętego od dziecka, który musi mieć świadomość, iż jest to walka na lata i na lata powinien planować swoje działania. Ważne jest też zdobywanie wiedzy z zakresu prawa i psychologii. Warto skonsultować się zarówno z adwokatem, jak i psychologiem dziecięcym oraz zasięgnąć informacji o zasadach mediacji. Niezwykle istotne jest, aby rodzic odcięty od kontaktów zadbał o siebie, by mieć siłę do działania. Powinien zastanowić się nad wsparciem psychologicznym - podkreśla.

Wycofać się z życia dziecka? To nie wchodzi w grę - mówi ojciec Wojtka (fot. pexles.com / zdjęcie ilustracyjne)

I dodaje: - Pamiętajmy, że na to, jaka decyzja zapadnie w naszej sprawie, w znacznym stopniu wpływają ludzie. To, na jakiego policjanta się trafi, ma znaczenie przy założeniu Niebieskiej Karty. Jakie działania podejmie zespół w Ośrodku Interwencji Kryzysowej zależy od stereotypowego lub nie działania osób, które w nim pracują. Od otwartości umysłu biegłych psychologów i pedagogów zależy ocena potrzeb dziecka i kompetencji wychowawczych rodziców. Wreszcie to, kim jest sędzia i jakie ma podejście do swojej pracy, będzie przesądzać o życiu dziecka. Nie warto jednak załamywać rąk, ponieważ każdy procent, o jaki zwiększymy swoje szanse, może mieć znaczenie przy rozstrzygnięciu sprawy i przechylić szalę na naszą korzyść. Stawka jest najwyższa - dalsze losy dziecka. Rodzic odcięty od swego dziecka ma obowiązek podejmować wszelkie działania, by zadbać o jego dobro .

*Imiona niektórych ojców i ich dzieci zostały na ich prośbę zmienione.

Od redakcji: tekst został po raz pierwszy opublikowany w czerwcu 2016 r. W Dzień Ojca przypominamy go, ponieważ problem, który w nim opisujemy, nie zniknął.

Ewa Nowaczyk-Przybylak. Dziennikarka. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Lubi podróże rowerowe, jarską kuchnię i dobrą literaturę reporterską.