Osiedle Młodych w dolnośląskiej Świdnicy to wzorcowe blokowisko, jakie znajdziemy w każdym średnim lub dużym polskim mieście. Kilka dziesięciopiętrowców, kilkadziesiąt niższych budynków, pstrokate elewacje (chory sen samozwańczych architektów), wyszczerbione krawężniki i deficyt miejsc parkingowych. Równie wzorcowe wydaje się mieszkanie, które odwiedzam: nieduże M2, w salonie między innymi rozkładana sofa i meblościanka pochodząca na oko z przełomu tysiącleci. Nieco ciasna, acz przytulna przeciętność. Pozornie. Skalę nieprzeciętności wyznacza tutaj bowiem jeden z lokatorów.
Seta i sto metrów
Jak to zwykle bywa z najciekawszymi prywatnymi historiami, o wszystkim zadecydował przypadek, czy może kilka przypadków. Niecały rok temu Zygmunt Worsa, 57-latek, działacz samorządowy oraz prezes Dolnośląskiego Związku Lekkiej Atletyki, obchodził imieniny. Z tej okazji odwiedziło go dwoje znajomych, z którymi wdał się w rozmowę na temat długowieczności. Mowa była między innymi o ojcu pana Zygmunta, 90-latku, do niedawna bardzo aktywnym fizycznie. Znajoma pana Worsy nieco podważyła metrykalne osiągi jego taty, opowiadając o swoim byłym sąsiedzie, który jeszcze kilka lat temu, będąc niespełna 100-latkiem, biegał bez żadnego problemu. Rozmówcy pokiwali z uznaniem głowami i potraktowali jako pewnik to, że rzeczony sąsiad już nie żyje. Gdy znajoma zaprzeczyła, solenizant zarządził, że cała trójka musi go jak najszybciej odwiedzić.
Pan Stanisław od razu rozpoznał swoją niegdysiejszą sąsiadkę i wpuścił ją wraz z dwójką znajomych do mieszkania. Pretekst spotkania był następujący: Zygmunt Worsa obchodził imieniny, natomiast Stanisław Kowalski ponad dwa tygodnie wcześniej świętował 104. urodziny. Dobry alkohol sprzyja dobrym rozmowom, świętujący pojawili się więc na osiedlu Młodych zaopatrzeni w butelkę koniaku. Po przełamaniu pierwszych lodów pan Zygmunt zapytał: - A dałby pan radę, panie Stanisławie, przebiec sto metrów? - Pewnie, że bym dał - odparł pan Stanisław. - No to jedziemy na stadion .
Zgłosicie się do biegu i macie rekord
Prezes DZLA wyszedł ze swoją propozycją bezzwłocznie i - jak teraz przyznaje - być może nieco lekkomyślnie. Ciało człowieka w tym wieku to niewątpliwie "delikatna materia", trudno się jednak Worsie dziwić: pan Stanisław, choć to banalne stwierdzenie, w żadnym wypadku nie wygląda na swój wiek. Jego ruchy są dynamiczne, sylwetka wyprostowana, uścisk dłoni całkiem silny. Mimo wszystko, przez wzgląd na metrykę, postanowiono skonsultować się najpierw z córką pana Stanisława, mieszkającą z nim panią Reginą, która skończy w tym roku 75 lat. Jej odpowiedź była jednoznaczna: - A co ja się mam nie zgadzać? Gdybym ojcu zabroniła, to dopiero by szalał!
Decyzji pani Reginy sprzyjał niewątpliwie fakt, że - jak się okazało - swego czasu pracowała z Worsą na kolei, żona samorządowca znała zaś pana Stanisława z jednego z poprzednich miejsc pracy (pan Zygmunt przypomniał sobie jej opowieści o 80-latku, który swobodnie i bez żadnej opieki podróżuje koleją po Polsce - łatwo się domyślić, o kim była mowa). 104-latek został zaopatrzony w strój sportowy, po czym panowie udali się na jedną ze znajdujących się w Świdnicy bieżni. Jako stoper posłużył telefon komórkowy. Starszy pan przebiegł sto metrów, czas jednak nie został w porę zatrzymany. Gdy prezes DZLA próbował określić wynik, stoper wskazywał 45 sekund i w dalszym ciągu pracował. Można się było jedynie domyślać, że pan Stanisław przebiegł dystans znacznie szybciej.
Postanowiono skontaktować się z Januszem Rozumem, jednym z głównych polskich statystyków zajmujących się lekkoatletyką, sędzią międzynarodowym pracującym na co dzień w stacji Eurosport. Odpowiedź przyszła błyskawicznie: rekord świata na tym dystansie wynosi 29,83 sekundy, jednak japoński biegacz, który osiągnął ten wynik, miał w momencie biegu 103 lata. Specjalista był przekonany, że jeżeli pan Stanisław przebiegł sto metrów w około 35 sekund (jak szacował Worsa), to jest to bez wątpienia najlepszy wynik w roku 2014. Rzecz jasna, ograniczając się do kategorii wiekowej 100+*. Co więcej: najstarszy do tej pory Europejczyk startujący w zawodach lekkoatletycznych był o osiem lat młodszy niż świdniczanin. Rada Rozuma była następująca: - Zgłoście się z panem Stanisławem do jakiegoś oficjalnego biegu i macie rekord.
32,79 sekundy
Kolejny telefon zadzwonił już kilka godzin później. Jak się okazało, statystyk poinformował o 104-letnim biegaczu swoich znajomych z TVN24. Pan Stanisław zgodził się, aby już następnego dnia wystąpić w telewizji na żywo. Podczas kontrolnej rejestracji biegu, po ukończeniu stumetrowego dystansu, podszedł do kamerzysty i spytał: - Nagrało się? Mimo że odpowiedź była pozytywna, starszy pan wrócił na linię startu - w dalszym ciągu biegnąc - i pokonał odległość jeszcze raz.
Jeszcze tego samego miesiąca 104-latek zaprezentował się podczas Wrocławskiej Olimpiady Młodzieży. Sto metrów przebiegł w 32,79 sekundy, pobijając tym samym rekord Europy w swojej kategorii wiekowej. Jak przyznał, to był najszczęśliwszy dzień w jego życiu.
Zygmunt Worsa, który objął wówczas oficjalnie rolę trenera, wspomina bieg we Wrocławiu z nie do końca przyjemnym dreszczem emocji: - Zauważyłem, że panu Stanisławowi zaraz po starcie rozwiązał się jeden z butów - dla mnie te trzydzieści dwie sekundy trwały naprawdę długo . Zresztą, to nie jedyny newralgiczny moment związany z decyzją o trenowaniu starszego pana: - Wiele osób pukało się w głowę, pytali: czyś ty zdurniał? Gdyby cokolwiek złego się zdarzyło, zniszczono by mnie. Powiedzieliby: wziął dziadka do promowania własnej osoby, to przez niego umarł [Zygmunt Worsa pełni funkcję wicestarosty powiatu świdnickiego, wcześniej był starostą - przyp. aut.]. Ale nie ukrywam, że to, co usłyszałem od pana Stanisława po zawodach we Wrocławiu, mnie uniosło i odsunęło wszelkie obawy .
Jak wszyscy (z naszym bohaterem na czele) zgodnie podkreślają, decyzja, aby rozpocząć karierę sportową w tak zaawansowanym wieku, była w pełni świadoma i należała tylko i wyłącznie do 104-letniego świdniczanina.
Posiedzi dwa dni i już by gdzieś jechał
Nie wszyscy krewni pana Stanisława podzielają jednak jego entuzjazm. Córka Regina podchodzi do sprawy z serdecznością, acz z dystansem. Gdy pytam, czy chodzi o wzgląd na bezpieczeństwo ojca, odpowiada: - Ojciec jest bardzo samodzielną osobą, więc to nie to. Po prostu uważam, że w pewnym wieku nie powinno się już zajmować takimi sprawami. Ale my tu nie mamy już nic do gadania . Najstarsza z córek lekkoatlety podziela zdanie swojej siostry, podsumowuje jednak: - Nasz sprzeciw jest na nic. Ojciec posiedzi dwa dni w domu i już by gdzieś jechał . Pan Stanisław przyznaje mi rację, gdy stwierdzam, że jest najwyraźniej bardzo niespokojnym duchem. Dopiero co spędził tydzień w odwiedzinach u swoich bliskich. Jedyne, na co narzekał, to brak miejsca do trenowania.
A propos: próbuję dowiedzieć się czegoś na temat rutyny treningowej. W tym wypadku takowa nie istnieje, wszelkie przygotowania mają bardzo spontaniczny charakter. Panowie spotykają się raz na jakiś czas przy okazji zawodów, aby oswajać 104-latka z bieżnią (dodajmy, że mowa tu nie tylko o bieganiu, ale i pchnięciu kulą). Do tej pory doszło do tego typu spotkań osiem razy. O formę pan Stanisław dba jednak głównie na własną rękę. - Jeżeli tylko pogoda na to pozwala, to staram się codziennie spacerować na ulicę Łukasińskiego i z powrotem, to jest jakieś osiem kilometrów łącznie. Część trasy zawsze pokonuję truchtem . Dodajmy, że świdniczanin nigdy nie był profesjonalnym zawodnikiem, dla sportu weterańskiego został odkryty dokładnie 5 maja 2014 roku. Występuje pod szyldem Gminnego Ludowego Klubu Sportowego.
Zero papierosów, alkohol okazjonalnie
Nie mogę się oprzeć pytaniu o długowieczność. Skoro nie sport, to może dieta? Moja sugestia wzbudza dość żywiołową reakcję rozmówców. - Ja mam taki żołądek, że jem, co popadnie . Córka dodaje: - Ojciec miesza wszystko ze wszystkim, to samo z przyprawami. Ja bym nie dała rady . Zwolennicy racjonalnego żywienia i dietetycznych nowinek muszą więc wywiesić białą flagę.
Warte odnotowania jest, że mama lekkoatlety zmarła w wieku 94 lat, żona i teściowa żyły natomiast cztery lata krócej. Mimo że w tym wypadku wspieranie się kwestią genów byłoby zupełnie pozbawione logiki, to można śmiało przyznać, że długowieczność w jego najbliższym otoczeniu nie jest niczym nadzwyczajnym. Istotny dla kondycji fizycznej dolnośląskiego sportowca jest również fakt, że przez długie lata, aż do przejścia na emeryturę w 1970 roku, codziennie dojeżdżał na rowerze do oddalonego o 10 kilometrów miejsca pracy. Używki? - Zero papierosów, nigdy - mówi świdniczanin. - Alkohol okazjonalnie .
Postać pana Stanisława na pewno zainteresuje wszystkich, których cechuje niechęć do rodzimej służby zdrowia. Mój bohater od lekarzy stroni, zresztą ma ku temu powody. Jak się dowiaduję, wyniki jego badań są dużo lepsze niż te należące do młodszej o trzydzieści lat córki. - Raz udało się nam namówić ojca, żeby wziął leki na przeziębienie. Zgodził się. Jakiś czas później odkryłam, że wyrzucił je za kanapę . Mimo to, po lekkim stłuczeniu nogi, jakiego doznał przed zawodami w Radomiu, wysiadając z autobusu w nazbyt żywiołowy sposób (- Ja wyskakuję jak osiemnastolatek, nie trzymam się żadnych barierek, nic ), zgodził się na wizytę u zaprzyjaźnionego ortopedy. Gdy ten zobaczył pana Stanisława, zaczął dopytywać się trenera, czy aby na pewno to ten 104-latek, którego miał przyprowadzić. Wykonane badania jedynie wzmogły jego niedowierzanie. Lekarz zupełnie poważnie przyznał, że mamy tu do czynienia z kośćmi i mięśniami jak u mężczyzn 60-letnich. O ile stwierdzenie, że Stanisław Kowalski wygląda na dużo młodszego niż w rzeczywistości, może się wydawać kurtuazyjnym banałem, to nie ma przesady w określeniu go mianem biologicznego fenomenu.
Ojciec jest celebrytą
Staram się nie popaść w niepotrzebną emfazę, trudno mi jednak zaprzeczyć, że spotkanie z osobą, która była świadkiem dwóch lub (w zależności od wykładni) trzech poprzednich epok, zrobiło na mnie spore wrażenie. Tym bardziej, jeżeli mowa o osobie tak dynamicznej, otwartej i w dziecięcy wręcz sposób entuzjastycznej, jak pan Stanisław. Świdniczanin nie ucieka zresztą od odnoszenia swojej biografii do kontekstu historycznego, przy okazji dając dowód wciąż bardzo dobrej pamięci: - Z wojska wyszedłem w 1933 roku, Piłsudski jeszcze dwa latka wtedy pożył . Być może życiorys mojego bohatera nie należy do najbardziej fascynujących: w latach 50. został wraz z rodziną przesiedlony z Kielecczyzny na Dolny Śląsk (PRL-owskie władze tworzyły na obszarze obejmującym jego dom poligon), większość swojego życia spędził, pracując w odlewnictwie i kolejarstwie, doczekał się kilkorga potomstwa itd. Etap, w jaki właśnie wkroczył, rekompensuje jednak ewentualne braki. Czuję się zresztą niezręcznie, oceniając historię życia osoby, która przeżyła obie wojny światowe. Na wspomnienia z tych czasów nie naciskam - mam wrażenie, że pan Stanisław chce zostawić je dla siebie i swoich bliskich.
Dolnośląski rekordzista ze swoją nagłą popularnością radzi sobie doskonale. Pojawił się nie tylko w rodzimych mediach, ale też między innymi we włoskim Rai Uno, francuskiej TF 1 oraz amerykańskiej, australijskiej i japońskiej telewizji. Kontakt z mediami w żadnym wypadku go nie peszy, przeciwnie: sprawia sporą radość. - Ojciec jest rasowym celebrytą - twierdzi pani Regina, po czym przyznaje, że zdarza się jej odprawiać niektórych dziennikarzy z kwitkiem, aby nadmiernie nie przemęczać taty. Nic dziwnego, po grudniowych Drużynowych Mistrzostwach Polski Weteranów nic nie zapowiada, by zainteresowanie mediów mieszkańcem Świdnicy miało w najbliższym czasie osłabnąć. Pan Stanisław pobił na zawodach w Toruniu dwa rekordy świata: w biegu na 60 metrów (19,72 sekundy) i pchnięciu kulą (pięć metrów i osiem centymetrów). Do potwierdzenia wyniku niezbędne było dostarczenie odpowiednim instytucjom metryki sportowca. Jak dowiedziałem się kilka dni temu od trenera, rekord został już zatwierdzony. Teraz obaj panowie wybierają się na Indywidualne Mistrzostwa Polski Weteranów, które odbędą się 28 lutego, również w Toruniu. Zawody te mają być z kolei sprawdzianem przed organizowanymi w tym samym mieście w dniach 22-28 III Mistrzostwami Europy Weteranów.
No to jedziemy
Co dalej? - Myślę, że po tych zawodach trzeba już sobie będzie dać spokój - mówi trener. - No chyba, że pan Stanisław będzie bardzo chciał startować dalej, wówczas na zawody pojedzie z nim zapewne ktoś z krewnych . To bardzo prawdopodobne, zważywszy na fakt, że 104-latek nie potrzebuje jak na razie żadnej zachęty. - Jest termin. Ma pan ochotę? No to jedziemy - tak Zygmunt Worsa streszcza dotychczasowy proces decyzyjny dotyczący występów. A panu Stanisławowi podobno aż oczy się świecą.
W tym miejscu powinien pojawić się jakiś efektowny morał dotyczący hartu ducha, przełamywania własnych ograniczeń, wznoszenia się ponad przeciętność oraz dokonywania niemożliwego. Daruję go sobie. Zamiast tego zachęcam Państwa do przyjrzenia się wyrazowi twarzy pana Stanisława po starcie na toruńskich zawodach, który widać na jednym ze zdjęć. Morał proszę sobie dopowiedzieć samemu.
PS Wszystko wskazuje na to, że Stanisław Kowalski jest najstarszym żyjącym lekkoatletą, jednak ani on, ani jego trener nie starają się o zgłoszenie tego faktu do "Księgi rekordów Guinnessa". Przy wyjściu dowiaduję się jednak, że po głowie starszemu panu chodzi jeszcze pobicie kolejnego rekordu. Tym razem niezwiązanego ze sportem. Pan Stanisław pragnie bowiem pewnego dnia zostać najstarszym człowiekiem w Polsce (obecnie tytuł ten należy do 109-letniej Jadwigi Młynek). Patrząc na świdniczanina, można śmiało stwierdzić, że jest to w jego zasięgu.
_
* Określenie "weteran" jest w wypadku lekkoatletyki pojęciem dość szerokim. Weteranem staje się bowiem już w 36. roku życia. Kolejne kategorie wiekowe są odmierzane co pięć lat - w wypadku lat stu i więcej pięcioletni podział przestaje obowiązywać.
Stanisław Kowalski . Urodzony 14 kwietnia 1910 roku w powiecie Końskie na Kielecczyźnie, gdzie mieszkał aż do lat 50., kiedy to został wraz z rodziną przesiedlony na zachód Polski. W latach 30. odbył na Wileńszczyźnie służbę wojskową, zakończoną w 1933 rok. Większą część swojego życia spędził pracując jako kolejarz i odlewnik. Obecny rekordzista świata w biegu na 60 metrów i pchnięciu kulą (w swojej kategorii wiekowej). Jest najstarszym żyjącym lekkoatletą.
Mateusz Witkowski (ur. 1989). Redaktor naczelny i współzałożyciel portalu Popmoderna.pl . Absolwent krytyki literackiej na Wydziale Polonistyki UJ, obecnie doktorant na tym samym wydziale. Interesuje się bezpośrednimi związkami między muzyką popularną a literaturą oraz recyklingiem popkultury, jaki dokonuje się we współczesnej literaturze, sztuce i tzw. telewizji jakościowej. Zdecydowanie sprzeciwia się dzieleniu kultury na "wysoką" i "niską". Do tej pory publikował m.in. w "Dwutygodniku", "Xięgarni", "Czasie Kultury", "Opcjach".