Biografie
Portret Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów autorstwa Stanisława Ignacego Witkiewicza (Fot. Domena publiczna via Wikipedia Commons)
Portret Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów autorstwa Stanisława Ignacego Witkiewicza (Fot. Domena publiczna via Wikipedia Commons)

Faktycznie niedługo po śmierci Anny, bo już 2 marca 1980 roku, Jarosław umiera. O jego pogrzeb nie muszę pytać. Wszyscy doskonale go pamiętają. Pochowanie w stroju górnika jest nieustającym tematem komentarzy. Publikacji o Iwaszkiewiczu jest ogrom. Anna nawet po śmierci pozostaje w cieniu.* 

Anna Iwaszkiewicz spełniała się z pewnością w roli babci. Anna i Maciej Włodkowie spędzili pierwsze lata swojego życia w Stawisku i wracali tam często także w dorosłości. Oboje pamiętają częste wspólne wyjazdy, najpierw nad morze, a potem w góry. Anna lubiła spędzać czas przede wszystkim w Ustce. Jej wnuczka wspomina: 

– Jak byliśmy młodsi, mieliśmy na Stawisku opiekunki, ale bardzo dużo czasu spędzaliśmy z babcią. Wyjeżdżaliśmy razem latem do Ustki, a zimą do Rabki. Babcia naprawdę uwielbiała morze. Nie umiała pływać, ale lubiła fale. Miała taki jednoczęściowy brązowy kostium z wełny i zawsze mówiła, że kostium może być tylko z wełny. Nie wiem, kto jej go zrobił, ale nam z Maćkiem takie wełniane majteczki na drutach zrobiła mama. Pamiętam, że kiedyś płukałam te swoje majteczki i one nagle odpłynęły. Był wtedy z nami wujek Andrzej Pilawitz, syn babci Anieli Pilawitzowej, który wieczorem zażartował: "Anusiu, twoje majteczki już dopływają do brzegów Szwecji". Babcia bardzo lubiła stać w morzu, aby uderzały w nią fale, i kiedyś nawet by utonęła, ale na szczęście ktoś szybko zareagował i pomógł jej wyjść. Uwielbiała też wiklinowe kosze plażowe, w których potrafiła wysiadywać godzinami. Bardzo długo jeździliśmy do Ustki, ale potem Maciek zaczął się wspinać po górach i zmieniliśmy kierunek wyjazdów. Najpierw była Jaszczurówka. Babcia chciała być bliżej Maćka, więc sprowadzała cały sprzęt: liny, haki z Austrii. Maciek najpierw jeździł na te wspinaczki z księdzem Gniewniakiem z Brwinowa, który organizował wyjazdy dla młodzieży, a my z babcią wynajmowałyśmy wtedy dla siebie w Jaszczurówce pokój. Pamiętam, że chodziłyśmy na obiady do sióstr urszulanek. Czasami był z nami ktoś jeszcze, na przykład Jerzy Wertenstein, którego babcia bardzo chciała ochrzcić. Dziadek z nami nie wyjeżdżał. Latem w ogóle rzadko się ruszał ze Stawiska, chyba że do Sandomierza. Miał wtedy spokój i mógł pracować, bo "te bachory" – jak żartobliwe o nas mówił – mu nie przeszkadzały. 

Anna Iwaszkiewicz z córką. Willa Aida, Podkowa Leśna, 1924 rok (Fot. Stanisław Wilhelm Lilpop/Wikipedia Commons) , Willa Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku (Fot. Marek i Ewa Wojciechowscy/Trips over Poland via Wikipedia Commons)

Maciej Włodek pamięta także: – Na początku to były wyjazdy do Władysławowa i do Ustki. Chociaż akurat jedne wakacje w Ustce, chyba w 1951 roku, zakończyły się fatalnie, bo dostaliśmy z siostrą szkarlatyny i dziadek wysłał po nas samochód, żebyśmy wrócili na Stawisko.

Wnuczka przy okazji wyjazdów wspomina o kostiumie kąpielowym babci. Anna w młodości bardzo dbała o stroje i ubierała się zgodnie z obowiązującą modą. Jarosław również bardzo często wspominał, że jego żona zawsze doskonale prezentowała się na oficjalnych imprezach. Nie współgra to ze wspomnieniami wnuków, którzy pamiętają starszą Annę wciąż marznącą, zakładającą na siebie kilka warstw ubrań. 

– Babcia miała dużo naprawdę pięknych rzeczy, ale na co dzień ubierała się strasznie. Była potwornie chuda, z roku na rok coraz chudsza, zawsze było jej zimno, więc zakładała po kilka warstw ubrań. Miała sporo wąskich spódnic, takich za kolano i mnóstwo swetrów oraz najróżniejszych chustek, szali i szalików. Akurat te szaliki to chyba mam po niej, bo też się bez nich nie ruszam. Wybierała kolory stonowane, tylko jedwabne chusty, które często przywoził nam ze swoich podróży dziadek, były kolorowe. A z drugiej strony – kiedy babcia z dziadkiem gdzieś wychodzili, na przykład do filharmonii czy teatru, ubierała się bardzo elegancko. Zawsze miała buty na zmianę. Szła w wygodnych, często ciężkich i brzydkich, ale w szatni zmieniała je na pantofle na obcasie. Jako młoda kobieta przywoziła sobie stroje z Paryża, które fundował jej ojciec – Stanisław Lilpop. Jej szafa stała w tzw. ubieralni, za łazienką, i tam trzymała swoje suknie. Pamiętam na przykład piękną białą, jedwabną sukienkę zapinaną na małe guziczki i białe pantofle na obcasie w srebrne kropeczki, ale szczerze powiedziawszy, nie wiem, kiedy je nosiła. Chyba tylko na takie oficjalne wyjścia. Na pięćdziesięcioleciu ślubu dziadków babcia była ubrana w piękną szarą suknię uszytą przez krawcową. Miała też dużo naprawdę ładnych kostiumików. Jednak zawsze gdzieś coś jej powiewało, spadało. Kiedyś dziadek przywiózł jej z Moskwy gronostaje – taki żakiecik – i opowiadała mi, że będąc w kościele, rzuciła to okrycie na podłogę, żeby na nim klęknąć, bo nie chciała się przeziębić od zimnej posadzki. I raptem, chyba Jerzy Putrament, próbował jej te gronostaje wyciągnąć spod kolan, bo myślał, że upadły przypadkiem, a ona się z nim mocowała. Opisywała mi tę sytuację, zaśmiewając się do łez. Na Stawisku nie ma rzeczy po babci, bo po jej śmierci moja mama Maria i jej siostra Teresa porządkowały dom. Myślę, że po prostu te rzeczy komuś oddały. Nigdy na ten temat nie rozmawiałyśmy, a w chwili, gdy moi dziadkowie umierali, ja byłam tuż przed porodem. Nie byłam przy babci, kiedy umierała, i nie mam pojęcia, co się dokładnie stało z tyloma rzeczami osobistymi i pamiątkami. 

Kiermasz Książki na Placu Defilad w Warszawie, lata 1976-1979. Jarosław Iwaszkiewicz podczas spotkania z czytelnikami (Fot. Włodzimierz Barchacz/Narodowe Archiwum Cyfrowe)

W Stawisku znajdziemy sporo rzeczy osobistych, bibelotów, notatek, a nawet ubrań po Jarosławie (część z nich można oglądać w muzeum na co dzień, inne tylko podczas oprowadzania w czasie Nocy Muzeów). Jednak po Annie faktycznie zostało raptem kilka drobiazgów, które zresztą niewiele nam o niej mówią. Jedynie we wspomnieniach wnuków zachowała się pamięć o codzienności i zwyczajach Anny, dlatego te rozmowy są tak cenne i przytaczam je tak obszernie. 

Anna Włodek pamięta na przykład, jak kiedyś babcia pokazywała jej jasny pukiel swoich włosów, który schowała w jakiejś książce. Była sentymentalna i lubiła przechowywać rzeczy mające dla niej ważne, emocjonalne znaczenie. To właśnie imienniczka Hani opowiada mi o ulubionych smakach babci: 

– Śmiała się, że lubi najbardziej rzeczy na literę k: koniak, kawę, kawior i katańskie malinowe pomarańcze. Dziadek, kiedy już chorowała, chodził na Polną do pani, która tam handlowała, i kupował babci kawior. Na kolację zawsze robiono grzanki, a jak pojawiały się rzodkiewki, to babcia się nimi wprost zajadała. No i był jeszcze kogel-mogel. A za figurką Matki Boskiej miała koniak. Lody były dla niej za zimne, trzeba było je zawsze rozpuścić. Szampan jej nie smakował, bo przeszkadzały jej bąbelki. A jak wypadało wypić, to mieszała go łyżeczką, żeby bąbelki się szybciej ulotniły. Kiedy faktycznie pojawiała się okazja do napicia się czegoś, to wolała kieliszek wódki. Babcia w zasadzie parzyła tylko kawę i robiła herbatę, ale pamiętam, że zawsze przypalała czajnik. Nie bardzo umiała zarządzić, co ma być na obiad, więc ostatecznie to kucharka decydowała, co przygotować. Za to w restauracji, choćby w Paryżu, babcia lubiła dobrze zjeść, na przykład solę.

Maciej Włodek pamięta za to, że Anna była wybredna: – Pamiętam doskonale, że babcia miała, moim zdaniem, jakiś poważny problem ze smakiem, to było widać podczas wspólnych posiłków. Powtarzała na przykład, że nie lubi czosnku i żeby nie dodawać go do potraw, a kiedy już jadła, zupełnie go nie czuła, choć wszyscy inni tak. Poza tym miała poważne problemy z wątrobą w latach pięćdziesiątych. Pamiętam, że jeździła do Sopotu do zielarza, który dość skutecznie wyleczył jej kamienie żółciowe.

Anna Iwaszkiewicz w wieku 50 lat (Fot. Benedykt Dorys, Polona.pl/Wikipedia Commons) , Jarosław Iwaszkiewicz, fotografia portretowa. Rok nieznany (Fot. Stanisław Brzozowski/Narodowe Archiwum Cyfrowe)

We wspomnieniach pojawiają się też zwyczaje czy raczej pewne kompulsywne zachowania Anny Iwaszkiewicz. Z pewnością bardzo dużą wagę przywiązywała do higieny i zdrowia. Maciej Włodek pamięta, że przyjeżdżając do Stawiska jako nastolatek czy już dorosły, słyszał, jak babcia długo zostaje w łazience po tym, jak dziadek poszedł już spać. Wnuk wspomina, jak kiedyś Anna przyłapała go na nocnym czytaniu:

– Dziadek kładł się do łóżka koło godziny dwudziestej drugiej, tam jeszcze czytał, a babcia zostawała na nogach nawet do dwudziestej czwartej, bo miała swoje wieczorne rytuały. Nigdy nie było tak, że poszła się umyć i od razu kładła się spać. Zawsze krzątała się jeszcze z godzinę – wchodziła do łazienki i wychodziła, ale nikt nigdy nie pytał, co ona tam tyle czasu robi. Zgaduję, że były to jakieś zabiegi pielęgnacyjne. Ja wtedy zwykle coś czytałem, choć powinienem już spać, więc ciągle czuwałem z ręką przy wyłączniku światła, żeby babcia nie zauważyła, że u mnie się pali. Oczywiście kilka razy mnie przyłapała. Potem już na stałe przeniosła się do pokoju za łazienką, ale pod koniec życia wróciła do wspólnej sypialni, do dziadka. Z czego zresztą dziadek strasznie się śmiał i kiedyś nawet powiedział: "Hania poszła we Francji do spowiedzi i chyba jej ksiądz nakazał, żeby sypiała z mężem".

Zobacz wideo Magia lat 90-tych, czyli wspomnienia powracają w literaturze [Popkultura]

W wielu wspomnieniach o Annie obecny jest też jej obsesyjny lęk przed zachorowaniem na gruźlicę. Możemy sobie zatem wyobrazić, jak mogła się czuć, kiedy Jarosław odwiedzał Karola Szymanowskiego czy Jerzego Błeszyńskiego – robotnika z Brwinowa – lub gdy to oni przychodzili do Stawiska. Obaj ciężko chorowali na gruźlicę, a potem zmarli właśnie na tę chorobę. 

Wspomina jej wnuczka: – Babcia panicznie bała się chorób, zwłaszcza gruźlicy. Pamiętam, kiedy Jerzy Błeszyński przychodził na Stawisko, to babcia zawsze dezynfekowała po nim wszystkie klamki w domu i balustradę przy schodach. Generalnie nie lubiła dotykać klamek, jak już umyła ręce, więc zamykała drzwi łokciem. Kiedy byliśmy z Maćkiem chorzy, to zakazywała nam wstawania z łóżka. Dosłownie. I wtedy wysuwali nas na łóżkach z pokoju na korytarz, żeby wywietrzyć pokój, nawet załatwialiśmy się do nocnika. Nam podobało się oglądanie życia na Stawisku z korytarza. Jednak to były jakieś higieniczne fobie babci.

*Publikujemy fragment książki Sylwii Góry "W stronę Anny. Biografia Anny Iwaszkiewicz", która ukazała się 4 czerwca 2025 roku nakładem Wydawnictwa Marginesy.