- Premiera Chiquitity zbiegła się w czasie z informacją o rozwodzie Björna i Agnethy, którzy udzielili wywiadu zaufanemu dziennikarzowi ze szwedzkiej gazety "Expressen". W rozmowie para podkreślała, że ich rozstanie nie było wynikiem romansu żadnego z małżonków, a kwestią niedających się pogodzić różnic. Informacja ta z pewnością spadła jak grom z jasnego nieba: w końcu wizerunek grupy w dużej mierze opierał się na tym, że składała się z dwóch par tworzących wspólnie wspaniałą muzykę.*
"Jednak cała ta opinia o sielankowym wizerunku i szczęściu małżeńskim i tym podobne to dzieło mediów – protestowała Agnetha. – A na pewno nie członków ABBY. Było, jak było, a teraz mamy rozwód i to też jest część naszego życia". Ale jak ABBA miała funkcjonować dalej, gdy jedna z par była w trakcie rozwodu? Björn i Agnetha wyjaśnili, że to nie ABBA była źródłem ich problemu, więc nie ma powodu, by rezygnować z czegoś, co sprawiało im tyle radości i co świetnie funkcjonowało. Ich rozstanie mogło mieć tylko pozytywny wpływ na środowisko pracy. "Napięcie, które było między nami podczas pracy w studiu, zniknęło – powiedział kilka miesięcy później Björn. – Dziś mogę poprawić czy skrytykować Agnethę i nie muszę brać pod uwagę tego, że jest moją żoną".
Zamieszanie, które informacja o rozwodzie wywołała w mediach, nie zaszkodziło ABBIE. Wprost przeciwnie, ich szósty album Voulez-Vous – wydany 23 kwietnia 1979 roku – był ogromnym sukcesem. Dzięki piosence Chiquitita Ameryka Łacińska stała przed nimi otworem, przez co sprzedaż albumu jeszcze wzrosła. Podobna sytuacja miała miejsce w Japonii, gdzie wcześniej ich sukces był stosunkowo niewielki. Stig Anderson wspominał później, że mówiono im, że tego rynku nie będą w stanie zawojować, bo ich muzyka po prostu nie pasuje do Japonii. Dzięki kampanii w 1978 roku, w trakcie której w listopadzie zespół na dwa tygodnie poleciał do Japonii, gdzie spotkał się z mediami, nagrał program dla telewizji i wykonał tyle działań promocyjnych, ile się dało, ABBA udowodniła, że wieszczący porażkę nie mieli racji. W efekcie grupa stała się znana w Japonii, a album Voulez-Vous był ich pierwszym, który znalazł się na szczycie listy sprzedaży. Wyglądało na to, że jeśli zostaną podjęte odpowiednie wysiłki, to żaden zakątek świata nie oprze się urokowi ABBY.
Voulez-Vous był w pewnym sensie krokiem w tył. Zniknęły ambitne elementy znane z ABBA – The Album, jak na przykład minimusical, a wróciły emocjonalne opisy spraw sercowych. Choć ta płyta bywa czasem nazywana albumem disco, ze względu na obecność wielu tanecznych utworów, to trzeba zauważyć, że niewiele typowych składanek disco zawierałoby takie piosenki jak Chiquitita czy ballada I Have a Dream z dziecięcym chórem Szkoły Międzynarodowej w Sztokholmie. Jednak większość utworów była szybka i/lub lekko funkowa – jak na przykład przebojowy singiel Does Your Mother Know i utwór tytułowy, do którego podkład został nagrany w Miami z prawdziwymi amerykańskimi muzykami disco – a teksty mówiły o flirtowaniu w klubie nocnym, desperackich błaganiach o uczucia czy o cenie, jaką trzeba zapłacić, gdy romans się zakończy.
Zarówno Agnetha, jak i Björn przyznali, że ich problemy małżeńskie wpłynęły na piosenki z tego albumu. "Zastanawiam się, czy płyta nie okazała się dzięki temu lepsza – powiedziała Agnetha. – Na scenie, w studiu i prywatnie wiele rzeczy dzieje się na poziomie czysto emocjonalnym i jest to widoczne na płycie". Krótko po premierze albumu Björn wyznał, że tekst do piosenki If It Wasn’t for the Nights, o człowieku, który po rozstaniu nie jest w stanie znieść samotności nocnego klubu, "został napisany w czasie, kiedy byłem naprawdę przygnębiony. Byłem smutny jak diabli". A kilka lat później dodał: "Jestem pewien, że napisałem go w którąś samotną noc".
Większość albumu została zarejestrowana w zupełnie nowym studiu Polar Music w centrum Sztokholmu, które otwarto w maju 1978 roku. Björn, Benny i inżynier dźwięku Michael B. Tretow przygotowali wcześniej listę sprzętu, gadżetów i funkcji, do których chcieli mieć dostęp w swoim wymarzonym studiu, i skorzystali z usług najlepszych budowniczych tego typu obiektów. W przeciwieństwie do często ciemnych, zagraconych pomieszczeń w typowym studiu nagraniowym tutaj ściany przedstawiały białe chmury na tle błękitnego nieba. Reżyserka, na ogół traktowana po macoszemu, tutaj była przestronna – w końcu to tu Björn, Benny i Michael mieli spędzać mnóstwo czasu. Krótko mówiąc, Polar Music Studio było spełnieniem ich dawnych marzeń. "Praca w takim studiu przynosi radość, ponieważ wszystko mamy tu pod ręką" - zachwycał się Benny. Dzięki temu rozwiązano też dręczący ich od dawna problem związany z wynajmowaniem studia nagraniowego na czas pracy przy ich nieskazitelnie wyprodukowanej twórczości. Teraz, jak zauważył Björn, "możemy poświęcić tyle czasu, ile nam potrzeba, na proces twórczy – na przykład cały dzień na intro utworu".
Poza podkładem do Voulez-Vous od tej pory wszystkie nagrania studyjne zarejestrowano w Polar Music Studio. W ciągu kolejnych kilkudziesięciu lat to supernowoczesne studio przyciągnęło wielu artystów światowej sławy. Już pod koniec 1978 roku Led Zeppelin nagrał tu swój ostatni album studyjny In Through the Out Door, a jakiś czas później grupa Genesis pracowała tu nad albumem Duke. Studio funkcjonowało do 2004 roku. We wrześniu 1979 roku ABBA wyruszyła w pierwszą trasę po Ameryce Północnej. Amerykanie już od kilku lat błagali zespół o koncerty, a w tamtym czasie był to jedyny sposób na zjednanie sobie Stanów Zjednoczonych. Fakt, że ABBA nie była fizycznie obecna w Ameryce, prawdopodobnie stanowił powód, dla którego ten rynek nie został podbity w takim stopniu jak Europa i Australia. Wydawało się, że sytuacja jest bez wyjścia: jeśli chcieli podbić ten kraj, musieli ruszyć w trasę koncertową, ale ABBA nie chciała ruszyć w trasę, nie będąc tam gwiazdą.
Gdy rozpoczęła tournée po Ameryce Północnej, miała już kilka piosenek w pierwszej dwudziestce listy przebojów, kilka ich płyt pokryło się platyną, a jedna piosenka – Dancing Queen – trafiła na szczyt listy przebojów: był to obiektywny sukces, nawet jeśli nie na poziomie australijskiej abbamanii. Trasa trwała zaledwie parę tygodni – nie była to ambitna wyprawa po całym ogromnym kontynencie. Jeden z powodów stanowiła postawa Agnethy, która nie chciała zostawiać dzieci na dłużej niż kilka tygodni, jednak, prawdę mówiąc, nikt w zespole nie był szczególnie entuzjastycznie nastawiony do koncertowania. Zwłaszcza Björn i Benny już się napodróżowali w latach 60. I teraz przyjemność sprawiało im głównie tworzenie i nagrywanie muzyki, a nie występy na scenie.
Dla Fridy sytuacja wyglądała nieco inaczej: ona jako jedyna z tej czwórki nie cieszyła się taką popularnością jak pozostali przed powstaniem ABBY i dopiero z zespołem stała się prawdziwą artystką estradową. "Cieszy mnie występowanie przed publicznością – powiedziała na kilka lat przed trasą po Ameryce. – To na scenie jestem najszczęśliwsza. Gdy na niej stoję, jestem obnażona i otwarta. Odsłaniam wszystko i nie mam z tym problemu. Czuję się bezpieczna, ponieważ lubię to, co robię".
Trasę rozpoczął koncert w Edmonton w kanadyjskiej prowincji Alberta 13 września. Następnie zespół odwiedził inne miasta Kanady, po czym pojechał do Stanów Zjednoczonych i wrócił do Kanady na ostatni koncert w Toronto 7 października. Scenografia była owocem współpracy kierownika artystycznego ABBY Runego Söderqvista i zaufanego kostiumografa Owego Sandströma. Wybrali oni zimną paletę kolorystyczną, która nawiązała do pochodzenia ABBY z północnej Europy: fiolety, błękity i biel. Söderqvist zaprojektował scenografię z gór lodowych, a Agnetha i Frida nosiły kostiumy Sandströma z lycry z ukośnymi paskami zainspirowanymi rzekami lodowcowymi. Björn nosił obcisły fioletowy kostium, a Benny nieco luźniejszy, niebiesko-biały.
Podobnie jak większość zespołów w trakcie tras promocyjnych ABBA zdecydowała się prezentować głównie piosenki z ostatniego albumu. Grupa wykonywała wszystkie utwory singlowe z Voulez-Vous i kilka innych piosenek, plus wybrane pozycje z imponującego katalogu przebojów powstałych po 1975 roku, a najważniejszym wyjątkiem była prawdopodobnie Mamma Mia, jeden z największych hitów. Początkowo zrezygnowano z Waterloo, prawdopodobnie dlatego, że zespół uważał ten utwór za przykład twórczości, którą zostawili już za sobą, jednak po paru koncertach dodano go do listy i przedstawiano jako evergreen. I znów krytycy i publiczność mieli różne doświadczenia, jeśli chodzi o występy ABBY na żywo. Część krytyków muzycznych przyszła na koncert, oczekując rockowego show – choć wiedzieli, że nie zobaczą Led Zeppelin czy The Ramones, to i tak mieli nadzieję, że zobaczą coś w tym stylu – jednak odbiór publiczności, która zapłaciła za swoje bilety, był zdecydowanie bardziej pozytywny.
Na każdym koncercie w czasie wykonywania I Have a Dream na scenie pojawiał się lokalny chór dziecięcy, tak jak w wersji studyjnej, i takie familijne elementy były w latach 70. czymś zupełnie obcym dla przeciętnego krytyka muzycznego.
"Oglądanie ABBY przypomina oglądanie telewizji – tworzona jest iluzja, że coś się dzieje, ale cała akcja jest bardzo odległa i zwięzła" – napisał krytyk Jim Farber o nowojorskim koncercie. Tymczasem fani zespołu rozkoszowali się każdą sekundą. Agnetha miała w stosunku do trasy z 1979 roku mieszane uczucia. Z jednej strony, była oczywiście wzruszona napięciem i ekscytacją związanymi z występowaniem na scenie, uwielbieniem, jakie spływało na nią ze strony publiczności. Z drugiej strony, początek trasy nie był najlepszym czasem dla niej prywatnie, bo po prostu nie chciała zostawiać dzieci. "Nie wiem, jak dałam wtedy radę – powiedziała wiele lat później Bricie Åhman.
– Reszta zespołu była wówczas na zupełnie innym etapie i lepiej to znosiła. Nie zostawili w domu dzieci, których rodzice niedawno się rozwiedli. To ja żyłam przez cały czas z wyrzutami sumienia. Nikt nie rozumiał, jak bardzo jest to dla mnie bolesne. Nadal trudno mi o tym mówić". Gdy ABBA zatrzymała się w Kalifornii, sześcioletnia córka Agnethy i Björna przyjechała w odwiedziny i nawet pojawiła się na scenie w czasie koncertu w Las Vegas. Możliwość spędzania czasu z córką stanowiła dla Agnethy pewne pocieszenie. Pod koniec trasy przydarzyła się katastrofa. W środę 3 października zespół wyleciał z Nowego Jorku prywatnym odrzutowcem do Bostonu, gdzie wieczorem miał się odbyć koncert. Niestety wkrótce pogoda gwałtownie się pogorszyła, co oznaczało, że nie są w stanie wylądować na lotnisku zgodnie z planem. Wszyscy na pokładzie martwili się, że wieczorny koncert trzeba będzie odwołać, a pilot nie do końca wiedział, co robić. Dla Agnethy, która już wcześniej bała się latać, ta podróż okazała się urzeczywistnieniem najgorszych koszmarów.
Gdy pilot uświadomił sobie, że kończy im się paliwo, podjęto decyzję o lądowaniu awaryjnym, co okazało się sporym wyzwaniem. "Byliśmy w śmiertelnym niebezpieczeństwie – tak odbierałam tę sytuację – światła na skrzydłach błyskały, nic nie było widać – wspomina Agnetha. – Wszystko było czarne, a turbulencje silne. Modliłam się, bo nie chciałam umierać". Gdy samolot wreszcie bezpiecznie wylądował, Agnetha, choć nie czuła się zbyt pewnie, dała radę wystąpić na koncercie w Bostonie
*Publikujemy fragment książki Carla Magnusa Palma "Abba. Historia kultowego zespołu", w przekładzie Alki Konieczki. Książka ukazała się 15 maja 2024 roku nakładem wydawnictwa Znak Koncept.

