Był człowiekiem sprzecznością. Najpopularniejszym autorem drugiej połowy XX wieku, który nie mógł znaleźć wydawcy. Przez całe życie walczył z łatką drugorzędnego pisarza science fiction, ponieważ w swojej pierwszej książce opisał maszyny. Wzywał do ograniczenia przyrostu naturalnego, choć sam wychował siedmioro dzieci. Troje własnych i czworo adoptowanych.
Dzięki antywojennej postawie był guru ruchu hipisowskiego, chociaż sami hipisi go przerażali, a trawkę zapalił raz w życiu - z Jerrym Garcią i członkami zespołu The Greatful Dead. Wreszcie był amerykańskim Niemcem, który brał udział w drugiej wojnie światowej i przeżył bombardowanie, jakie w nocy z 13 na 14 lutego 1945 roku zrównało z ziemią piękne Drezno, zabijając przy tym kilkadziesiąt tysięcy ludzi.
Był żartownisiem, ironistą o szerokich horyzontach, komediantem, choć do końca swych dni nie otrząsnął się z wojennej traumy. Zupełnie jak jego bohater Billy Pilgrim z "Rzeźni numer pięć", który nieustannie przenosi się w czasie, by wciąż wracać do bombardowanego Drezna, a ukojenia zaznaje tylko na odległej, obcej planecie Tlarfamadorii, gdzie jest żywym eksponatem w ZOO.
"Zarówno w rozmowach, jak i w książkach oraz opowiadaniach Kurt zawsze wypowiadał niewypowiedziane - wyrażał to, przed czym innych powstrzymywała poprawność polityczna bądź towarzyska. W DNA miał zakodowane wskazywanie, że król jest nagi, a wszyscy udają, że tego nie widzą" - napisał we wstępie do zbioru listów Vonneguta jego biograf i przyjaciel Dan Wakefield.
Byłeś i zostaniesz przypadkiem
- Jesteś przypadkiem, wiesz? Jesteś i zawsze pozostaniesz przypadkiem. Nic z ciebie nie będzie - powiedział nastoletniemu Kurtowi jego starszy brat Bernard, który uzyskał te informacje, potajemnie ustawiwszy mikrofon w sypiali rodziców.
To z pewnością nie Kurt miał zostać najsłynniejszym z Vonnegutów.
Osiadła w Indianapolis rodzina niemieckich imigrantów z pokolenia na pokolenie wrastała w amerykańską ziemię, ucieleśniając jednocześnie amerykański sen i protestancki ideał, czyli możliwość zbicia majątku ciężką pracą.
Pradziadek Kurta, Clemens Vonnegut, który przyjechał do USA z Niemiec w 1851 roku, założył sklep z narzędziami Vonnegut Hardware Company, a zdobywszy pieniądze, skupił się na kulturze, powołując do życia m.in. Stowarzyszenie Wolnomyślicieli w Indianapolis. Ojciec był cenionym architektem z dyplomem MIT, a matka, Edith Lieber, jako jedyna córka odnoszącego sukcesy przedsiębiorcy, otrzymała pokaźny spadek. Prawdziwe ucieleśnienie słów, że ciężką pracą ludzie się bogacą.
Walcząc z wypaczonym postrzeganiem tego amerykańskiego snu, Kurt napisze w swojej ostatniej autobiograficznej książce: "Biedni musieli zrobić coś złego, bo inaczej nie byliby biedni, tak więc ich dzieci muszą ponieść konsekwencje".
Rodzina żyła w wielkim domu otoczona służbą, a dzieci uczęszczały do znakomitych prywatnych szkół. Dwoje starszych, bo Kurt już się na to nie załapał. Urodził się 11 listopada 1922 roku i gdy rozpoczynał edukację, rodzina była już uboga. Krach na nowojorskiej giełdzie z października 1929 roku i wywołany nim kryzys spowodowały, że Vonnegutowie stracili niemal wszystko. Dla matki Kurta konieczność wysłania syna do szkoły publicznej była jak policzek.
W szkole średniej odkrył, co sprawia mu największą frajdę - pisanie. Brylował dowcipem na łamach gazetki szkolnej, narażając się często sportowcom, za co ci próbowali się na nim mścić w jedyny znany sobie sposób. Nie traktował swoich umiejętności jako czegoś niezwykłego, iskry bożej. Przecież przychodziło mu to z taką łatwością, a nic, co jest tak proste, nie może być czymś wyjątkowym.
Gdy przyszedł czas wyboru studiów, chciał zająć się literaturą lub dziennikarstwem. Ale wówczas wkroczył starszy brat, ceniony już wówczas fizyk zajmujący się badaniami atmosfery. To on przekonał ojca, że młodszy brat powinien zająć się naukami ścisłymi, bo przecież z tego pisania nic nigdy nie będzie. I w ten sposób Kurt zaczął się uczyć matematyki, chemii i fizyki na słynnym Uniwersytecie Cornella.
Jednak pisanie szybko okazało się ważniejsze niż przydatny zawód sugerowany przez brata. Tak zapamiętale pisywał do gazetki uniwersyteckiej "The Cornell Daily Sun", a tak mało czasu poświęcał nauce, że po trzech latach miał zostać relegowany z uczelni. Ubiegł ten ruch, sam rezygnując ze studiów.
Później studiował jeszcze na trzech uczelniach, na końcu wybrał antropologię na Uniwersytecie Chicagowskim. Ta, jako najbliższa jego zainteresowaniom, szła mu najlepiej, mimo to każda jego praca magisterska była odrzucana. Tytuł magistra otrzymał, gdy był już znanym na całym świecie autorem "Rzeźni numer pięć" i wykładowcą słynnego kursu pisania Uniwersytetu Iowa, gdzie jego studentami byli m.in. Gail Godwin, której pięć powieści dotarło na szczyt "listy New York Timesa", oraz autor m.in. "Świata według Garpa" John Irving. Vonnegut miał wtedy 50 lat.
Ale zanim w ogóle pomyślał o tym, że może stać się prawdziwym pisarzem, rankiem 14 maja 1944 roku, wyrwawszy się na krótką przepustkę z Camp Attenbury, gdzie przechodził przeszkolenie wojskowe, wszedł do sypialni rodziców, by złożyć matce życzenia z okazji Dnia Matki [w USA święto to obchodzone jest w drugą niedzielę maja - przyp. aut.]. Tylko że mama się nie obudziła.
Przez całe życia borykała się z problemami natury psychicznej. Utrata majątku, wielka wojna, która naraziła jej rodzinę na ataki ze strony innych Amerykanów, wreszcie świadomość, że syn włożył mundur i niedługo przeprawi się do ogarniętej wojenną pożogą Europy, sprawiły, że nie umiała znaleźć dla siebie miejsca. Połknęła garść tabletek nasennych.
Kurt zawsze będzie wracał do tej chwili. Jak wspomina Charles J. Shields, przyjaciel i biograf pisarza, Vonnegut do końca życia przeżywał swoje dzieciństwo i młodość. A historię samobójczej śmierci matki opowiedział Shieldsowi w dniu ich pierwszego spotkania, gdy siedzieli nad posiłkiem w niewielkiej knajpce, próbując się poznać.
Śmierć. W świecie człowieka tak pełnego życia jak Kurt nie było nic ważniejszego niż śmierć. Własnej nie mógł się doczekać tak bardzo, że pisał do wytwórni tytoniu Brown & Williamson produkującej pall malle, że ich pozwie i zażąda miliarda dolców odszkodowania. W "Człowieku bez ojczyzny" napisał: "Od dwunastego roku życia palę jednego za drugim. Tylko i wyłącznie pall malle bez filtra. I przez wiele lat, na samym opakowaniu, Brown i Williamson obiecują mnie zabić. Jednak mam teraz 82 lata. Serdeczne dzięki wy śmierdzące kanalie. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnąłem, to żyć wtedy, gdy trzech najbardziej wpływowych ludzi świata nazywa się Bush, Dick i Colon.
Oczywiście wciąż jestem uzależniony od papierosów. Ciągle mam nadzieję, że mnie w końcu zabiją. Ogień na jednym końcu i głupek na drugim".
Sam chciał, by gdy umrze, ktoś powiedział o nim, że jest teraz w niebie. Tymi samymi słowami pożegnał przyjaciela, znakomitego futurologa i pisarza science - fiction Isaaca Asimowa. Na żałobnym spotkaniu Amerykańskiego Stowarzyszenia Humanistów, instytucji skupiającej najbardziej światłe umysły epoki, stanął za mównicą i powiedział pogrążonym w żalu ateistom i agnostykom, że ich zmarły przyjaciel, wielki propagator nauki i racjonalizmu jest teraz w niebie. Ponoć pokładali się ze śmiechu.
Niby literatura, a jednak pisuar
Pstrąg Zabijucha (Kilgore Trout) jest podstarzałym, biednym jak mysz kościelna i całkowicie odrzuconym przez społeczeństwo pisarzem science fiction, którego opowiadania publikowane są w pismach pornograficznych. Nie wie, ile ich napisał, a tym bardziej, ile opublikował. Nie wierzy, że ktoś mógłby chcieć je przeczytać. Pstrąg, alter ego Kurta Vonneguta, pojawia się w wielu powieściach autora, często stając się kimś w rodzaju spiritus movens dla głównych bohaterów narracji. Bo Kurt, mimo ogromnego sukcesu, jaki odniósł, całe życie walczył z łatką pisarza science fiction niegodnego stanąć w jednym rzędzie z autorami nierozważającymi implikacji podróży w czasie i niewysyłającymi swoich bohaterów na inne planety.
Wszystko zaczęło się od pierwszej książki, "Pianoli", którą napisał, pracując w dziale public relations koncernu General Electric. Tak o tym opowiedział w eseju zatytułowanym "Science Fiction" opublikowanym na łamach "The New York Times Book Review": "(...) całkowicie otaczały mnie maszyny oraz koncepcje maszyn, więc napisałem książkę o ludziach i maszynach. (...) A potem dowiedziałem się od recenzentów, że jestem autorem science fiction. Nie miałem o tym pojęcia. Myślałem, że piszę książkę o życiu. Od tamtej pory jestem zgorzkniałym mieszkańcem szuflady z napisem science fiction. Chciałbym się z niej wydostać, zwłaszcza że mnóstwo poważnych krytyków regularnie myli ją z pisuarem".
I chociaż jego szósta powieść, czyli wspomniana już "Rzeźnia numer pięć", odniosła ogromny światowy sukces i wpuściła wreszcie "Pstrąga Zabijuchę" na salony, to dalsze powieści spowodowały, że krytycy przypuścili na niego wściekły atak. Szczególną niechęć wzbudziła wydana w 1976 roku powieść "Slapstic. Albo nigdy więcej samotności". Krytycy, nie rozumiejąc, że fabuła powieści Vonneguta jest wtórna do zawartych w nich rozważań, uważali, że dla pisarza nie ma miejsca w panteonie literackich sław. W ich oczach był grafomanem. W dodatku lichym grafomanem.
"Niezwykłe w tych recenzjach było to, iż ich autorzy chcieli, by wszyscy potwierdzili, że nigdy się do niczego nie nadawałem. Recenzent z The Sunday Times dosłownie domagał się od krytyków, którzy mnie kiedyś chwalili, żeby przyznali się do tego, jak bardzo się mylili (...) Zakamuflowana skarga opierała się na tym, że jestem barbarzyńcą, piszę, nie zgłębiwszy wielkiej literatury, że nie jestem dżentelmenem, że dawniej z radością publikowałem gnioty w czasopismach dla gminu. Krótko mówiąc: że nie spełniłem akademickiej powinności" - powiedział pisarz w wywiadzie dla "The Paris Review".
Faktycznie jego przygoda z pisarstwem rozpoczęła się w latach 50. od opowiadań, które pisywał po pracy w General Electric i - jeśli miał nieco szczęścia - publikował w kilku poczytnych wówczas pismach. Za jedno opowiadanie otrzymywał 500-750 dolarów, co odpowiadało miesięcznej pensji. Był już wówczas mężem i ojcem, człowiekiem potrzebującym regularnych dochodów. Ale też całe życie marzył o pisaniu i gdy wreszcie poczuł, że może żyć z opowiadań, porzucił pracę dla GE. Otrzymał ogromne wsparcie ze strony żony, która mimo że sama nie pracowała, za to wychowywała troje ich dzieci, nigdy nie nakłaniała męża do zmiany decyzji.
"Moja matka wiedziała, że ojciec będzie sławny i że to wszystko jest tego warte. Wierzyła, że zostanie sławnym pisarzem, bardziej niż on sam" - napisał syn pisarza Mark Vonnegut we wspomnieniach o ojcu zatytułowanych "Zupełnie jak ktoś chory psychicznie tylko trochę bardziej".
Były lata, gdy zarabiał nieźle. Ale i takie, gdy kolejne zamówienia spływały wyjątkowo nieregularnie. Być może gdyby był samotny, nie stanowiłoby to problemu. Jednak miał wielki, stary, 12-pokojowy dom i siedmioro dzieci na utrzymaniu.
Te dzieci to też był przypadek. Bo jakie jest prawdopodobieństwo, że dwoje ludzi, mąż i żona, matka i ojciec, zejdzie z tego świata w odstępie dwóch dni? Alice, siostra Kurta, chorowała na raka. Była już bardzo słaba. Lekarze z nowojorskiego szpitala, w którym przebywała, poinformowali najbliższych, że Alice zostały może dni, może godziny życia. Był 24 września 1958 roku. Mąż Alice, James Adams, wsiadł do podmiejskiego pociągu, by dotrzeć do szpitala i pożegnać się z żoną. Ale ktoś zapomniał opuścić most i pociąg wraz z pasażerami runął w dół. James zginął na miejscu. Alice zmarła dwa dni później.
Kurt pojechał do Rumson w stanie New Jersey, skąd przywiózł czworo dzieci siostry. "Przez dziesięć lat przed sierotami (było to w rodzinie Vonnegutów czułe określenie) opublikował jedną powieść oraz garść opowiadań i nawet nie zbliżył się do zarobienia tą działalnością na życie. Kolejna dekada, zaburzona obecnością sierot, dała "Syreny z Tytana", "Matkę noc", "Kocią kołyskę", "Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater", "Witajcie w małpiarni" i "Rzeźnię numer pięć". Nieźle" - napisał w swoich wspomnieniach Mark Vonnegut.
Jedno jest pewne, zwyciężą wygrani
W 1972 roku Kurt, który mimo sławy nadal brał wszystkie zlecenia, został poproszony przez magazyn "Harper's" o napisanie reportażu z konwencji Partii Republikańskiej. Konkluzja, jaką zamieścił na końcu tekstu, perfekcyjnie oddawała jego przekonania. Przekonania zbudowane na dwóch filarach - Kazaniu na Górze z Nowego Testamentu oraz słowach pewnego socjalisty, niedoszłego prezydenta Stanów Zjednoczonych Eugene'a V. Debsa.
W reportażu stwierdził: "Dwie prawdziwe partie polityczne w Ameryce to Wygrani i Przegrani. Ludzie nie przyznają się do tego. Twierdzą, że należą do dwóch wyimaginowanych partii: Republikanów i Demokratów. W obu tych rzekomych partiach rządzą Wygrani. Kiedy Republikanie walczą z Demokratami, jedno jest pewne: zwyciężą Wygrani".
Był ateistą, który nazywał Jezusa najlepszym z ludzi i twierdził, że gdyby ten nigdy nie pojawił się na świecie, to życie nie miałoby sensu. Jeśli ktoś z jego rozmówców zbyt uporczywie drążył temat wiary pisarza, dodawał, że jest unitarianinem uniwersalistą, co tak naprawdę oznaczało, że jest humanistą, jednak skomplikowana nazwa zwykle robiła wrażenie na rozmówcach, dzięki czemu dawali mu spokój. Powtarzał za Debsem, założycielem organizacji Robotnicy Przemysłowi Świata, że jak długo istnieje klasa niższa - należy do niej. Jak długo istnieje element przestępczy - wywodzi się z niego. Dopóki choćby jedna dusza przebywa w więzieniu - nie jest wolny.
Nie miał dobrego zdania o politykach. Irytowała go w nich świętoszkowatość połączona z całkowitym niezrozumieniem najprostszych moralnych prawd i brakiem prawdziwej odwagi. W "Człowieku bez ojczyzny" napisał m.in.: "(...) Z jakiegoś nieznanego mi powodu najgłośniejsi chrześcijanie spośród nas nigdy nie wspominają o Ośmiu Błogosławieństwach [fragment Kazania na Górze - przyp. aut.], lecz często ze łzami w oczach żądają, aby wywieszono w budynkach publicznych Dziesięcioro Przykazań. (...) Błogosławieni miłosierni na sali sądowej? Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój w Pentagonie? Dajcie mi święty spokój!".
Tego, jak ważni są miłosierni oraz ci, którzy wprowadzają pokój, nauczył się, gdy głodny, chory, ścigany obelgami wyciągał spod gruzów Drezna martwe ciała kobiet, dzieci, staruszków i nastolatków. Niemców, Polaków, Amerykanów i wszystkich innych, którzy 13 lutego 1945 roku byli w pięknym, zabytkowym i pozbawionym przemysłu zbrojeniowego mieście w Saksonii i sądzili, że wojna właśnie się kończy.
O tym nie da się opowiedzieć
Z listu Alexa Vonneguta, 4 lipca 1945, Indianapolis. Alex był pierwszą osobą, która spotkała się z Kurtem po jego powrocie z wojny. List jest relacją z tego spotkania.
"- Co to za blizna za uchem? - spytała Alice, siostra Kurta, która wraz z wujem Alexem pojechała po brata. - Tam mnie uderzył esesman. - Czym? - Szczotką ryżową.
A potem była opowieść o więźniu, który ukradł puszkę fasoli.
Skazali go i musiał podpisać dokument, w którym przyznawał się do jakiejś ohydnej zbrodni (...). I nie wiedział, gdy nazajutrz rano czterech z nas wyprowadzono z łopatami i my też nie wiedzieliśmy, że będziemy kopać mu grób. A potem zastrzelono go nad tym grobem - odwróconego plecami do plutonu.
Opowiadając to, Kurt zalał się łzami i powtarzał >Skurwysyny! Skurwysyny!".
O bombardowaniu Drezna, które pisarz przeżył, ukrywając się wraz ze 150 innymi jeńcami w budynku miejskiej rzeźni: "Wokoło zostało nie więcej niż pięćdziesiąt budynków. I nie myślcie, że zniszczenie tego miasta to nie skandal! Nie wyobrażacie sobie, co to znaczy. I kto tam zginął? Dwieście pięćdziesiąt tysięcy mężczyzn [nowe dane mówią raczej o 20 tysiącach zabitych - przyp. aut.] - oczywiście głównie starszych - wszystkie kobiety i wszystkie dzieci. Nie da się opisać, jak to jest zostać zbombardowanym. Pomyślcie tylko! Ludzie w Saksonii nigdy nie lubili Hitlera i tej jego bandy sukinsynów! (...) Tam praktycznie nie było schronów przeciwlotniczych. Zakładano, że Drezno nie jest zagrożone. Wszystko zniknęło. Galerie sztuki - wszystko!".
Gdy Kurt wraz z towarzyszami wyłonił się z piwnic rzeźni po bombardowaniu, po Dreźnie zostały tylko dymiące zgliszcza. Przez wiele kolejnych tygodni pod okiem znęcających się nad nim niemieckich żołnierzy, wśród obelg pozostałych przy życiu mieszkańców, odkopywał ciała zabitych. Ciała starców, kobiet i dzieci. Układał je na stosach. Stosy podpalano. Miał wówczas 23 lata.
Do Drezna wrócił dopiero w 1967 roku. Po powrocie do Stanów dokończył "Rzeźnię numer pięć". Antywojenny manifest, który sprawił, że kolejne pokolenia powtarzały jak mantrę: nigdy więcej wojny.
Kurt Vonnegut zmarł 11 kwietnia 2007 roku w Nowym Jorku. Miał wówczas 84 lata. Dokładnie tyle samo lat miał Pstrąg Zabijucha, gdy Vonnegut uśmiercił go w powieści "Trzęsienie czasu".
Kurt jest teraz w niebie.
Przygotowując artykuł, korzystałam m.in. z: - Kurt Vonnegut, "Człowiek bez ojczyzny"; tłumaczenie Aleksandra Joanna Dembek; - Kurt Vonnegut, Listy, w przekładzie Rafała Lisowskiego; - Charles J. Shields, "Zdarza się. Kurt Vonnegut: życie", w przekładzie Rafała Lisowskiego; - publikacji "The New York Timesa" dot. Kurta Vonneguta oraz naturalnie powieści i opowiadań autora.
Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka. Dziennikarka i redaktorka zajmująca się głównie tematyką popularnonaukową. Związana m.in z Życiem Warszawy i Weekend.Gazeta.pl, Magazynem Wirtualnej Polski oraz z Focusem. Współautorka książki "Człowiek istota kosmiczna". Agora S.A. przeprasza Pana Rafała Lisowskiego za nieumyślne naruszenie jego autorskich praw osobistych, poprzez nieoznaczenie w niniejszym artykule, że twórcą przekładu pozycji pt. Listy autorstwa Kurta Vonneguta oraz Zdarza się. Kurt Vonnegut: Życie autorstwa Charlesa J. Shieldsa jest Rafał Lisowski. Dołożymy wszelkich starań, by podobne sytuacje nie miały miejsca w przyszłości.