*Dotarła do nas smutna wiadomość o śmierci pani Danuty "Wiry" Szlachetko. Przypominamy rozmowę o jej życiu i udziale w powstaniu. Miała 16 lat, gdy poszła walczyć.
Ta książka jest formą terapii?
George Szlachetko: Myślę, że gdy skończyliśmy książkę "Wira z Powstania. Wspomnienia", mama poczuła ulgę. Spędziłem z nią setki godzin. Rozmawialiśmy, a ja spisywałem te wspomnienia. Jeśli tylko pojawił się wątek, który mnie szczególnie zainteresował, od razu za nim podążałem, dosłownie jak pies za kością. Gdy okazywało się, że mama czegoś nie pamięta dokładnie, robiliśmy przerwę i wracaliśmy do pisania po kilku godzinach, czasem tygodniach. Przecież wydarzenia, które opisujemy, wydarzyły się ponad siedemdziesiąt lat temu.
To, że jestem jej synem, dawało mi możliwość zadawania pytań, na które ghostwriter nie mógłby sobie pozwolić. Mogłem też dopytać o szczegóły, gdy coś wydawało mi się nie całkiem jasne.
Czemu jeszcze służy ta książka? Uczeniu młodych?
Jakieś cztery lata temu pomyślałem, że chciałbym spisać historię mojej mamy, ponieważ moje dzieci są jeszcze za małe, żeby się tego wszystkiego dowiedzieć od niej. Moja najstarsza córka ma dziś 17 lat. Wiem jednak, że pewnego dnia będą chciały poznać losy swojej babci. Przyznam, że spisując te wspomnienia, wpadłem w prawdziwą obsesję. Z każdym dniem chciałem dowiedzieć się więcej i więcej.
Czytając książkę, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że Wira miała w jakimś sensie obsesję powstania.
Nie wydaje mi się, żeby moja mama miała obsesję samego powstania. Było jednak tak, że Polacy, którzy na emigracji zamieszkali w Londynie i bardzo się wspierali, mieli obsesję przeszłości. Mam na myśli ciężkie doświadczenia z czasów wojny. U mojej mamy miały one nierozerwalny związek właśnie z powstaniem, ale też z tym, co wydarzyło się przed nim, czyli z dołączeniem do ruchu oporu i z tym, co ją spotkało po nim, czyli z pobytem w obozie jenieckim. Zresztą moja mama do dziś działa w organizacji, która zajmuje się polskimi weteranami wojennymi.
Kiedy pan się dowiedział, że pana mama walczyła w powstaniu?
Miałem wtedy dziewięć lat. Dowiedziałem się, że mama walczyła w powstaniu warszawskim, ale nie miałem pojęcia, co to właściwie było i jaki był jej w nim udział. Rok później zmarł mój tata i rozmowy o czasach wojny zeszły na drugi plan. Mama musiała zapewnić nam byt i na tym się głównie skoncentrowała.
Była samotna?
Byliśmy silnie związani z polską wspólnotą w Londynie. Ja miałem w niej mnóstwo ciotek. Traktowały mnie jak własne dziecko, zwłaszcza że niektóre z nich, tak jak ciocia Jadzia, straciły w czasie wojny swoje dzieci. Ale moja mama przyznała w pewnym momencie, że jest bardzo samotna. Bardzo brakowało jej siostry, która zginęła w sierpniu 1944 roku. Zastanawiała się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby były razem. Mama jednak potrafiła sobie z tą samotnością radzić. Nigdy nas nią nie obciążała.
Mama Wiry nie wiedziała, że ta poszła do powstania. Razem z siostrą Wiry wróciły spod Warszawy na Nowy Świat, by ją zabrać z rejonu walk. Obie zginęły od bomby niedaleko domu. Jak pana mama radziła sobie z tą traumą?
To kwestia skrywana w umyśle mojej mamy gdzieś głęboko. Rzeczywiście istnieje związek między śmiercią mamy mojej mamy i jej siostry a wyborami, których dokonała. Być może uznała, że to element koniecznej ofiary, związany z tym, co przecież musiała zrobić.
Dopiero niedawno mama złamała się i powiedziała, że jej bliscy zginęli z jej winy. Nie wiem, czy dopiero teraz zdała sobie z tego sprawę, czy też ukrywała tę kwestię przed sobą przez lata. Zresztą o tym, co ją bezpośrednio nie dotykało, mogła opowiadać bez końca. Czasami zdarzały się jednak momenty, kiedy coś dotyczyło jej emocjonalnie i musieliśmy na jakiś czas przerywać.
Na przykład wtedy, kiedy pana mama opowiada o zjedzeniu kota czy psa?
Kiedy mama opowiadała mi o zjedzeniu psa i kota, było to dla mnie zabawne. Większość ludzi oceniłaby to pewnie jako okropne. Moja mama natomiast przyznała, że kot nie smakował tak dobrze jak pies.
Wstrząsające były dla mnie wspomnienia z obozu w Oberlangen, do którego mama trafiła po powstaniu. Tam stale cierpiała głód. Wtedy pojawiła się ciocia Hania, która sama była potwornie głodna, a mimo to podzieliła się z mamą kawałkiem suchego chleba. Niestety, dowiedziałem się o tym krótko po tym, jak ciocia Hania zmarła.
Wira nie miała i nie ma najmniejszych wątpliwości, że powstanie było potrzebne.
Dzisiaj młodzi, którzy rozmawiają o powstaniu, wiedzą, jak ono się skończyło i ile osób w nim zginęło. Często zastanawiają się więc, czy było zasadne. Z perspektywy mojej mamy wyglądało to inaczej - nigdy nie miała wątpliwości, że powstanie powinno było wybuchnąć. A może bardziej precyzyjnie byłoby powiedzieć, że ona musiała wziąć w nim udział. Musiała wziąć udział w walce z okupantem, z najeźdźcą, który starał się zniszczyć cały polski naród. Dla mojej mamy było więc zupełnie naturalne, że przyłączyła się do konspiracji, a potem poszła do powstania.
Interesowało mnie, jak wyglądało życie w Polsce tuż przed wybuchem powstania. Pytałem o to mamę. Życie Polaków było wtedy naprawdę bardzo trudne. Dziś łatwo jest powiedzieć, że powstanie było niepotrzebne, bo nie udało się go wygrać. Moim zdaniem to nie jest właściwa perspektywa. To, że coś nie zadziałało, to nie znaczy, że nie powinno się było wydarzyć.
Trudno także oceniać, jak potoczyłaby się historia, gdyby powstanie nie wybuchło. Jak wtedy wszystko by się rozegrało? Jestem gotów przyznać tym, którzy rozpoczęli powstanie, pewien kredyt zaufania, że w ich sytuacji nie mogło być inaczej.
Powstańcy udzielili kredytu zaufania aliantom. Wierzyli, że przyjdą im z pomocą.
Wielu Polaków rzeczywiście oczekiwało, że Rosjanie w jakiś sposób wezmą udział w powstaniu, że wspomogą je. Moja mama nie wierzyła w to zupełnie, oczekiwała za to pomocy z Zachodu. Oczywiście, były zrzuty jedzenia i broni, ale Zachód mógł postarać się bardziej, mógł zrobić więcej. Na przykład zrzucić polską brygadę, która liczyła około pięciu tysięcy ludzi, dobrze wyszkolonych i dobrze uzbrojonych. Mogli wspomóc powstanie, a zamiast tego zostali skierowani na inny teren wojenny.
Uważam też, że Zachód mógł bardziej nacisnąć na ZSRR i starać się go przekonać, by samoloty z Zachodu mogły lądować na terytoriach opanowanych przez ZSRR. Na tym etapie Związek Radziecki był jeszcze zależny od Zachodu. Dostawał bowiem z Zachodu chociażby sprzęt wojskowy.
Brytyjczycy znają historię powstania warszawskiego?
Mało osób wie, co się wtedy naprawdę wydarzyło. Kiedy byłem dzieckiem, w zasadzie nie wiedzieli nic, słyszeli jedynie o powstaniu w getcie. Mam nadzieję, że z mojej książki dowiedzą się więcej o powstaniu. Zainteresowała się nią wytwórnia z Londynu. Film na jej podstawie jest już na wczesnym etapie produkcji.
Co pan czuje, gdy pan przyjeżdża do Polski?
W Warszawie czuję się zrelaksowany i spokojny. Zupełnie jakbym był w domu. I choć Warszawa nie jest moim domem, bo urodziłem się i mieszkam w Wielkiej Brytanii, odczuwam głęboki związek emocjonalny z tym pięknym miastem.
Pierwszy raz byłem na Nowym Świecie 57, gdzie mieszkali moi przodkowie, gdy miałem dwa lata. Ale dobrze tego nie pamiętam. Pamiętam za to rok 2004, gdy przyjechałem z mamą na obchody 60. rocznicy wybuchu powstania. Odwiedziłem wtedy Muzeum Powstania i dopiero tam, słuchając komentarza nagranego do jednej z ekspozycji, dowiedziałem się, jak zginęły moja babcia i ciocia. Patrzyłem potem na budynek 57 i choć to nie jest ten sam dom, byłem wstrząśnięty. Uświadomiłem sobie, że kilkaset metrów od tego miejsca rozegrała się nasza ogromna rodzinna tragedia.
Zastanawiał się pan wtedy, jak wyglądałoby życie pana i pańskiej mamy, gdyby nie wojna i powstanie? Po powstaniu mama trafiła do obozu, a stamtąd wyjechała do Wielkiej Brytanii ze swoim późniejszym mężem.
- Gdybyśmy ściśle trzymali się faktów, to wychodzi mi, że gdyby nie powstanie, mama nie poznałaby taty i ja bym się nie urodził. W pewnym sensie mogę więc przyznać, że tym koszmarnym wydarzeniom zawdzięczam swoje istnienie. Gdyby założyć, że i tak przyszedłbym na świat, tylko gdzie indziej, to choć kocham Londyn i Wielką Brytanię, byłbym zwykłym człowiekiem, który urodził się w Polsce. I też byłbym szczęśliwy.
Ma pan trójkę dzieci. Opowiada im pan o losach polskich dziadków?
Najbliżej związana z powstaniem i historią jest moja najstarsza, 17-letnia córka Emma. Także dlatego, że moja mama widzi w niej swoje własne odbicie. Okładka brytyjskiego wydania książki jest zresztą projektu Emmy, i to jej twarz jest na okładce.
Dwa lata temu byliśmy z żoną i dziećmi na wakacjach w Polsce. Spędziliśmy kilka dni w Warszawie, wzięliśmy udział w celebracji wybuchu powstania, zwiedziliśmy Powązki.
Pana córka jest w podobnym wieku jak pana mama, gdy szła walczyć.
Emma jest bardzo podobna do babci. Jest tak samo mądra, tak samo odważna. Uważa, że kobiety powinny być silne. Na zdjęciu promującym film o powstaniu, który powstaje na podstawie mojej książki, Emma stoi na ulicy z koktajlem Mołotowa w ręku. Wygląda jak moja mama w czasach powstania. Myślę, że gdyby Emma znalazła się w podobnej sytuacji, dokonałaby takiego samego wyboru jak jej babcia w 1944 roku.
A pan co by zrobił?
Ja jestem tylko mężczyzną, nie mam dość odwagi. Trudno mi to sobie wyobrazić, ale wydaje mi się, że nie potrafiłbym działać tak instynktownie jak moja mama.
Wywiad powstał we wrześniu 2016 roku.
Książka "Wira z Powstania" jest dostępna w Publio.pl
George Szlachetko. Urodził się w 1964 roku w Wielkiej Brytanii, gdzie mieszka i pracuje. Jest młodszym synem Wiry. Przez trzy lata spisywał wojenne i powstańcze wspomnienia mamy. Ma żonę i troje dzieci.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z odważnymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.