Historia
Polscy uchodźcy przybywający do Wellington i obozu dla polskich dzieci w Pahiatua, 1944 rok (Fot. Archives New Zealand/Wikipedia Commons)
Polscy uchodźcy przybywający do Wellington i obozu dla polskich dzieci w Pahiatua, 1944 rok (Fot. Archives New Zealand/Wikipedia Commons)

Z notatnika. Wellington, czerwiec 2022*

W drodze na przystanek zatrzymuję się przy napisie wyrytym w płycie chodnika na Tinakori Road: "My, kobiety, stanowimy zaledwie połowę świata, ale dałyśmy życie całej ludzkości. Nikt nie powinien lekceważyć naszej perspektywy i tego, co mamy do powiedzenia". Słowa Jane Campion splatają się w mojej głowie z opowieściami tułaczych dzieci. Tyle w nich śmierci, że przestaje wzruszać. Ale nie wtedy, gdy matki żegnają swoich synów i córki. Co szepczą im do ucha?

W domu Ireny Lowe, tej, której mama podczas tułaczki szyła laleczki na maszynie Singera, wojna gościła na co dzień. 

– Buchara, Persja, Archangielsk, Uzbekistan, Syberia. Egzotyczne nazwy często padały z ust mamy.

Rozmawiamy w jadalni przy dużym drewnianym stole. W przerwie Irena parzy kawę, a ja przeglądam stare zdjęcia. Na czarno-białych odbitkach widzę Eugenię Piotuch, Gienię, a w tle jej córkę krzątającą się po kuchni.

– Od mojego najwcześniejszego dzieciństwa opowiadała mi do znudzenia wciąż te same historyjki, ale nigdy od początku do końca.

Opowieści Eugenii to były skrawki. Irena zbierała je przez lata i składała w całość. Białe plamy zapełniała historiami innych osób, odkąd zaangażowała się w pracę archiwum Kresy-Syberia.

– Wielu Polaków, których spotkała deportacja, nie chce wracać do przeszłości. Opowieści mamy, nawet te najsmutniejsze, zawsze zmierzały do pozytywnego zakończenia. Kiedy dotknął ich tyfus i wielu ludzi umierało, dzieci codziennie chodziły do kostnicy, żeby zobaczyć, kto umarł, i odmówić modlitwę. Ale dla mamy i tak najważniejsze było, że potem wracały do zabawy, do życia. 

Irena przynosi z sąsiedniego pokoju szkatułkę zdobioną na wschodni sposób. W Polsce widziałam podobną, ze zdjęciem Oleńki w środku. Gdy o tym wspominam, Irenie błyszczą oczy. "Czy gdzieś jest zdjęcie uśmiechniętej mamy z dzieciństwa?" 

Polscy uchodźcy przybywający do Wellington i obozu dla polskich dzieci w Pahiatua, 1944 rok (Fot. Archives New Zealand/Wikipedia Commons)

Z sieci wyławiam dwa nazwiska: Nick Parrino i Abolqasem Jala. Obaj robią zdjęcia polskim uchodźcom w Iranie. Amerykanin zatrudniony przez Biuro Informacji Wojennej fotografuje głównie konwoje ciężarówek, infrastrukturę, dokumentuje spotkania oficjeli. Zdjęcia polskich uchodźców zawierają dopisek "American Red Cross". Wśród stu siedemdziesięciu jeden perskich zdjęć autorstwa Parriny z portretów dzieci z Polski bije swoiste ciepło. Małe ciałka zakutane w grube kożuchy z owczej wełny. Serdeczne uśmiechy dorosłych kobiet, nawet jeśli bez wszystkich zębów. Zdjęcia zrobione przy okazji, choć włosy już uładzone i trzeba się dokładnie przyjrzeć, żeby dostrzec ślady wojny. Zgodnie z ówczesnym podejściem Parrino podpisuje bohaterów swoich zdjęć bezosobowo: "uśmiechnięty polski chłop", "młody polski uchodźca", "polski nastolatek niosący bochenki chleba". Ale do Parriny zdobne szkatułki nie pasują. Trudno mi sobie wyobrazić, że bezimienni bohaterowie zdjęć dostają od niego odbitki na pamiątkę. Że Parrino wraca do obozu. Że odnajduje poszczególne osoby. Że podarowuje im fotografie w kolorowym perskim puzderku.

Abolqasem Jala prowadzi zakład fotograficzny Sharqh Studio przy głównej alei w Isfahanie. Do bohaterów dobiera tło, akcesoria, aranżuje scenki. Trzy dziewczynki tego samego wzrostu w identycznych krakowskich strojach stoją jedna obok drugiej, każda z ugiętym lewym kolanem, jakby złapana w chwili powitalnego dygnięcia. Unoszą rąbki spódnic obiema rękami, a długie kolorowe wstążki opadają każdej na lewe ramię. Białe skarpetki podciągnięte do tej samej wysokości, trzy pary białych bucików na wzorzystym perskim dywanie. Ten sam dywan rozpoznaję na innych zdjęciach.

Jala ustawia swoich bohaterów, poświęca czas na kompozycję. Poza studiem fotografuje rzadziej, choć w jego kolekcji są też zdjęcia plenerowe. Na jednym z nich przy długim stole i w cieniu drzew grupa dzieci pozuje przy posiłku. Wszystkie patrzą w stronę obiektywu, a im bardziej w głąb kadru, tym mniej wyraźne stają się ich twarze. Po lewej stronie widać zarys budynku, najpewniej jeden z polskich zakładów na terenie miasta. Musiały wzbudzać zaciekawienie fotografa. A więc możliwe, że Jala składał wizyty polskim dzieciom. Możliwe, że cieszył się zaufaniem opiekunów, bo nieraz miał swój udział w łączeniu matek z dziećmi, właśnie dzięki fotografiom dołączanym do listów. Zapraszał dziecko do atelier, sadzał je na krześle, ustawiał kadr, a po jakimś czasie dostarczał wywołane zdjęcie.

Gieni na zdjęciach Jali nie znajduję. Ani Oleńki. Ale materiały dostępne w internecie to niewielka część zbioru. Kolekcję Jali, na którą składa się 1218 szklanych negatywów zdjęć polskich uchodźców, odkryła Parisa Damandan, irańska dokumentalistka. Szczęśliwie nie spłonęły podczas rewolucji w 1979 roku, w wyniku której kobiety musiały zacząć nosić hidżaby, a ich wizerunków pozbywano się z archiwów zakładów fotograficznych. Parisa odnalazła zakurzony składzik, a w nim ponad dwadzieścia pudeł z napisem "Polacy, 1942-1944".

Polskie dzieci, które dotarły do formującej się Armii Andersa, 1942 rok (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Na pierwszy mail odpisuje szybko i rzeczowo. Portret Oleńki nie pasuje do kolekcji Jali. Parisa tłumaczy, że nie jest w stanie zidentyfikować bohaterów zdjęć z imienia i nazwiska, a z całej kolekcji zeskanowała siedemset, czyli nieco ponad połowę. Wśród nich nie znalazła portretu dziecka, o które pytam. Ostatecznie jednak przyznaje, że autorstwa Jali wykluczyć nie może.

Tajemnica zdjęć zamykanych w szkatułkach to niejedyna zagwozdka, z którą zostawiła mnie Irena Lowe. Po wywiadzie, kiedy już spakowałam rejestrator i mikrofony do plecaka, zapytała, czy nie chciałabym poznać jej męża, bo to całkiem ciekawy człowiek. Dopiero wtedy przez uchylone drzwi na końcu korytarza zobaczyłam sylwetkę mężczyzny pochylonego nad biurkiem. Czy cały czas tam siedział? Z odległości trudno było stwierdzić, co robi. W oczy rzucał się jedynie ciemnoczerwony sweter. Chciałam kierować się do wyjścia, ale wtedy spojrzał w moją stronę i nie było już jak się wycofać. Tak poznałam Dave’a Lowe, współautora raportu wyróżnionego Pokojową Nagrodą Nobla, podsumowującego badania nad wpływem dwutlenku węgla na zmianę klimatu1.

Rozmawiamy o pisaniu książek. Jego autobiografia, The Alarmist. The Fifty Years Measuring Climate Change, niedawno ukazała się w Nowej Zelandii. Widziałam ją już wcześniej, w witrynach nowozelandzkich księgarni. Hit na półkach z literaturą non fiction. Od autora dostałam egzemplarz z podpisem. Wieczorami nie mogę się oderwać od lektury. W osobistej opowieści naukowca, który mierzy się z siłami natury, występuje też Irena, moja bohaterka. Zastanawiam się, jaka jest szansa, że po tej nitce ktoś dotrze do laleczek Gieni szytych na maszynie Singera. Na pamiątkowym zdjęciu z naukowcem spod ciemnoczerwonego swetra Dave’a wystaje czarny kołnierz koszuli. Ja mam kurtkę puchową i różową czapkę. Gotowa do wyjścia.

Polskie Siły Zbrojne w ZSRR, 1942 rok. Generałowie: Michał Tokarzewski-Karaszewicz, Władysław Anders, Mieczysław Boruta-Spiechowicz (pierwszy rząd od lewej), Zygmunt Bohusz-Szyszko, płk Leopold Okulicki (drugi rząd) (Fot. Centralne Archiwum Wojskowe/Domena publiczna via Wikipedia Commons)

Na południe i na wschód

Stanisław Manterys: Aha, to my znów gdzieś jedziemy? Dali mi walizeczkę z tektury, dwie minuty i jestem gotowy.

Jadwiga Nawrocka: W Persji nie chcieli nas na dłużej. Jeszcze w Teheranie zaczęły powstawać listy wyjazdowe. 

Aleksandra Wawryka: Matki z dziećmi musiały zadeklarować, dokąd chcą jechać. Najchętniej wybierały Liban i Palestynę, bo to blisko Polski. O Meksyku mówiły, że też dobry, bo graniczy ze Stanami Zjednoczonymi, a tam zawsze znajdą się krewni. Sierot o zdanie nikt nie pytał. Przydzielano nas tam, gdzie nikt inny nie chciał. 

Jadwiga Nawrocka: Mnie i mojego najmłodszego brata Czesia przypisali do Indii.

Stanisław Manterys: Ja miałem trafić do Południowej Afryki. 

Stefania Manterys: Co to znaczy "jechać do Afryki"? Za mało miałam w głowie, żeby to wszystko zrozumieć. Zakład się rozwiązuje, a mieszkająca w nim grupa dzieci zostanie wywieziona do innej części świata. Gdzie ta Afryka w ogóle jest? I co tam robić? 

Anna Bednarska: Transporty do Afryki zaczęły odchodzić z początkiem lutego 1943 roku. Dziesiątego odjechała nasza kierowniczka pani Masojadowa, pani Zosia i około stu junaczek. Nam w to graj, bo nie miałyśmy wychowawczyni i mogłyśmy wariować na całego. Z czterystu zostało nas w zakładzie sto osiemdziesiąt.

Eugenia Piotuch: Inni szykowali się do wyjazdu, a ja chorowałam w szpitalu. Nie chciałam jeść, bo cokolwiek zjadłam, bolał mnie brzuch. Jedna z pielęgniarek zabrała mnie do kuchni, przygotowała jajecznicę z tostami i ją we mnie wmusiła. W nocy myślałam, że umrę. Nie miałam nikogo i byłam przekonana, że to już koniec. Właśnie wtedy przyszła do mnie kobieta, którą znałam z sierocińca w Uzbekistanie. "Szukałam cię wszędzie! Nareszcie znalazłam! Jutro ruszamy do Afryki. Zabieram cię ze sobą". A więc na świecie był jeszcze ktoś, komu na mnie zależało. Następnego dnia oczywiście nigdzie nie pojechałam, bo nadal byłam zbyt chora, ale kilka zdań wystarczyło, żeby przywrócić mnie do życia.

Stanisław Manterys: Wyjazdy odbywały się stopniowo.

Stanisław Brejnakowski: Przychodziły informacje, że dzieci jadą do Afryki, do Meksyku, do Nowej Zelandii…

Aleksandra Wawryka: Im dalej od Polski, tym było trudniej o chętnych. Dlatego do Nowej Zelandii wybrano dzieci, które zostały i z którymi nie wiadomo było co zrobić.

Stanisław Brejnakowski: Po nabożeństwie wieczornym naczelnik naszego zakładu, porucznik Józwa, przyszedł z listą i mówi, że do Nowej Zelandii pojedzie dużo chłopaków. Ci, których wyczyta, mają się pakować. Mojego nazwiska nie wyczytał i trochę mi było szkoda, bo bardzo podobały mi się obrazki w książce o Nowej Zelandii. Nie przyszło mi do głowy, żeby się przeciwstawić.

Józef Zawada: Kiedy pojawiły się pogłoski, że opuszczamy Persję, mój starszy brat Mietek postanowił, że wyjedzie z kolegami do szkoły morskiej w Anglii. Dla mnie znaczyło to, że zostanę zupełnie sam. Przyniósł mi na pożegnanie jakieś dynie. Z Anglii już do mnie nie pisał. Bo co miał pisać? Spotkaliśmy się po czterdziestu pięciu latach, Mieczysław był już wdowcem. Okazało się, że to bardzo przyjemny człowiek.

Zobacz wideo Dlaczego ludzie cierpią w miłości i co ma z tym wspólnego kultura? Rozmawiamy z dr. Tomaszem Stawiszyńskim

Stanisław Brejnakowski: Po jakimś czasie mówią do mnie: "Pakuj swoje rzeczy, bo jednak biorą cię do Nowej Zelandii". Siostra załatwiła, że zabrali mnie w ostatniej chwili, bo zazwyczaj chłopaki jechały osobno, dziewczęta osobno, a mnie do ciężarówki zapakowali z dziewczynami w ostatnim transporcie.

Stanisław Manterys: Przenieśli mnie do innego zakładu, z nowymi chłopcami i wychowawcami, z którego wszyscy mieli trafić do Afryki. Poznałem tam serdecznego przyjaciela, Witka Strózika. Ale moja siostra Krysia, która obiecała opiekować się młodszym rodzeństwem, kiedy dowiedziała się, że chcą nas rozdzielić, zebrała się na odwagę, poszła do przełożonych i powiedziała, że sobie nie życzy, żeby rodzina Manterysów została rozdzielona. Na mnie to większego wrażenia nie robiło. Mam jechać, to jadę. Ale gdzieś tam jej wysłuchali i przyznali, że nastąpiła pomyłka. Musiałem rozstać się z Witkiem. Rozpaczał. Ja miałem siostry, a on absolutnie nikogo. Został sam jak palec i bardzo to przeżywał. Ja też czułem wtedy, że moja przyjaźń z Witkiem jest silniejsza niż więź z rodziną. 

Eugenia Piotuch: Kilka razy zapisywali mnie do Afryki, ale za każdym coś nie wyszło. Dopiero kiedy moje nazwisko znalazło się na liście do Nowej Zelandii, udało mi się wyjechać z Isfahanu.

Jadwiga Nawrocka: W końcu powiedzieli, że ja i Czesio zamiast do Indii mamy się szykować do Nowej Zelandii.

Stefania Sondej: Szło się, gdzie kazali. Robiło się, co kazali. Przyjmowałam wszystko, jak szło. Tak ma być i koniec.

Józef Zawada: Gdzie cię pchnęli, tam szedłeś. Trzymałeś się w grupie i koniec.

Aleksandra Wawryka: Przyzwyczaiłam się, że jestem pakunkiem, który przemieszcza się z miejsca na miejsce. Interesowało mnie tylko, czy stamtąd, dokąd mnie wysyłają, jest bliżej czy dalej do Horyńca.

Roman Kołodziński: Jako dziecko nie zastanawiałem się, co będzie jutro.

Stanisław Manterys: Świat szeroki nie istniał, prawdziwe było tylko to, co przed tobą.

Aleksandra Wawryka: Tylko kto się zajmie dziećmi, które mają trafić na koniec świata? Trzeba przecież zorganizować dorosłych do opieki nad grupą. I tutaj pojawił się największy kłopot. Od zaproszenia do Nowej Zelandii do dnia wyjazdu musieliśmy czekać rok.

Dave Lowe był jednym z głównych autorów raportu Międzyrządowego Zespołu do spraw Klimatu (Intergovernmental Panel on Climate Change, IPCC), który w 2007 roku otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla.

*Publikujemy fragment książki Martyny M. Wojtkowskiej "W Nowej Zelandii wschodzi słońce. Wojenna tułaczka polskich dzieci", która ukazała się 11 czerwca 2025 roku nakładem Wydawnictwa Czarne.