Historia
'Mówimy o zjawisku, które miało miejsce w wielu krajach Europy Środkowo-Wschodniej, w tym w Czechosłowacji'. (Fot. Domena publiczna / via Wikimedia Commons)
'Mówimy o zjawisku, które miało miejsce w wielu krajach Europy Środkowo-Wschodniej, w tym w Czechosłowacji'. (Fot. Domena publiczna / via Wikimedia Commons)

Dobiega końca II wojna światowa. Przesiedlenia Niemców z Polski, Węgier i Czechosłowacji do stref okupacyjnych zostały przesądzone. Zaczną się, zanim jeszcze podczas konferencji w Poczdamie zostaną ustalone jakieś zasady tych transferów.

Mówimy o zjawisku, które działo się w wielu krajach Europy Środkowo-Wschodniej, w tym w Czechosłowacji, choć jego korzenie sięgają dalej niż końca wojny. Dodatkowo w każdym państwie wysiedlenia były specyficznie uwarunkowane. Inaczej wyglądały w Polsce, inaczej w Rumunii i w Związku Radzieckim. Różnice pojawiały się nawet w obrębie jednego kraju – w Czechosłowacji nieco inaczej wyglądało to w Słowacji, a inaczej w Czechach. Szacunki są różne: od dwóćh i pół mln do trzech i pół mln ludzi zostało pozbawionych obywatelstwa czechosłowackiego i wysiedlonych.

W tym wysiedlonych podczas tzw. dzikich wysiedleń, czyli przed podpisaniem umowy poczdamskiej w sierpniu 1945 roku?

Tak. W kontekście wysiedlania społeczności niemieckich i niemieckojęzycznych w Czechosłowacji specyficznym słowem, którego się używa na jego określenie, jest odsun. Wcześniej kojarzone było głównie ze słownictwem kolejowym i oznaczało przesuwanie pociągów. W latach 40. XX wieku używano go zamiast terminów takich jak "wypędzenie" (vyhnání) czy "wysiedlenie" (vysídlení), kojarzących się jednoznacznie negatywnie. Odsun takich negatywnych konotacji nie rodził, przynajmniej nie na początku. Dzikie wysiedlenia natomiast zaczęły się u schyłku wojny, np. na czechosłowackim pograniczu (pohraničí), często zaangażowane były w nie jednostki paramilitarne nazywane gwardiami rewolucyjnymi (Revoluční gardy). Był to rodzaj milicji ludowej, zasadniczo dobrowolnej, do której dołączali młodzi chłopcy, pewni, że teraz to oni będą zaprowadzać porządek. Formalnie decyzje co do przebiegu wysiedleń zapadną dopiero na przełomie lipca i sierpnia 1945 roku w Poczdamie.

- W Usti nad Labem doszło do masakry ludności niemieckojęzycznej na jednym z mostów, po tym jak Niemcy zostali oskarżeni o podłożenie ładunków wybuchowych. Na zdjęciu tablica pamiątkowa. (Fot. SchiDD / CC BY-SA 3.0 via Wikimedia Commons)

Historycy twierdzą, że dziki odsun nosił znamiona czystki etnicznej, w ramach której doszło do torturowania, gwałcenia, a nawet masowych mordów ludności niemieckojęzycznej.

Przyjrzyjmy się temu, kogo dotykał: przede wszystkim kobiet, dzieci, osób starszych. Mężczyźni często byli jeszcze na froncie lub już w niewoli. Wiosną 1945 roku przez Czechosłowację przetacza się fala przemocy, dyktowana chęcią zemsty i odwetu, której emblematem stała się masakra w Postoloprtach [miasto około 70 km od Pragi – przyp. red.]. Zginęło tam blisko tysiąc osób; niektóre szacunki mówią, że mogło ich być nawet dwukrotnie więcej. I nie było to jedyne miejsce, gdzie doszło do takiej erupcji przemocy. Ta fala przemocy miała różne oblicza. Miała formę przemocy seksualnej, znieważania, grabieży, morderstw. Mogła być skutkiem prowokacji, tak jak w Ústí nad Labem, gdzie doszło do masakry ludności niemieckojęzycznej na jednym z mostów po tym, jak Niemcy zostali oskarżeni o podłożenie ładunków wybuchowych. Dzikie wysiedlenia były też w Brnie, stolicy Moraw, zamieszkanej w dużej części przez Niemców. To stamtąd ruszył, zorganizowany m.in. przez gwardie rewolucyjne, marsz śmierci, którego 55-kilometrowa trasa wiodła nad granicę z Austrią. Źle zorganizowany, poniósł za sobą ofiary, różnie szacowane przez stronę czeską i austriacką. Jak to się dzieje w ogóle w przypadku liczb związanych z wysiedleniami, są one trudne do oszacowania, a dodatkowo wykorzystywane przez wszystkie zainteresowane strony jako narzędzie polityczne.

Czy ustalono, kto był odpowiedzialny za dziki odsun? Czy można mówić, że słowa prezydenta Edvarda Beneša wypowiedziane w Brnie 12 maja 1945 roku o tym, że "trzeba całkowicie wyeliminować problem niemiecki w republice", mogły stać się cichym przyzwoleniem dla późniejszych wydarzeń?

Kiedy w 1947 roku w Czechosłowacji ruszyły pierwsze procesy mające wyjaśnić, co się stało, oczekiwano, że uda się wskazać odpowiedzialnych za zbrodnie i nadużycia popełnione w tej pierwszej fazie wysiedleń. Nie dowiedziono jednak, gdzie był ośrodek decyzyjny. Nawet jeśli znana była osoba, która realizowała polecenie.

Powszechnie obowiązywała teza, że Niemcy byli wysiedlani "spontanicznie". Zresztą taka interpretacja była też na rękę Benešowi. W Czechosłowacji do lutego 1948, czyli do przewrotu komunistycznego, istniała tzw. Trzecia Republika. Komuniści byli już w rządzie, ale nie mieli jeszcze pełnej władzy. Przedstawiali się jednak jako siła, która najbardziej wyraziście opowiada się za pozbyciem się Niemców. Inne partie nie chciały być gorsze, bo radykalizacja większości społeczeństwa była widoczna i należało uczynić zadość oczekiwaniom. W zamian można było liczyć na głosy podczas wyborów. Także Beneš nie chciał pozostawać w tyle. Przemówienia prezydenta Republiki nie wskazywały, co i jak należy robić, ale wpisywały się w atmosferę przyzwolenia na wysiedlenie, odbieranie majątku, ale też rosnące napięcia społeczne. Raz wprawione w ruch pozbawianie praw, konfiskaty później nie dają się już zatrzymać.

'Emblematem stała się masakra w Postoloprtach. Oficjalnie zginęło tam blisko tysiąc osób'. Na zdjęciu koszary - jedno z miejsc internowania ofiar masakry. (Fot. Lysippos / CC BY-SA 3.0 via Wikimedia Commons)

Jedna uwaga: mówimy o przemocy, którą Czesi wyrządzili Niemcom, ale musimy pamiętać o drugiej stronie medalu – o przemocy niemieckiej wobec Czechów. Odsun nie wziął się znikąd. Pomysł na całkowite wysiedlenie nie pojawił się ani w dwudziestoleciu międzywojennym, ani nawet na początku wojny. Zarówno rząd na uchodźstwie, jak i ruch oporu w kraju czy społeczeństwo zaczęły się w tej sprawie radykalizować po fali represji, które dotknęły ziemie czeskie po zamachu na Reinharda Heydricha: aresztowań, egzekucji, transportów do obozów koncentracyjnych. Ale żeby zrozumieć, co się stało wiosną 1945 roku, powinnyśmy się właściwie cofnąć do połowy XIX wieku, gdy w opozycji do niemieckości formował się nowożytny czeski naród.

Dlaczego aż tak bardzo wstecz?

Ponieważ to wtedy na ziemiach czeskich, do tej pory silnie zgermanizowanych, pojawili się tzw. budziciele, czyli aktywiści odrodzenia narodowego. Próbowali, jak to sami ujmowali, oczyścić język czeski z niemieckich naleciałości, skodyfikować go, stworzyć słownik, a ostatecznie wprowadzić go do codziennego użycia, już nie tylko na wsiach, gdzie nadal w nim mówiono, lecz także w miastach, gdzie kultura niemiecka była mocno obecna. Niemcy przez wieki stali się lustrem, w którym Czesi coraz wyraźniej się przeglądali. W wysiedleniach można więc zobaczyć finalną odsłonę odrodzenia narodowego – moment, gdy Czesi uznali, że sami sobie wystarczą i już Niemców nie potrzebują.

Czy podobne nastroje panowały w roku 1918, gdy na gruzach monarchii austro-węgierskiej powstała niepodległa Czechosłowacja?

Czesi na początku nie chcieli pozbywać się "swoich" Niemców, a już na pewno nie zupełnie. W 1918 roku nowy rząd ustami Edvarda Beneša, wtedy ministra spraw zagranicznych (prezydentem zostanie w 1935 roku), zadeklarował, że Czechosłowacja będzie dążyła do formatu "drugiej Szwajcarii", czyli kraju neutralnego, szanującego prawa różnych narodowości żyjących wewnątrz. Tylko że Czechosłowacja – nieco paradoksalnie – choć w nazwie podkreślała obecność Czechów i Słowaków na swoim terytorium, to Słowaków miała mniej niż mieszkających w granicach państwa Niemców. Niemcy podejmowali początkowo próby separatystyczne, chcieli np. tereny przygraniczne, gdzie żyło ich najwięcej, przyłączyć do niemieckiej Austrii, również powstałej na gruzach monarchii austro-węgierskiej. A kiedy tego pomysłu nie udało się zrealizować, politycy niemieccy postanowili nie angażować się w działania czechosłowackiego państwa. To się zmieniło, ale wówczas z kolei uderzył kryzys gospodarczy, a w Niemczech do władzy doszli naziści. Choć czescy Niemcy wcześniej najchętniej głosowali na partie agrarne, w latach 30. coraz większe znaczenie zyskuje Partia Niemców Sudeckich pod przewodnictwem Konrada Henleina, która w 1935 roku wygra nawet wybory, ale na skutek arytmetyki wyborczej nie dostanie największej liczby miejsc w parlamencie. Henlein będzie jednak współpracował z Hitlerem w wielu obszarach i głosił ideę, że czescy Niemcy powinni się od państwa czechosłowackiego odłączyć.

Najsłynniejsza przedwojenna czeska dziennikarka Milena Jesenská w roku 1938 pojechała na pohraničí. Dostrzegła "brunatnienie" tych terenów, ale i fakt, że zostały one przez czechosłowacki rząd pozostawione same sobie, co zachęcało do spoglądania w stronę Rzeszy.

Tekst Jesenskiej jest bardzo gorzki i pokazuje skutki rażących wieloletnich zaniedbań. Rządowe pożyczki i zamówienia – recepta na kryzys gospodarczy od końca lat 20. XX wieku – kierowane były przede wszystkim do czechosłowackich firm. Kryzys zaś uderzył tym boleśniej na pograniczu, że tamtejsze fabryki i manufaktury produkowały towary luksusowe – drewniane zabawki, wyroby szklane – które dodatkowo były eksportowane do Niemiec, samych pogrążających się coraz bardziej w kryzysie. Zamówienia spadły, a rząd temu nie przeciwdziałał. Podobnie było ze szkolnictwem, które mogłoby być furtką do ułożenia wzajemnych stosunków i polepszenia porozumienia. Tymczasem polityka edukacyjno-językowa bardziej zmierzała do bohemizacji Niemców niż do uznania, że na tych terenach to szkoły czeskie są mniejszościowymi i należy wypracować sensowne programy edukacyjne po niemiecku dla niemieckojęzycznych obywateli Czechosłowacji. Podobnie rzecz miała się z mediami. Państwo czechosłowackie nie do końca zadbało np. o radio, więc czescy Niemcy najczęściej słuchali informacji z Niemiec, a później z III Rzeszy, radykalizując się przy przemówieniach nazistów pokazujących swoje recepty na kryzysy i sączących im swoją wizję świata. Partia Niemców Sudeckich umiała też wykorzystać symbolicznie wydarzenia z przeszłości, by pokazać, że drogi Czechów i Niemców powinny się rozejść.

Mówi pani o Niemcach czeskich, ale o Partii Niemców Sudeckich. Skąd wzięło się to określenie? Bo wbrew nazwie Niemcy sudeccy wcale nie żyli wyłącznie w Sudetach.

Termin pojawił się w XIX wieku, by odróżnić Niemców żyjących w granicach Austro-Węgier: i tak mieliśmy Niemców alpejskich i Niemców sudeckich. Trzeba pamiętać, że nawet Niemiec z okolic Znajoma, który – jak widać na mapie – nie żył w Sudetach, także podlegał pod kategorię Niemców sudeckich, odnoszącą się do ogółu obszarów zamieszkanych przez ludność niemieckojęzyczną na ziemiach czeskich. Kiedy nastała jesień 1938 roku, na skutek rozmów w Monachium, prowadzonych ponad głowami polityków czechosłowackich, to właśnie takie "Sudety", które nie były tylko Sudetami, czyli nie chodziło wyłącznie o pasmo górskie, zostały przyłączone do Rzeszy. A na czele powstałego w ten sposób Kraju Sudetów, Sudetenlandu, stanął wspomniany już lider Partii Niemców Sudeckich Konrad Henlein.

W marcu 1939 roku z resztek Czechosłowacji, które pozostały po wydzieleniu się w Słowacji marionetkowego państwa ks. Tiso, współpracującego z faszystami, powstał Protektorat Czech i Moraw. Ale jak już mówiłam, to jeszcze nie był ten moment, w którym pojawiłby się pomysł, by wysiedlić wszystkich Niemców, jak tylko to wszystko się skończy.

Odsun po konferencji poczdamskiej prowadzony był już w formie zorganizowanej i nieco bardziej humanitarnej.

Także dlatego, że przyglądały mu się media. Pierwszy transport wysiedlanych, który ruszył z Mariańskich Łaźni zimą 1946 roku, był bacznie obserwowany przez dziennikarzy z prasy czeskiej i zagranicznej. Trzeba było pokazać, że choć Niemcy źle traktowali Czechów, Czesi się tym samym nie zrewanżują. Na zmianę trybu wysiedleń wpływały też inne realia. Odsun wszedł do codzienności. Nie można było wysiedlić wszystkich jednocześnie, organizowano więc obozy, do których przenoszono Niemców z ich mieszkań. Tam czekali na wyjazd, często podejmując wyznaczone im prace. Jeżeli obóz był przepełniony, to często starzy gospodarze mieszkali z nowymi.

Komu pozwolono zostać?

Na przykład rodzinom mieszanym, najchętniej dzieciom z takich rodzin, które mówiły po czesku. To przykład historii żony Bohumila Hrabala – Eliški. Ona pozostała, ale jej brat musiał wyjechać. Pozostawali też specjaliści, którzy mieli know-how dotyczący np. obsługi maszyn fabrycznych. Ponadto zdawano sobie sprawę, że nie wszyscy Niemcy popierali reżim. Byli też przecież antyfaszyści, ale żeby zostać uznanym za jednego z nich, należało wykazać, że stawiało się czynny opór nazizmowi. W swoim doktoracie ("Zapamiętane w krajobrazie. Krajobraz kulturowy czesko-niemieckiego pogranicza w czasach przemian") analizowałam historię starszej Niemki, którą miano wysiedlić, ale ujęła się za nią jej była pracodawczyni – Żydówka, która przed 1938 rokiem uciekła do Wielkiej Brytanii. Przesłała listy do władz lokalnych, w których tłumaczyła, że to starsza osoba, która nie ma żadnej rodziny w Niemczech, że jej stosunek do Żydów był zawsze wzorowy, że nie uczestniczyła w żaden aktywny sposób w polityce nazistowskiej, nie była w partii. Władze czechosłowackie i tak odmówiły. W pewnym momencie pomysł na wysiedlenie był już wszechogarniający.

Wysiedlani musieli pozostawić majątek nieruchomy, bo władza konfiskowała wszystko, pozwalano ze sobą zabrać kilkanaście lub kilkadziesiąt kilogramów dobytku, z wyjątkami, jeśli chodzi o majątek ruchomy. Po roku 1948, gdy komuniści dochodzą do władzy, częściowo wysiedlają też… Czechów, którzy zasiedlili miejscowości po Niemcach. Wprowadzano pasma nadgraniczne i wiele z przygranicznych miejscowości uległo zagładzie.

Stalin, Truman i Churchill podczas konferencji w Poczdamie w 1945 roku. (Fot. Domena publiczna / via Wikimedia Commons)

Czy po latach podjęto próby wyjaśnienia pobudek, które doprowadziły do wysiedleń?

Naukowcy próbowali szukać wyjaśnień jeszcze przed 1989 rokiem. Dyskusję prowadzono w podziemnej prasie już w latach 70. XX wieku. Zastanawiano się, czy Czesi, którzy byli pozbawieni sprawczości po oderwaniu Sudetów i powstaniu Protektoratu, kierowali się zemstą i w ten sposób chcieli odegrać się na Niemcach. A może były to powody czysto polityczne? Padły również argumenty, że pozbawienie praw tak licznej grupy pozwalało uczynić z Czechosłowacji rodzaj laboratorium, w którym wprowadzenie systemu komunistycznego stało się prostsze. Bo skoro skonfiskowaliśmy już majątki Niemców, to teraz pora na kapitalistów, na wrogów systemu, na rozkułaczanie wsi…

Niedawno ukazała się pani nowa książka "Ziemie. Historie odzyskiwania i utraty", poświęcona m.in. wysiedleniom w Polsce. Czy dostrzega pani podobieństwa w mechanizmach wysiedleń w Polsce i Czechosłowacji?

Wiemy, że pomiędzy władzami polskimi i czechosłowackimi funkcjonował transfer pomysłów. I to nie była tylko kwestia obserwowania się z daleka, ale też bezpośredniej inspiracji. Władze polskie były zaproszone na jedną z powojennych wystaw do Czechosłowacji, do Liberca, dawnej stolicy czeskich Niemców, tak samo władze czechosłowackie odwiedziły wystawę Ziem Odzyskanych we Wrocławiu. Zachowały się nawet archiwalne zapiski, które przechowywane są w Archiwum Narodowym w Pradze, w których czechosłowaccy urzędnicy notowali, w jaki sposób przebiegają wysiedlenia w Polsce, a w podsumowaniu stwierdzali: wiele się nauczyliśmy. To nie było podobieństwo wynikające tylko z kontekstu historycznego, ale też z tego, że te procesy zachodziły w obu miejscach w tym samym momencie. Były inaczej uwarunkowane, trochę inaczej przebiegały, ale transfer idei pomiędzy rządami był.

Dzikie wysiedlenia były też w Polsce?

Tak. Część Niemców uciekała przed frontem, część ewakuowano, ale niektórych wysiedlano samowolnie, zanim nastał okres zorganizowanych wysiedleń popoczdamskich. Ponieważ jednak osadnictwo polskie na terenach, które zostały nam ostatecznie przyznane w Poczdamie, trwało właściwie od wiosny 1945 roku, czyli jeszcze zanim wojna się zakończy, to przybywający osadnicy dołączali do polskich jeńców wojennych i robotników przymusowych, którzy już przebywali na terenach, które staną się "Ziemiami Odzyskanymi". Polskie władze zapewniały ich, że te tereny będą polskie, a z kolei zachętami do osiedlania się tam nowych mieszkańców, chciały postawić aliantów przed faktem dokonanym: skoro już tu jesteśmy, to te ziemie nam się należą.

Czy sprawa dzikich wysiedleń jest już uregulowana?

Cały czas jest chętnie wykorzystywana przez polityków jako karta przetargowa. Tak było choćby w 2013 roku podczas debaty przed wyborami prezydenckimi pomiędzy Karlem Schwarzenbergiem a Milošem Zemanem. Schwarzenberg pomimo wysokich notowań stracił głosy, gdy na pytanie o dekrety Beneša, czyli te akty prawne, za sprawą których pozbawiono czeskich Niemców obywatelstwa, majątku i zdecydowano o ich wysiedleniach, odpowiedział, że należałoby się im przyjrzeć. Kwestie związane z wysiedleniami mają czasami dość odległe skutki polityczne, np. z Liechtensteinem Czechy nawiązały stosunki dyplomatyczne dopiero w 2009 roku, dlatego że majątki rodziny książęcej państwo czechosłowackie również skonfiskowało po 1945 roku jako niemieckie.

Karolina Ćwiek-Rogalska. (Fot. Mikołaj Starzyński / Archiwum prywatne)

Mam taką refleksję: gdyby sugerować się tym, co pokazują praskie księgarnie w dziale "bestsellery", można by wysnuć wniosek, że tematyka wysiedleń przeżywa nieustanny boom od przełomu w latach 90. Czy to słuszne wrażenie?

Wbiję trochę kij w mrowisko. Moim zdaniem podobnie jak w przypadku historii tzw. Ziem Odzyskanych w Polsce także w Czechach pomija się niemal zupełnie literaturę dotyczącą wysiedleń, która powstała za czasów socjalizmu. Panuje przekonanie, że w tym okresie temat był tabu i że można było po niego sięgnąć dopiero w latach 90. XX wieku, już po upadku reżimu.

I owszem, najbardziej znaczącą pozycją tego czasu była książka Radki Denemarkovej "Pieniądze od Hitlera" z roku 2006 (w Polsce ukazała się w roku 2008 w przekładzie Tomasza Timingeriu). Wkrótce po niej, w roku 2009, pojawiło się "Wypędzenie Gerty Schnirch" Kateriny Tučkovej (w Polsce w roku 2019 w przekładzie Julii Różewicz), a następnie w 2012 roku "Nemci" Jakuba Katalpy, która w Polsce nie została jeszcze przetłumaczona. Obecnie ten "sudecki" element jest niemal obowiązkowy w literaturze czeskiej – wystarczy spojrzeć chociażby na książki nominowane do najważniejszej czeskiej nagrody literackiej Magnesia Litera. Na wiosnę tego roku nakładem brneńskiego wydawnictwa Host ukaże się zbiór opowiadań "Sudety: Ztracený ráj" ("Sudety: raj utracony"), oprócz Tučkovej i Katalpy na okładce znaleźli się popularni również w Polsce Petra Dvoráková i Jaroslav Rudiš.

Wystawka popularnych książek w praskiej księgarni Luxor. (Fot. Lidia Raś) , Wśród polecanych 'Wypędzenie Gerty Schnirch'. (Fot. Lidia Raś)

Ale kiedy przyjrzymy się, jak to wyglądało przed rokiem 1989, to można się nieźle zdziwić, bo książki, które odwoływały się do tej tematyki, powstawały już w drugiej połowie lat 40. Jedną z ważniejszych jest powieść Václava Rezáča "Nástup" (polski przekład Marii Erhardtowej to "Powrót", nawiązujący do "powrotu do macierzy") z 1951 roku. Książkę sfilmował jeden z najważniejszych reżyserów tamtego okresu Otakar Vávra [założyciel wydziału filmowego w praskiej Akademii Sztuk Scenicznych, którego uczniami byli m.in. Miloš Forman i Jirí Menzel – przyp. red.] i film stał się jeszcze bardziej popularny niż książka. Można oczywiście argumentować, że większa część tej biblioteczki sprzed 1989 roku to będą produkcyjniaki albo książki pisane pod tezę, ale mamy jeszcze choćby Bohumila Hrabala, w którego książkach pojawia się motyw niemiecki za sprawą jego żony. Tak jest chociażby w "Weselach w domu" (polski przekład Piotra Godlewskiego), w których Hrabal narratorką czyni właśnie żonę, albo w "Obsługiwałem angielskiego króla" (polski przekład Jana Stachowskiego), opisującej niełatwe relacje czesko-niemieckie.

Można więc raczej zapytać nie tyle o to, czy temat był nieobecny, ile o to, co sprawia, że nie chcemy pamiętać o istnieniu tamtej literatury, że potrzebujemy takiego "odkrycia". To z jednej strony koresponduje z momentem otwarcia archiwów, z tym, że historycy mogą w swobodny sposób zająć się tematem, ale z drugiej strony okazuje się, że on cały czas był pod powierzchnią.

Karolina Ćwiek-Rogalska. Doktorka habilitowana kulturoznawstwa, antropolożka i bohemistka. Pracuje w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. Laureatka Nagrody Naukowej "Polityki" oraz Narodowego Centrum Nauki. Stypendystka Fundacji na rzecz Nauki Polskiej i Programu Fulbrighta, ma za sobą pobyty naukowe m.in. na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles, Uniwersytecie w Cambridge, Imre Kertész Kolleg w Jenie i Uniwersytecie Karola w Pradze. Od 2022 roku kieruje grantem Europejskiej Rady ds. Badań Naukowych: wraz z zespołem śledzi powstawanie nowych kultur na terenach postprzesiedleniowych w Polsce, Czechach i Słowacji. W 2024 opublikowała książkę "Ziemie. Historie odzyskiwania i utraty" (Wydawnictwo RN), która stanowi podsumowanie kilkunastu lat jej badań nad pamięcią "Ziem Odzyskanych".

Lidia Raś. Dziennikarka, redaktorka. Pasjonatka teatru i literatury, wielbicielka czeskiej Pragi i polskich gór. Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Kiedyś m.in. w Dzienniku Gazecie Prawnej, obecnie w Weekend.gazeta.pl.