Świat jak labirynt splątany potwornie*
Ta ostatnia wiosna, wiosna 1951 roku, była porą burzliwą. W tym samym czasie, gdy Maria zaszła w ciążę, Tadeusz się zakochał. Trwająca niespełna rok relacja, o której Maria wiedziała, to okres – ponownie – odmiennych pamięci, prywatnych mitologii, wielu pytań, zagadek życia i śmierci. Co oznaczał dla jego życia koniec – czy tylko zawieszenie – miłości do Marii, stojącej tak długo na początku i u kresu każdej z życiowych dróg? Troskliwie pielęgnowany mit złotego wieku na Skaryszewskiej może dopiero teraz prysł ostatecznie. Tamtego miasta już nie ma, nie ma tamtych ludzi. "Różne są losy wojennych miłości, nam się nie udało", miała powiedzieć Maria swojej przyszłej "rywalce", jeszcze zanim ta zakochała się w Tadeuszu.
– Absolutnie uwierzyłam w całą wersję wydarzeń, którą opowiedziała mi Dżennet, ona była bardzo przekonująca – mówi Joanna Szczęsna, która dotarła do tajemniczej "Dziewczyny", jak nazywał ją w Ucieczce Tadeusz Drewnowski, tuż przed oddaniem do druku drugiego wydania Lawiny i kamieni.
– Może w kontekście tego romansu z żonatym mężczyzną brzmi to mało wiarygodnie, ale to była bardzo prostolinijna osoba, o takiej absolutnie naiwnej, dziecięcej wręcz uczciwości. Wiem o tym, bo pozostawałyśmy w kontakcie niemal do końca jej życia. "Rozdarła mi pani duszę tymi wspomnieniami, więc proszę nie myśleć, że tak mnie pani zostawi", powiedziała. Dżennet nie miała żadnego powodu, by tworzyć legendy. Kiedy ją odnalazłam, w ogóle nie chciała rozmawiać z dziennikarzami. Uważała, że wersja historii przedstawiona przez Miłosza jest dla Tadeusza korzystna, nie chciała zostawiać na niej rys. Ale ona absolutnie nie wierzyła w samobójstwo Borowskiego.
– Jednak nakłoniła ją pani do zwierzeń.
– Jestem przekonana, że udało mi się to z pomocą jednego zdania, które zadziałało jak zaklęcie otwierające Sezam.
– Co jej pani powiedziała?
– "Trzeba zostawiać ślady prawdy".
***
"Czy pani uważa, że pisarz to maszyna, która z mechaniczną regularnością wyrzuca z siebie dwie, trzy czy cztery książki do roku…? Czy to, że nie wydaję żadnej książki, to znaczy, że nic nie robię, że siedzę i patrzę w gwiazdy?!" – tak, być może to właśnie Dżennet Połtorzycka przepytywała Tadeusza podczas tamtego wywiadu radiowego z początku 1951 roku. Kłócili się zresztą na ten temat cały czas, ona uważała go za wielkiego poetę, który marnuje swój talent, nie mówiąc już o jej antykomunistycznych poglądach. Odkąd ją poznał, każdy pisany przez niego tekst publicystyczny miał być tym ostatnim. Tak jej obiecywał.
Młodszą o dwa lata Dżennet Borowski spotkał w Polskim Radiu. Przyjaciel z monachijskich lat, Stanisław Wygodzki, był wtedy redaktorem naczelnym działu literackiego, a ona pracowała w jego redakcji.
– Domyślam się, co mogło się w niej podobać. Ładna, drobna, z okrągłymi, zawsze trochę zdziwionymi oczami, młodziutka i ciekawa świata, bez śladu cynizmu – mówi Joanna Szczęsna.
Sama Dżennet, którą wielu Polaków kojarzy być może jako autorkę słynnej powieści radiowej Matysiakowie, wspominała ten czas jako bardzo szczęśliwy okres, pełen miłości i pasji. Po latach mówiła o Tadeuszu jako o miłości swojego życia, zapewniając jednocześnie, że potem miała bardzo udane, szczęśliwe małżeństwo. On chyba też stracił dla niej głowę. Znali ją jego koledzy, Wiktor Woroszylski, Andrzej Mandalian, Tadeusz Konwicki. Maria, która podobno także wiedziała o sprawie, zawsze wyrażała się o tym lekceważąco. Na każde wspomnienie machała ręką, uważała, że to nie było nic ważnego. Jak Tadeusz próbował rozwiązać wewnętrzny konflikt wartości? Czy moment był przypadkowy? Czy czas oczekiwania na dziecko obudził jakieś nowe lęki?
Maria go nie zatrzymywała. Mimo swojego stanu oznajmiła mu podobno, że może odejść. Nie chciał. Chciał, by odeszli razem. Kiedy była już w zaawansowanej ciąży, Tadeusz zatkał otwór wentylacyjny, mocno ją złapał i odkręcił gaz: "Jeśli nie chcesz, żebym zostawił cię samą, musisz to zrobić ze mną". Tuśka zdołała mu się wyrywać, rzuciła się, by zakręcić kurki. Potem on wpadł w dobry nastrój. "Twój mąż jeszcze ci pokaże, co potrafi". Kiedy kilka miesięcy później Maria dowiedziała się, że wentylator na Kaliskiej był uszczelniony, pomyślała, że dopiął swego. Mówił jej, jak zatkać tę nieszczęsną kratkę, nie raz. "To był znak dla mnie", miała powiedzieć. "Czajnik na gazie miał tylko zmylić innych". Tyle już razy przerabiali wspólnie tę historie. Tyle lat.
Świat jak labirynt splątany potwornie
gmatwa się w linie, te tłoczą się w węzeł,
który powoli, lekko a wytwornie
ściska mi szyję, że zduszony rzężę.
Nade mną gałąź nieba najczarniejsza
sprężyną włókien jedwabny sznur spręża.
Wiszę na wichrze i barwny jak gejsza
tańczę i dziwem – tłum patrzy – zwyciężam.
(Labirynt)
Krystyna Bratkowska: Ten człowiek mnie fascynował, pytałam więc o niego ciocię wiele razy, ale dopiero gdy przeczytałam jego listy przechowane w archiwum Turowicza, olśniło mnie. Ta chęć zniknięcia ze świata jest zapisana już tam, w korespondencji z Monachium. Ale dlaczego wybrał taki moment? Od mojej mamy wiem, że Tadeusz niesamowicie cieszył się z narodzin Małgosi, córka była jego szaloną radością. Więc jak to?! To oczywiście tylko domysły, ale po przeczytaniu tych listów powiedziałam do cioci: chyba zrozumiałam, on wreszcie mógł odejść, bo nie zostawiał ciebie samej. Tusia się wtedy zadumała głęboko i pokiwała głową. (...)
Borowski planuje stypendium w Moskwie. Jako pupilek władzy wciąż jednak potrafi zaskoczyć odwagą sprzeciwu. Kiedy w obłędzie podejrzeń o rozmaite "odchylenia" pod zarzutem szpiegostwa zostaje aresztowany Czesław Mankiewicz, Tadeusz wpada w szał. Tego mu nie wmówią. Woroszylski napisał: "Między światem płomiennych metamorfoz, wznoszonym na papierze przez Tadeusza, i bardziej nieudolnie przez całą naszą formację, a światem rzeczywistych spraw ludzkich, codziennych nieprawości i cierpień powstawał tymczasem coraz większy rozziew". Z kierownikiem Wydziału Kultury KC Pawłem Hoffmanem Borowski próbuje załatwić wtedy audiencję u "drugiej osoby w państwie", u Jakuba Bermana. "A czy wam się nie wydaje podejrzane, że Mankiewicz cało i zdrowo wrócił z Niemiec?" – pyta Hoffman. "A czy to nie jest podejrzane, że wyście nie zdechli w ZSRR, tylko wróciliście cało i zdrowo!?" – odparowuje Borowski.
Mimo uporczywych starań nic wtedy nie wskórał, zmaltretowany Mankiewicz wyszedł dopiero po pięciu latach. Tamto odbijanie się od kolejnych drzwi i konfrontacja z psychozą oskarżeń aparatu władzy służą upartej legendzie o rozczarowanym Borowskim. Czy wtedy dostrzegł w całej ostrości, jak fałszywa jest wizja rewolucji, w której walkę o ludzką godność zastąpiła walka klas? Jak śmiercionośne jest antidotum na faszyzm, po które sięgnął? O jego podobnych rozterkach skrótowo i enigmatycznie pisze Drewnowski, wspominając, że Borowski mówił coś o "zgrubiałej, obrosłej w tłuszcz rewolucji, rewolucji zdradzonej". Maria zawsze uważała, że jedyną przyczyną śmierci Tadeusza była jego choroba.
Przez cały czas trwania romansu Dżennet nie widziała żadnych rys na tej bryle. Tadeusz był jej zdaniem szczęśliwy i pełen planów na wspólne z nią życie. Między wierszami różnych opowieści o Borowskim pojawiają się zresztą uwagi, że istniały tematy, których nie mogli z nim poruszać nawet bliscy, o wielu kwestiach nie rozmawiał, czy to z braku zaufania, czy z innych przyczyn.
Z Dżennet jednak spierali się o komunizm. Ona miała inne poglądy, wyrosła z innej gałęzi. Nietypowe imię to tradycja rodzinna ojca pochodzącego z litewskich Tatarów, którzy przyszli na pomoc Jagielle pod Grunwaldem i dostali uprawnienia rycerskie. Matka wywodziła się z inteligenckiej katolickiej rodziny kresowej, która do Warszawy uciekła przed Sowietami. Chowana w tradycjach narodowych i w etosie niepodległościowym Dżennet, harcerka z Gimnazjum Królowej Jadwigi, była przywiązana do swoich poglądów.
Na wyczyny Tadeusza patrzyła z przerażeniem: "Zawsze bałam się o niego, co z nim będzie, kiedy zrozumie, jak daleko zabrnął. Był w swoim entuzjazmie bardzo dziecinny, a w swojej żarliwości – bezbronny. Mówiłam mu, że jeszcze kiedyś będzie się tłumaczył i wstydził tego, co napisał". Felieton, którego tamtej nocy nie dokończył pisać, jak wiele poprzednich także miał być ostatni. Dżennet utrzymywała, że mimo złożonej jej obietnicy Borowski nawet przez moment nie wątpił, że postępuje słusznie. Maria natomiast twierdziła, że krótko przed śmiercią Tadeusz się opamiętał. Dżennet uważała, że chyba nie przeżyłby rewelacji z referatu Chruszczowa. Nie był rozczarowany, nie cierpiał na żadną depresję. Naocznych świadków uszczelnionego wentylatora nie było. Nie wierzyła w jego samobójstwo.
Tamtej nocy, z 1 na 2 lipca, spacerowała pod oknem Tadeusza, w którym wciąż paliło się światło. Nie mogła zasnąć po dniu pełnym wrażeń, który zapamiętała jako przełomowy. W emocjach pojechała na Kaliską, ale nie weszła do środka. Nie wątpiła, że Borowski jeszcze pracuje, ale nie chciała mu przeszkadzać, ponad wszystko jednak mieszkanie Marii oznaczało dla niej teren zakazany. Może gdyby weszła, gdyby nie te drobnomieszczańskie przesądy… – taka wątpliwość miała z nią zostać.
Kilku kolegów zapewniało potem, że ten ostatni dzień, ostatni wieczór, ostatnia wódka – to z nimi właśnie. Każdy z autorów tych pośmiertnych opowieści zapewniał, że to on ostatni pił z Borowskim, dyskutował z nim, ostatni widział go żywego. Dżennet miała inną opowieść. Dzień spędzili razem: spacer, obiad, potem poszli do niej do domu. Były rozmowy o wspólnych planach na przyszłość, które nie dały jej tamtej nocy spać. Wieczorem Tadeusz wsiadł do taksówki z odkrytym dachem i, machając jej na pożegnanie, pojechał do prywatnej kliniki przy Goszczyńskiego, w której 26 czerwca Maria urodziła Małgosię. Siedział u niej tego wieczoru wyjątkowo długo.
Żona pamięta jego nastrój zupełnie inaczej. Żywiołową euforię wywołaną urodzinami córki po kilku dniach znowu wyparły czarne myśli. To wtedy jej powiedział, że jest okropnie dwulicowy. "Każdy ma taki okres w życiu, kiedy bywa dwulicowy", odpowiedziała. Ożywił się nagle – miał dobrą nowinę! Wreszcie, po tylu latach spędzonych w absurdalnie małym mieszkanku na Kaliskiej, dostali przydział na trzypokojowe mieszkanie! Kiedy zaczął się zbierać do wyjścia, mówiąc, że jutro przyniesie pieluszki, chciała go zatrzymać. Pomyślała jednak, że nie będzie się mazgaić tylko dlatego, że urodziła dziecko. Tadeusz podszedł jeszcze do okna balkonowego, zapatrzył się w złoty rogalik na wieczornym niebie. "Tak bym chciał uciec na księżyc", powiedział.
*Publikujemy fragment książki Marty Byczkowskiej-Nowak "Nieocalony", która ukaże się 29 stycznia 2025 roku nakładem Wydawnictwa Znak.



