Historia
Róża Luksemburg wśród członków Prezydium II Międzynarodówki, 1904 rok (Fot. Autorstwa Cornelis Gerardus Leenheer, Domena publiczna via Wikipedia Commons)
Róża Luksemburg wśród członków Prezydium II Międzynarodówki, 1904 rok (Fot. Autorstwa Cornelis Gerardus Leenheer, Domena publiczna via Wikipedia Commons)

24 września Róża przemawia w heskim Fechenheim, 26 września w Bockenheim, gdzie sala koncertowa wypełnia się na dwie godziny przed jej przybyciem. O godzinie dwudziestej trzeba wynieść ostatnie stoliki, część publiczności będzie jej słuchać przez otwarte drzwi i okna. Róża z trudem przeciska się do podium. Zawsze obecna na socjalistycznych zebraniach policja tym razem nie słucha przemówienia, bo musi opanować tłum, który gromadzi się na zewnątrz. Mowa wielokrotnie przerywana jest oklaskami, zwłaszcza wtedy, gdy Róża w uniesieniu woła: "Gdy chcą nas zmusić, byśmy użyli morderczej broni przeciw naszym francuskim czy innym braciom, my wołamy: nie zrobimy tego!".*

A kiedy Róża jeszcze pyta: "Czy damy sobie narzucić wojnę?", publiczność odpowiada gromkim: "Nigdy!". Sala koncertowa faluje z emocji, tymczasem wmieszany w tłum sympatyk narodowej prawicy Ernst Henrici stenografuje słowo po słowie, a potem publikuje wszystko w ewangelickiej gazecie "Frankfurter Warte". Jeden egzemplarz Henrici wysyła do prokuratury, która na tej podstawie oskarża Różę o zdradę stanu – namawianie żołnierzy do dezercji.

Proces rusza we Frankfurcie w lutym 1914. Odczytując akt oskarżenia, prokurator podkreśla, że podsądna nie zasługuje na łagodne traktowanie, bo jest wielokrotną recydywistką procesów politycznych. Przekonuje, że "jej wypowiedzi są dobrze przemyślane", a "jej osobowość to zaprzeczenie łagodności", że "nie bez powodu oskarżonej nadano przydomek «Czerwona Róża»". "Oskarżona nawołuje do strajku generalnego, do mordu i wojskowej rebelii – grzmi prokurator. – To uderzenie w sam nerw naszego państwa!"

20 lutego 1914 roku oskarżona wygłasza przed sądem niemal godzinną mowę obrończą. Na pięć miesięcy przed wybuchem pierwszej wojny totalnej – czyli takiej, która angażuje całe państwo i społeczeństwo – Róża Luksemburg podkreśla, że to nie armie toczą ze sobą wojny, toczą je narody. Dlatego na partyjnych wiecach zwracała się nie do żołnierzy, tylko do robotników.

Uważamy, że wojny można prowadzić tylko wtedy i tak długo, jak długo klasa pracująca sama się w nie angażuje, uważając je za słuszne i konieczne, albo przynajmniej się na nie godzi. Wojny staną się niemożliwe, kiedy większość ludu pracującego dojdzie do przekonania, że są rzeczą barbarzyńską, głęboko niemoralną i reakcyjną – a budzenie tego przekonania jest właśnie zadaniem nas, socjaldemokratów.

Po raz ostatni tak mocno Róża podkreśla swój związek z niemiecką socjaldemokracją – swoją "wybraną ojczyzną". Ponieważ odpowiadała przed sądem z wolnej stopy, prokurator domagał się jej aresztowania. Przekonywał, że podsądna jest "osobowością międzynarodową", która "wszędzie czuje się dobrze, i byłoby wręcz dziwne, gdyby nie uciekła za granicę". Odpowiedź Luksemburg stała się częścią jej legendy: "Panie prokuratorze, ja panu wierzę, że pan by uciekł. Ale socjaldemokrata nie ucieka. Bierze odpowiedzialność za swoje czyny i śmieje się z waszych kar. A teraz wydajcie na mnie wyrok!".

Za wystąpienie na wiecu w Bockenheim prokurator domagał się ośmiu miesięcy więzienia, za podobną mowę w Fechenheim – dodatkowo sześciu. 20 lutego 1914 roku frankfurcki sąd skazał Różę Luksemburg na rok; w sentencji podkreślił, że dostałaby dwa lata, gdyby nie była kobietą. Ona zapowiada odwołanie do wyższej instancji i na razie pozostaje na wolności. Tymczasem SPD organizuje w całym kraju wiece protestacyjne, bo tak surowy wyrok nie ma w Niemczech precedensu: rok więzienia za jedno zdanie w półtoragodzinnej mowie!

Róża Luksemburg (Fot. Domena publiczna)

Jeden z protestów w jej obronie odbył się we Frankfurcie na drugi dzień po ogłoszeniu wyroku. Zachowany w archiwach policyjny raport odnotowuje skrupulatnie zarówno liczbę obecnych (ośmiuset mężczyzn i pięćdziesiąt kobiet), jak i pojedyncze okrzyki ("Co za dranie!"). W swoim przemówieniu Róża nawiązała do stwierdzenia prokuratora, że jej walka z militaryzmem "uderza w nerw państwa". "A więc nie miłość do ojczyzny, dobro społeczeństwa i wolność obywatelska są dla rządzących nerwem Niemiec, tylko militaryzm, tylko bagnet. Ten nerw trzeba przeciąć jak najszybciej!". A kto ma to zrobić? "Stoimy tu wszyscy murem – wołała wśród braw – nie jedna Róża, tylko dziesięć milionów śmiertelnych wrogów państwa burżuazyjnego!".

Następnego dnia Róża Luksemburg wraca do Berlina i tam dopada ją zmęczenie: "Ledwie stanęłam wczoraj na berlińskim bruku, kiedy ptaszyska duchowego osamotnienia i depresji złapały mnie w swoje szpony, i musiałam się bardzo postarać, by nie rozpłakać się na ulicy". Potrafi jednak odnaleźć spokój:

I wtedy poszłam na pola. Jest tak ładnie, takie rozmarzone jasnoniebieskie niebo, powietrze tak łagodne i słodkie. I spotkałam psa – dużego owczarka szkockiego z jasnobrązową sierścią i ciemnobrązowymi, dobrymi, mądrymi ślepiami. Leżał w jakimś ogródku i też cieszył się wiosną. Długo przed nim stałam, on także patrzył na mnie z dołu, nie unosząc łba. Tak dobrze się rozumieliśmy, aż w końcu zrobiło mi się radośnie koło serca.

Adresatem tego listu jest jej adwokat Paul Levi, z którym przez chwilę Róża była w związku. Dziesięć dni po wyroku pisze do niego pierwszy list miłosny: "Słodki Panie, Ty i wspaniała noc drżą jeszcze w moim ciele, a moim najważniejszym zajęciem jest teraz przebieranie leniwymi palcami we wspomnieniach jak w koszu kwiatów. Twoją bladą, namiętną twarzyczkę z ciemnymi oczyma widzę jeszcze przed sobą jak wtedy – całkiem blisko".

Podobnie jak wcześniej Kostia, a później Hans Diefenbach, Paul Levi był od niej wyraźnie młodszy – o dwanaście lat. Pochodził z liberalnej burżuazji żydowskiej, mieszkającej od pokoleń we Frankfurcie, i miał solidne klasyczne wykształcenie. Jak wielu zasymilowanych adwokatów należał do SPD; był delegatem na kilka zjazdów, na jednym z nich, w roku 1913, poznał Różę. Jak zauważa Ernst Piper, ujawnione dopiero w latach siedemdziesiątych XX wieku listy Róży do Paula nie mają często nagłówka ani podpisu, "jak potajemne grepsy wybuchłej nagle namiętności". Która zresztą nie trwała długo, ledwie kilka miesięcy, starannie ukrywana zwłaszcza przed Leonem: "Właśnie był u mnie tamten wąsacz, kiedy odebrałam Twój telegram. Unikałam jednak instynktownie mówienia o Tobie, a jak mnie spytał nagle, czy podoba mi się mój adwokat, dałam mu stanowczą odprawę" – pisze Róża w marcu 1914 roku.

Róża Luksemburg w wieku 43 lat (Luksemburg, 1915 rok) (Fotografia pochodzi ze zbiorów Niemieckich Archiwów Federalnych (Bundesarchiv) via Wikipedia Commons) , Róża Luksemburg i Kostja Zetkin, z którym była związana w latach 1907-1915 (Fot. Domena publiczna via Wikipedia Commons)

Paul mieszka we Frankfurcie, ona w Berlinie. "Kochany, tęsknię. Chciałabym patrzeć Ci w oczy" – nie wiemy, kiedy napisała do niego ten jednozdaniowy list. Wiosną tęsknota wygania ją z domu, prowadzi na wędrówki, daleko od ludzi. W pierwszych dniach maja dzieli się z nim zachwytem: "Tu jest dziś cicho, łagodnie pada deszcz. Pięknie było spacerować rano po zielonych polach, pod kwitnącymi klonami, które sypały na mnie kwiaty i krople deszczu".

Można się jedynie domyślać, że wiosenne wakacje spędzili razem w szwajcarskim Clarens. Od lipca ich korespondencja nie zdradza już jednak bliskości, dotyczy kolejnego procesu i polityki SPD. Pozostaną na zawsze przyjaciółmi, a może raczej: towarzyszami. Po śmierci Róży Levi będzie zarządzał jej spuścizną, wyda jej nieukończone pisma. Przez krótki czas stanie nawet na czele Komunistycznej Partii Niemiec i pojedzie w tej roli do Moskwy na kongres Międzynarodówki Komunistycznej w 1920 roku. "W białej koszuli i trzyczęściowym garniturze z muchą wyglądał nieco egzotycznie obok Trockiego i innych, noszących się rewolucyjnie rosyjskich towarzyszy" – pisze Piper.

***

Oburzenie na drakoński wyrok było powszechne w prasie lewicowej i centrowej; tylko prawicowa "Tägliche Rundschau" ucieszyła się z kary dla "krwiożerczej podpalaczki politycznej". Socjaldemokracja korzysta z rozgłosu, bo wiece protestacyjne są znakomitą trybuną dla agitacji antywojennej. Miesiące między frankfurckim wyrokiem a wybuchem wojny to szczyt ludowej popularności Róży Luksemburg.

Na wiecu we Freiburgu 7 marca 1914 roku Róża mówi, że maltretowanie żołnierzy jest w armii niemieckiej na porządku dziennym: "Jak mężczyzna może być prawdziwym obrońcą ojczyzny, jeśli latami systematycznie depcze się to, co go czyni mężczyzną: jego honor, godność, nieugiętą wolę. Depcze się synów narodu, uwaga, w mundurach! A potem wychodzi się do ludzi i mówi frazesy o obronie ojczyzny, o zaszczytnej służbie w «królewskim fraku» i o szczególnym honorze stanu żołnierskiego".

Róża Luksemburg, rok 1905. (Fot. Domena publiczna / via Wikimedia Commons.)

Jeżeli kiedyś Luksemburg uderzyła z całą siłą w nerw pruskiego państwa, to właśnie tutaj i teraz – bo systematyczne maltretowanie rekrutów przez korpus oficerski było tajemnicą poliszynela. Między rokiem 1870 a 1911 zanotowano w armii niemieckiej 6676 zgonów w wyniku maltretowania, a także 10 439 samobójstw i 2353 próby samobójcze. Liczbę nadużyć w latach 1900–1914 szacuje się na od 600 do 800 tysięcy rocznie, z tendencją rosnącą. Ernst Piper zauważa, że przytłaczająca większość przypadków dotyczyła zdominowanej przez junkrów armii pruskiej, na tle ówczesnej Europy nie wyróżniały się natomiast na niekorzyść kontyngenty z Bawarii, Saksonii czy Wirtembergii. "Najwyraźniej tak się objawiał osławiony pruski militaryzm" – pisze Piper.

Róża dobrze rozumie wagę swoich słów wypowiedzianych w przededniu wojny.

Kochanie, wspaniała wiadomość! Minister wojny von Falkenhayn wniósł oskarżenie o obrazę korpusu oficerskiego i podoficerskiego – cieszy się w maju 1914 roku w liście do Leviego. – Ja oczywiście od razu przyznałam się do tych wypowiedzi, żeby im odciąć drogę ucieczki. Ci dranie chyba zupełnie stracili rozum. Pomyśl tylko, ile na takiej rozprawie można przedstawić materiału, ile można nadrobić z tego, co w Reichstagu zaprzepaściły nasze osły! Gdybyś tu był, rzuciłabym Ci się z radości na szyję!

*Publikujemy fragment książki Weroniki Kostyrko "Róża Luksemburg. Domem moim jest cały świat", która ukazała się 13 listopada 2024 roku nakładem Wydawnictwa Marginesy.