Historia
Trzy pokolenia: Anna, Jadwiga, Justyna. Osiedle Za Żelazną Bramą. Lata 80 (Fot. Archiwum rodzinne Justyny Sobolewskiej)
Trzy pokolenia: Anna, Jadwiga, Justyna. Osiedle Za Żelazną Bramą. Lata 80 (Fot. Archiwum rodzinne Justyny Sobolewskiej)

Po wyzwoleniu Warszawy Lublin zaczął pustoszeć. Rolę zrujnowanej stolicy przejęła tymczasowo Łódź i tam pojechał najpierw ojciec, a potem reszta rodziny. Ojciec zaczął pracować w Centrali Tekstylnej. Był legalistą i wierzył w moc urzędowych papierów. Przez całą wojnę przechowywał kwit od Niemców, którzy zarekwirowali im meble z Filtrowej. Uważał, że należy się rekompensata, wystąpił z pismem do świeżo powołanego Ministerstwa Handlu Wewnętrznego i załączył listę najpotrzebniejszych rzeczy. Wyglądało to tak: dwa kupony wełny na suknie dla mojej żony i córki, dwa kupony wełny na garnitury męskie dla mnie i mojego zięcia, cztery koszule męskie, cztery damskie itd. I o dziwo udało mu się kilka rzeczy uzyskać.*

Ludzie wyjeżdżali dalej i oni też ruszyli na Wybrzeże, gdzie tworzyła się Rozgłośnia Polskiego Radia. Wsiedli w ciężarówkę w Łodzi i na tobołach dojechali o świcie do pustego Gdańska. Ruiny i dymiące jeszcze zgliszcza, gotyckie napisy, gdzieniegdzie kamieniczki ze spiczastymi dachami. Lublin nie był dla niej 126 miejscem bliskim, co innego Trójmiasto. Pisze o nim z czułością.

Na molo w Sopocie przypominała sobie wakacje trzydziestego dziewiątego roku, Imka i Zygmunta.

Jadwiga i Zdzisław na molo
Jadwiga i Zdzisław na molo Fot. Archiwum rodzinne Justyny Sobolewskiej

Zamieszkali ze Zdzisławem w Sopocie w willi pod lasem, blisko powstającego radiowęzła. Najpierw nie było nic, pożyczyli wojskową radiostację polową i szukali do niej części na własną rękę. W pokoju u starej Niemki wisiał wielki różowy abażur i landszafty na ścianach. Z okna było widać czub srebrnego świerka i panoramę miasteczka opadającego ku zatoce. Rano gospodyni przynosiła wodę do mycia, a kawę podawała w porcelanowym dzbanku przykrytym watowanym kapturem w kwiaty. Nazywało się to Kaffeewärmer. Wszystko tu było dla Jadwigi nowe i ciekawe. Miała ochotę leżeć bez końca na piasku. Cieszyła się, że tu trafili.

Po latach zastanawiała się, czym był dla niej Sopot i późniejszy Wrzeszcz. Był czasem na pograniczu widzenia i niewidzenia. A jednak była szczęśliwa, bo jeszcze widziała. Miała potem zawsze w oczach spacery Jaśkową Doliną pełną maków. I wędrówki po starym niemieckim cmentarzu ciągnącym się wzdłuż alei prowadzącej z Wrzeszcza do Gdańska. Czytała na nagrobkach w ruinie "Auf Wiedersehen im Himmel". Ten cmentarz później zlikwidowano. Zapamiętała też starą kamienicę porośniętą w zimie intensywnie zielonym bluszczem. Miała wrażenie, że znajduje się w innym kraju, o innym klimacie. Technicy montowali na ulicach megafony, za chwilę miał ruszyć radiowęzeł. Miała przygotować pierwszą audycję lokalną i bardzo była tym przejęta. Chciała, żeby pierwsze polskie słowa z głośników były porywające, a nie suche i sztuczne. Pisała i kreśliła, zaczynała na nowo i wyrzucała, bo wszystko wydawało jej się zbyt napuszone. W dodatku miała sama wygłosić ten tekst, bo nie było jeszcze spikera. Bała się, że głos jej się załamie, ale kiedy została na werandzie, na której stał mikrofon, obawy prysły. Głos popłynął, nawet technik ją pochwalił. W dniu Święta Morza, 30 czerwca 1945 roku, ruszyła gdańska radiostacja. "Dzień był ciepły i szary. Nad wielkim placem niby dekoracja teatralna sterczały fantastycznie poszczerbione ruiny, a dalej, na ciemnym tle nieba masyw wieży Mariackiej z odartym czubem. Plac wypełniały tłumy ludzi. Stałam oparta o balustradę. Kropił drobny deszcz. Nie słuchałam przemówień. Obserwowałam kolegów z ekipy technicznej. Patrzyłam na megafony i mikrofon. Na samochód radiowy. Słowa płynęły, od czasu do czasu słychać było drobne trzaski. Wszystko było w porządku. Radiostacja na Gradowej Górze pracowała".

Najpierw nie było komunikacji. Do Gdańska jeździło się ciężarówkami, trzeba było wdrapywać się po kole. Początkowo nie potrafiła tego zrobić, ale z czasem już wskakiwała zręcznie, jak do autobusu. Potem zaczęły kursować czerwone autobusy między Gdynią i Gdańskiem. Pojawiły się rusztowania, wyrósł budynek hotelu Orbis. Znikały niemieckie napisy i sami Niemcy. Jadwiga nie miałaby nic przeciwko temu, żeby ci starzy mieszkańcy zostali. Czuła, że Gdańsk zupełnie bez Niemców będzie całkiem innym miastem. Zamieszkali we Wrzeszczu, na Parkowej 14 (dziś Bohaterów Getta Warszawskiego), w mieszkaniu po rodzinie Niemca dentysty, razem z meblami i obrazami. Z niemiecką encyklopedią i albumem Dojście Hitlera do władzy. To te przedmioty poniemieckie potem towarzyszyły dzieciństwu mojej mamy. Jako mała dziewczynka była nawet przekonana, że na ścianie we Wrzeszczu wisi portret pradziadka, a to był jakiś niemiecki przodek dawnych mieszkańców. Bawiła się klaserami pełnymi niemieckich znaczków. Dodawała do nich swoją kolekcję. Te przedmioty pojechały później do Warszawy, zasiedliły Hożą. Przedwojenny widok Gdańska wisi tam, gdzie zawisł w latach pięćdziesiątych. Sprzączka do paska z munduru Hitlerjugend leży w szufladzie starego biurka. Niektóre meble są poprzesuwane, postrzelony jednym z pocisków w Gdańsku kredens stoi przy innej ścianie niż dawniej.

Bal przebierańców. Siedzą: Zdzisław, ciotka Marylka, Jadwiga
Bal przebierańców. Siedzą: Zdzisław, ciotka Marylka, Jadwiga Fot. Archiwum rodzinne Justyny Sobolewskiej

Najbardziej mnie rozczula poniemiecka miska dla psa, która ciągle u nas jest.

W albumie rodzinnym znalazłam zdjęcie z balu przebierańców w Gdańsku, z przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Jadwiga w jasnej sukni z odkrytymi ramionami, z różą z kości słoniowej na szyi, patrzy w obiektyw. Obok niej Marylka, żona wuja Marcina Weinfelda. Zdzisław natomiast ogląda się z dużym zainteresowaniem za kobietą przebraną za Japonkę.

We Wrzeszczu w 1947 roku urodziła się moja mama. Kiedy Jadwiga była jeszcze w ciąży, Zdzisław przyszedł i oświadczył, że się zakochał. Ale nie chce jej zostawić. W końcu tamta kobieta go rzuciła. Już nie dało się skleić ich małżeństwa, mieszkali jednak razem ze względu na Anię. Jadwiga o tym nie pisała, to było zbyt bolesne, dopiero trzydzieści lat później opowiedziała o tym Mironowi i ta historia znalazła się w Dzienniku we dwoje. Opisywała te fragmenty ze swojego życia, które udawało jej się przerobić na opowieść krzepiącą. A to był straszny czas. Ze wzrokiem było coraz gorzej. Barwnikowe zwyrodnienie siatkówki, o którym dowiedziała się w czasie okupacji, postępowało. Ta choroba do dziś pozostaje zresztą nieuleczalna.

We Wrzeszczu, przy resztkach widzenia, postanowiła uczyć się rysunku. Przed wojną miała zamiar studiować malarstwo, nic z tego nie wyszło, ale rysowała nieźle. Znalazła sobie nauczyciela, jednak za szybko traciła wzrok. Te rysunki były przejawem buntu i próbą odwrócenia rzeczywistości. Tylko że wszystko zawiodło.

Ciąża wiązała się z dodatkowymi lękami, bo poród, o czym Jadwigę uprzedzono – miał przyspieszyć całkowitą utratę wzroku.

– Trochę wzroku ubędzie, ale dziecko to taka wartość w pani życiu, że ja bym się zdecydował – powiedział jej profesor Abramowicz z Kliniki Okulistycznej.

Więc wszystko naraz. Ciąża, niebezpieczeństwo związane z porodem, samotność, romans Zdzisława.

Rozmawiała o tym z ciotką Marylką, żoną wuja Marcina z Sopotu. Ale nie miała wątpliwości, że chce urodzić dziecko.

Jadwiga z małą Anią i ukochanym psem Barim. Gdańsk-Wrzeszcz
Jadwiga z małą Anią i ukochanym psem Barim. Gdańsk-Wrzeszcz Fot. Archiwum rodzinne Justyny Sobolewskiej

Mieszkali ze Zdzisławem nadal razem, ale każde zaczęło prowadzić odrębne życie.

Maj był tak upalny, że ludzie kąpali się w morzu. Jadwiga im zazdrościła, bo była w zaawansowanej ciąży. 10 maja rano odeszły jej wody i zaczął się poród. Jadwiga nie miała zaufania do ówczesnych klinik i zdecydowała się rodzić w domu. Przyszedł lekarz, który usiadł przy oknie i zaczął czytać gazetę. A Jadwigą zajmowała się pielęgniarka. Nagle w ciszy rozległ się ostry dzwonek, tupot butów i hałaśliwe rozmowy. Przyjechała milicja po panią Hildę, Niemkę, która u nich pomagała. To był okres przymusowych wysiedleń. W końcu ubłagali milicję, żeby akurat w tym momencie jej nie zabierali. Jadwidze nasiliły się bóle, ale wstydziła się krzyczeć, więc zacisnęła zęby. I tak aż do samego urodzenia Ani. Doktor nie odłożył nawet gazety. Jadwigę rozpierała radość, miała poczucie, że Ania odmieni jej życie. Hilda wyjechała do brata do Niemiec, ale korespondowała jeszcze z Jadwigą i chciała nawet wrócić. Ale już się nie udało.

Jadwiga potem przechodziła kolejne operacje (podspojówkowe wszczepienie owodni, potem zaćma i przeszczepy tkanki) i z tym kulejącym wzrokiem zaczęła pracować w "Głosie Wybrzeża". Redagowała tam kolumnę dla kobiet i pisała reportaże. Biegała do fabryk i szkół. Lubiła pracować wśród ludzi. Ale było coraz trudniej. Bała się ruchliwych ulic, potrącała przechodniów, wchodziła na jezdnię tuż przed jadące samochody.

Kiedyś wysłali ją do sztucznej wylęgarni kurcząt, którą nazywali kurzą fermą. Mieściła się przy szosie między Sopotem a Gdynią. Wysiadła z autobusu. Trzeba było przejść na drugą stronę, ale jechał sznur samochodów. Wstydziła się poprosić kogoś o pomoc. Stała i stała. Już prawie zdecydowała się, że zrezygnuje z reportażu, kiedy ktoś chwycił ją pod rękę.

– Panienko, przechodzim!

Przeszli prawie biegiem między samochodami.

– Dziękuję panience – powiedział.

Kiedy spojrzała na swojego towarzysza, zorientowała się, że jest kompletnie pijany.

Coraz trudniej było jej czytać i pisać, czuła, że zostaje w tyle. Mogła pracować tylko do zmroku, potem nic już nie widziała. A tymczasem w redakcji wprowadzono współzawodnictwo pracy. Dziennikarze, podobnie jak robotnicy, musieli rywalizować między sobą, kto napisze najwięcej, kto jest najbardziej wydajny. I nikt nie dbał o to, że ona musi pokonywać o wiele więcej trudności niż inni, musiała się ścigać ze zdrowymi. Wystąpiła o zwolnienie z tego wyścigu, ale bezskutecznie. Pracowała ponad siły, żeby dorównać reszcie.

Zobacz wideo Katarzyna Miller: Jeśli matka pokazuje, że córka ma żyć dla innych, to ta nie zatroszczy się o siebie

Myślę, że z tamtego okresu pozostało w niej to poczucie, że cały czas musi udowadniać, że nie jest gorsza niż inni, że nie ma taryfy ulgowej. To było niszczące. Najpierw udało jej się nadludzkim wysiłkiem zająć ósme miejsce na dwudziestu pięciu pracowników redakcji. Potem już nie dała rady, spadła na ostatnie miejsce. Karmiąc małą Anię, myślała o niesprawiedliwości, której doznała. Zdobyła się na maksymalny wysiłek, ale start nie był równy. W końcu udało jej się wywalczyć zwolnienie ze współzawodnictwa, ale w redakcji koledzy traktowali to jak niezasłużony przywilej.

*Publikujemy fragment książki Justyny Sobolewskiej "Jadwiga. Biografia Stańczakowej", która ukazała się 28 sierpnia 2024 roku nakładem Społecznego Instytutu Wydawniczego Znak.