Taka niewielka miejscowość, a taka gruba książka?
Miejscowość to jedno, a sama utopijna idea – drugie. Miasto dzieci świata to utopia, która urzeczywistnia się w Rabce. Jak to z utopiami bywa, są wspaniałe, kiedy pozostają w wyobraźni lub na papierze, ale kiedy zaczyna się je wdrażać w życie, tracą na doskonałości. Jeśli chodzi natomiast o samą Rabkę, muszę ci powiedzieć, że byłam zaskoczona, jak wiele kryje ona historii.
Rabkę znasz od najmłodszych lat?
Jeździłam do niej na wakacje w dzieciństwie bardzo często; w sumie z tych wszystkich wyjazdów mogłyby się zebrać co najmniej dwa lata pobytu. Wtedy oczywiście nie miałam pojęcia o historii Rabki, tym bardziej że o niektórych jej rozdziałach mówiono szeptem lub zgoła wcale. Nie muszę chyba dodawać, że te rozdziały zainteresowały mnie najbardziej. Zresztą cała historia miasteczka okazała się tak wielowątkowa i ciekawa, że musiałam się ograniczać, bo nigdy nie skończyłabym pisać, a jeśliby mi się to udało, książka byłaby dwa razy grubsza. Skupiłam się na dzieciach.
Skąd ta obfitość historii?
Stąd, że Rabka, jak zresztą praktycznie każda miejscowość uzdrowiskowa, jest niemiejscem, obszarem nieustannych przepływów, gdzie wciąż krzyżują się drogi miejscowych i przybyszy z zewnątrz, w tym licznych kuracjuszy. Szybko też wyczuwa się w niej rozmaite dwoistości. Pierwsza z brzegu to właściwa Rabka wieś z autochtonami i tworzony od drugiej połowy XIX wieku przez ludzi z zewnątrz zdrój. Inna wyraźna dwoistość to biegnąca od pewnego momentu różnymi torami historia polska i żydowska. Ta druga z oficjalnej powojennej narracji została wyrugowana. Ciągle się więc coś w Rabce splata i ciągle się coś rozrywa. Bardzo mnie to zaintrygowało i postanowiłam się temu przyjrzeć bliżej.
Już jako dorosła obserwatorka.
Dorosła i uświadamiająca sobie, że w dzieciństwie Rabka również była dwoista, troista i w ogóle odwrotna, jak pisze o niej jeden z bohaterów, Aleksander Ziemny. Także dzieci przebywające w niej dzieliły się na różne, osobne grupy. Sama, jako przyjezdna, nie stykałam się bezpośrednio ani z dziećmi miejscowymi, ani z małymi pacjentami uzdrowisk, bo te były odizolowane z powodu chorób – jak mówiła mi zajmująca się nimi ciocia lekarka. Wielu z dawnych dziecięcych pacjentów nie potrafi dziś odtworzyć w ogóle z pamięci topografii Rabki, bo nawet nie mieli szansy jej poznać, co tylko potwierdza jej status niemiejsca. Inne powtarzające się doznania, które były też moim udziałem, to samotność, obcość, niedopasowanie, przeczucie tajemnicy, stale czająca się gdzieś w tle śmierć. Mówi o tym między innymi nieżyjący już Ireneusz Kania, wspaniały tłumacz. Rabka jest więc taką "Czarodziejską górą", tylko w wydaniu dziecięcym. Jest, powiedziałabym, bardzo jungowska – stara się pokazać tylko to, co jest jasne, a cień ciągle się zakrywa, choć bezskutecznie, bo tam, gdzie słońce, tam i cień.
Słońce Rabka ma nawet w herbie.
Pół słońca i pół twarzy dziecka, wszystko w radosnych barwach. Zbyt nierzeczywistych. Oczywiście jest w Rabce jasne, ale przeplata się z ciemnym i nie może bez niego istnieć, jak w życiu. Rabczański cień to także umierające masowo w XIX wieku dzieci, nawet noworodki, których nie zdążono ochrzcić, więc grzebano je poza murem cmentarza, i mordowani Żydzi. Rabka to "niesamowite" w ujęciu Jentscha i Freuda, czyli zjawisko wywołujące dysonans poznawczy ze względu na to, że skupia w sobie zarówno cechy znajome, "samowite" – w tym przypadku sielskiej miejscowości uzdrowiskowej dla dzieci – jak i obce, przerażające. W tym sensie podobna jest do Muranowa, któremu poświęciłam kiedyś debiutancką książkę. To z jednej strony przyjemna, zielona część Warszawy z domami stojącymi na pagórkach, ale gdy się im przyjrzysz, okazuje się, że to pagórki po getcie, jeden wielki cmentarz. Podobnie jest ze zdjęciem na okładce "Miasta dzieci świata" – ot, typowa sanatoryjna scenka, równiutki rząd łóżek, na nich leżakujące w słońcu dzieci. Ale gdy wpatrzeć się dokładniej, ujawnia mniej oczywiste sensy: dziewczynka z brzegu usiłuje się podnieść, na jej twarzy maluje się dziwny grymas, a w tle czeka gotowy do interwencji personel. Czy to aby na pewno idylla? Co zaś do pamięci o Holokauście, Rabka zmierzyła się z nią dopiero w 2008 roku. Bardzo późno.
Zanim do tego dojdziemy, powiedzmy o początku Rabki jako zdroju. Ta przemiana następuje od połowy XIX wieku, kiedy okazuje się, że solankę jodowo-bromową można stosować na szerszą skalę. To potencjalne bogactwo w galicyjskiej biedzie jest od początku źródłem napięć.
Rabka to miejsce, do którego prawa roszczą sobie różne osoby i grupy, więc te napięcia co rusz doprowadzają do zwarcia, począwszy od linii dziedzic–pleban, potem dziedzic–miejscowi. Bywają okresy, kiedy ten skomplikowany układ udaje się utrzymać we względnej równowadze, jak przed wojną. Wszystko rozchodzi się oczywiście o zyski, które można czerpać dzięki kuracjuszom przybywającym do uzdrowiska utworzonego w oparciu o źródła solankowe, określone przez krakowskich balneologów jako niezwykle korzystne dla zdrowia. Do tego dochodzą kolejne napięcia, na linii miejscowi–przybysze i dzieci tutejsze–dzieci przyjezdne. Na przyjezdnych skupia się cała uwaga i troska, miejscowymi nikt sobie głowy nie zawraca. Wiele z nich umiera przedwcześnie z powodu chorób i biedy, a te, które unikną śmierci, od małego pracują równie ciężko, jak dorośli.
Dlaczego akurat Rabka zostaje Miastem dzieci świata?
Zacznę od tego, że dużo jest w tym określeniu mitycznej nadbudowy. Formalnie ten tytuł Rabka dostaje dopiero w 1996 roku, kiedy już, paradoksalnie, przestaje być uzdrowiskiem dziecięcym. Ale nie była też takim u swego zarania, początkowo leczono w niej wszystkich i wszystko: od gruźlicy, przez choroby skórne, po tzw. choroby kobiece. Dopiero na przełomie XIX i XX wieku powstają tam dwie kolonie lecznicze – jedna dla dzieci chrześcijańskich i jedna dla żydowskich – i od tego momentu Rabka zaczyna zyskiwać famę miejsca przyjaznego dzieciom. W międzywojniu podkreśla się łagodne cechy klimatu Rabki: obfitość słońca i umiarkowaną wietrzność, które wspomagają kuracje chorób wieku dziecięcego. Lecz do "miasta dzieci" jeszcze wtedy daleka droga. Do Rabki przyjeżdżają chętnie rodziny z dziećmi, organizowane są kolonie, pierwsze zakłady lecznicze dla dzieci zakładają lekarze oraz rozmaite grupy społeczne i zawodowe, jak nauczyciele, kolejarze, wojskowi. Powstają też pierwsze szkoły sanatoryjne dla młodzieży.
Rabka "dziecinnieje" na dobre dopiero po II wojnie światowej?
Tak, i to wskutek splotu przypadków. Po wojnie w Polsce szaleje gruźlica, także wśród dzieci, w pomoc którym chce się włączyć szwajcarska organizacja charytatywna Don Suisse. Stawia jednak podstawowy warunek: strona polska musi zapewnić co najmniej 600 łóżek dla małych pacjentów. Trzeba więc było stworzyć na tyle duży ośrodek, by zadowolić Szwajcarów, a co za tym idzie – dostać od nich wymarzone pieniądze i nowoczesne wyposażenie. Padło na Rabkę za sprawą Zdzisława Olszewskiego, syna miejscowego lekarza, a po wojnie przewodniczącego rabczańskiej Rady Narodowej. To on przyjął w Rabce Szwajcarów i przekonał ich, że warto akurat tam stworzyć uzdrowisko dla małych gruźlików, bo miejscowość ma przedwojenną bazę pensjonatów i zakładów leczniczych. Mniej istotne okazuje się wówczas to, że większość budynków ma prywatnych lub instytucjonalnych właścicieli, a w zniszczonej przez wojnę Rabce brakuje w zasadzie wszystkiego. Także lekarzy i pozostałego personelu. Wyższe czynniki dają pomysłowi zielone światło i projekt rusza na zasadzie "jakoś to będzie".
I jakoś to było – raz lepiej, raz gorzej. Również z małymi kuracjuszami, choć dzisiaj przeważają chyba niedobre wspomnienia?
Rzeczywiście złe wspomnienia przeważają, być może dlatego, że one bardziej zapadają w pamięć. Sanatoryjny system lecznictwa w PRL-u był, co tu dużo mówić, bezduszny. Stawiano na masowość i wydajność, bo problemy, szczególnie po wojnie, były ogromne. Większość dzieci wyleczono, gruźlica zniknęła całkowicie w latach 60. XX w. Niestety, w takim systemie zatraca się indywidualność pacjentów, ich potrzeby i wrażliwość, a w dodatku dziecko, już na wstępie rozłączone z rodzicami, odbiera wszystko inaczej niż dorosły. To podstawowe źródło licznych niedobrych wspomnień z Rabki, spotęgowane oczywiście liczbą przybywających do niej licznie małych kuracjuszy.
Ale nie wszędzie było tak samo źle?
Oczywiście, bo ośrodki były różne. Przykładowo Instytut Gruźlicy i Chorób Płuc prowadzony przez dr. Jana Rudnika był bardzo nowoczesny i złe wspomnienia właściwie go nie dotyczą. Podobnie było, do czasu, ze stworzonym w Rabce Śląskim Sanatorium dla Dzieci im. Pstrowskiego – początkowo zbierało ono pochwały, a potem coraz większą krytykę, w miarę jak jego świetność bladła. Te złe wspomnienia dorosłych dzisiaj ludzi dotyczą głównie tej grupy sanatoriów, która później weszła w skład przedsiębiorstwa państwowego i mieściła się w starych, często XIX-wiecznych budynkach – niedoinwestowanych, nieremontowanych i właściwie nieprzystosowanych do potrzeb sanatoryjnych. Uskarżano się także na zachowania personelu, i to już jest odpowiedzialność konkretnych osób oraz ich przełożonych, choć warto tu zaznaczyć, że Rabka miała problem z pozyskaniem wykwalifikowanych, nadających się do opieki nad dziećmi osób już od pierwszych powojennych lat, gdy tworzono zespół sanatoriów dla dzieci. Mamy więc kilka czynników, które składają się na taki, a nie inny obraz wspomnień.
Najstraszniejsze wspomnienia dotyczą okresu wojny, kiedy Żydów z sadystyczną przyjemnością mordują za willą "Tereska" Niemcy. Reszta pojedzie do Bełżca, przeżyją nieliczni. Kiedy Żydzi znikają, Wacław Krzeptowski skutecznie rekrutuje rabczan do kolaborującego z nazistami Goralenvolk. To podwójny wstyd w Rabce?
Statystyki dotyczące Goralenvolk przedstawiła jako pierwsza badaczka dr Karolina Panz, która ma też ogromne zasługi w odkrywaniu historii Rabki tuż po wojnie. A co do samych postaw, myślę, że "Biała odwaga" Marcina Koszałki, choć fabularna, trafnie pokazuje ówczesne dylematy górali wpływające na indywidualne decyzje dotyczące przyjmowania kart "G" i próbuje zrozumieć ich złożoność. Do poczucia etnicznej odrębności i zdania na samych siebie dochodził strach o życie własne i rodziny, chęć przetrwania – te motywy przeważały, raczej trudno byłoby szukać wśród górali entuzjastów Hitlera. Kombinowano, czasem kartę góralską brała tylko jedna osoba z rodziny. Przedwojennych góralskich mieszkańców Rabki trudno posądzać o antysemityzm. Miejscowi Żydzi byli częścią rabczańskiej społeczności, wzajemnie korzystano ze swoich usług, dzieci chodziły razem do szkół podstawowych. Pierwsze nasiona antysemickich postaw pojawiają się natomiast w latach 30. XX wieku, głównie za sprawą części osiadłej tam inteligencji o poglądach endeckich.
"Rabka, zamiast pachnąć górskim powietrzem, wionie Żydem".
To napisała Magdalena Samozwaniec, nazywana "pierwszą damą polskiej satyry", którą zresztą przegoniono z Rabki, gdy chciała wygłosić tam antysemicki odczyt. Jej poglądy nie znajdują poparcia wśród większości mieszkańców. Rodzina Kadenów, ówczesnych właścicieli uzdrowiska, wpisywała się w rabczańską podwójność – żona Kazimierza Kadena, Waleria z domu Mayzel, była zasymilowaną Żydówką, której rodzice przeszli na katolicyzm. Także wżeniony w tę rodzinę Jan Wieczorkowski, prowadzący w Rabce prestiżowe gimnazjum i cieszący się autorytetem wśród miejscowych, nie tolerował żadnych przejawów antysemityzmu. Wojna wywraca wszystko do góry nogami. Żydzi – miejscowi i przyjezdni, którzy mieścili się w przedwojennej strukturze – pełnili określone funkcje, byli równoprawnymi obywatelami, wyjęci przez hitlerowców spod prawa, tracą dotychczasowy status. Mordowani na oczach rabczańskiej społeczności, stają się nieczyści, niejednoznaczni, zagrażający. Zatrute nasiona rozsiewane wcześniej zaczynają kiełkować. Z relacji Żydów przebywających podczas okupacji w Rabce, w tym przedstawicieli miejscowej rodziny, która zdołała doczekać tam w ukryciu końca wojny, wynika, że właśnie wtedy niechęć do Żydów staje się powszechna i bardzo trudno jest uzyskać schronienie u gospodarzy. To właśnie ta zmiana postaw doprowadziła po wojnie do ataku na żydowski sierociniec.
Pamiętam, że przeczytałem o tym po raz pierwszy bodaj w książce "Cena. W poszukiwaniu żydowskich dzieci po wojnie" Anny Bikont. Byłem wstrząśnięty. Polacy napadający na sierociniec z żydowskimi dziećmi, które przetrwały cudem Zagładę. Przecież to się w głowie nie mieści.
Sprawcami byli młodzi miejscowi mężczyźni, właściwie wyrośnięci nastolatkowie, związani z miejscową partyzantką, podburzeni przez dwójkę przybyszów osiadłych podczas wojny w Rabce: księdza i polonistę, odgrywających wśród tej grupy rolę autorytetów. W napadach brali też udział synowie szanowanych mieszkańców, choćby znanego restauratora czy organisty. Wszyscy więc w Rabce wiedzieli, kto napadał. Na brak reakcji wpłynęły dwa czynniki: strach przed zemstą ze strony "leśnych", którzy po wojnie mieli w Rabce dużo do powiedzenia oraz poczucie lokalnej solidarności. Na to wszystko nałożył się jeszcze scalający wspólnotę mit zbójnicki. Sprawcy tego ataku już nie żyją, ale żyją ich potomkowie. Do dziś są oczywiście tacy, którzy próbują zaprzeczać faktom i bronić "leśnych" czy "wyklętych", bo chodzi przecież o tę samą grupę, ale są też tacy, którzy próbują zaakceptować fakty i przyjąć trudną przeszłość w całości. Nie jest to łatwe, bo każdy chce mieć w rodzinie bohaterów, a nie bandytów napadających na dzieci, których cudem nie zamordowali Niemcy. Jest też, na szczęście, grupa ludzi, która uważa, że ważniejsza od "obrony wizerunku Rabki" jest prawda, o której trzeba mówić otwarcie, nie odrzucać niewygodnych elementów powikłanej rabczańskiej historii, i oddać sprawiedliwość ofiarom, przywrócić pamięć.
Zdrojową Rabkę wykończyły, jak piszesz, trzy czynniki: rozwój medycyny, kapitalizm i smog. Co dzisiaj – oprócz bajkowego herbu – zostało z Miasta dzieci świata?
Zostało fascynujące dziedzictwo architektoniczne: zabytkowa architektura drewniana i modernistyczna. Jest jej naprawdę sporo. Marzy mi się archiprzewodnik po Rabce, zanim wszystko się rozpadnie do reszty albo ulegnie przeróbkom zacierającym zupełnie oryginalny wygląd. Został ogromny, pięknie utrzymany park i nieuregulowane problemy własnościowe w części zdrojowej. Została fascynująca, niejednoznaczna historia uzdrowiska, wyróżniająca Rabkę na tle sąsiednich miejscowości. Został smog, którego rabczanie jakoś nie chcą się pozbyć. I został mit Miasta dzieci świata, z którym dziś nie bardzo wiadomo, co zrobić.
Beata Chomątowska. Pisarka, dziennikarka. Autorka książek: "Stacja Muranów", "Pałac. Biografia intymna", "Lachert i Szanajca. Architekci awangardy", "Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie", "Andreowia", "Betonia. Dom dla każdego" oraz "Miasto dzieci świata". Za "Stację Muranów" otrzymała nagrodę Warszawskiej Premiery Literackiej oraz była nominowana do Nagrody Gwarancji Kultury i Nagrody im. Jerzego Turowicza, za "Betonię" dostała nominację do Nagrody Literackiej Gdynia w kategorii esej.
Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym weekendowego magazynu Gazeta.pl, "Wysokich Obcasów" i polskiej edycji "Vogue", gdzie prowadzi także swój queerowy podcast "Open Mike". Mieszka w Poznaniu.

