Historia
Przejście graniczne w Kuźnicy, 1946 rok. Od 1915 do 1944 roku ziemie te zmieniały przynależność państwową siedem razy. W 1944 roku pojawiła się granica państwowa, choć nigdy wcześniej tędy nie przebiegała. (Archiwum prywatne)
Przejście graniczne w Kuźnicy, 1946 rok. Od 1915 do 1944 roku ziemie te zmieniały przynależność państwową siedem razy. W 1944 roku pojawiła się granica państwowa, choć nigdy wcześniej tędy nie przebiegała. (Archiwum prywatne)

Kto zabił i dlaczego? To pytanie zadawałam dorosłym jeszcze jako dziecko. Nie wiedziałam, którędy przeszła kula, o której pojawili się zabójcy i ilu ich było. Dzieciom nie opowiadano takich szczegółów, ale zabicie dziadka nie było w rodzinie tajemnicą. "Bandy. Dlatego że był prawosławny" – słyszałam w odpowiedzi. Niewiele z tego rozumiałam. Na początku myślałam, że "bandy" to po prostu źli ludzie, jak na przykład hitlerowcy, ale z czasem ta odpowiedź coraz mniej mi wystarczała. Jakie bandy? Kto konkretnie? Dlaczego?*

W kolejne rocznice dziadkowej śmierci, gdy rodzina gromadziła się na kuźnickim cmentarzu, patrzyłam na datę na nagrobku i liczyłam. Przecież wojna skończyła się dziewiętnaście dni wcześniej. Nie wiedziałam jeszcze, że Niemcy zniknęli stąd już pod koniec lipca 1944 roku. Nikt nam tego nie mówił, gdy 9 maja ubieraliśmy się na galowo i na szkolnej akademii śpiewaliśmy o dniu zwycięstwa, o którym "marzył każdy z nas". Dlaczego więc, skoro nastał już pokój, ponad dwa tygodnie później jakieś "bandy" przyszły do domu mojego dziadka i go zabiły? Nie umiałam dopytać dorosłych, a oni rzucali tylko coś w stylu: "Takie były czasy". Moim siostrom i kuzynom takie wytłumaczenia wystarczały i lecieli do swoich dziecięcych spraw. W końcu także ja do nich dołączałam. Podsłuchiwanie dorosłych też na niewiele się zdało. Gdy babcia, ciocia albo moja mama mówiły, że dziadka "zabiły bandy", ich rozmówcy kiwali ze zrozumieniem głową i na tym temat się kończył. Co najwyżej dopowiadali własne historie, że ich wujka/brata/szwagra też zastrzelono.

Wywnioskowałam więc, że "bandy" zabijały ludzi tylko dlatego, że byli prawosławni, tak zresztą też mówiono. Gdy na początku lat dziewięćdziesiątych wyjechałam do Białegostoku do liceum i poznawałam ludzi spod Bielska i Hajnówki, od niektórych usłyszałam podobne historie, choć nikt nie dzielił się żadnymi szczegółami. Ktoś wspomniał o Zaleszanach i "Burym", lecz nie bardzo rozumiałam, o co chodzi, i nie wiedziałam, jak to połączyć z moim światem. Nie przyszło mi do głowy mówić o tym katolickim koleżankom, choć z niektórymi byłyśmy bardzo blisko i mogłyśmy rozmawiać o wszystkim. Przyzwyczaiłam się po prostu, że "te tematy" porusza się tylko wśród swoich. Zdawałam sobie sprawę ze związku między tymi, których na wsi nazywano polskimi, a "bandami". Ale nie dociekałam; zaczynałam dorastać i toczące się wokół życie wciągało mnie bardziej niż daleka przeszłość.

Babcia Ola pięknie się zestarzała. Wciąż chodziła z Ludą do cerkwi, ubierała się elegancko, lubiła ludzi, towarzystwo, rozmowy, żarty. Do końca – a umarła w wieku osiemdziesięciu siedmiu lat – miała świetną pamięć, tyle że ja, wchodząca właśnie w dorosłość, o nic jej nie wypytywałam ani nie notowałam żadnych szczegółów. Któregoś wieczoru, gdy babcia była u cioci Ludy i jej męża Jasia, po kolacji poszła do łazienki. Upadła i po chwili już nie żyła. Zostałam z sielanką Surażkowa, z młodzieńczymi kąpielami w Sokołdzie i tańcami na woskowanej podłodze, z babcinymi wierszykami, wspólnym czytaniem książek i grami we flirt towarzyski. Łosośny było w tym niewiele. Nie poprosiłam nigdy babci, by opowiedziała mi o zabójstwie jej męża. Nie dopytałam, czy rozpoznała kogoś z tych, którzy weszli do mieszkania. Czy nad stygnącym ciałem Aleksandra wiedziała, kto zabił i dlaczego? O czym szeptali sąsiedzi albo krewni, gdy przyjechali na pogrzeb? To wszystko wiem głównie od cioci Ludy.

Wiera Matejczuk z uczniami białoruskiej szkoły w Grabowcu przy Puszczy Białowieskiej, ok. 1918 rok. Wraz z nastaniem polskiej władzy ta i inne białoruskie szkoły na Białostocczyźnie zostały zlikwidowane, a ich istnienie wymazano z lokalnej pamięci. (Archiwum prywatne)

 "Banda", która zabiła dziadka, z czasem w mojej głowie nabierała konkretniejszych kształtów. Organizacja podziemna, AK (Armia Krajowa), ci, co okradali chłopów z bronią w ręku. Większość prawosławnych mieszkańców Białostocczyzny w moim dzieciństwie traktowała te wszystkie określenia jako synonimy. Czasem dodawano, że gdzie indziej była też prawdziwa Armia Krajowa, walcząca z Niemcami i szlachetna, co zgadzało się z moją wiedzą z lektur szkolnych: "Kamieni na szaniec" czy "Kolumbów". Ale u nas Armia Krajowa znaczyła raczej to pierwsze – słyszałam. W okolicach Łosośny należeć do niej miała część katolików, a dowodzić nią – ksiądz z Kundzina. Ponoć powciągał tam ludzi młodych i niedoświadczonych, którymi łatwo było kierować, choć zdarzały się też osoby dojrzałe, należące do AK jeszcze w okresie niemieckiej okupacji. Ów ksiądz miał nastawiać młodych przeciwko prawosławnym. W maju poszli więc na sąsiadów, choć – podkreślała ciocia Luda – miejscowi nie mieli śmiałości, by do nich celować, ich zadaniem było więc raczej ubezpieczanie wykonawców. Niektórzy z miejscowych działaczy AK nie brali w tym udziału, ale i tak, gdy wszystko się uspokoiło, dopadły ich wyrzuty sumienia.

Niemłody już gospodarz z dworskiej części Łosośny, który wstąpił do AK jeszcze za Niemca, w rozmowie z Olą przyznał kiedyś, że słyszał o planach zabicia Aleksandra i bardzo żałuje, że do tego doszło. – To trzeba było nam coś szepnąć, on uciekłby za granicę albo się gdzieś schował – powiedziała Ola. Ale ten tylko pokiwał głową: – Bałem się, że i  mnie zabiją. Ludzi wtedy jakiś szał ogarnął. Ich pola ze sobą sąsiadowały, często pomagali sobie z Aleksandrem w polowych pracach, pożyczali co trzeba, rozmawiali. Nie było kłótni ani konfliktów, tylko współpraca. – Ale za co? – dopytywała więc babcia. – Za sielsowiet? Sami prosiliście, by był sekretarzem, on nie chciał, to wy go zmusiliście. – Bo wiedzieliśmy, że on nam krzywdy nie zrobi – miał jej odpowiedzieć. Potem nigdy już do tego nie wracał. Ilekroć jednak widział Ludę bronującą czy orzącą na swoim polu, przychodził do niej i pytał: "Co będziecie tu siać, Ludmiłko?". Pomagał jej ustawić pług, doradzał, jak prowadzić konia, i gdy tylko mógł, próbował jakoś wesprzeć. To nie była jedyna rodzinna opowieść o katolickich sąsiadach, którzy potem żałowali tego zabójstwa. W każdej był żal za to, co się stało, i niemożność określenia powodu zabójstwa – poza wyznaniem i pozycją Aleksandra oraz tym, że był wykształcony, cieszył się szacunkiem i ludzie go słuchali, a on potrafił jasno powiedzieć, co myśli.

W maju 1945 roku tutejsi konspiratorzy byli u szczytu swojej potęgi. Jeden po drugim likwidowali posterunki, zajmowali urzędy gminy, przejmowali kasy i magazyny, ba – ich kilkusetosobowe oddziały zdobywały całe wsie i miasteczka. Oni, młodzi chłopcy, którzy właśnie dostali broń, stali się panami życia i śmierci. Mogli rozstrzelać, uprowadzić albo tylko wychłostać. Cóż za ogromna władza! Nie mogę pozbyć się tej myśli, gdy czytam raporty MO i UBP, jak i opracowania kronikarzy dziejów tutejszego podziemia. Struktury AK istniały tu za Niemca, lecz nie były zbyt aktywne. Dowodził nimi Antoni Białobłocki, pseudonim "Wilk", z zaścianka Białobłockie pod Łosośną, który po ataku Niemiec na ZSRR wraz z późniejszym szefem obwodu sokólskiego Franciszkiem Potyrałą, pseudonim "Oracz", zbiegł z sowieckiego więzienia w Grodnie. Gdy w kwietniu 1944 roku zginął zastrzelony przez Niemców, dowództwo objął jego zastępca Stefan Ejsmont, pseudonim "Wir", ze wsi Kuścińce pod Kuźnicą. Tuż przed wkroczeniem Sowietów, latem 1944 roku, Ejsmont rozwiązał oddział, a sam podjął pracę w magazynach zbożowych w Kuźnicy. Jesienią 1944 roku został aresztowany przez NKWD, uwolniła go jednak szybka akcja Bronisława Rochalskiego, pseudonim "Orlicz", który zebrał ukrywających się partyzantów i zaatakował areszt w pobliskim Zalesiu. Zarówno "Orlicz", jak i "Wir" musieli się więc dalej ukrywać.

Młodzież z Łosośny Wielkiej gra w palanta przed domem głównych bohaterów książki, czasy powojenne (Archiwum prywatne)

 W okolicznych lasach robiło się coraz tłoczniej nie tylko za sprawą miejscowych "spalonych" działaczy, ale także licznie napływających oddziałów zza linii Curzona: z Wileńszczyzny, spod Nowogródka i Grodna. "Rozgoryczenie, poczucie krzywdy sprawiało, że byli gotowi do każdej najbardziej szalonej nawet akcji" – pisze ksiądz Kazimierz Litwiejko, podlaski badacz dziejów podziemia**. Dowódca Okręgu Białystok AK Władysław Liniarski, pseudonim "Mścisław", odmówił wykonania rozkazu o rozwiązaniu i przekształcił podległą sobie organizację w Armię Krajową Obywatelską. Wiosną 1945 roku obwód sokólski AKO powołał "oddział samoobrony". Dowódcą trzynastoosobowej grupy został Ejsmont, a jego zastępcą Bronisław Rochalski. Szybko rozrosła się ona do sześćdziesięciu osób; utworzono też inne oddziały. W kwietniu 1945 roku stały się one bardzo aktywne: likwidowały kolejne posterunki, rabowały spółdzielnie, sklepy oraz mleczarnie, wynosiły dokumenty z urzędów gminy i opanowywały całe miejscowości. Trup w okolicy ścielił się gęsto. Kazimierz Litwiejko podaje, że w tym czasie oddział "dokonał kilkunastu akcji likwidacyjnych", ale nie wymienia nazwisk ofiar. Znajduję je w jednej z teczek wchodzącej w skład "Kolekcji Bogdana Garkowskiego" w Instytucie Pamięci Narodowej.

Zobacz wideo Myślenie magiczne pomaga nam ruszyć się z "miejsca"?

To zbiór materiałów i notatek sporządzonych na podstawie rozmów z tutejszymi mieszkańcami przez Bogdana Garkowskiego, miejscowego weterynarza i działacza opozycji solidarnościowej, strażnika lokalnej polskiej pamięci. Wśród dokumentów jest karta poświęcona "żołnierzom Armii Krajowej gminy Kuźnica". Na czwartym miejscu, po Julianie Kundzie tworzącym tutejsze podziemie jeszcze "za pierwszych Sowietów", Antonim Białobłockim "Wilku" oraz po "Wirze", wymienia "dowódcę drużyny" Bronisława Rochalskiego "Orlicza". 

 *Fragmenty książki "Kamienie musiały polecieć. Wymazywana przeszłość Podlasia" Anety Prymaki-Oniszk, wydanej przez Wydawnictwo Czarne, premiera 07.02.2024

**Ks.K. Litwiejko, Oddział leśny Stefana Ejsmonta ps. Wir (IV.1945 – 15.IV.1947 r.), „Gryfita. Białostocki Magazyn Historyczny" 1995, nr 9, s. 26).