Historia
Parada Związku Polskiego w niezidentyfikowanej miejscowości w Paranie (fot. Ze zbiorów Konstantego Lecha)
Parada Związku Polskiego w niezidentyfikowanej miejscowości w Paranie (fot. Ze zbiorów Konstantego Lecha)

„Ostrzegamy naród. Podróż polskiego generała [Stefana] Strzemieńskiego […] łączy się z makabrycznym i zuchwałym planem imperialistycznym, wypracowanym wiele lat temu: rozczłonkowania Brazylii na kilka republik i pokojowy podbój nowego państwa […]” – krzyczał na pierwszej stronie poczytny kurytybski dziennik „Correio do Paraná” z 22 marca 1934 roku.

Polskiego wojskowego, który wówczas reprezentował Ligę Morską i Kolonialną w stanie Parana, porównywano do „nienasyconego krwią Kaliguli” zamierzającego „mieczem wyciąć” dla II Rzeczypospolitej „kawał ziemi z żywego ciała narodu brazylijskiego”. By podkreślić powagę sytuacji, pytano retorycznie: „Polska nie posiada kolonii. Jakie więc cele może mieć organizacja o nazwie Liga Morska i Kolonialna?”. Autor artykułu alarmował, że wśród wielotysięcznej społeczności polskiego pochodzenia w regionie jest coraz więcej emisariuszy rządu w Warszawie, ludzi z wojskową przeszłością, skupujących ziemię i szerzących nacjonalistyczną propagandę. Wreszcie w czarnych barwach wieszczył: „Najpierw Polska przysyła nam marszałka [Senatu] [Władysława] Raczkiewicza [wówczas prezesa Światowego Związku Polaków z Zagranicy], teraz wysyła nam gen. Strzemieńskiego, nie zdziwmy się więc, gdy nazajutrz zobaczymy Sztab Główny z Warszawy”.

Równie napastliwe artykuły, demaskujące polski imperializm, przez niemal miesiąc okupowały czołówki wydań „Correio do Paraná”. Wkrótce echa tej kampanii przeniknęły z prowincjonalnej Kurytyby do Rio de Janeiro, ówczesnej stolicy kraju, gdzie podchwyciły ją niektóre tytuły prasowe o profilu prawicowym. Od brazylijskiego rządu domagano się stanowczej reakcji na „szatańskie intrygi polskich generałów” dążących do „podboju Parany”. Atmosfera wokół poczynań działaczy Ligi Morskiej i Kolonialnej w Brazylii zrobiła się naprawdę gęsta, o czym informował 29 kwietnia 1934 roku zatroskany „Ilustrowany Kuryer Codzienny”. Polski dziennik twierdził, nie siląc się na szukanie dowodów, że prasową nagonkę inspirowało „ukraińsko-niemiecko-brazylijsko-japońskie lobby”, które miało na celu „sabotaż akcji kolonizacyjnej Ligi w Paranie”. 

Ta transoceaniczna medialna burza stanowiła dopiero początek brazylijskiej przygody polskich mocarstwowców z LMiK. Ostatecznie to nie ona pokrzyżowała im plany, mimo że w brzmiących groteskowo oskarżeniach kurytybskiego dziennika tkwiło ziarno prawdy. Nawet pokaźne.

Starsi działacze Związku Polskiego w Paranie (fot. Ze zbiorów Konstantego Lecha)

Nadwiślańscy Brytyjczycy

Tak nieprzychylnie opisywana przez brazylijskich dziennikarzy Liga Morska i Kolonialna, pierwotnie Liga Morska i Rzeczna, powstała w 1924 roku. Założyli ją wojskowi, inżynierowie i politycy zaangażowani w budowę Gdyni – nowego, niezależnego portu odrodzonej Rzeczypospolitej – oraz w rozwój floty wojennej, wówczas jedynie kadłubowej, i jej baz.

Podstawowym celem organizacji było lobbowanie za kolejnymi inwestycjami w szeroko pojęte kwestie morskie: od rozbudowy floty handlowej i wojennej po rozwój szkolnictwa morskiego. W dłuższym okresie działacze zamierzali poprzez konsekwentnie serwowaną propagandę zaszczepić Polakom cechy „narodów morskich”, czyli przede wszystkim przedsiębiorczość i myśl imperialną oraz zamiłowanie do sportów wodnych. W przekształcaniu nadwiślańskiego ludu w „słowiańskich Brytyjczyków” kluczową rolę odgrywały liczne młodzieżowe obozy żeglarskie organizowane przez Ligę, a także cała paleta wydawnictw książkowych i pism. Najważniejszym z nich był wysokonakładowy, sięgający aż 300 tys. egzemplarzy, kolorowy magazyn „Morze”. Jego redaktorzy skupiali się na starannym odnotowywaniu militarnego potencjału obcych flot, w ten sposób pośrednio zachęcając czytelników do wpłat na budowę własnych niszczycieli czy okrętów podwodnych. Nie można odmówić im skuteczności. Składki zebrane przez LMiK walnie przyczyniły się między innymi do sfinansowania budowy słynnego ORP „Orzeł”.

„Elemka”, jak popularnie nazywano organizację, szczyt potęgi osiągnęła pod rządami gen. Gustawa Orlicz-Dreszera – wysokiego rangą kawalerzysty, fanatycznego piłsudczyka, który w czasie zamachu majowego w 1926 roku dowodził zbuntowanymi wojskami w Warszawie. Ten niezwykle dynamiczny, acz budzący kontrowersje oficer prezesował Lidze od 1930 do 1936 roku, kiedy zginął w katastrofie lotniczej. Dzięki niemu Liga stała się najliczniejszą organizacją społeczną w kraju, obok paramilitarnej Ligi Powietrznej i Przeciwgazowej.

W 1935 roku do „elemki” należało już przeszło pół miliona Polaków skupionych w setkach lokalnych kół na terenie całego kraju. Ich świętem były organizowane corocznie od 1933 roku Dni Morza, obchodzone na przełomie czerwca i lipca. Na ulicach wielu polskich miast odbywały się wtedy pochody działaczy LMiK. W większych ośrodkach były to barwne widowiska. Marynarze-przebierańcy stali z marsowymi minami na samochodowych platformach obok makiet dział okrętowych. Czasem przed tłumami defilowali żołnierze poprzebierani w tropikalne mundury i korkowe hełmy. W Warszawie zbudowano nawet makietę statku „płynącą” po ulicach na podwoziu tramwajowym. Zawsze jednak nad głowami zgromadzonych – czasem bardzo wysoko, bo na ogromnych balonach – unosiły się transparenty z jednym z naczelnych haseł Ligi: „Żądamy kolonij dla Polski!”.

Polscy osadnicy przed domem (fot. Ze zbiorów Konstantego Lecha) , Herval (dziś Erval) - osada polska w Paranie (fot. Ze zbiorów Konstantego Lecha)

Imperialna awangarda

„Gdynia dowodem naszej mocarstwowej dojrzałości” – głosił inny naczelny slogan tych wieców. I faktycznie, pokaźna część polskich elit w takich kategoriach postrzegała II Rzeczpospolitą, co z dzisiejszej perspektywy wygląda zupełnie nierealistycznie. Działacze Ligi byli zafiksowani na tym punkcie. Uważali, że Polska, „jako bezsprzecznie wielkie mocarstwo”, została w toku postanowień wersalskich poszkodowana, gdyż „pozbawiono ją nawet resztek z kolonialnego stołu”. I to tych, które w ich mniemaniu „nam się po prostu należały”.

Mieli tu na myśli przede wszystkim poniemiecką kolonię w Kamerunie, ostatecznie przejętą po I wojnie światowej przez Francję. Argumentowali, że te afrykańskie terytoria powinny przypaść II RP, ponieważ zbadał je Polak Stefan Szolc-Rogoziński, a w jej rozwój zainwestowano środki z podatków pobranych też od polskich poddanych kajzera Wilhelma II. Kierownictwo „elemki” latami zachęcało MSZ do podjęcia zabiegów na arenie Ligi Narodów w sprawie przejęcia Kamerunu. Bez żadnego skutku.

Parady, maskarady i bombastyczne hasła LMiK mogły mylić. Puste ambicje imperialne nie stanowiły bowiem jedynej motywacji stojącej za prokolonialną aktywnością organizacji. Polska zmagała się w międzywojniu z ogromnym przeludnieniem wsi, sięgającym – wedle ostrożnych szacunków – aż 2,5 mln ludzi. Duża część chłopstwa żyła w ogromnej biedzie, a wielki kryzys gospodarczy z przełomu lat 20. i 30. sprawił, że coraz częściej zaglądało im w oczy widmo głodu. Rozwiązania tego palącego problemu społecznego upatrywano między innymi w nasileniu emigracji z obszarów wiejskich za granicę. W związku z tym Liga zaczęła od końca lat 20. koordynować polskie przedsięwzięcia kolonialne w różnych częściach globu.

Dzieci z polskiej szkoły w Guaraunie (Parana) (fot. Ze zbiorów Konstantego Lecha)

Jak pisał w magazynie „Morze” z lutego 1935 roku prof. Tadeusz Hilarowicz, jeden z ideologów LMiK, na początku nie liczyła się ich skala. Chodziło, jak podkreślał, o „przełamanie zasady, że Polska nie ma kolonii”. Pojawienie się pierwszego polskiego terytorium zamorskiego, „choćby wielkości dużego placu w mieście z wbitym biało-czerwonym sztandarem”, miało „zarazić krajowych niedowiarków ideą kolonializmu”, tak jak wcześniej „Legiony Piłsudskiego przełamały zasadę, że nie ma polskich sił zbrojnych, i nakazały pesymistom myśleć poważnie o możliwościach polskiego czynu zbrojnego”. 

Jednym z terenów, gdzie Liga Morska i Kolonialna próbowała wprowadzić ów plan w życie, była właśnie Brazylia.

Wielki plan

Największe państwo Ameryki Południowej naturalnie znalazło się w orbicie zainteresowań „elemki”. Polscy chłopi z trzech zaborów emigrowali tam tłumnie już od lat 70. XIX wieku. Według szacunków do I wojny światowej w Brazylii osiedliło się około 115 tys. naszych rodaków. Proces ten lekko wyhamował po odzyskaniu niepodległości. Wciąż jednak po karczmach i targach na biednej prowincji II RP krążyły opowieści o „chłopskim eldorado” za równikiem, gdzie „każdy ma kawał ziemi ornej, do tego dziewiczy las, kilkanaście sztuk bydła, trzy konie (w tym jeden pod wierzch, jak dziedzice!) i świń tyle, że nie można zliczyć”. Ta fama w różnych wariantach ostatecznie przekonała do wyjazdu za ocean kolejne 40 tys. Polaków.

Przybysze znad Wisły osiedlali się głównie w trzech południowych stanach: Santa Catarina, Rio Grande do Sul i Paranie. W tej ostatniej, w okresie międzywojennym, mieszkało ich około 100 tys. Stanowili jedną dziesiątą populacji regionu. Ich obecność widoczna była zwłaszcza w miejscowościach wokół Kurytyby, stolicy stanu.

Mimo że pierwsza konfrontacja „ludzi Północy” z dziewiczą egzotyczną przyrodą bywała na ogół trudna, Polacy bardzo dobrze zaaklimatyzowali się w Brazylii. Zdobyli majątki, powoli wspinali się po drabinie społecznej, a jednocześnie nie zatracali poczucia narodowego i kultywowali tradycje wyniesione z ziemi ojców. Tworzyli własne organizacje społeczne, kooperatywy, a przede wszystkim sieci szkół podstawowych. Te wyśmienite warunki sprawiły, że Liga zdecydowała się właśnie w Paranie skoncentrować swoje kolonizacyjne przedsięwzięcie.

Polska osadniczka (fot. Ze zbiorów Konstantego Lecha)

W 1933 roku do Kurytyby przybyła misja rekonesansowa „elemki” na czele z gen. Stefanem Strzemieńskim, ułanem weteranem armii carskiej i polskiej, byłym komendantem warszawskiego garnizonu. Po kilku miesiącach podróży po Paranie oficer miał już gotowy tak zwany wielki plan osadniczy. W jego myśl Polacy – czyli Liga wspierana przez krajowych inwestorów i rząd z Warszawy – mieli za około 11 mln złotych sfinansować dokończenie budowy linii kolejowej łączącej okolice Kurytyby z Guarapuavą, miastem położonym w centralnej części Parany. W zamian za to oczekiwali od rządu stanu prawa do eksploatacji powstałej drogi żelaznej na 60 lat, a przede wszystkim przekazania 2 mln hektarów ziemi pod polskie osady rolnicze, czyli obszarowo tyle, ile liczy powierzchnia współczesnego Izraela. Wydawać by się mogło, że były to żądania zuchwałe, chodziło bowiem aż o jedną dziesiątą terytorium całej prowincji. Tymczasem po negocjacjach ze Strzemieńskim pod koniec 1933 roku parańskie władze przystały na tę propozycję. Piłeczka znalazła się po stronie polskiej.

Sprawą życzliwie zainteresował się Senat. Na początku 1934 roku wysłał do Brazylii specjalną komisję, która miała zbadać na miejscu możliwości realizacji koncepcji LMiK. Wówczas także „wielki plan” uzyskał przychylne recenzje.

To właśnie wiosną 1934 roku, gdy ważyły się losy kolonizacyjnego przedsięwzięcia, działalność Ligi zaatakował „Correio do Paraná”. Trzeba obiektywnie przyznać, że ów dziennik, zaznajomiwszy się z publikacjami „elemki”, mógł przejawiać sceptycyzm wobec czystości jej intencji. A kto stał za antypolską kampanią? Najprawdopodobniej brazylijscy nacjonaliści. Mogli ich w tym wspierać zazdrośni o rosnące wpływy Polaków przedstawiciele innych mniejszości silnie reprezentowanych w Paranie, to znaczy na przykład Niemców („naszych odwiecznych wrogów” – jak pisał „IKC”).

Ktokolwiek inspirował antypolską nagonkę, ostatecznie i tak okazało się, że cały jego wysiłek był zbyteczny. Koniec końców bowiem milionów potrzebnych na projekt nie wyłożyli ani Skarb Państwa, ani prywatni inwestorzy. Wobec tego działacze Ligi zaczęli wprowadzać w życie własny, dużo skromniejszy, tak zwany mały plan kolonizacyjny.

Zła Wola

Od czerwca 1934 roku do końca 1936 reprezentanci LMiK zakupili od władz stanu Parana łącznie 30 tys. hektarów ziemi, by stworzyć na nich dwie „wzorcowo-eksperymentalne” osady polskich kolonistów. Pierwszą, o nazwie Wola Morska, lokowano na terenach niedawnego rezerwatu indiańskiego w dorzeczu rzeki Ivai, przeszło 150 km na północ od Guarapuavy. Druga, ochrzczona na cześć prezesa Ligi nazwą Orlicz-Dreszer, miała powstać dalej na zachodzie, nad rzeką Piquiri.

Najpierw rozpoczęto budowę Woli Morskiej. W tym celu jej teren podzielono na 286 działek wiejskich, każda o areale 25 hektarów, i 62 działki miejskie, 100 na 60 metrów każda. Ponadto dla pierwszych mieszkańców wzniesiono niezbędne zabudowania, a także założono hodowlę trzody chlewnej, ptactwa i innych zwierząt domowych.

Dzieci z jednej z polskich szkół w Paranie (fot. Ze zbiorów Konstantego Lecha)

Jak wyliczał Michał Pankiewicz na łamach „Morza” w lipcu 1935 roku, całkowity koszt osiedlenia się trzyosobowej rodziny w nowej brazylijskiej kolonii wynosił około 3 tys. złotych, czyli mniej więcej tyle, ile zarabiał w Polsce niewykwalifikowany robotnik przez dwa lata. Zaznaczmy, że aż dwie trzecie tych kosztów pochłaniały bilety na statek z Gdyni czy niemieckich portów do Ameryki Południowej.

Ponieważ był to całkiem spory wydatek, to i osadników w Woli Morskiej nie pojawiło się zbyt wielu. Do przełomu 1937/1938 roku zasiedlono jedynie połowę działek. Do tego stosunki panujące wśród pionierów były dalekie od „wzorcowych”. Administrator kolonii skłócił się z osadnikami do tego stopnia, że nie wychodził na dwór „bez dwóch rewolwerów, a przy domu trzymał pół tuzina złych psów”. Finansowo przedsięwzięcie okazało się katastrofą. Pochłonęło niemal pół miliona złotych, a przyniosło 47 tys. złotych zysku. Prace w osiedlu Orlicz-Dreszer w ogóle nie ruszyły z miejsca. Wszystko przez to, że Liga musiała pośpiesznie zlikwidować swoją misję w Brazylii. I to w wielce nieprzyjaznej atmosferze.

Cios w piątą kolumnę

W tym samym czasie co Polacy do największego kraju Ameryki Południowej napłynęło również około 3,5 mln imigrantów z innych regionów Europy i Azji. Wśród nich blisko 1,4 mln Włochów i ponad 200 tys. Niemców. W latach 30., tak samo jak nasi rodacy, nie asymilowali się masowo, pielęgnując swoje odrębne kultury i języki, zamknięci w ramach własnych narodowych towarzystw i szkół. Mało tego, coraz mocniej manifestowali przywiązanie do pierwotnych ojczyzn, rządzonych przez nacjonalistyczne reżimy o mniej lub bardziej imperialnych zapędach. Brazylijscy Włosi, w tym ich najbogatsi reprezentanci, łożyli spore kwoty na ruch faszystowski w Italii i sympatyzowali z Mussolinim. NSDAP/AO, czyli zagraniczny oddział partii nazistowskiej, był niezwykle popularny wśród przedstawicieli emigracji niemieckiej. Wysocy hitlerowscy dostojnicy powtarzali im, że „w pierwszej kolejności powinni pracować dla Rzeszy”. Natomiast Polacy, patrz „elemka”, przysyłali do Brazylii wysokich stopniem wojskowych, którzy mieli realizować szeroko zakrojone plany osiedleńcze.

Z punktu widzenia miejscowych elit wszystko to zaczynało coraz mocniej pachnieć piątą kolumną, a w dalszej perspektywie nawet rozbiorem kraju. Widzieli przecież, co wyczyniały nazistowskie ekspozytury w ówczesnej Austrii i Czechosłowacji. Dlatego też rządzący Brazylią quasi-faszystowski dyktator Getúlio Vargas postanowił nie czekać, aż będzie za późno, i na przełomie 1937 i 1938 roku mocno ukrócił przywileje mniejszości. Przede wszystkim zlikwidował nauczanie w językach innych niż portugalski, a także wprowadził karę śmierci „za dążenie do oddania części obszaru państwa w obce panowanie”. Za tym poszły masowe aresztowania.

Bal Związku Polskiego w Kurytybie (fot. Ze zbiorów Konstantego Lecha)

Na fali tych wydarzeń dostało się także działaczom Ligi Morskiej i Kolonialnej w Paranie. Jej ostatni przedstawiciel Stanisław Lenartowicz pod presją brazylijskich służb bezpieczeństwa został zmuszony do wyjazdu w styczniu 1939 roku. W pół roku później za pośrednictwem MSZ organizacja zlikwidowała też osiedle w Woli Morskiej.

Taki był smutny koniec jednego ze sztandarowych projektów patriotów spod znaku LMiK chcących „otworzyć oczy niedowiarkom”. Najwidoczniej Gdynia nie była jednak dowodem naszej „mocarstwowej dojrzałości”.    

Pisząc artykuł korzystałem między innymi z: Tadeusz Białas, „Liga Morska i Kolonialna 1930-1939”; Marcin Kula, „Historia Brazylii”; memuarów Jana Krawczyka „Z Polski do Brazylii” i magazynu „Morze”.

Wojciech Rodak. Rocznik 1984. Redaktor i publicysta. Pasjonat szeroko pojętej historii i muzyczny koneser (od DJ Premiera do Jordiego Savalla). W przeszłości związany m.in. z dziennikiem „Polska The Times” i miesięcznikiem „Nasza Historia”. Obecnie współpracuje na wielu polach z Ośrodkiem KARTA, a także z „Gazetą Wyborczą”.