Historia
Widok na Warszawę w okresie międzywojennym (fot. Jan Malarski / Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Widok na Warszawę w okresie międzywojennym (fot. Jan Malarski / Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Nastroje warszawiaków u progu tego lata są chmurne. Mija zaledwie miesiąc, odkąd stolica witała wracającego z Kijowa Piłsudskiego.*

"Tłumy w Alejach, tłumy na Jerozolimskiej, morze głów na placu przed dworcem" - zachwycał się reporter "Kurjera Polskiego". Zwycięskiego wodza witał premier rady ministrów Leopold Skulski, a biskup Gall w kościele św. Aleksandra odprawił z tej okazji uroczystą mszę świętą. Młodzież z radości wyprzęgła konie i ciągnęła powóz Naczelnika do Belwederu. Opinia publiczna nie zdawała sobie jednak sprawy z tego, że Kijów został zdobyty właściwie bez walki.

10 czerwca rozpoczęła się ofensywa sowiecka, a rząd Skulskiego dzień wcześniej podał się do dymisji. W Warszawie trwają strajki - 8 czerwca stanęły zakłady użyteczności publicznej: elektrownia, gazownia, tramwaje i wodociągi. Chorzy w szpitalach pozbawieni są wody i światła. Strajk, który z pozoru jest natury ekonomicznej (pracownicy chcą, aby zaspokojone zostały ich finansowe żądania), jednocześnie ma podłoże polityczne. W PPS ścierają się dwa prądy. Część członków stawia sobie za cel współtworzenie rządu, pozostali, przeciwni temu, chcąc mieć rząd wyłącznie socjalistyczny i podburzają do strajku.

Spontanicznie powstaje Stowarzyszenie Samopomocy Społecznej, złożone głównie ze skautów i studentów, traktujące strajkujących jak wrogów Polski. Chcąc zapanować nad sytuacją, stowarzyszeni próbują przywrócić ład w mieście i przy pomocy wojska zastępują strajkujących na stanowiskach.

Zły stan gospodarki, bieda i nierówności społeczne wpływają fatalnie na samopoczucie większości warszawiaków. Przez miasto przechodzi fala samobójstw. Łucja Hornowska, mieszkanka Warszawy, twierdząc, że jest "niezdolna wykrzesać z siebie nic jaśniejszego, nic, co by tchnęło zaufaniem do idących dni", notuje w pamiętniku: "O Jezu, teraz się może pocznie walić wszystko".

Członkowie rządu Skulskiego w 1919 roku. Widoczny m.in. minister skarbu Władysław Grabski (drugi z lewej) (fot. Marian Fuks / Narodowe Archiwum Cyfrowe)

20 czerwca. Niedziela

Dziś "kancelaria cywilna naczelnika państwa zaprosiła pana Witosa na konferencję do Belwederu na godzinę 4 minut 45 po południu. Poseł Witos wrócił z Belwederu około 6 wieczorem otrzymawszy od naczelnika państwa misję utworzenia nowego gabinetu".

Mija dziesięć dni od upadku rządu Leopolda Skulskiego. Kraj bezrządem stoi.

W stolicy trwa 12 dzień strajku miejskich zakładów użyteczności publicznej. Egzystencja staje się coraz bardziej utrudniona. Brakuje chleba. Mnóstwo osób pielgrzymuje codziennie na stołeczne dworce kolejowe i czeka na pociągi, którymi przyjeżdżają do miasta tzw. szmuglerki z artykułami spożywczymi. "[...] Największy bodaj targ ze szmuglerkami odbywa się na ulicy Marszałkowskiej przed dworcem kolei wiedeńskiej" - informuje "Gazeta Poranna. 2 Grosze". Strajkują tramwajarze.

Rozpaczliwej sytuacji powstałej na skutek strajku usiłują zaradzić członkowie Stowarzyszenia Samopomocy Społecznej, w skrócie S.S.S., dzięki którym życie w stolicy nie zamiera. Stowarzyszonym niekiedy brakuje kompetencji, co dodatkowo utrudnia sytuację: "U zbiegu ul. Królewskiej i Krakowskiego Przedmieścia tramwaj linii nr 17 wpadł na tramwaj linii nr 3 stojący na przystanku. Skutkiem zderzenia potłuczony został motorniczy linii nr 17, Henryk Mamrotek, student z S.S.S. Z elektrowozu linii 17 wypadły prawie wszystkie szyby" - donosi krytyczny wobec "łamistrajków" "Robotnik".

Przybiera na sile antywojenna propaganda komunistyczna, które lustrzanym odbiciem jest propaganda antykomunistyczna, wiążąca się niestety przeważnie z kampanią antyżydowską.

* * *

Jak zaradzić niebezpieczeństwu grożącemu ojczyźnie z powodu ustawicznych strajków - pytają organizatorzy wiecu zwołanego dziś na godzinę 3 po południu w gmachu Filharmonii. Na apel osób "stojących mocno na gruncie narodowym" przybył tłum, który teraz szczelnie wypełnia budynek, a przed gmachem zebrało się dodatkowo kilka tysięcy warszawiaków. Przemawia m.in. ksiądz Czesław Oraczewski i redaktor "Myśli Niepodległej" Andrzej Niemojewski (mija raptem rok od czasu, kiedy Lechoń w Rokoszu Sapieżyńskim pisał: "Pan Andrzej i ksiądz Czesław rwą na wiecach płuca"). Padają głosy, że fala strajków jest dziełem "wrogów ojczyzny", oraz apele o "ustanowienie rządu patriotycznego, rządu silnej ręki, który by z całą energią podjął nieubłaganą walkę z bolszewizmem, rozwiązał związki komunistyczne, a agentów Lenina i Trockiego odstawił do wschodnich granic państwa".

Mówcy nawołują do jedności i skupienia się wokół Naczelnika Państwa. Obecni wznoszą okrzyki na cześć bohaterskiej polskiej armii, krzyczą "hańba!" pod adresem Wojciechowskiego, Witosa i Daszyńskiego, a na koniec śpiewają Rotę Konopnickiej. Zebrani przed gmachem postanawiają urządzić pochód manifestacyjny skierowany przeciw strajkującym, ale odwodzi ich od tego ksiądz Oraczewski, który przemawia specjalnie do nich z balkonu.

Naczelnik Państwa, Józef Piłsudski (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

"Nie obeszło się jednak bez zajścia. Gdy zebrani rozchodząc się, doszli do rogu ulicy Złotej, jakiś osobnik wszczął z nimi gawędę uwłaczając polskiej armii. Spotkał się jednak z należną odprawą czynną i został oddany w ręce policji" - donosi na drugi dzień "Kurjer Warszawski".

Bardziej szczegółowo i w wyraźnie minorowym tonie komentował wydarzenia na drugi dzień "Robotnik": "[...] wiec miał zdecydowanie piętno pogromowe. [...], że winni wszystkiemu Żydzi, no i socjaliści. [...] Nastrój mówców był wściekły, a to z powodu, że nie całe społeczeństwo > zapisuje się do łamistrajków S.S.S. (a któż by wtedy paskował?). Dostało się grubo i Sejmowi i Witosowi i reszcie, która nie chce iść na pasku endeckiej sfory. [...] zaczęto ludzi zganiać przed gmach Filharmonii. [...] przemówił jeszcze raz, już ochrypłym głosem ks. Oraczewski. Widać przeląkł się, że [...] tłum [...] może dać folgę swym instynktom, zaczął nawoływać w imię Boga świętego>, żeby rozchodzić się w spokoju po domach, nie urządzać czasem barykad, a nade wszystko nie stawać w kolizji z konnymi policjantami, których tymczasem skonsygnowano przy ulicach Sienkiewicza oraz Moniuszki. Ale ten ton księdza Oraczewskiego popsuli niezadowoleni z pojednawczego tonu matołki jego, którzy w dalszych przemówieniach chwycili się łajdackich wprost kłamstw. Najtypowszym [...] był protest do jakiego nawoływano [...] z powodu rzekomego usunięcia z nad fotelu marszałka w sali obrad sejmu krucyfiksu ofiarowanego przez Koło Polek. A stało się to rzekomo na żądanie towarzysza Daszyńskiego (kłamstwo na kłamstwie!). A więc: Śmierć Daszyńskiemu!> - wołano".

Główny bohater wiecu, niespełna trzydziestoletni wówczas ksiądz Oraczewski, który już zdążył wyrobić sobie renomę charyzmatycznego mówcy, zaledwie kilka dni wcześniej wrócił z kilkumiesięcznej wyprawy do Stanów, gdzie zakładał (m.in. w Chicago) Stowarzyszenie Przyjaciół Polski.

"Kto raz zetknie się z duchem tego człowieka, ten nigdy go nie zapomni" - pisał o duchownym podczas tej podróży "New York Times".

Istotnie, Oraczewski był duchem łatwo mogącym budzić skrajne emocje. Rozgłos zdobył wykładami głoszącymi ideę wyzwolenia narodu przez wewnętrzne odrodzenie jednostki - głosił je regularnie w Warszawie od jesieni 1917 roku. Od listopada 1918 roku angażował się w przeróżne rozgrywki polityczne, zwalczające przeważnie prądy lewicowe, a w roku 1919 przyczynił się do odrzucenia postulatu laicyzacji szkolnictwa. Po zamachu majowym zadeklaruje się jako zwolennik sanacji, porzuci stan kapłański, szybko jednak ukorzy się przed kardynałem Kakowskim i powróci na łono Kościoła, traktowany będzie jednak z rezerwą i dopiero w roku 1936 władze duchowne uwolnią go od kościelnych kar. Podczas okupacji obejmie duszpasterstwo w parafii św. Jakuba w Warszawie.

W latach powojennych nieustannie będzie krytykował działania polityczne kościelnej hierarchii, więc władze duchowne ponownie zakażą mu głoszenia kazań i ograniczą możliwość celebry. Jan Lechoń we wczesnych latach 20. w przypisach do Rzeczpospolitej Babińskiej pozostawił taką jego charakterystykę: "[...] X. Czesław Oraczewski, megaloman i kabotyn, czas pewien uprawiał bluff naukowy - później utonął w najordynarniejszej demagogii, prowadząc pochody kucharek i przemawiając na masówkach chrześcijańskich analfabetów". Basia Temkin-Bermanowa, która poznała Oraczewskiego podczas okupacji w latach 40., w Dzienniku z podziemia napisze krótko: "Endek, antysemita i chuligan".

* * *

Już w pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości Warszawa, gorączkowo poszukująca własnej tożsamości, odwołuje się do mitu Paryża.

Bal aktorów w salach Resursy Artystycznej w Teatrze Wielkim w Warszawie (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

W dzisiejszym "Kurjerze Warszawskim" na pierwszej stronie "po powrocie właścicielki z Paryża" reklamuje się firma Aurelia mieszcząca się w kamienicy przy ulicy Marszałkowskiej 115. Trwa tam właśnie posezonowa wyprzedaż kapeluszy, "modele paryskie niżej ceny kosztu". Warszawianki (do niedawna jeszcze "królewianki") mają do wyboru kapelusze białe, słomkowe, gazowe i płócienne. W sklepie można kupić również gorsety w najnowszych fasonach: "Pasy gumowe, trykotowe, dziane, zalecane przez najsłynniejszych panów doktorów, staniczki trykotowe, haftowane, batystowe, tiulowe, casch-corsets, koronkowe, haftowane batystowe z walansjenkami, szelki do prostego trzymania się, gorsety dla pań z nierównemi łopatkami bez poduszek, gorsety dla podlotków".

Panny, przystrojone w gazowe kapelusze i koronkowe, schowane pod sukienkami staniczki z warszawsko-paryskiej firmy Aurelia mogą udać się wieczorem do Mirażu (Nowy Świat 63) na pierwszy w stolicy tego lata występ Stefanii Dąbrowskiej - "Bosonóżki", uczennicy Izadory Duncan.

"Bosonóżka" występuje dziś aż trzykrotnie, spektakl trwa około godziny. Niespełna dwudziestosześcioletnia Dąbrowska ma przed sobą jeszcze trzy lata pracy scenicznej, po których wycofa się z zawodu. Debiutowała w 1909 roku w teatrze Nowości, w którym później przez szereg lat występowała, związana była również z Teatrem Wielkim i kabaretem Momus. Prezentuje przeważnie "tańce wolne" i "miniatury baletowe". Walery Jastrzębiec Rudnicki we wspomnieniach zatytułowanych Dymek z papierosa napisze, że była zjawiskowo piękna. Ci, którzy widzieli Dąbrowską na scenie, twierdzili, że "[.] tworzy linię cudną, a to jest grunt. [...] Ma się wrażenie, że robi to dla własnej przyjemności, dla zadośćuczynienia młodej, zdrowej potrzebie ruchu. [.] Nie myśli się o męczącej tresurze baletowej".

Młoda warszawianka ma oczywiście inne możliwości spędzenia pogodnego wieczoru - na przykład przejażdżkę statkiem na Bielany. Statki odchodzą dziś z przystani Żeglugi Państwowej przy moście Kierbedzia co półtorej godziny (od godziny 10 rano do 8 wieczorem), a bilety wstępu zasilają fundusz Głównego Komitetu Zbiórki 18 na flotę polską.

Jeśli jednak warszawianka nie ma ochoty nigdzie wychodzić i zostanie w domu, można przypuszczać, że weźmie do ręki najnowszy, drugi z kolei tomik wierszy Wandy Melcer-Rutkowskiej "Na pewno książka kobiety". Najnowszy numer tygodnika "Świat" w rubryce nowości wydawniczych tak donosi o tym zbiorku: "[...] wyróżnia się odwagą twórczego poczynania. [...] Wdzięk kobiecych wynurzeń pani Melcer-Rutkowskiej nie krępuje się wcale formami przyjętemi i ustalonemi w liryce. Pani Melcer-Rutkowska nie stosuje się wcale do rymów czy rytmów".

*Fragmenty książki "Lato 1920" Joanny Rolińskiej

Książka 'Lato 1920' (fot. Materiały prasowe)