W słoneczny, ciepły poranek 4 kwietnia Eric Galt [fałszywe nazwisko, którym posługiwał się James Earl Ray, zabójca Martina Luthera Kinga - przyp. red.] spał w hotelu New Rebel. Mniej więcej o wpół do dziesiątej do drzwi zapukała sprzątaczka, żeby zabrać pościel do prania*. - Tak? - powiedział trochę zaskoczony. - Och, wrócę później.
Galt zjadł śniadanie, najprawdopodobniej w restauracji hotelowej, zabrał z łazienki kilka mydełek Cashmere i się wymeldował. Kupił egzemplarz "Memphis Commercial Appeal". Pośród licznych informacji (...) zamieszczono fotografię na całą stronę, na której King stał przed pokojem 306 w Lorraine Motel.
Około południa Galt spędził trochę czasu na "kręceniu się" po okolicach Memphis, jak to później określił. Poszedł do knajpy - nazwał ją "piwiarnia" - i z telefonu wrzutowego zadzwonił do brata mieszkającego na przedmieściach Chicago. Jak podaje dziennikarz, który przeprowadził później długi wywiad z jego bratem, Galt powiedział: "Niedługo będzie po wszystkim. Być może przez jakiś czas się nie zobaczymy. Ale nie martw się o mnie. Wszystko będzie dobrze". (...)
Zabójca**
Nie wiadomo dokładnie, co Eric Galt robił w Lorraine Motel w pokoju 5B między piątą a trochę przed szóstą. Być może czytał "Memphis Commercial Appeal" - przyniósł z samochodu pierwszy dział tej gazety. Może słuchał wiadomości na swoim radiu tranzystorowym albo smarował brylantyną świeżo ostrzyżone włosy. Może rozważał oklejenie końców palców plastrami trzymanymi w kieszeniach zapinanej na zamek niebieskiej plastikowej torby; była to stara sztuczka mająca na celu uniknięcie pozostawiania odcisków palców - rutynowo tak się zabezpieczał, kiedy planował popełnienie przestępstwa. Tym razem nie miał jednak czasu bawić się w owijanie palców.
Nagle, mniej więcej o 17.55, w soczewkach lornetki pojawiła się znajoma postać. Ku zaskoczeniu Galta Martin Luther King wyłonił się ze swojego pokoju i stał na balkonie przed numerem 306, koło metalowego wózka kelnerskiego, w samej koszuli i krawacie. Spojrzał na parking Lorraine. U sufitu nad jego głową wisiała lampa. Dla Galta musiało to być spore przeżycie: człowiek, którego tropił od wyjazdu z Los Angeles, nareszcie znalazł się w jego polu widzenia, zawieszony w chwiejnym, rozmytym na brzegach świecie powlekanej optyki. Stanowił doskonały cel, w całości widoczny, zupełnie jakby przemawiał z trybuny.
Przy siedmiokrotnym powiększeniu szczegóły musiały być zaskakująco wyraźne. Galt z pewnością widział wszystko: cienki wąsik Kinga, sznurówki czarnych mokasynów, złoty zegarek na lewym nadgarstku, ukośne prążki na jedwabnym krawacie. Musiał błyskawicznie podjąć decyzję. Taka okazja mogła się więcej nie powtórzyć. Pobiegł do wspólnej łazienki sprawdzić, co widać. Charlie Stephens, pijak z pokoju 6B po drugiej stronie korytarza, usłyszał kroki nowego lokatora truchtającego po linoleum. (...) Potem usłyszał, jak współlokator wraca do swojego pokoju. Widok z łazienki musiał przekonać Galta, że teraz albo nigdy. Po powrocie do 5B gorączkowo zgromadził w jednym miejscu niebieską torbę, lornetkę i owinięte w zieloną narzutę pudełko z karabinem. (W pośpiechu zapomniał o paskach lornetki, które wcześniej rzucił na podłogę). Potem zgarnął to wszystko, jeszcze raz popędził do łazienki i zamknął za sobą drzwi na klucz. Było około szóstej. (...)
Strzał
Kula uderzyła Kinga w prawą stronę twarzy z prędkością 814 metrów na sekundę. Lecący pod niewielkim kątem w dół pocisk z miękkim czubkiem strzaskał żuchwę, wyszedł na zewnątrz u dołu szczęki i wbił się w tkankę karku. Przy okazji przedziurawił kołnierzyk i wyłóg marynarki i równiutko uciął brązowy krawat tuż nad węzłem. Pocisk dokonał dzieła zniszczenia zgodnie ze swoim przeznaczeniem: amunicja z zaokrąglonymi czubkami, zakazana przez konwencję genewską, po uderzeniu w cel rozszerza się na boki. Idea jest taka, żeby trafione taką kulą zwierzę się nie męczyło - pociski mają za zadanie rozrywać tkanki i siać maksymalne spustoszenie, żeby ofiara miała niewielkie szanse na przeżycie nawet w sytuacji, kiedy nie zostanie trafiony żaden ważny organ ani arteria.
Impet kuli odrzucił Kinga do tyłu. Podłoga balkonu i sufit zostały spryskane wachlarzem krwi. Odłamki żuchwy rozsypały się po betonie. King instynktownie chwycił się prawą dłonią za gardło, a lewą poszukiwał poręczy. Po sekundzie leżał na plecach z nogami wykrzywionymi pod dziwnymi kątami, ponieważ mokasyny utkwiły pod poprzeczkami balustrady. Prawa nogawka spodni podjechała do połowy łydki, odsłaniając prążkowane czarne skarpety. Oczy poszły do góry. Głowa poruszała się nieznacznie z boku na bok. Rana tryskała krwią w rytmie pulsu, wokół głowy i ramion tworzyła się coraz większa kałuża. W jednej z dłoni tkwił rozgnieciony papieros mentolowy Salem. Ramiona rozpostarły się szeroko na zimnym betonie; King znieruchomiał w pozie, którą ktoś z gości Lorraine Motel porównał później do ukrzyżowania: "Jego ramiona poszły na boki jak u człowieka na krzyżu".
Abernathy [Ralph David Abernathy Sr., współpracownik i przyjaciel Kinga - przyp. red.], który w pokoju 306 wklepywał w twarz płyn po goleniu Aramis, usłyszał dźwięk kojarzący mu się ze sztucznymi ogniami albo wystrzałem z gaźnika samochodowego. W pierwszej chwili to zlekceważył, ale potem zadał sobie pytanie, skąd się tutaj wzięły sztuczne ognie. Wyjrzał na zewnątrz przez lekko uchylone drzwi i zobaczył zakleszczone pod balustradą mokasyny Kinga. Jego pierwsza myśl, pełna niepokoju, ale optymistyczna, była taka, że King próbował się schować w reakcji na ten huk. Kiedy Abernathy dotarł do drzwi, zobaczył krew i już wiedział, co się stało. - Boże, postrzelili Martina! - krzyknął. Chciał wyjść na balkon, ale miał obawy, że snajper nadal jest na swoim stanowisku. Spojrzał na dziedziniec Lorraine i zobaczył, że ludzie chowają się za samochodami, przyciskają do opon, szukają jakiejś osłony. Słyszał z dołu wrzaski i krzyki: "Boże, Boże, Boże!", "Chować się!", "Padnij!", "Na ziemię!". "Nie wstawać - on dalej tam jest!". Upłynęło kilka sekund, zanim wyszedł na balkon i kucnął. King leżał ukośnie na lewo od drzwi.
Abernathy ostrożnie przestąpił nad nim i zobaczył, że jego przyjaciel ma strach na twarzy. Próbował go pocieszyć, pogłaskał go w lewy policzek. Rana po prawej stronie twarzy była gorsza, niż Abernathy się obawiał - poszarpana, wielkości pięści. Widać było kawałek kości. Krew "połyskiwała", jak powiedział później Abernathy, gromadziła się powoli wokół głowy Kinga, nasączając koszulę i marynarkę. King oddychał chrapliwie i z trudnością. Drżące usta prawdopodobnie układały się w słowo "och", ale nie wychodził z nich żaden dźwięk. Pastor chyba próbował coś powiedzieć. Oczy mu skakały, a potem znieruchomiały i jego spojrzenie padło na przyjaciela. Abernathy uznał, że King próbuje mu coś przekazać oczami. - Martin - powiedział cicho. - Wszystko będzie dobrze. Nie martw się. To ja, Ralph. (...)
Życie wyciekało z twarzy Kinga. Po chwili jego skóra zrobiła się popielata. Organizm był w szoku. Ciśnienie gwałtownie spadało, usta siniały, skóra stawała się lepka i zimna. Sprawiał wrażenie zapatrzonego w dal, z rozszerzonymi źrenicami. "Świadomość pierzchała z jego oczu", powiedział Abernathy. Aureola ciepłej krwi rozpościerała się po betonie. (...) Parking otaczający motel wypełniły wrzaski, krzyki, jęki, błagania, oskarżenia: "Sku***syny". "Wezwać pogotowie!". "O Jezu, o Jezu". "Policja go zastrzeliła". "Nie ruszajcie go. Nie ruszajcie jego głowy!". "Te sku***syny w końcu go dopadły". Na dziedziniec Lorraine wtargnęli policjanci w kaskach i z bronią w ręku. (...)
Pościg
Któryś z funkcjonariuszy przekazał wiadomość przez radio do komendy: - Mamy informację, że strzał padł z ceglanego budynku dokładnie na wschód - wróć: dokładnie na zachód od Lorraine. (...) Zastępca szeryfa William DuFour, energiczny człowiek po trzydziestce, wbiegł na balkon Lorraine i próbował zapanować nad sytuacją. - Gdzie go trafili? - zapytał. Ludzie na balkonie nie wiedzieli, jak potraktować DuFoura - zwłaszcza w tym momencie byli bardzo podejrzliwi wobec każdego białego w policyjnym mundurze. Może w reakcji na głos DuFoura mięśnie twarzy Kinga ściągnęły się nieznacznie, tak jakby próbował przezwyciężyć szok i odpowiedzieć na pytanie zastępcy szeryfa. - Niech się pan nie rusza, doktorze King! - krzyknął DuFour, nie chcąc, żeby King pogłębił swoje obrażenia. (...)
Guy Canipe, właściciel Canipe's Amusement Company, siedział za biurkiem w swoim sklepie z witrynami wychodzącymi na południe i słuchał trzeszczących starych longplayów, które puścił na jednej z szaf grających dla dwóch czarnych klientów. Ten czujny mężczyzna pod sześćdziesiątkę, który chodził we flanelowej koszuli w kratkę i zaciągał po teksasku, lubił każdą muzykę, "byle na niej zarabiał", jak mówili jego znajomi. Otoczony grupami zepsutych szaf grających i fliperów, żuł tytoń i przeglądał dokumenty, kiedy od wejścia do sklepu dobiegł do niego jakiś głuchy odgłos. Normalnie by tego nie zarejestrował, ponieważ w tej dzielnicy menele ciągle wyrzucały śmieci gdzie popadnie i w bramach lądowały przeróżne rzeczy; rok wcześniej ktoś zostawił na jego wycieraczce całkiem sprawny telewizor. Tym razem jednak coś wyczuł. Wstał, podszedł do drzwi i zobaczył jakiś podłużny przedmiot zawinięty w materiał, który wyglądał mu na zasłonę. Canipe podniósł wzrok i zobaczył mężczyznę idącego South Main Street na południe. Nieznajomy poruszał się szybko, ale nie biegiem. Canipe widział tylko jego plecy, ale potrafił ocenić, że jest to biały mężczyzna średniego wzrostu, schludny, z gołą głową, mniej więcej trzydziestoletni, w ciemnym garniturze. "Nie należał do ludzi, których się tutaj widuje", stwierdził później.
Dwaj czarni klienci, Julius Graham i Bernell Finley, zdążyli w tym czasie podejść do drzwi i też zobaczyli tajemniczego mężczyznę. Usiadł on za kierownicą białego mustanga nowego modelu, który stał o cztery albo pięć miejsc parkingowych na południe od sklepu, koło dużego billboardu reklamującego "VERY OLD BARTON", popularny gatunek burbona. Mężczyzna włączył silnik i ruszył w kierunku północnym, przejeżdżając koło sklepu. Jak relacjonował później Finley, mustang odjechał z piskiem opon, "jak do pożaru - zostawiając ślady gumy na asfalcie". Canipe, Graham i Finley nie zauważyli w samochodzie nikogo oprócz kierowcy, a mustang jechał za szybko, żeby którykolwiek z nich zdążył zapisać numer rejestracyjny.
Canipe obejrzał leżący przed drzwiami pakunek. Spod płótna wystawał koniec czarnego tekturowego pudełka. Canipe, zapalony myśliwy, zobaczył słowo "Browning" i w pierwszej chwili pomyślał, że ktoś dał mu w prezencie wielką strzelbę myśliwską. W pudełku połyskiwała stalowa lufa, wycelowana prosto w niego. Zaciekawieni Finley i Graham ruszyli w stronę drzwi, ale Canipe zagrodził im drogę. Zobaczył biegnącego South Main Street policjanta z wyciągniętą bronią. - Wracajcie do środka - powiedział Canipe do klientów. - Coś się stało. Nie chcę się w to mieszać. Funkcjonariusz, porucznik Judson Ghormley z Biura Szeryfa Hrabstwa Shelby, pojawił się nie więcej niż minutę po odjeździe Galta. Ten czterdziestolatek, który miał na sobie koszulę khaki i zielone mundurowe spodnie, sądził, że sklep jest już zamknięty - sprawiał wrażenie zaskoczonego, kiedy Canipe uchylił drzwi i wystawił głowę. - Widział pan, kto to tutaj położył? - zapytał Ghormley. Właściciel sklepu powiedział Ghormleyowi, że rozminął się z tym człowiekiem o kilkadziesiąt sekund, a potem przedstawił rysopis; Finley i Graham przyłączyli się do niego.
Finley potrafił powiedzieć tylko tyle, że był to człowiek "przeciętnego wzrostu, przeciętnej wagi, z przeciętną karnacją" i miał na sobie "ciemny garnitur - nie umiałem powiedzieć, jakiego koloru". Graham był pewien jednej rzeczy: mężczyzna odjechał białym mustangiem nowego modelu. Ghormley wyjął krótkofalówkę i przekazał tę informację na komendę. - Mam użytą w zamachu broń przed South Main 424. Podejrzany uciekł z South Main na północ! - skrzeczał podniecony. Dyspozytor zareplikował pośród trzasków: - Tej broni nie wolno dotykać! Powtarzam: tej broni nie wolno dotykać! Całkowicie odgrodzić teren. Jakiś rysopis podejrzanego? - Wiemy tylko tyle, że jest młodym białym mężczyzną, dobrze ubranym, w ciemnym garniturze - odpowiedział Ghormley przez krótkofalówkę. Po chwili dyspozytor ogłosił pierwszy opis snajpera i samochodu, którym ten człowiek prawdopodobnie uciekł: - Podejrzany opisany jako młody biały mężczyzna, dobrze ubrany, przypuszczalnie w białym mustangu nowego modelu, pojechał South Main Street na północ z miejsca, z którego strzelano. Była 18.10. (...)
"On nie przeżyje"
O 18.15 Martin Luther King, nieprzytomny, ale z bijącym sercem, został zawieziony na oddział intensywnej terapii. (...) O 18.45 doktor Ted Galyon polecił sanitariuszowi podłączyć Kinga do EKG. Bicie serca było rozpaczliwie słabe - elektryczna igła wyskrobywała leniwe zygzaki na przewijającym się powoli papierze. Doktor Galyon zarządził wstrzyknięcie adrenaliny prosto do mięśnia sercowego, a inny lekarz przystąpił do masażu serca, rytmicznie uciskając mostek nasadami dłoni. Tuż koło mostka doktorzy mogli zobaczyć imponującą starą bliznę - ranę w kształcie krzyża, powstałą w 1958 roku w wyniku operacji usunięcia noża do papieru, który obłąkana Murzynka wbiła w klatkę piersiową Kinga na wieczorze autorskim w Harlemie. King nie reagował na te działania, a kiedy jeden z lekarzy zaświecił mu w oczy latarką, potężnie rozszerzone źrenice ani drgnęły.
Jeden z chirurgów pokręcił głową, (...) i powiedział półgłosem: - Nie przeżyje. Abernathy sprawiał wrażenie oszołomionego i zdumionego. - W takim razie dlaczego oni wszyscy dalej tutaj są? - odparł, zerkając w stronę zapracowanego zespołu lekarzy, pielęgniarek i sanitariuszy. - Z kimś tak znanym i ważnym jak doktor King próbuje się wszystkiego - odparł lekarz łagodnym tonem. - Ale teraz już nic nie zadziała.
Lekarze kontynuowali masaż serca przez ponad piętnaście minut, ale igła EKG przestała się ruszać. Wysuwająca się z aparatu taśma papieru nie pokazywała żadnej akcji serca. Ten sam lekarz ponownie podszedł do Abernathy'ego i Lee i powiedział: - On umiera. Jeżeli chcecie spędzić z nim ostatnie chwile, to możecie teraz podejść. Abernathy wziął Kinga w ramiona. Oddech pastora był tylko wydłużonym dygotem - stwierdził później. - Kolejne oddechy były coraz bardziej oddalone od siebie. A potem przyszła przerwa, która się wydłużała, i wiedziałem, że nigdy się nie skończy.
Do sali operacyjnej wszedł doktor Jerome Barrasso i o 19.05 uznał Martina Luthera Kinga za zmarłego. Abernathy dołączył do szpitalnych urzędników, którzy przed budynkiem podali Memphis i całemu światu krótką informację. W tym samym czasie do sali operacyjnej wezwano kapelana szpitala Saint Joseph's ojca Colmana Borgarda. Zgodnie ze szpitalnym protokołem duchowny pochylił się nad zwłokami, udzielił warunkowego rozgrzeszenia i pomodlił się za duszę Martina Luthera Kinga. Potem delikatnie zamknął jego oczy.
James Earl Ray został schwytany w nieco ponad dwa miesiące od zabójstwa Martina Luthera Kinga. Przed sądem przyznał się do zarzucanych mu czynów, choć jego adwokat twierdził, że zrobił to jedynie w obawie przed karą śmierci. Skazano go na 99 lat więzienia. Ray zmarł w więzieniu w kwietniu 1998 r. po niespełna 30 latach spędzonych za kratkami.
CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU
*Fragment książki Hamptona Sidesa "Ogar piekielny ściga mnie. Zamach na Martina Luthera Kinga i wielka obława na jego zabójcę" w polskim przekładzie Tomasza Bieronia
**Wszystkie śródtytuły pochodzą od redakcji
Hampton Sides. Ur. 1962. Amerykański historyk, dziennikarz i pisarz specjalizujący się w książkach historycznych i literaturze faktu. Absolwent Uniwersytetu Yale oraz stypendysta Instytutu Santa Fe. Autor bestsellerów "Żołnierze widma. Zapomniana historia jednej z najbardziej dramatycznych akcji w czasie II wojny światowej", "W królestwie lodu. Tragiczna wyprawa polarna USS Jeannette" oraz "Krew i burza. Historia z Dzikiego Zachodu". Publikuje m.in. w "National Geographic", "The New Yorker", "Esquire". "Men's Journal" i "The Washington Post".