Historia
Rudolf Höss (fot. materiały prasowe)
Rudolf Höss (fot. materiały prasowe)

Rudolf Höss został schwytany 11 marca 1946 r. Jego gotowość do udzielania wyczerpujących informacji była niepohamowana. Był wylewny już w stosunku do przesłuchujących go Brytyjczyków, potem jako świadek przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze, a także w rozmowach z amerykańskim psychologiem sądowym Gustave'em M. Gilbertem i później w Warszawie, względnie w Krakowie. Wystarczyło naprawdę niewiele, aby skłonić go do mówienia albo - jak to się wydarzyło w polskim więzieniu - do pisania.

Osobowością, której wyraźnie zaufał - chociaż stała po "stronie przeciwnej" - był Jan Sehn, polski sędzia i członek Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich, kierujący postępowaniem przygotowawczym przeciwko Hössowi. Skłonił on więźnia do spisania "Notatek autobiograficznych". We wstępie, który poprzedził polskie wydanie notatek Hössa, historyk Stanisław Batawia opisał nastrój panujący podczas długich rozmów z komendantem Auschwitz: "Zahamowanie, które Rudolf Höss ujawniał początkowo, stopniowo malało i od czasu, gdy zaczął on darzyć swego rozmówcę zaufaniem, badanie odbywało się w atmosferze sprzyjającej szczerym odpowiedziom (...) Kwestionowanie szczerości wypowiedzi komendanta obozu oświęcimskiego, których prawdziwość mogła zostać sprawdzona tylko częściowo, jest oczywiście możliwe. Ale zarówno badający, jak i wszyscy, którzy zetknęli się z Rudolfem Hössem, uważali jego wypowiedzi z reguły za wiarygodne, w przeciwieństwie do zeznań większości zbrodniarzy wojennych. Szczerość, z jaką Höss omawiał wiele spraw o zasadniczym znaczeniu, uważana była nieraz, chociaż niesłusznie, za cynizm człowieka bez żadnych poczuć moralnych".

Sędzia śledczy Jan Sehn był przekonany, że Höss niczego nie przemilczał ani nie zataił: "Przy żadnym z pytań nie skorzystał z prawa do odmowy odpowiedzi - na które to prawo zwracano mu uwagę podczas przesłuchania - i chętnie udzielał wyczerpujących odpowiedzi na wszystkie pytania przesłuchujących".

Wiarygodny wydawał się Höss zawsze wtedy, gdy mówił o samej technice, o organizacji ludobójstwa dokonanego na milionach ludzi. Ale także tutaj konieczne są pewne korekty. Höss krótko po swoim aresztowaniu w Szlezwiku-Holsztynie ochoczo podawał, że w obozie koncentracyjnym Auschwitz zamordowano dwa i pół miliona ludzi. Ta wypowiedź została potraktowana jako szczera, chociaż wkrótce okazało się, że rzeczywista liczba zamordowanych była inna i wynosiła raczej około 1,3 miliona osób. Höss przedstawił w tym wypadku jedynie to, czego dowiedział się od Eichmanna.

Obóz koncentracyjny Auschwitz. Brama (fot. PerSona77 / wikimedia.org / CC BY-SA 3.0 pl) oraz tory kolejowe, wartownia i brama główna Auschwitz II (Birkenau) - widok z rampy wewnątrz obozu (fot. Stanisław Mucha / wikimedia.org / CC BY-SA 3.0 de)

Jadwiga Bezwińska, autorka książki "Oświęcim w oczach SS", wcale nie wyklucza, że Batawia i Sehn dali się omamić rzekomej szczerości komendanta Auschwitz. Możliwe, że zmyliło ich "umiłowanie prawdy" przez Hössa, którego skłonili do mówienia i każdą jego wypowiedź brali za dobrą monetę. Zeznania Hössa były w znacznej mierze prawdziwe, gdy chodziło o strukturę obozu koncentracyjnego Auschwitz i o przebieg ludobójstwa. Jednak jego osobowość w tych wczesnych latach powojennych pozostawała dla Batawii i Sehna nieodgadniona.

Höss mówił - co zostało już wspomniane wcześniej - że nigdy nie maltretował ani nie zabił żadnego więźnia. Posunął się nawet tak daleko, że twierdził, iż "to tak zwane maltretowanie i dręczenie w obozach koncentracyjnych, o którym mówiono w całym społeczeństwie, a potem także rozpowszechnione przez więźniów wyzwolonych spod okupacji, nie stanowiło - jak się przyjmuje - metody, lecz było ekscesami poszczególnych dowódców, podoficerów, którzy podnosili rękę na więźniów".

Tak jak niezgodna z prawdą jest ta wypowiedź, tak absurdalne jest następujące zeznanie Hössa złożone przed Trybunałem Wojskowym w Norymberdze: "Katastrofalne położenie pod koniec wojny zostało spowodowane zniszczeniem sieci kolejowej w wyniku nieustających bombardowań zakładów, w efekcie czego nie można już było zapewnić więźniom - myślę o Auschwitz ze 140 000 więźniów - należytego zaopatrzenia, nawet jeśli komendant podejmował improwizowane działania, jak organizowanie kolumn samochodów ciężarowych i podobnych rzeczy oraz próbował wszystkiego, aby sytuację poprawić". Tego rodzaju wypowiedzi służyły tylko umniejszeniu udziału własnej, osobistej winy.

 

Nie ulega wątpliwości, że Höss nie tylko organizował ludobójstwo w Auschwitz, kierował nim i ze wszystkich sił udoskonalał, ale też już wcześniej, jako adiutant komendanta, a potem zastępca komendanta w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen kazał ludzi dręczyć na śmierć. Dokumentują to fragmenty chronologii, którą prowadził więzień funkcyjny [niem. Lagerältester - przyp. autora] w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen Harry Naujoks:

Wrzesień 1938:

Pierwsza publiczna egzekucja świadka Jehowy Augusta Diekmanna.

Polityczna akcja specjalna, do obozu przybywa około 800 więźniów. Muszą oni biegać w kółko dookoła placu. Między nimi Erdmann. (...) wisiał 1 i 3/4 godziny na słupku, następnie przeszedł przez karę kozła.

Potem przy ciągłym znęcaniu z udziałem "Żelaznego" i Schuberta nieustająco gnany po placu. Zmarł w szpitalu.

Dostarczono około 1000 czeskich zakładników.

13 września:

Przywieziono około 1200 żydowskich więźniów. W trzech barakach nowego obozu (blok 37, 38, 39) zostały zabite deskami i zaklejone wszystkie okna. Po 400 z tych żydowskich więźniów trafiło do każdego bloku. (Spać musieli na gołej podłodze).

Listopad:

Temperatura minus 30 stopni. Wszyscy więźniowie musieli oddać podkoszulki. W wyniku naszej interwencji z magazynu mienia więźniarskiego wydano więźniom ich własne podkoszulki. Wszystkie futra znajdujące się w magazynie zostały skonfiskowane przez SS.

Pomimo straszliwego zimna nie wydano więźniom żadnych płaszczy ani rękawiczek, chociaż w obozie była dostateczna ilość tych rzeczy.

Sachsenhausen (fot. autor nieznany / wikimedia.org / CC BY-SA 3.0 de). Obok krematorium (fot. Havelbaude / wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)

Grudzień:

Kierownictwo obozu zabroniło żydowskim więźniom korzystania ze szpitala obozowego. (...)

Utworzenie "bloków głodowych", np. bloku 23. Wszystkie łóżka zostały wyniesione. Sienniki ułożono na ziemi. Racja dla więźnia bloku głodowego: 1/2 litra zupy, 250 g chleba, 1/2 porcji. Zorganizowano Stehkommando (komando stojące).

Początek grudnia:

Blok 42 zajęty przez 212 Asos [tzw. asoziale - aspołeczni - przyp. autora]. Po miesiącu tylko 8 z nich pozostało przy życiu.

18 stycznia 1940:

Komendant obozu Höss zarządził, że Stehkommando ma zostać zbadane pod kątem obecności w nim osób zdolnych do pracy. Arbeitsdienstführer [kierownik obozowej służby pracy - przyp. autora] przez wiele godzin realizował [to zarządzenie] w najostrzejszym zimnie. 150 ofiar śmiertelnych.

Styczeń/marzec:

2000 ofiar śmiertelnych.

Kwiecień:

Polscy duchowni katoliccy w bloku 17. Nowo przybyli duchowni ustawieni zostali w szafce, którą przechylano do przodu".

O rozstrzelaniu pod kierunkiem Hössa pewnego Austriaka można przeczytać u Naujoksa, co następuje:

"Chodziło o więźnia, który jako obcokrajowiec odmawiał wykonywania pracy w przemyśle zbrojeniowym. Gestapo przewiozło go do Berlina, a 8 maja 1939 r. o godzinie 0.40 został rozstrzelany na rozkaz . W swoim sprawozdaniu Höss pisał: Niemal codziennie musiałem uruchamiać komando egzekucyjne. Nie chodziło o osoby odmawiające służby wojskowej i sabotaż. Powód egzekucji można było przekazać tylko za pośrednictwem towarzyszących więźniowi funkcjonariuszy Gestapo, ponieważ na rozkazie egzekucji nie był on podawany .

Węgierscy Żydzi przed wysłaniem do komór gazowych w Auschwitz (fot. autor nieznany / wikimedia.org / domena publiczna)

W związku z pomysłem zorganizowania bloku dla słabych fizycznie i chorych Naujoks pisze: "Gdy opuszczałem blok, przechodził akurat SS-Hauptsturmführer Höss, który właśnie został komendantem obozu. Przez otwarte drzwi spojrzał na osoby zgłaszające chorobę i zapytał mnie: Co z nimi? Przedstawiłem mu stan faktyczny, mówiąc, że chodzi o chorych chwilowo, ale poza tym zdolnych do pracy, wśród których są istotni rzemieślnicy. Ludzie ci mogliby łatwo zapaść na zapalenie płuc i wtedy przez dłuższy czas nie mogliby wykonywać swojej pracy. Höss nie zagłębił się w moje informacje, jedynie cichym głosem odrzekł: To nie są ludzie, to są więźniowie. I odszedł".

Z takim zachowaniem Hössa zetknął się także Kurt Leischow, Blockführer w Auschwitz [esesman nadzorujący więźniów danego bloku - przyp. tłum.]. Höss pouczył go, jak należy traktować więźniów. Oznakowanie więźniów w obozie zostało usystematyzowane: czerwony trójkąt przewidziany był dla politycznych przeciwników narodowosocjalistycznego systemu, czyli dla socjaldemokratów i komunistów, trójkąt różowy otrzymali homoseksualiści, liliowy oznaczał świadków Jehowy, czarny uchylających się od pracy i sutenerów, czyli tak zwanych aspołecznych, zielony kryminalistów, a niebieski emigrantów. Później wprowadzono jeszcze trójkąt brązowy dla ludności cygańskiej. Większość więźniów - zgodnie z narodowosocjalistycznym poglądem - była zbrodniarzami. Na pytanie, czy wolno było zabijać więźniów, Leischow wypowiedział wiele mówiące zdanie: "to było w zasadzie zabronione".

Od sierpnia do grudnia 1939 roku liczba więźniów w Sachsenhausen wzrosła z 6563 do 12 168. Dla kilku tysięcy nie było żadnej pracy. Ich sytuacja pogorszyła się wraz z nastaniem mrozów. Höss rozkazał zorganizowanie dwóch tzw. bloków stojących, w których więźniowie musieli stać od rana do wieczora. 17 stycznia wieczorem Lagerältester Naujoks został poinformowany przez Hössa, że wydał on polecenie Blockführerom, aby następnego ranka po odmaszerowaniu drużyn roboczych na placu apelowym pozostały komanda stojące. Naujoks pomyślał, że więźniowie ci mają zostać na dworze, ponieważ przez cały dzień nie wykonywali żadnej pracy. Informacji, że w grę wchodzą osoby stare i chore, Höss nie przyjmował do wiadomości. Uważał, że jeśli inni musieli marznąć na dworze, to ci "wałkonie" również mogliby wytrzymać jeden dzień na zimnie. W tym czasie temperatura spadła do minus 26 stopni.

Rudolf Höss (zdjęcie po lewej fot. PAP / wikimedia.org / domena publiczna; pozostałe fot. Stanisław Dąbrowiecki / wikimedia.org / domena publiczna)

Po porannym apelu drużyny robocze wyruszyły do pracy - pozostało 800 mężczyzn, większość bez płaszczy i rękawiczek. Wielu miało na sobie jedynie drelichowe ubranie. Już po krótkim czasie na ziemię zaczęli padać pierwsi martwi więźniowie. Naujoks został wezwany do Hössa, który zabronił odsyłania chorych do szpitala obozowego. Tymczasem komendant ze swojego gabinetu obserwował, co działo się na placu apelowym, i wydawał dalsze polecenia. Na koniec udał się w obchód po barakach, aby osobiście wyszukiwać w nich więźniów. Gdy ktoś został znaleziony, wypędzano go biciem i kopniakami na plac apelowy. Hössowi przyszło na myśl, że brakuje jeszcze czeskich studentów ulokowanych w specjalnym bloku - po chwili także ich wypędzono na zimno.

Harry Naujoks opisał dalsze dramatyczne wydarzenia:

"Coraz więcej ludzi padało. Umierający i martwi leżeli na ziemi. Nikt nie wynosił zwłok. (...) Coraz większa była liczba więźniów, która mimo zakazu czołgała się do szpitala obozowego. W ambulatorium, w salach i na korytarzach wszędzie leżeli chorzy i umierający. (...) Po pewnym czasie Höss sam zjawił się w szpitalu. (...) Przed zamkniętą bramą utworzył się ściśnięty kłąb zrozpaczonych ludzi. Gdy Höss opuszczał budynek szpitala, musiał przejść przez leżących na ziemi. Ludzie chwytali jego nogawki i brzeg płaszcza, ręce unosiły się prosząco. Błagano o pomoc. On przechodząc, strząsał dłonie ofiar, usiłując iść dalej. Jeden z leżących krzyknął: morderca! morderca! i jeszcze ty łotrze, ty morderco! Höss, depcząc, próbował się stamtąd uwolnić".

W taki sposób, poprzez codzienną procedurę obozową, Höss doprowadził do śmierci setki więźniów. Z zimną kalkulacją wykorzystał naturę i wystawił na mróz bezbronnych ludzi. Tą zabójczą akcją dowiódł swego talentu do sprawowania nowej funkcji: komendanta obozu koncentracyjnego.

Hermann Langbein, który z bliska obserwował Hössa i musiał go znosić, mówi o prawdziwym fanatyzmie komendanta i jego gorliwości sprawiającej, że "machina śmierci mogła funkcjonować tak sprawnie i szybko". Höss nie tyle interesował się obozem, co raczej samą akcją likwidacyjną, ludobójstwem Żydów. Langbein był świadkiem, jak po ucieczce z obozu jednego Polaka Höss polecił, aby przywieziono do Auschwitz rodziców tego więźnia. Zostali oni ubrani w więzienny uniform, ostrzyżeni i posadzeni na taboretach. Za nimi umieszczono tablicę z napisem: To są rodzice więźnia X, który uciekł. W razie ucieczki spotka to każdego . Było to pomyślane jako środek odstraszający. Pod spodem widniał jeszcze napis: na wyraźny rozkaz komendanta Hössa .

Wiosną 44 roku - o ile dobrze pamiętam, na początku maja - Höss znowu pojawił się w Auschwitz. W międzyczasie bywał już tu widywany. Wcześniej przeniesiono go do Oranienburga, do Urzędu D (Amt D), nie wiem, do jakiego wydziału. Pojawiał się jednak czasami, a mianowicie, jak stwierdziliśmy, w celu organizowania . Ale na początku maja zjawił się już nie z krótką wizytą, lecz ponownie zamieszkał w swojej willi i natychmiast w obiegu pojawiło się mnóstwo plotek. Wkrótce okazało się, że powodem ponownego przybycia Hössa do Auschwitz było rozpoczęcie Ungarn-Aktion [akcja zagłady Żydów węgierskich - przyp. red.] - tak oznaczono ją w SS".

Ten sam człowiek, który bez wahania w strasznych okolicznościach kazał zabijać ludzi albo nie chciał dostrzegać codziennych tortur, dręczenia i umierania więźniów, bardzo troszczył się o krzaki bzu w obozie koncentracyjnym Auschwitz. W "rozkazie specjalnym 14/43 z 13 maja 1943 roku" zarządzał w tej sprawie:

"Stwierdziłem to osobiście, a ponadto wpłynęła słuszna skarga na to, że członkowie SS w niezrozumiały i radykalny sposób zrywają kwiaty z krzaków bzu. Przybrało to wręcz formę nałogu. Zauważyć można nie tylko komanda więźniarskie, ale również członków SS, którzy nie same bukiety, ale wręcz całe krzaki wloką do obozu względnie miejsc zamieszkania.

Więźniom całkowicie zabraniam przynoszenia do obozu choćby jednego bukietu bzu, a od członków SS oczekuję, jeżeli mają życzenie urwać trochę kwiatów, aby wycinali je ostrożnie, nie niszcząc i nie plądrując przy tym bezmyślnie krzaków. W interesie ogółu oczekuję od wszystkich członków SS - ponieważ bukiety bzu wcześniej czy później służyć mają dekoracji całego naszego obozu - pełnego zrozumienia dla niniejszego zarządzenia".

***

Rudolf Höss został skazany na śmierć przez powieszenie. Wyrok wykonano 16 kwietnia 1947 r. o godz. 10.00 w obozie Auschwitz.

Książka "Rudolf Höss, komendant obozu Auschwitz" jest dostępna w Publio

Volker Koop (fot. Uwe Steinert)

Volker Koop. Ur. w 1945 r., jest wybitnym niemieckim publicystą i autorem kilkudziesięciu książek poświęconych historii Niemiec. W Polsce ukazała się jego monumentalna praca "Bormann. Pierwszy po bestii" oraz "Werwolf. Ostatni zaciąg Himmlera".

(fot. Publio.pl)