Rodzina
LA School Shooting (Policja Los Angeles)
LA School Shooting (Policja Los Angeles)

Jak często niewinne osoby przyznają się do popełnienia przestępstw?

- Trudno to dokładnie oszacować, zwłaszcza że powodów, dla których w ten sposób postępują, jest kilka. Najłatwiej monitorować przypadki spowodowane niewłaściwym przesłuchaniem - policja albo prokuratura tak przesłuchują podejrzanego, że przyznaje się on, żeby zakończyć trudną dla siebie sytuację.

Ale są też ludzie, którzy przyznają się do winy z premedytacją. Chcą na przykład chronić prawdziwego przestępcę. Takie fałszywe przyznanie się do winy bardzo trudno się tropi, bo skoro już ktoś wziął odpowiedzialność na siebie, żeby chronić bliskiego albo z innych pobudek - na przykład za pieniądze - to nie jest łatwo skłonić go, żeby powiedział prawdę.

Są również przypadki osób cierpiących na zaburzenia psychiczne. Wyobrażają sobie one, że popełniły jakieś przestępstwo, przychodzą na policję i mówią: to ja zamordowałem . Dzieje się tak w sprawach nagłaśnianych medialnie. Te osoby relatywnie łatwo zdemaskować, policja i prokuratura mają doświadczenie w ich rozpoznawaniu.

A jeśli wzięlibyśmy pod uwagę tylko Polskę i tylko osoby, które w wyniku przesłuchania przyznały się do czynu, którego nie popełniły - da się określić ich liczbę?

- Takich danych również nie ma. Żeby pomówić o liczbach, możemy przyjrzeć się działającej w  USA od 1992 r. fundacji Innocent Project (Projekt Niewinność), która pomaga wyjść na wolność osobom niesłusznie skazanym. Już ponad 350 prowadzonych przez nią spraw zakończyło się sukcesem. Dotyczyły skazanych na 14 lub więcej lat, czyli za gwałty, morderstwa, rozboje. Sporo z nich to osoby, które przyznały się do przestępstwa, ale go nie popełniły. Wśród wyciągniętych z więzienia jest około 20 niewinnych osób, które oczekiwały na karę śmierci. Czasami fundacji udaje się udowodnić niewinność człowieka po kilku, kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu latach od jego skazania.

Więźniowie sami zgłaszają się do Innocent Project?

- Albo sami, albo robi to ktoś z rodziny. W fundacji pracują prawnicy, psychologowie i kryminalistycy, którzy weryfikują sprawę. Sprawdzają, czy podczas postępowania przygotowawczego nie popełniono błędów, czy dowody nie zostały ukryte, czy można dowieść, że źle przeprowadzono przesłuchania świadków. Ostatecznie zajmują się tylko tymi sprawami, w których można znaleźć silny dowód uniewinniający - coś tak mocnego, jak na przykład zlekceważony ślad DNA.

Interesują ich sprawy, które mogą zakończyć się sukcesem?

- Ale nie dlatego, że lubią łatwą pracę. Bardzo trudno udowodnić wymiarowi sprawiedliwości, że się pomylił i skazał kogoś niesłusznie na więzienie. Dlatego pracownicy fundacji zajmują się sprawami, w których jest szansa na silne dowody - np. z DNA. Czasem okazuje się, że policja zabezpieczyła ślady z DNA, ale nie oddała ich do analizy. Albo nie zaprotokołowano zeznań świadków, które mogły podważyć główną hipotezę śledztwa. Wtedy wkracza Innocent Project.

Im dłużej ktoś pracuje w zawodzie, jako przesłuchujący policjant albo prokurator, tym bardziej ufa swojemu doświadczeniu i wierzy pierwszej intuicji (fot. Krzysztof Szatkowski / Agencja Gazeta)

Przeprowadzają ponowne śledztwo?

- Nie. Wnioskują o uruchomienie nowego śledztwa, które prowadzone będzie przez inne osoby niż za pierwszym razem. W USA nie jest łatwo przeprowadzić to z sukcesem, bo bardzo mocny jest tam status przyznania się do winy. Fundacja Innocent Project prowadzi teraz kampanię, która ma uświadomić społeczeństwu, że ono może być wymuszone i wymuszane bywa. Ale ciągle jest traktowane ostatecznie: nie ma dowodów, nie ma śladów (albo są nikłe), ale człowiek przyznał się, więc idzie do więzienia.

Jakie przesłuchanie sprzyja przyznaniu się do winy?

- To tak zwana metoda dziewięciu kroków Reida stosowana w USA od lat sześćdziesiątych. Podczas szkoleń z tej metody śledczy słyszą: nie jest twoim celem uzyskanie informacji ułatwiających śledztwo, tylko uzyskanie przyznania. Musisz uzyskać przyznanie się do winy, bo jest najmocniejszym dowodem . A przekaz za tym idzie następujący: jeśli nie uzyskasz przyznania się do winy, to znaczy, że jesteś niekompetentnym policjantem .

Ta metoda przez długi czas był bardzo popularna i do dzisiaj jest często stosowana. Instytut Reida był prężnie działającą instytucją, otrzymywał wielkie dotacje rządowe na szkolenie śledczych. Nadal działa, chociaż coraz częściej mówi się o mrocznych stronach takich przesłuchań.

Czy ta metoda była wykorzystywana w Polsce?

- Nie w pełnym wymiarze. Różnice wynikają z odmiennych systemów prawnych w Europie i USA. Na przykład policja w Europie nie może oficjalnie wprowadzać przesłuchiwanego w błąd. W Stanach Zjednoczonych to legalne. Policjanci mogą kłamać: mamy na ciebie dowody, na nagraniu z monitoringu widać, że byłeś na miejscu przestępstwa , choć na nagraniu z monitoringu niczego nie widać.

Jak wygląda przesłuchanie metodą Reida?

- Założeniem jej jest obciążenie poznawcze oskarżonego i doprowadzenie do tego, żeby czuł się bardzo zmęczony. Nie chodzi tutaj o zmęczenie fizyczne, tylko intelektualne, tak żeby człowiek nie przetwarzał dokładnie informacji, nie potrafił myśleć racjonalnie. Poza tym policjant stara się zwiększyć podatność przesłuchiwanego na sugestię i zwiększyć jego "tendencję do przyznania się do winy" - tak to jest dokładnie określone w podręczniku z 2004 roku. Chodzi o to, żeby podejrzany się zgodził z przesłuchującymi i powiedział: tak, zrobiłem to .

 

To rodzaj gry psychologicznej?

- Bardzo dramatycznej. Przesłuchujący mają całkowitą kontrolę nad podejrzanym. Nawet przestrzeń zmanipulowana jest tak, żeby działała na korzyść śledczych. Przesłuchania prowadzone są w bardzo małych pomieszczeniach, zwykle przez dwie osoby. Jeden z policjantów nic nie mówi lub mówi niewiele, obserwuje podejrzanego, stoi bardzo blisko, przez co ten czuje, że nie ma dokąd uciec. Drugi siedzi konfrontacyjnie naprzeciw, dosyć blisko, w strefie półprywatnej. Na przesłuchiwanym ma to wszystko zrobić wrażenie przytłoczenia i uwięzienia.

To przesłuchanie składa się z dziewięciu kroków.

- Są nierozerwalnie ze sobą związane, następują jeden po drugim, kolejny wynika z poprzedniego. Najważniejszy jest krok numer 7. To moment, w którym człowiek przesłuchiwany jest już od kilku godzin. Jest zmęczony, głodny, chce mu się pić, a jeśli jest uzależniony od papierosów - palić. Wcześniej budowana jest narracja: wiemy, że dokonałeś przestępstwa, tylko musisz się teraz przyznać. Mamy na to dowody, a jeśli nie - to je znajdziemy. Tylko kwestia czasu.

W siódmym kroku przesłuchujący tworzy dwie historie. Pierwsza jest trudniejsza do przyjęcia, druga łatwiejsza. Te historie opisują powód, dla którego przesłuchiwany miał popełnić przestępstwo, o które się go posądza.

Na przykład?

- Michael Crowe, nastolatek, został skazany za zamordowanie swojej młodszej siostry, Stephanie. Najpierw policjanci powiedzieli mu: zrobiłeś to, bo jesteś złym człowiekiem. Zazdrościłeś jej, wkurzała cię, tak naprawdę nigdy jej nie kochałeś, więc ze swoimi kolegami zaplanowaliście morderstwo. Rodzice wyjechali, weszliście do jej pokoju, znęcaliście się nad nią i to sprawiało ci przyjemność.

A druga opcja brzmiała: a może było inaczej? Możliwe, że nie pamiętasz tego zdarzenia. Może jest w twojej osobowości jakaś zła strona, jakiś zły Michael i to on tak naprawdę dokonał tego morderstwa. My wiemy, że to ty zrobiłeś. Która z tych wersji jest prawdziwa, Michael? Musisz coś wybrać.

Niesłusznie oskarżony Michael Crowe podczas procesu mordercy swojej siostry, kwiecień 2004 r. (fot. Eastnews)

To jest bardzo silna sugestia, którą trudno odeprzeć. Jeżeli przesłuchanie metodą Reida jest prawidłowo przeprowadzone, to w tym kroku nawet osoba niewinna czuje, że powinna coś wybrać.

Co się dzieje, kiedy człowiek się przyzna?

- Przesłuchujący mówi: świetnie. Powiedz teraz własnymi słowami, co się właściwie wydarzyło . A ponieważ wcześniej przesłuchujący mówił dokładnie, co "zrobił" podejrzany, ten powtarza jego słowa: wszedłem do łazienki, zabiłem, zadźgałem i podpisuje się pod protokołem. Może się napić, może pójść do toalety. Następnego dnia budzi się i myśli: co ja narobiłem .

Przychodzą mi do głowy wszystkie amerykańskie filmy kryminalne, jakie widziałam.

- W filmowym świecie przesłuchania trwają krótko, śledczy szybko uzyskują to, o co im chodzi. W realnym świecie przesłuchanie ciągnie się bardzo długo. Michael Crowe był przesłuchiwany czterokrotnie, przez kilkanaście godzin.

Bez przerw?

- Tak było jeszcze w latach 90. Potem pojawiły się zmiany w prawie, które każą robić przerwy. Nadal jednak sugestywny nacisk jest bardzo silny.

Jakie są atuty tej metody?

- Jej skuteczność. Jest duża szansa, że człowiek, który popełnił przestępstwo, po takim przesłuchaniu przyzna się do winy. Cały czas trwa w USA dyskusja, co jest cenniejsze: wsadzanie do więzienia osób, które popełniły przestępstwo i jednoczesne zamykanie osób niewinnych? Czy to jednak za duży koszt i powinno się zminimalizować ryzyko skazywania niewinnych nawet za cenę tego, że jacyś winni mogą "uciec" wymiarowi sprawiedliwości? Ten ostatni głos jest coraz bardziej słyszalny. W ubiegłym roku jedna z największych organizacji szkoląca śledczych w USA, Wicklander-Zulawski & Associates, postanowiła, że rezygnuje z nauczania metody Reida, ponieważ jest niebezpieczna i nieetyczna.

 

A co na to Instytut Reida?

- Jego przedstawiciele powtarzają argument, że nie ma takiej możliwości, żeby osoba zdrowa psychicznie, niewinna, przyznała się do przestępstwa, którego nie popełniła. Pomimo dowodów, pomimo kolejnych osób uniewinnianych dzięki Innocent Project, pomimo badań empirycznych, które dowodzą, że również w warunkach eksperymentalnych ludzie niewinni przyznają się do rzekomej winy.

Nie bez znaczenia jest tutaj też nastawienie przesłuchującego.

- Ma fundamentalne znaczenie, nie tylko w przesłuchaniach. Zdarza się przecież i w życiu codziennym, że jeśli już mamy hipotezę, to odrzucamy wszystkie argumenty, które się z nią nie zgadzają, ignorujemy je albo deprecjonujemy ich wartość. Jeśli osoba przesłuchująca uwierzy, że człowiek, który siedzi przed nią, jest winny, to lekceważy wszystkie dowody na jego niewinność.

Tak było w przypadku Michaela Crowe'a?

- Przesłuchujący mieli tam do czynienia z obcym DNA, które znaleziono w pokoju zabitej Stephanie, z zeznaniami sąsiadów, którzy mówili, że dzień wcześniej widzieli podejrzanego włóczęgę, który kręcił się w pobliżu. Policjanci przesłuchiwali go nawet. Okazało się, że miał zaburzenia psychiczne i był już oskarżony o molestowanie seksualne nieletniej. Mieli mnóstwo tropów, którymi mogli podążyć. Ale stwierdzili, że z ich doświadczenia wynika, iż w większości takich przypadków za zabójstwo odpowiada ktoś z rodziny. A kto z rodziny mógł zabić? Rodzice mieli alibi, więc oskarżony został Michael.

Ostatecznie okazało się, że zabójcą był włóczęga.

- Tak, ale wcześniej Michael został skazany. Ten mechanizm był również widoczny w sprawie Paula Ingrama. W tym przypadku nie doszło do przestępstwa, ale człowiek i tak siedział w więzieniu ponad 20 lat [wyszedł w 2003 r. - przyp. red.]. Jego dwie córki oskarżyły go o molestowanie seksualne. Podczas obozów młodzieżowych, pod wpływem osoby je prowadzącej - Karli Franko - dziewczynki wymyśliły historię, która nigdy się nie wydarzyła. Wydawało się im, że "przypomniały sobie", że ojciec je molestował, kiedy były dziećmi. Podczas przesłuchania "przypominały" sobie coraz więcej szczegółów. Nie dość, że Paul Ingram je molestował, to do tego był guru sekty poświęconej szatanowi. Były wielokrotnie gwałcone, jedna z nich musiała dokonać aborcji. "Pamiętały" składanie ofiary kozłu i to, że w to wszystko zaangażowani byli ludzie z biura szeryfa. Im dłużej były przesłuchiwane, tym zarzuty były coraz bardziej dziwaczne.

Oskarżony przez swoje córki m.in. o molestowanie seksualne Paul Ingram był przewodniczącym okręgu republikańskiego w hrabstwie Thurston w Waszyngtonie i głównym zastępcą cywilnego departamentu szeryfa. Na zdjęciu dawny gmach sądu w Thurston (fot. Visitor7 / Wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)

Przesłuchujący tego nie widzieli?

- Mieli hipotezę, że Paul Ingram jest winny, więc nie zwracali uwagi na to, że jedna z tych dziewcząt jest dziewicą. Zignorowali diagnozy biegłych lekarzy, którzy stwierdzili, że dziewczęta nie mają śladów po urazach na ciałach, więc nie mogły być przypalane papierosami. Żadna nie miała aborcji. Zignorowali również raport z wizji lokalnej, według którego na farmie, na której miały się dokonywać te wszystkie straszne rzeczy, nie ma po nich żadnego śladu. W końcu Paul Ingram przyznał się do winy.

Śledczy nie powinni zakładać niczego, kiedy zaczynają śledztwo?

- W praktyce kryminalistycznej zasada jest taka, żeby stworzyć różne hipotezy i zweryfikować każdą z nich. W rzeczywistości im dłużej ktoś pracuje w zawodzie, jako przesłuchujący policjant albo prokurator, tym bardziej ufa swojemu doświadczeniu i wierzy pierwszej intuicji. Tymczasem w przypadku wykrywania kłamstwa badania dowodzą, że im bardziej osoba doświadczona ufa swojej intuicji, tym większe ryzyko, że się myli.

Można wykryć, że ktoś kłamie, obserwując jego zachowanie?

- Nie ma czegoś takiego jak "nos Pinokia", czyli nie występuje jeden rodzaj zachowania identyczny dla wszystkich, który pomaga odróżnić kłamcę od osoby mówiącej prawdę. Czyli np. nie jest tak, że jeśli ktoś dotyka nosa, to na pewno konfabuluje. Albo jeśli ktoś nie patrzy w oczy, to na pewno kłamie. Nie jest też tak, że konkretny człowiek, kłamiąc, zachowuje się zawsze w jakiś szczególny sposób. Więc wykrywanie kłamstwa na podstawie zachowania werbalnego albo niewerbalnego jest trudne.

W ostatniej metaanalizie badań naukowych na ten temat wskazano, że są pewne zachowania, które w populacji, wśród większości ludzi, mogą być skorelowane z kłamstwem. Ale to jeszcze o niczym nie świadczy. Na przykład, jeśli podniesiony tembr głosu pojawia się w momencie, gdy nie mówimy prawdy, to nie znaczy, że dzieje się tak zawsze, nie znaczy że u każdego, nie znaczy że policjant to zauważy, a jeśli nawet - to nie znaczy, że wyciągnie właściwe wnioski. Obserwowanie niewerbalnych zachowań człowieka to jedna z najsłabszych metod na odkrycie kłamstwa. Trochę tylko lepsza od przypadku. Są inne, lepsze metody, które powinni stosować przesłuchujący.

 

Jakie?

- Skuteczniejszy jest na przykład poligraf zwany wariografem - przesłuchiwany podłączany jest do urządzenia, zadajemy mu konkretne pytania i śledzimy, jak reaguje jego ciało. Jest też metoda, która polega na analizie spisanego zeznania. Spisuje się je dokładnie, słowo w słowo, zaznacza pauzy, chrząknięcia, powtórzenia. Jest metoda dotycząca mikroekspresji, w której obserwujemy, jak zmienia się naprężenie mięśni twarzy podczas przesłuchania. Jest też metoda przesłuchań z kamerą termowizyjną, która bada zaczerwienienie twarzy -  one też mogą świadczyć o kłamstwie. Tych metod jest coraz więcej - jedne lepsze, inne słabsze.

Jak powinno wyglądać przesłuchanie, które chroni również prawa podejrzanego?

- Jeżeli chodzi o przesłuchanie świadka, to mamy metody na to, jak zaktywizować jego pamięć, by podał jak najwięcej szczegółów. Ale przesłuchanie podejrzanego jest szczególne, bo z góry zakładamy, że będzie kłamał. W Wielkiej Brytanii powstał model przesłuchań PEACE - jest to dosyć długi i precyzyjny sposób prowadzenia przesłuchania, który z jednej strony gwarantuje prawa podejrzanemu, a z drugiej - pozwala uzyskać rzetelne informacje. Najważniejsze w tym modelu wydaje się to, żeby przesłuchujący nie miał tylko jednej hipotezy.

To się wydaje najprostsze.

- A jest najtrudniejsze. Bardzo trudno nam się pozbyć naturalnej tendencji do potwierdzania własnych przekonań.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Karolina Dukała. Psycholożka sądowa. W pracy naukowej zajmuje się psychologią zeznań świadków, ze szczególnym uwzględnieniem problematyki skuteczności przesłuchań i metod wykrywania kłamstwa. Prowadzi szkolenia popularyzujące wiedzę psychologiczną dla pracowników służb mundurowych i prawników.

Dominika Buczak. Dziennikarka, współautorka książek "Gejdar" oraz "Pan od seksu". Publikuje między innymi w "Wysokich Obcasach", "Ja My Oni", "Urodzie życia". Specjalizuje się w wywiadach i reportażach. Najbardziej interesują ją historie wykluczonych, słabszych, bardziej kruchych. Im chce dać głos.