Świat
Teorie spiskowe w Ameryce. 'Administracja Trumpa się nimi żywi'. Zdjęcie ilustracyjne. (Ringo Chiu / Shutterstock)
Teorie spiskowe w Ameryce. 'Administracja Trumpa się nimi żywi'. Zdjęcie ilustracyjne. (Ringo Chiu / Shutterstock)

W książce "Oślizgłe macki, wiadome siły" pisze pan, że kilka stanów - m.in. Teksas - na poważnie chce wprowadzić prawo zakazujące chemtrailsów. Czyli właściwie czego?

To pojęcie związane z jedną z teorii spiskowych, która narodziła się w internecie pod koniec lat 90. XX wieku. Według jej zwolenników smugi pary wodnej, które zostawiają za sobą samoloty, to chemiczne substancje, rozpylane w niecnym celu: w najlepszym razie, żeby sterować pogodą, w najgorszym, żeby zatruwać Amerykanów.

Będą więc zakazane... tylko że one nie istnieją. Dla mnie fakt, że powstaje prawo, które odnosi się do zmyślonych rzeczy, jest bardzo niepokojący.

Obecna administracja Trumpa jest przesiąknięta teoriami spiskowymi, żywi się nimi. Sekretarz obrony to człowiek, który wierzy, że kształt edukacji amerykańskiej jest wynikiem "spisku progresywistów", a szef Departamentu Zdrowia jest według mnie antyszczepionkowcem. Dyrektor FBI, Kash Patel, promował w sieci pigułki mające "odwracać" skutki szczepionek na koronawirusa. Na tym tle to, że teksańska legislatura stanowa chce zakazać chemtrailsów, nie robi na mnie takiego wrażenia.

Smugi kondensacyjne.
Smugi kondensacyjne. Russ Heinl / Shutterstock

Zresztą to nie pierwszy raz, kiedy legislatury stanowe uchwalają jakieś prawo inspirowane teoriami spiskowymi.  

Działo się to wcześniej?  

W latach 90. XX wieku powstawały uchwały deklarujące, że w danym stanie nie ma zgody na to, by Organizacja Narodów Zjednoczonych przejęła władzę w Stanach i sprzeciwiały się utworzeniu "nowego porządku świata i rządu światowego". Sam sprzeciw wobec ONZ też nie był pomysłem lat 90. - narodził się już w latach 40.

W zasadzie każda teoria spiskowa, która jest obecnie popularna w Stanach, to recykling jakiejś starszej. Wiara w spiski jest żywa w amerykańskim społeczeństwie od zawsze i to one stały się m.in. podwalinami pierwszych amerykańskich partii i ruchów politycznych.

Można zatem powiedzieć, że to cecha narodowa Amerykanów?

Łatwo jest powiedzieć: "Ach, ci głupi Amerykanie wierzą w takie absurdy, my nie dajemy się nabrać na takie bzdury". To byłoby bardzo wygodne, tylko że nie jest prawdziwe. Myślę, że teorii spiskowych nie brakuje we Francji, Niemczech czy w Polsce - z teorią o zamachu w Smoleńsku na czele.

Tyle jednak, że w Stanach odgrywały one - właściwie od zawsze - szczególnie istotną rolę. Myślę, że wynika to z momentu historycznego ich powstania.

To znaczy?

XVIII wiek to okres oświecenia, czyli myślenia racjonalnego, kiedy panowało przekonanie, że każde zjawisko da się wytłumaczyć. Przysłużyło się to rozwojowi nauki, ale miało też wpływ na myślenie o procesach politycznych i społecznych - bo w tym przypadku wytłumaczenia szukano w woli człowieka. A zatem, jeśli coś się wydarzyło, to nie ze względu na skomplikowane procesy historyczne, ani tym bardziej nie ze względu na przypadkowy splot wydarzeń. Kiedy buntowali się niewolnicy, zakładano, że musi stać za tym jakaś "siła", a nie że ludzie mają po prostu dosyć takiego traktowania. Ktoś musiał tym wszystkim sterować - najprawdopodobniej Francuzi albo Anglicy. Autentycznie w to wierzono: i autorzy Deklaracji Niepodległości wykorzystali w niej powszechność wiary w spiski.

Jak to?

Część tego dokumentu jest dość powszechnie znana: wszyscy ludzie są równi, posiadają nienaruszalne prawa, w tym prawo do życia, wolność i dążenia do szczęścia itd. Jednak poza tym, twórcy Deklaracji przedstawiają powody, dla których kolonie muszą ogłosić niepodległość - bo Anglicy mieli rzekomo zawiązać przeciwko nim spisek, chcieli ich mieszkańców zniewolić i zaprowadzić tyranię na wzór rosyjski i turecki.

Nie było w tym grama prawdy i autorzy deklaracji o tym dobrze wiedzieli, ale Deklaracja była narzędziem politycznym, które miało kolonistów zmobilizować do chwycenia za broń.

'Deklaracja Niepodległości', obraz autorstwa Johna Trumbulla (Wikimedia Commons)

Rozumiem, że zwyciężenie wojny o niepodległość nie sprawiło, że Amerykanie poczuli się bezpiecznie?

Teorie mówiące, że jakieś państwo czy siła - wtedy zawsze europejska - knuje przeciwko Ameryce, przewijały się w debacie politycznej przez cały XIX wiek. Zmieniali się tylko spiskowcy. Najpierw byli to Anglicy, później papież, który miał słać do USA katolickich migrantów, żeby przejąć Stany od środka.

Akurat to, że Anglicy nie życzyli dobrze Amerykanom, wydaje mi się dość prawdopodobne.  

Oczywiście, ale jest różnica między przekonaniem, że dany kraj chce nam zaszkodzić, a wiarą w to, że ten przeciwnik odpowiada za wszystkie nasze niepowodzenia, jest prawie wszechpotężny, niegodziwy i że należy go zwalczać absolutnie wszystkimi środkami - a to jest właśnie sednem każdej teorii spiskowej.

Pokazuje pan, że wykorzystywanie teorii spiskowych jest obecne w amerykańskiej polityce od dawna, ale kiedy czytałem pana książkę, miałem wrażenie, że ostatnie lata to już jakaś absolutna spiskowa gorączka. Mam wrażenie, że istnieją trzy momenty w historii Stanów, które tłumaczą, jak Ameryka się znalazła w obecnym położeniu. Po pierwsze, na pewnym etapie Amerykanie uznali, że wróg jest wśród nich, a nie na zewnątrz.

Owszem. Tego typu myślenie pojawiło się nawet w połowie XIX wieku, na tle konfliktu między Północą i Południem. Teorie spiskowe na północy mówiły, że władze federalne zostały sekretnie przejęte przez właścicieli niewolników z południa - a na południu uważano, że władzę zakulisowo sprawują abolicjoniści, czyli przeciwnicy niewolnictwa.

Co do zasady jednak, do końca XIX wieku wśród zwolenników teorii spiskowych dominowało przekonanie, że zagrożenie jest zewnętrzne: to jacyś obcy chcą przejąć i zinfiltrować nasz kraj. Później jednak część Amerykanów doszła do wniosku, że to już się stało i w XX wieku w większości teorii spiskowych to państwo było spiskowcem. Było to oczywiście niebezpieczne, ponieważ zwiększało nieufność wobec państwa.

To samo w sobie jest złe?

Powiedziałbym, że ograniczone zaufanie do władzy jest rzeczą dobrą, ale absolutny brak zaufania jest niszczący. Jeśli uważamy, że rząd kłamie we wszystkim i nie ma mandatu do sprawowania władzy, to jak możemy funkcjonować w tym państwie?

Niemniej, jeszcze w 1957 roku 73 proc. Amerykanów sądziło, że rząd robi to, co do niego należy.

Niesamowite, prawda? Po okresie pełnym wiary w różne spiski w historii Stanów nastąpił dłuższy okres, kiedy myślenie spiskowe rzeczywiście nie było mainstreamem. Teorie spiskowe mają to do siebie, że zyskują na popularności, kiedy świat jest niestabilny i kiedy sytuacja wydaje się wymykać spod kontroli, a pierwsza połowa XX wieku to dla Stanów okres rozwoju. Jeszcze w lata 60. Ameryka wkroczyła z optymizmem: była światowym mocarstwem, gospodarka kwitła, właśnie został wybrany nowy, młody prezydent: John F. Kennedy. Myślenie spiskowe było bagatelizowane, wręcz wyśmiewane.

Piotr Tarczyński (Archiwum prywatne)

Tylko że chwilę później wszystko zaczęło się sypać. To drugi moment, o który chciałem zapytać.

Owszem. Najpierw ów prezydent został zamordowany. Możliwości są dwie: albo doprowadziła do tego niekompetencja służb, albo spisek. Tak źle i tak niedobrze. To wytrąciło Amerykanów z poczucia bezpieczeństwa. Komisja Warrena, która badała tę sprawę, popełniła wiele błędów - nie sądzę, żeby coś celowo ukrywała, ale omija niektóre wątki ze względów politycznych albo żeby ukryć niekompetencję FBI. Zaufanie Amerykanów do tego, że rząd rzetelnie wyjaśnia tę sprawę było niewielkie. 

Kolejny cios dla zaufania wobec rządu to wojna w Wietnamie. W 1971 roku ujawnione zostały dokumenty, z których wynikało, że armia od dawna wiedziała, że wojna jest nie do wygrania, ale rząd ukrywał to przed opinią publiczną i Kongresem. Co gorsza, w to kłamstwo były zaangażowane następujące po sobie administracje demokratów i republikanów.

Rok później wybucha afera Watergate. Wcześniej ktoś, kto uważał, że prezydent USA łamie prawo, otrzymywał łatkę paranoika. "Nixona można nie lubić, ale bez przesady z tymi oskarżeniami". Tymczasem w 1972 roku okazało się, że w Białym Domu rzeczywiście został zawiązany spisek. Prezydent podsłuchiwał swoich oponentów, łamał prawo, tuszował działania swoich współpracowników... a na końcu uniknął odpowiedzialności, ponieważ został ułaskawiony. 

Gwoździem do trumny są raporty z 1975 roku, które ujawniają nieprawdopodobne nadużycia w działalności CIA i FBI.

Wyszło na jaw, że FBI nielegalnie podsłuchiwało i szpiegowało amerykańskich obywateli, a CIA zabijało przywódców innych krajów. Okazało się też, że w ramach testów agenci CIA podawali obywatelom USA narkotyki, co w kilku przypadkach skutkowało tym, że ludzie przechodzili załamanie nerwowe i popełniali samobójstwo. 

Przeprowadzono nawet eksperyment: chciano sprawdzić, jak drogą kropelkową rozprzestrzenia się wąglik. Badanie przeprowadzono w tajemnicy na mieszkańcach San Francisco: rozpylono inną, rzekomo niegroźną bakterię, która zabiła jednak jedną osobę.

Okazało się, że nie wiadomo, komu ufać. Pod koniec 1975 roku już 68 procent Amerykanów uważało, że rząd regularnie ich okłamuje - i w zasadzie mieli rację.

Owszem. Stracili zaufanie do swojego państwa i nigdy go już nie odzyskali. A kolejne lata pokazały za to, że może być jeszcze gorzej - teorie spiskowe na powrót zaczęły zdobywać popularność.

Jak to się stało, że teorie spiskowe zaczęły pełnić rolę koła zamachowego w amerykańskiej polityce? Wydaje mi się, że to trzeci przełomowy moment. 

Jak już mówiłem, politycy zarówno Partii Demokratycznej, jak i Republikańskiej zawsze takimi teoriami pogrywali, jednak na początku XXI wieku wciąż były to osoby znajdujące się na uboczu, a władze partii zwykle się od takiego myślenia odcinały.

Jedną z osób, które to zmieniły, był Donald Trump. On wręcz zaczął swoją karierę polityczną od teorii spiskowej - tej, która mówiła, że Barack Obama jest prezydentem nielegalnie, ponieważ rzekomo nie urodził się w Stanach, tylko w Kenii, a jego akt urodzenia został sfałszowany [prawo USA pozwala na kandydowanie na prezydenta wyłącznie Amerykanom z urodzenia - przyp. red.]. Część ludzi w to autentycznie wierzyła, choć nie sądzę, żeby wśród nich był Donald Trump, natomiast bardzo cynicznie tą teorią pogrywał. Jak mówił: "tylko zadaję pytania".

Donald Trump. 'Ja tylko zadaję pytania'. (Joey Sussman via Shutterstock)

Myślenie spiskowe jest typowe dla amerykańskiej prawicy?

Obie strony są na nie podatne, na przestrzeni lat w teorie spiskowe wierzyli lewicowcy, jak i prawicowcy, przeważnie w zależności od tego, kto sprawuje władzę. Po okresach władzy republikanów, wiara w spiski wzrastała wśród demokratów - i na odwrót.

Trump zauważył, że po dwóch kadencjach Obamy myślenie spiskowe ma się na prawicy dobrze. I zamiast te koncepcje hamować, postanowił je włączyć do swojej doktryny politycznej. Między innymi dzięki temu udało mu się zdobyć popularność, która pozwoliła mu przejąć Partię Republikańską i wygrać wybory.

Pisze pan, że obecnie dwie teorie spiskowe są filarem republikańskiego myślenia o świecie: teoria o "ukradzionych wyborach" z 2020 roku i teoria zastąpienia.

Wiara w to, że demokraci sfałszowali wybory i ukradli Trumpowi drugą kadencję jest w zasadzie credo ruchu MAGA [Make America Great Again - przyp. red.]. Ta druga teoria jest z kolei jedną z najstarszych teorii spiskowych w historii Stanów Zjednoczonych, tylko kiedyś jej tak nie nazywano. Według obecnej odsłony demokraci celowo sprowadzają do USA ludzi obcych kulturowo i cywilizacyjnie, żeby zniszczyć amerykański styl życia. Tak uważali antykatolicy i "nic niewiedzący" w wieku XIX, Ku Klux Klan w wieku XX, a dziś uważa tak niebagatelna część republikanów. Obie te teorie są dziś elementem doktryny partii Donalda Trumpa.

Myślenie spiskowe wiąże się ze wzrostem przemocy. W 2019 roku w Teksasie doszło do masakry w supermarkecie, która miała zatrzymać "latynoską inwazję".

Tak, wiara w teorie spiskowe sprzyja akceptacji przemocy politycznej i według ostatnich badań ona w Stanach tylko rośnie, pogłębia się polaryzacja społeczna. Teorie spiskowe mają też to do siebie, że są czarno-białe. Istnieje absolutne dobro i absolutne zło. A z absolutnym złem nie da się polemizować ani dyskutować.

Opisuję również historię związaną z tzw. Pizzagate, w której uzbrojony mężczyzna napadł na pizzerię, ponieważ był przekonany, że w piwnicy (której pizzeria zresztą nie miała) są przetrzymywane dzieci, które politycy Partii Demokratycznej gwałcą i torturują. A na jaki kompromis można iść z kliką pedofili i milionerów, którzy mordują dzieci? Gdzie tu jest przestrzeń do dyskusji? Tu można tylko chwycić za broń.

Co by musiało się stać, żeby Amerykanie przestali widzieć świat w kategoriach spisku?

Gdybym wiedział, to pewnie byłbym mocnym kandydatem do pokojowego Nobla.

Teorie spiskowe są obecnie codziennym elementem dyskursu politycznego, a dzięki internetowi dostęp do nich jest łatwiejszy niż kiedykolwiek. Są atrakcyjne, ponieważ rzeczywistość jest skomplikowana, a teorie spiskowe tłumaczą świat i nadają mu sens. A im gorzej na świecie, tym łatwiej w nie uciec... I myślę, że będzie tylko gorzej.

Piotr Tarczyński. Doktor nauk politycznych, amerykanista, pisarz, tłumacz, współtwórca Podkastu amerykańskiego.

Jan Rybicki. Laureat pierwszej edycji programu "Polska Stories", obecnie na stałe w weekend.gazeta.pl. Wcześniej publikował swoje reportaże m.in. w "Dużym Formacie" i "Tygodniku Powszechnym". Lubi słuchać, jak ludzie mówią. Kontakt: jan.rybicki@grupagazeta.pl

Zobacz wideo