Świat
Cyfrowe złoto. 'Wy, biedni tubylcy, nie wiedzielibyście, co z tym zrobić'. Zdjęcie ilustracyjne. (Fot. Franciszek Mazur / Agencja Wyborcza.pl)
Cyfrowe złoto. 'Wy, biedni tubylcy, nie wiedzielibyście, co z tym zrobić'. Zdjęcie ilustracyjne. (Fot. Franciszek Mazur / Agencja Wyborcza.pl)

Myślisz, że Polska została skolonizowana przez wielkie firmy technologiczne?

Na początku pracy nad książką biłam się z myślami, czy to nie jest nazbyt publicystyczna metafora. Dlatego pytałam o to kolejnych moich rozmówców: naukowców, analityków i urzędników z różnych części Europy. I po chwili namysłu praktycznie wszyscy przytakiwali: tak, to słowo dobrze oddaje sytuację.

Ulises Mejias i Nick Couldry, dwaj bardzo wybitni analitycy, w swojej książce "Data Grab" pisali o tym, że kolonializm opiera się na czterech zasadach: eksploruj, rośnij, eksploatuj i eksterminuj [ang. Explore, Expand, Exploit i Exterminate]. Eksploracja to przejęcie nas, naszego czasu, naszej uwagi i naszych danych już na poziomie tworzenia infrastruktury do gromadzenia tych danych, np. poprzez rozwój aplikacji, platform, algorytmów, które zachęcają nas do dzielenia się tym, kim jesteśmy, w coraz większym zakresie.

'Eksploracja to przejęcie nas, naszego czasu, naszej uwagi i naszych danych' Zdjęcie ilustracyjne. (Kirill Neiezhmakov)

Ekspansja oznacza wchodzenie do nowych krajów i na kolejne rynki. Meta nie jest wyłącznie właścicielem mediów społecznościowych – jest przede wszystkim firmą reklamową. Giganci technologiczni wymyślają całe nowe branże, które od razu przejmują. Na przykład Amazon wciąż jest znany jako sklep internetowy, ale większość swoich dochodów czerpie ze sprzedaży usług chmurowych, które niedawno w ogóle jeszcze nie istniały.

Eksploatacja również odbywa się na kilku poziomach. Dotyczy pracowników w magazynach Amazona, funkcjonowania centrów danych, które zużywają ogromne ilości energii i wody. Big techy odkryły też nowe "zasoby" – nasze cyfrowe ślady, które nieustannie zostawiamy w sieci. Przekonują nas, że nam są niepotrzebne, ale oni mogą je wziąć – oczywiście za darmo – i zamienić w złoto, dzięki temu świat się rozwija, powstają miejsca pracy, gospodarka rośnie. "A wy, biedni tubylcy, nie wiedzielibyście, co z tym zrobić".

Twoja ironia mówi o ogromnej przewadze, z którą te firmy wchodzą na nasze rynki. Opowiadasz to na przykładzie Ubera.

Kiedy Uber wchodził na polski rynek w 2014 roku, miał wieloetapowy plan rozwoju. Chciał jak najdłużej działać na granicy prawa, by mieć przewagę nad firmami taksówkarskimi. Ta strategia zaczynała się od przekonywania, że jest tak innowacyjny, że nie powinien podlegać normalnym regulacjom. Równocześnie starał się też ograniczać działania kontrolne w stosunku do kierowców. Opisuję na przykład, że gdy urzędnicy próbowali dokonać kontroli, choćby poprzez celowe zamawianie przewozów, czy kierowca ma licencję i taksometr, to ich konta w aplikacji blokowano. Później w sądach Uber również opóźniał procesy i sabotował tworzenie regulacji. Miał już doświadczenie z innych rynków. To dało mu kilka lat przewagi, by jak najbardziej rozepchnąć się na rynku. Miał zresztą łatwo, ponieważ by przekonać do siebie użytkowników, był w stanie przez lata dopłacać do przejazdów.

Zostaje czwarty termin – eksterminacja.

Wycinanie i przejmowanie konkurencji, niedopuszczanie do jej rozwoju. Mechanizmy z tej "prawdziwej", historycznej kolonizacji są stosowane biznesowo – bardzo skutecznie i czasem bezwzględnie.

Sylwia Czubkowska (Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl)

Czy schemat działania, który opisałaś, nie dotyczy czasem każdej wielkiej firmy?

Nie w takim zakresie, jak dzieje się to w przypadku big techów.

Przedrostek "big" w odniesieniu do korporacji funkcjonuje którąś dekadę. Mieliśmy już w przeszłości Big Oil, Big Pharmacy, Big Tobacco itd. Nigdy natomiast nie było aż tak dużych i bogatych firm jak Apple, Microsoft, Amazon, Alphabet czy Meta – firm o tak wielkich zasobach w postaci nas, klientów. Produktów Mety używa obecnie blisko trzy i pół miliarda ludzi. Big techów nie można porównać z żadną inną branżą.

Fakty są takie, że nas bez tych firm nie ma. Nie jesteśmy w stanie podróżować, robić zakupów, nie mamy skąd czerpać informacji i gdzie szukać rozrywki. Cały nasz technologiczny ekosystem stoi na ich produktach: systemach reklamowych, usługach chmurowych, komunikacyjnych itd. 

Wielu osobom wydaje się to nie przeszkadzać.

To prawda. Zobacz, co się wydarzyło w zeszłym roku w Stanach Zjednoczonych. Nad TikTokiem zaczęły się zbierać ciemne chmury, gdy przez Kongres miała przejść ustawa zmuszająca właściciela platformy do sprzedania części firmy w Stanach. TikTok wysłał wiadomość do ponad stu milionów swoich użytkowników z informacją, że rząd chce zablokować TikToka, i podał numery do "ich" kongresmenów. Ludzie rzeczywiście zaczęli masowo dzwonić, w części biur poselskich wyłączono telefony ze względu na obciążenie sieci. Ustawa została przegłosowana, ale choć minął ponad rok, to wciąż nie weszła w życie, bo Donald Trump kolejnymi rozporządzeniami przesuwa jej działanie – częściowo na pewno pod wpływem tego, że nie chce podpaść swoim wyborcom, którzy przecież też używają TikToka.

Lubimy usługi, które dały nam big techy. To jest normalne, bo bardzo ułatwiły nasze funkcjonowanie i zaoferowały możliwości, których nigdy wcześniej nie było. Tylko że one przychodzą razem z kosztami, których się nie spodziewaliśmy. Najważniejszy jest chyba taki, że nasz czas, nasza uwaga i nasze emocje również stały się produktem.

'Usługi big techów przychodzą razem z kosztami, których się nie spodziewaliśmy'. Zdjęcie ilustracyjne. (Jelena Stanojkovic / Shutterstock)

Tytułowa metafora "bóg techów" wzięła się właśnie z władzy, którą mają nad nami giganci technologiczni?

Przyszło mi do głowy skojarzenie z "Amerykańskimi bogami" niesławnego już Gaimana – tam wiara ludzi tworzy bogów, ich moc trwa, dopóki mają wyznawców. I trochę tak jest z big techami.

Mówiłam o TikToku. Nieco podobna sytuacja miała miejsce w Europie, kiedy pojawił się Threads od Mety [aplikacja podobna do dawnego Twittera – przyp. red.]. Wielu konsumentów się oburzało, że aplikacja jest u nas niedostępna przez "złe regulacje unijne". A można byłoby zamiast tego oburzać się, że Meta stworzyła produkt niezgodny z prawem i chciała go i tak wprowadzić na europejski rynek [łamiąc przepisy RODO – przyp. red.]. Wyobraź sobie, że podobnie zachowuje się podmiot z jakiejkolwiek innej branży. Że w Polsce pojawia się nowa sieć sklepów i deklaruje, że nie odpowiadają jej przepisy sanepidu. Myślę, że wszyscy byśmy czuli, że coś tu jest nie w porządku.

Big techy traktujemy inaczej. Jesteśmy przekonani, że tylko one mogą tworzyć innowacje, że zmieniły świat na lepsze i że będą to robić dalej, jeśli nie będziemy ich regulować i podatkować. Właśnie takie myślenie sprawia, że te firmy robią, co chcą.

Wydaje mi się, że amerykańscy bogowie nie mieli zaplecza w postaci polityków.

Można powiedzieć, że to taki sojusz tronu z ołtarzem. Także wiele rządów "kolonizowanych" państw traktuje big techy w szczególny sposób. Kiedy Amazon czy Google ogłaszają swoje inwestycje w Polsce, zawsze obok ich przedstawicieli są politycy: oni bardzo chętnie w blasku big techów postoją, trochę "boskiej" aury nowoczesności na nich spłynie. Inwestycje firm technologicznych w Polsce przedstawia się często niemal jako skok cywilizacyjny. Nawet kiedy chodzi o magazyny Amazona. 

Państwo nie chce bronić swojej autonomii?

Rządy często wolą korzystać z usług cyfrowych gigantów. Spójrzmy na firmę Palantir, która zajmuje się przetwarzaniem wielkich zbiorów danych na potrzeby służb, od wojska do policji. Polska sama zabiega o współpracę z tą korporacją. Niedawno z ich przedstawicielami spotykał się Władysław Kosiniak-Kamysz. Podobnie inne firmy technologiczne wchodzą w kooperację z administracją, służbami czy armią.

Jedno z centrów logistycznych Amazona. Zdjęcie ilustracyjne. (Clare Louise Jackson / Shutterstock)

Więc jesteśmy skazani na wszechmoc "bóg techów". Rzadko chcemy rzucić im wyzwanie, a kiedy próbujemy, raczej nam nie wychodzi.

To prawda, że kilka projektów mających budować autonomię cyfrową skończyło się fiaskiem. W książce opisuję losy lokalnych projektów dotyczących chmury.

To słowo już padło, ale przypomnij, czym są usługi chmurowe?

Obecnie bardzo wiele danych jest przechowywanych nie na lokalnych dyskach, ale właśnie w chmurze. Brzmi to, jakby dane były wszędzie i nigdzie, ale rzeczywiście dane istnieją fizycznie – w wielkich centrach danych, z którymi łączymy się przez internet. W chmurze przechowywane są często informacje kluczowe dla funkcjonowania państwa i administrują nimi wielkie korporacje. 

Rozumiemy już, że lepiej jest mieć własną infrastrukturę, niż oddawać ją prywatnej firmie. W Polsce powstała wręcz rządowa inicjatywa nazwana Chmurą Krajową, która miała tworzyć polską cyfrową suwerenność. Skończyło się na podpisaniu partnerstwa z Google i Microsoftem, bo tak było łatwiej i taniej.

Równie spektakularnie nieudana była historia europejskiego projektu chmurowego GAIA-X. Popełniono tam bardzo wiele błędów, które w znacznej mierze były do przewidzenia. GAIA-X była początkowo budowana w kooperacji francusko-niemieckiej, co zniechęciło inne kraje, w tym Polskę. Później otworzyła się na wszystkich.

Wszystkich?

Dosłownie. I na tym polegał problem. Do projektu weszły firmy chińskie i amerykańskie. W trzy lata cały projekt został rozmontowany od środka i rozpuszczony w dyskusjach o problemach tworzonych przez "partnerów", którzy okazali się raczej sabotażystami. W końcu sami twórcy projektu przyznali, że firmy spoza Europy i ich lobbyści zupełnie rozwalili projekt.

Niezbyt to pocieszające.

Ale wynika z tego cenne doświadczenie na przyszłość! Nie chodzi o to, żeby Europa stała się nagle ostatnią wioską Galów, która nie wpuszcza do siebie technologii i odcina się od big techów. Ważne jest, żebyśmy próbowali rozwijać się na tym rynku i sprawdzali, w których dziedzinach mamy realny potencjał.

Nie chodzi o to, żeby tworzyć na siłę własne, ale wtórne produkty. Ale jednak szukając alternatyw, rozwijając polskie i europejskie projekty, mamy szansę na innowację. Bo natura innowacji jest taka, że ona pojawia się często przypadkiem, jako efekt uboczny pracy.

To, co możemy kupić, jest prawdopodobnie tańsze i lepsze niż to, co sami zbudujemy od zera.

Tak. Bardzo możliwe, że rozwijając swoje produkty, będziemy tworzyć rozwiązania, które będą na początku kiepskie, będą mieć gówniany UX [wrażenia, których dostarcza korzystanie z usługi cyfrowej – przyp. red.], będą się zawieszać, ale jestem pewna, że z czasem będą działać coraz lepiej. Pamiętasz, jaki był pierwszy mObywatel?

Nie.

Był do niczego! W 2016 roku zaczynał jako "dowód osobisty przez komórkę". Miało to działać w ten sposób: zatrzymuje cię policjant, chce cię wylegitymować, ty wysyłasz zapytanie i dostajesz automatycznie na telefon kod, który musisz podać policjantowi. On go wbija w swoje urządzenie, potwierdza to dodatkowo PESEL-em i ustala w ten sposób, że jesteś Janem Rybickim. Przecież to jest kuriozalny pomysł! Koszty zamknęły się w 3,3 mln zł, z aplikacji skorzystano łącznie jakieś 600 razy. Sama napisałam tekst o tym, jak przewalono pieniądze na e-administrację.

Ale?

Ale później w ministerstwie uznano, że skoro już zaczęliśmy, to warto przy tym pomyśle pokombinować. I teraz za granicę na mObywatelu może nie polecimy, ale wiele usług w Polsce można za pomocą tej aplikacji załatwić. Jest jedną z ulubionych aplikacji Polaków.

mObywatel jedna z ulubionych aplikacji Polaków. 'A mogliśmy skorzystać z AppleID'. Zdjęcie ilustracyjne. (Fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl)

A mogliśmy skorzystać z AppleID. Jeszcze byśmy powiązali to z płatnościami Apple. Byłoby szybko, wygodnie i pewnie taniej, co nie? Tylko że to nie byłoby dla nas lepiej, bo tylko i wyłącznie wsparłoby rozwój firmy, a nie państwa.

Czy będziemy w stanie przynajmniej częściowo uniezależniać się od big techów, zależy w dużej mierze od tego, czy zgodzimy się z tym, że tak wygląda proces tworzenia czegoś nowego i swojego. I czy zobaczymy w tym sens.

Tego typu projekty to zadanie dla Polski i Europy. A my, maluczcy użytkownicy, co możemy zrobić? 

Ważna jest sama świadomość tego, jak wielkie firmy technologiczne działają i że nie musimy się zgadzać na każdą ich propozycję. Coraz częściej jesteśmy w stanie się na to zdobyć. Dla przykładu w zeszłym roku Meta postanowiła ściągnąć wszystko, co publikowaliśmy przez lata na Facebooku i Instagramie, i wykorzystać to do trenowania swojego AI. Firma musiała o tym powiadomić swoich użytkowników z terenu Unii Europejskiej. Oczywiście zrobiła to tak nietransparentnie, że kilkanaście organizacji pozarządowych skierowało w tej sprawie skargi do regulatora. Zaczęło się postępowanie i Meta po kilku miesiącach poprawiła komunikaty na temat tego, jak wyrazić brak zgody. Było lepiej, ale wciąż nie było jasne, jak to zrobić. I wtedy zobaczyłam, że internet naprawdę tym żyje. O tym, jak wyrazić taką niezgodę na zostanie materiałem treningowym dla AI, pisałam nie tylko ja, ale też influencerzy, aktorzy, ludzie spoza branży technologicznej, z wysokimi zasięgami.

Ludzi naprawdę to obeszło.

To pokazuje, jak wiele osób już czuje, że zignorowanie tej sprawy byłoby zgodą na eksploatowanie nas na kolejnym poziomie. Nie mają wiary w to, że Meta dzięki temu, że wykorzysta ich zdjęcia i wpisy, przedstawi im lepszy produkt. Ona przedstawi nam produkt, który bardziej nas osaczy i od siebie uzależni.

Jestem przekonana, że naszą najlepszą bronią jest świadomość, jak te firmy działają i jaka jest ich strategia rozwoju. Meta, Google czy Apple mają swoją mitologię. To historie o tym, że ich twórcy byli genialnymi kolegami, pasjonatami, którzy zaczynali w biurze w garażu. Że mają szlachetne cele. "Don't be evil", nie bądź złem – to dawne motto Google. Te mity nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Teraz big techy to ogromny kapitał, który bez względu na cenę chce rosnąć. I dbałość o nasze dobro jest na szarym końcu ich celów.

Sylwia Czubkowska. Autorka książek "Bóg techy" oraz "Chińczycy trzymają nas mocno". Prowadzi podcast "Techstorie". Była redaktorką magazynu Spider'sWeb+, pisała m. in dla "Gazety Wyborczej", "Przekroju", "Newsweeka", "Dziennika Gazety Prawnej" i "Polska The Times". Była nominowana do nagrody Grand Press, Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej oraz Nagrody im. Marka Króla. Czterokrotnie otrzymała nagrodę Prezesa Urzędu Patentowego za teksty na temat innowacji. Jest laureatką nagrody im. prof. Romana Czerneckiego oraz nagrody Instytutu Reportażu.

Jan Rybicki. Laureat pierwszej edycji programu "Polska Stories", obecnie na stałe w Weekend.gazeta.pl. Wcześniej publikował swoje reportaże m.in. w "Dużym Formacie" i "Tygodniku Powszechnym". Lubi słuchać, jak ludzie mówią. Kontakt z autorem: jan.rybicki@grupagazeta.pl

Zobacz wideo