Świat
Bejrut, stolica Libanu (fot. Shutterstock)
Bejrut, stolica Libanu (fot. Shutterstock)

– Zapytałem matkę, dlaczego właściwie nie jestem Libańczykiem – mówi Mustafa Shaar, 48-letni mieszkaniec Bejrutu. – Odpowiedziała, że wprawdzie ona ma libańskie obywatelstwo, ale jako kobieta nie mogła mi go przekazać. Mój ojciec miał paszport syryjski. Pojechałem więc do Syrii w 2014 roku. Tam, przy huku bomb, zostałem Syryjczykiem. Tylko dlatego, że muszę mieć jakiś dokument. Wiesz, żeby dostać prawo jazdy i dyplom ukończenia liceum. Nawet żeby zapisać się na maturę, musisz mieć dowód, a ja go przez 40 lat nie miałem. Skoro nie masz narodowości, to jesteś obcy. Większość pracodawców cię nie zatrudni, a jeśli to zrobią, będą płacić ci mniej. Pod stołem. Bezpaństwowcy są jak duchy – nikt ich nie zauważa i nikt się z nimi nie liczy.

Agenda ONZ ds. Uchodźców (UNHCR) szacuje, że od 80 do 200 tys. osób urodzonych w Libanie nie ma żadnego obywatelstwa. Dokładnej liczby nikt nie zna. Badania przeprowadzone przez stowarzyszenie Frontiers Ruwad na grupie 3031 libańskich bezpaństwowców pokazały, że 73 proc. z nich to dzieci libańskich kobiet. Dyskryminacyjne przepisy, które uniemożliwiają Libankom przekazanie obywatelstwa dzieciom, są niezgodne z artykułem 9. Konwencji w sprawie likwidacji wszelkich form dyskryminacji kobiet przyjętej przez Zgromadzenie ONZ w 1979 roku. Liban wprawdzie konwencję ratyfikował, ale z wyłączeniem artykułu dotyczącego prawa dziecka do obywatelstwa. Przewidują je także Powszechna Deklaracja Praw Człowieka ("Każdy człowiek ma prawo do posiadania obywatelstwa"), Międzynarodowy pakt praw obywatelskich i politycznych oraz Konwencja o prawach dziecka. Liban wszystkie te przepisy ignoruje.

Brak obywatelstwa ma ogromne konsekwencje. Dziecko po urodzeniu nie jest nigdzie rejestrowane – wiele bezpaństwowych dzieci nie ma nawet aktu urodzenia. Konsekwencją jest utrudniony dostęp do edukacji, a w przyszłości także do rynku pracy. Paul [imię zmienione], 24-letni student z Bejrutu, mógł usiąść w szkolnej ławce jako dziecko tylko dzięki temu, że jego rodzice okazali świadectwo chrztu. Zastanawia się jednak, co by było, gdyby urodził się w muzułmańskiej rodzinie i nie miał takiego dokumentu.

– Ale nawet dopuszczenie dzieci do nauki jest składaniem im fałszywych obietnic – uważa. – Nie wiadomo, na którym szczeblu będą musiały edukację zakończyć. Jeśli jedynym dokumentem, który posiadasz, jest świadectwo chrztu, to i tak nie zostaniesz dopuszczony do egzaminów.

Aby do nich przystąpić, Paul musiał udać się do muchtara, czyli urzędnika dzielnicy, który zaświadczył, że chłopak tam mieszka. Udało mu się dostać na Uniwersytet Libański, państwową uczelnię, a później na Uniwersytet Świętego Józefa, uczelnię prywatną, jedną z dwóch najlepszych w Libanie. Pod koniec stycznia napisał na swojej tablicy na Facebooku: "Szczerze mówiąc, jestem już cholernie zmęczony zbieraniem połamanych kawałków za każdym razem, gdy dostaję odmowę przyjęcia do pracy z powodu mojego statusu prawnego jako bezpaństwowca".

Ostatnio wszystko wskazywało na to, że rekruterzy są nim zachwyceni. Na końcu nawet go przeprosili za to, że nie mogą go zatrudnić. Powiedzieli, że jako duża, międzynarodowa korporacja mają bardzo restrykcyjną politykę pracowniczą i muszą działać zgodnie z prawem. Dobrze płacą, z wszystkimi pracownikami zawierają umowę na czas nieokreślony. Nie mogą jednak jej podpisać z kimś, kto nie ma obywatelstwa żadnego kraju.

Mustafa Shaar przemawia podczas demonstracji (fot. Archiwum prywatne) , Demonstracja na rzecz równości kobiet (fot. Archiwum prywatne)

Paul nie istnieje w rejestrze cywilnym Libanu. Obecnie legitymuje się biometrycznym dokumentem nazywanym laissez-passer wydawanym przez libański Dyrektoriat Bezpieczeństwa Ogólnego. Wprawdzie dokument ten co roku traci ważność, ale nie każdy bezpaństwowiec go ma, więc Paul wie, że i tak ma trochę szczęścia. Laissez-passer pozwala mu swobodnie podróżować i podpisywać dokumenty urzędowe. Bez niego jego sytuacja byłaby znacznie trudniejsza. – Ten dokument poświadcza, że istnieję. Co prawda jestem bezpaństwowcem, ale jestem człowiekiem i mam jakieś podstawowe prawa. Bo można też nie mieć żadnych papierów, a to najgorszy scenariusz.

Matka Paula jest Libanką, a ojciec syryjskim Ormianinem. Gdy Paul i jego brat byli nastolatkami, matka postanowiła, że muszą coś zrobić, aby uregulować sytuację prawną synów. Wyjazdu w tym celu do Syrii nie brali pod uwagę. – To było już po 2011 roku, w Syrii panowała wojna. Obaj z bratem trafilibyśmy do armii Asada i utknęlibyśmy tam – opowiada Paul. – W końcu mojej mamie udało się załatwić nam laissez-passer na podstawie tego, że jesteśmy dziećmi Libanki, a sprawa przyznania nam obywatelstwa jest w toku. Kilka lat później Armenia uchwaliła prawo o naturalizacji, zgodnie z którym każdy Ormianin żyjący za granicą może wystąpić o obywatelstwo. Najpierw trzeba jednak odbyć dwuletnią służbę wojskową. A tego nie możemy zrobić. Obaj z bratem pracujemy i utrzymujemy rodziców, którzy są bezrobotni. Nie stać nas na to, by przez dwa lata nie pracować. A poza tym jestem gejem i nie wyobrażam sobie noszenia munduru i broni w kraju, którego języka nawet zbyt dobrze nie znam.

Co dalej? Paul czeka, aż skończy 28 lat, bo wtedy nie będzie już musiał iść do wojska w Armenii. – Na razie raz do roku udaję się do Dyrektoriatu Bezpieczeństwa Ogólnego Libanu, by aplikować o nowe laissez-passer. Za każdym razem mówię im, że w tym roku pojadę do Armenii, ale tego nie robię. To jedyny sposób, w przeciwnym wypadku mogliby mi powiedzieć, że mam wyjechać. A ja chcę tu zostać, w Libanie. To mój kraj, moja rodzina tu mieszka.

Na podium

W ostatnich latach Liban coraz bardziej pogrąża się w kryzysie, który zyskał miano jednego z najpoważniejszych na świecie od 1850 roku. Pod koniec 2021 roku ten niewielki kraj znalazł się na podium w kategorii "inflacja" (145 proc.). Wyższa była tylko w Wenezueli i Sudanie. 1500 libańskich funtów przed paroma laty równe było 1 dolarowi. Dziś trzeba za niego zapłacić ponad 20 tys. funtów. Wzrosły ceny, a nie wzrosły wynagrodzenia. Pensja minimalna wynosi w Libanie 675 tys. libańskich funtów, co jeszcze trzy lata temu stanowiło równowartość 450 dolarów, a według obecnego kursu to nieco ponad 32 dolary. Prąd i benzyna stały się luksusem. Kiedyś zdarzały się przerwy w dostawach prądu. Bogatsi mieszkańcy mieli generatory. Dziś prąd w sieci płynie rzadko. Na pytanie, kiedy znów będzie, Libańczycy śmieją się nerwowo. Tego nikt nie wie.

W 2021 roku Bank Światowy zaoferował Libanowi pomoc w postaci 246 mln dolarów na wsparcie dla najuboższych. Oszacowano, że pieniądze te trafią do około 786 tys. najbardziej potrzebujących Libańczyków, których specjalne karty płatnicze będą co miesiąc zasilane kwotą 20 dolarów na osobę (jednak nie więcej niż 120) oraz 25 dolarów na domostwo. Dzieci dodatkowo otrzymają też wsparcie na pokrycie kosztów nauki, takich jak mundurki, przejazdy autobusem i podręczniki. Program nie objął jednak ani bezpaństwowców, ani uchodźców, których jest w Libanie około półtora miliona. Podstawowym wymogiem, by ubiegać się o wsparcie, jest libańskie obywatelstwo. Dlatego matka Paula, Libanka mieszkająca w Bejrucie, której mąż jest syryjskim Ormianinem, może dostać tylko 45 dolarów miesięcznie – dla siebie i na dom. Gdyby jej mąż i synowie byli Libańczykami, rodzina dostałaby 105 dolarów. Jej bezpaństwowe dzieci traktowane są tak, jakby nie istniały.

– Podobnie dzieje się za każdym razem, gdy rząd wprowadza dopłaty czy dystrybuuje żywność. Bezpaństwowcom wsparcie nigdy się nie należy – zauważa Mustafa Shaar.

W ostatnich latach Liban coraz bardziej pogrąża się w kryzysie, który zyskał miano jednego z najpoważniejszych na świecie od 1850 roku (fot. Shutterstock)

Jest założycielem libańskiego stowarzyszenia MASIR, które stara się wypełnić tę lukę, udzielając bezpłatnych porad prawnych i przekazując bezpaństwowcom wsparcie materialne i finansowe. Czasem jednak Mustafa się frustruje, bo pieniędzy na pomoc beneficjentom czy zorganizowanie kampanii nie wyciągnie przecież z kapelusza. – Pracownicy UNHCR mówią, że nie mogą nam pomóc, bo nie jesteśmy uchodźcami. A państwo mówi, że nie jesteśmy Libańczykami. To kim my właściwie jesteśmy i kto nam pomoże? UNHCR tylko pisze raporty. Zabrałem ich kiedyś do doliny Bekaa, gdzie mieszka wielu ludzi bez obywatelstwa. I ci ludzie w Bekaa mówili mi później: panie Mustafo, lepiej, żebyś nie przyprowadzał ich tu więcej. Oni tylko robią zdjęcia, wyjeżdżają i nic z tego dla nas nie wynika.

Proporcje

Nie tylko ojciec, który nie jest Libańczykiem, skazuje dziecko na los bezpaństwowca. Obywatelstwa można nie dostać z kilku powodów. Część dzieci nie została zarejestrowana w ciągu roku od urodzenia, jak wymaga libańskie prawo – są więc bezpaństwowcy, których oboje rodzice to Libańczycy. Są też rodziny, które nie zostały uwzględnione w spisie ludności w 1932 roku, po upadku Imperium Osmańskiego, kiedy Liban był terytorium mandatowym Francji. Pominięto wtedy około 60 tys. osób, w szczególności beduinów, którzy nie byli w stanie udowodnić, że mieszkali w Libanie przez ostatnich sześć miesięcy. Te osoby przekazały bezpaństwowość swoim dzieciom i wnukom.

Spis ludności z 1932 roku był ostatnim, który przeprowadzono w tym kraju. Wykazał, że chrześcijanie maronici stanowili blisko 29 proc. populacji, nieco mniej było muzułmańskich sunnitów (22,4 proc.) i szyitów (19,6 proc.). Na podstawie tych danych ustalono podział władzy. Maronitom, jako największej grupie wyznaniowej, przypisano najwyższy urząd prezydenta, sunnitom zaś stanowisko premiera. Szyici musieli zadowolić się stanowiskiem przewodniczącego parlamentu. Ustalono też, że na sześciu libańskich chrześcijan (nie tylko maronitów, ale także prawosławnych i grekokatolików) przypada pięciu muzułmanów. Tych drugich liczono łącznie z druzami, którzy wprawdzie też wierzą w jednego Boga, ale wcale za muzułmanów się nie uważają. Według tego współczynnika rozdzielono stanowiska w rządzie i mandaty w parlamencie.

Konfesyjny podział władzy tłumaczy niechęć do nadawania obywatelstwa dzieciom mężczyzn pochodzenia innego niż libańskie. Znaczna część tutejszych bezpaństwowców to synowie i córki Syryjczyków (jak Mustafa i Paul), Egipcjan czy mężczyzn pochodzących z innych krajów regionu, zwykle będących muzułmanami. Libańscy przywódcy należący do chrześcijańskich ugrupowań zakładają, że przyznanie ich dzieciom i im samym obywatelstwa oznaczałoby, że będą musieli podzielić się władzą z większą liczbą muzułmanów. A w kraju, w którym stanowiska państwowe przypisane są poszczególnym wyznaniom, ma to nie lada znaczenie.

Plan Kissingera

O libańskich lękach i uprzedzeniach nie sposób mówić bez cofnięcia się w przeszłość, do czasu, gdy w wyniku izraelskiej okupacji w Libanie pojawili się uchodźcy z Palestyny, w większości  muzułmanie sunnici. Libańscy chrześcijanie uznali wówczas, że Organizacja Wyzwolenia Palestyny Jasira Arafata stworzyła w ich kraju państwo w państwie. 13 kwietnia 1975 roku bojownicy chrześcijańskiej milicji Falangi (obecnie to partia konserwatywna) zaatakowali autobus wiozący Palestyńczyków oraz ich libańskich zwolenników, którzy wracali z politycznego wiecu. Falangiści zabili 27 pasażerów, 19 ranili. Na kolejne 15 lat Liban pogrążył się w chaosie wojny. Potem były następne masakry, jak te w Karantinie czy palestyńskich obozach Sabra i Szatila.

Wojna w Libanie trwała przez 15 lat (fot. Shutterstock)

W trakcie konfliktu (1975–1990) część chrześcijan uwierzyła w tzw. plan Kissingera, czyli teorię spiskową, zgodnie z którą ówczesny sekretarz stanu USA miał postanowić o wysiedleniu libańskich chrześcijan i zastąpieniu ich Palestyńczykami. Brakuje jednak dowodów potwierdzających tę teorię. Thierry Desjardins, reporter "Le Figaro", napisał o libańskiej wojnie: "Za tym masowym samobójstwem nie stoi żaden makiaweliczny plan (…) Zbrodniarze są w Bejrucie, nie w Waszyngtonie, a przyczyny leżą w samym sercu libańskiej rzeczywistości o wiele bardziej niż w wyobraźni amerykańskiego sekretarza stanu…". Według amerykańskiego badacza Ronalda McLaurina wiara w "plan Kissingera" świadczy przede wszystkim o niezdolności Libańczyków do radzenia sobie z własnymi problemami i tendencji do obwiniania o nie innych.

Konflikt zakończyło porozumienie z Taif (nazywane także Kartą Zgody Narodowej), w ramach którego wyznaniowy podział władzy ustalono na nowo, przechylając szalę nieco bardziej na stronę muzułmanów. Stanowisko prezydenta (które nadal należy się chrześcijaninowi) osłabiono, umacniając jednocześnie pozycję premiera i przewodniczącego parlamentu, a proporcję chrześcijańskich i muzułmańskich mandatów z 6:5 zmieniono na 50:50. Jednak w ten sposób nie rozwiązano żadnego z problemów, a jedynie podtrzymano podziały, które sprowokowały wojnę.

– Politycy chcą, żebyśmy się siebie nawzajem bali, bo zastraszonymi łatwiej się rządzi – uważa Mustafa. – Liderzy kurczowo trzymają się wyznaniowego podziału władzy nie po to, żeby utrzymać pokój, ale żeby utrzymać władzę. Chrześcijańscy liderzy mówią, że bronią praw chrześcijan, przekonują ich, że to kwestia przetrwania. Tak naprawdę chrześcijanie tym politykom nie wierzą, dlatego stąd wyjeżdżają, jeśli tylko mogą. Społeczeństwo jest wymieszane. Ja całe życie chodziłem do szkoły z chrześcijanami i mam wśród nich wielu przyjaciół.

Ilu dziś jest w Libanie chrześcijan? Próbowali się tego doliczyć naukowcy, bazując na wskaźnikach dzietności i emigracji. Kolejne libańskie rządy prowadziły wprawdzie statystyki demograficzne, ale zgodnie odmawiają ich upublicznienia. Wśród krajów członkowskich ONZ Liban jest rekordzistą, jako jedyny, który nie spisał swojej ludności tak długo. Można łatwo domyślić się dlaczego. Gdyby nowy spis wykazał, że członków którejś z grup wyznaniowych przybyło, jej przywódcy mogliby domagać się większego udziału we władzy, a ci, których ubyło, nie chcieliby przypadających im stanowisk i przywilejów oddać.

Libańskim politykom oprócz strachu przed utratą władzy towarzyszy jeszcze jeden lęk. – Boją się kobiet i nie chcą dać im tych samych praw co mężczyznom. Nie chcą, by były wolne i mogły same decydować, z kim założyć rodzinę – uważa Mustafa.

Ustawa o obywatelstwie, która uniemożliwia Libankom przekazanie go dzieciom, ma prawie sto lat i pochodzi jeszcze z czasów francuskiego mandatu w Libanie i Syrii. Obecnie niemal nikomu – poza tymi, którzy w wyniku tego prawa cierpią – nie zależy na jego zmianie. A tak dyskryminacyjne przepisy wcale nie są w świecie arabskim normą. Większa równość w tej kwestii panuje w Algierii, Egipcie, Maroku, Tunezji, Jemenie i Iraku. Nawet Saudyjki mogą przekazać swoim dzieciom obywatelstwo, jeśli ojciec jest nieznany, a więc w sytuacji, w której dzieci mogłyby stać się bezpaństwowcami. W Libanie to właśnie one płacą największą cenę za to, że ich matki są dyskryminowane.

Ustawa o obywatelstwie, która uniemożliwia Libankom przekazanie go dzieciom, ma prawie sto lat i pochodzi jeszcze z czasów francuskiego mandatu w Libanie i Syrii (fot. Shutterstock)

Udaje nam się czasem osiągnąć drobne rzeczy, na przykład zapisać dziecko, które nie ma obywatelstwa, do szkoły czy załatwić komuś kartę pobytu. Chciałbym jednak, żeby zmieniło się prawo – mówi Mustafa. – W parlamencie było już pięć ustaw dotyczących obywatelstwa zaproponowanych przez różne partie, ale ostatecznie nic się nie zmieniło. O nową kartę pobytu trzeba aplikować co trzy lata, a bez niej ryzykuje się aresztowanie. Co roku dyskutujemy z ministrem, żeby dopuścił dzieci Libanek do szkolnych ławek. Ale co z tego, jeśli skończą szkołę, ale pracy nie dostaną? Nie zostaną lekarzami, prawnikami ani kierowcami taksówek. Ten rząd zabija ich marzenia. Czy można się dziwić, jeśli kradną, uzależniają się albo nienawidzą społeczeństwa?

Zobacz wideo Liban, Dubaj, Mińsk, Polska, Litwa, Niemcy. Jak wygląda cała podróż migrantów m.in. z Bliskiego Wschodu do Europy? Jaką rolę odgrywa w tym Białoruś i jej polityka?

Wstyd

Bezpaństwowcy mogą wziąć ślub religijny, ale nie mogą zarejestrować małżeństwa. Ich dzieci też są bezpaństwowcami, więc grupa ludzi, którzy nie mają żadnego obywatelstwa, powiększa się. Najwięcej jej przedstawicieli mieszka w libańskim Trypolisie, na północ od Bejrutu, w regionie Wadi Khaled i dolinie Bekaa. – A wiesz, gdzie jest najwięcej zwolenników Państwa Islamskiego w Libanie? Właśnie tam. To ci ludzie są celem dla terrorystów, bo łatwo ich przekonać, że padli ofiarą nienawiści za to, że są muzułmanami. Że właśnie dlatego spotyka ich codzienna dyskryminacja. "Nie masz prawa pracować, bo jesteś muzułmaninem" – tłuką im do głów – mówi Mustafa. I dodaje: – Tutaj nie być Libańczykiem to wstyd. Libańczycy potrafią powiedzieć z wyższością: ubrałeś się jak jakiś Syryjczyk. Bo dla nich liczą się modne marki. Trzymają nosy wysoko i wydaje im się, że są kimś więcej. Choć tak naprawdę wielu z nich pochodzi z terenów Syrii. Przecież granica między Syrią i Libanem sto lat temu nawet nie istniała. Wielu libańskich polityków ma żony Syryjki. Żona pana Haririego, byłego premiera, jest córką syryjskiego biznesmena, a żona Dżumblata, który stał na czele Progresywnej Partii Socjalistycznej, córką syryjskiego polityka.

Mustafa ma syryjskie obywatelstwo, ale nie czuje się Syryjczykiem – lubi Syrię, ale jej nie zna. Bo jak można znać państwo, w którym było się ze trzy razy. Obywatelką Syrii jest też jego córka. – Jeśli chcesz doprowadzić ją do płaczu, to wystarczy, że nazwiesz ją Syryjką. Ma 14 lat i chce być taka jak jej koleżanki. To bardzo trudne, gdy rodzisz się w jakimś miejscu, spędzasz tu całe życie, a ktoś ci mówi, że nie jesteś stąd – mówi Mustafa. – Ja nie wyjeżdżałem z Bejrutu przez 40 lat, bo nie miałem żadnych dokumentów i bałem się, że zostanę zatrzymany na jednym z rozmieszczonych w całym kraju posterunków kontrolnych. A dziś, gdybym chciał pojechać do Polski, nie daliby mi wizy. Może daliby Libańczykowi, ale nie Syryjczykowi, bo uznaliby, że jadę po to, żeby zostać. Chcecie zatrzymać emigrację do Europy? Pomóżcie nam sprawić, żebyśmy nie musieli stąd wyjeżdżać.

Dalia Mikulska. Absolwentka prawa, pomocy humanitarnej i Polskiej Szkoły Reportażu. Swoje teksty publikowała m.in. w Tygodniku Powszechnym, Gazecie Wyborczej, Przeglądzie i Onecie. Stypendystka Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej, nominowana do nagrody dziennikarskiej "Człowiek z Pasją" za reportaż o zbrodniach dokonywanych w syryjskich aresztach. Dzieli życie między Polskę a świat arabski, w tej chwili jej tymczasowym domem jest Tunezja, gdzie bada strategię prewencji i zwalczania radykalizmu w tym kraju. Kontakt do autorki: dalia.mikulska@gmail.com