Świat
Wolontariuszki Ezras Nashim (fot. Domena publiczna)
Wolontariuszki Ezras Nashim (fot. Domena publiczna)

Kobiece pogotowie ratunkowe w Borough Park założyła Rachel Freier – matka sześciorga dzieci i pierwsza chasydka mianowana na stanowisko sędzi w USA, która pracuje obecnie w wydziale karnym sądu na Brooklynie. Pomysł stworzenia kobiecej grupy ratowniczej pojawił się w 2011 roku, gdy szefostwo żydowskiej organizacji Hatzalah i lokalni rabini odmówili przyjmowania w swoje szeregi chasydek ratowniczek.

Jak podaje "New York Times", w 2020 roku Ezras Nashim otrzymało 475 próśb o interwencję. Rachel jest tu dyrektorką organizacji, a za bieżące funkcjonowanie odpowiada jej córka, 22-letnia Leah Levine. W pogotowiu działa 45 ratowniczek wolontariuszek. W ostatnich latach Ezras Nashim rozszerzyło działalność na brooklyńską dzielnicę Flatbush i inne zamieszkane przez ortodoksyjnych żydów rejony stanu Nowy Jork: Stern College, Five Towns i Monsey. Organizacja pomaga kobietom w sfinansowaniu kursów na technika pogotowia ratunkowego [tak zwany EMT, czyli osoba posiadająca mniejsze uprawnienia niż ratownik medyczny – przyp. aut.]. Za koordynację szkoleń dla wolontariuszek odpowiada Charna Goldsmith, która sama ukończyła kurs EMT i regularnie jeździ na interwencje do pacjentek.

Rachel Freier, założycielka kobiecego pogotowia ratunkowego w Borough Park (fot. Jordan Rathkopf / CC BY-SA 4.0)

Marta Zdzieborska: Dlaczego to tak ważne, by ortodoksyjne żydówki mogły korzystać z pomocy pogotowia tylko dla kobiet?

Leah Levine: Nasze całe życie opiera się na zasadzie skromności. Nosimy proste ubrania, po ślubie zakrywamy włosy. Od dzieciństwa uczone jesteśmy tego, by spędzać czas w damskim gronie i izolować się od mężczyzn. Nic więc dziwnego, że gdy potrzebujemy nagłej pomocy medycznej, czujemy się bardziej komfortowo w obecności kobiet. Sama idea wezwania do domu obcych mężczyzn jest dla wielu żydówek wręcz paraliżująca. Znam kobiety, które po porodzie lub badaniu przeprowadzonym w obecności ratowników z Hatzalah zmagają się z traumą przez długie lata. I nie ma co się dziwić. Pamiętam interwencję u pacjentki z alergią w strefie intymnej. Gdy przyjechałam do niej do domu, nie miała oporów, by pokazać mi bolesne miejsce. Trudno sobie wyobrazić sytuację, w której zrobiłaby to samo w obecności mężczyzn.

W wywiadzie dla "New York Timesa" opowiadałyście o kobietach, które tak bardzo chciały uniknąć kontaktu z ratownikami medycznymi, że zwlekały z wezwaniem pomocy.

Charna Goldsmith: Niestety, to wciąż dość częsty przypadek. Ostatnio odebrałam zgłoszenie od pacjentki, u której wystąpił przedwczesny poród. Jej sąsiedzi usłyszeli, że coś jest nie tak, i jednocześnie zadzwonili pod numer 911 po karetkę. Gdy pod drzwiami kobiety pojawili się nowojorscy ratownicy, nie chciała ich nawet wpuścić i czekała na ambulans Ezras Nashim. Na szczęście przyjechałyśmy niedługo później i zawiozłyśmy ją do szpitala.

Leah Levine: Nie każda taka historia kończy się dobrze. Znam przypadek żydówki, która tak bardzo stresowała się obecnością ratowników medycznych, że z całych sił próbowała wstrzymywać poród. W efekcie doszło do poważnego urazu kanału rodnego i dalszych powikłań. Często wspominam też przypadek kobiety, która doznała poważnego krwotoku w wyniku pęknięcia żylaka. Wstydziła się wezwać pogotowie, bo do wypadku doszło pod prysznicem i nie chciała, żeby obcy mężczyźni oglądali ją w takim stanie. Zadzwoniła tylko do męża. Gdy ten przyjechał do domu, kobieta była już martwa.

Opowiadam te wszystkie historie, bo chcę, żebyś mnie dobrze zrozumiała: ortodoksyjne żydówki narażają swoje życie nie dlatego, że nasze prawo zabrania im korzystania z pomocy ratowników medycznych. One po prostu są tak skromne, że nie chcą, by dotykał je obcy mężczyzna.

Z tego punktu widzenia wasze pogotowie powinno otrzymać pełne wsparcie ze strony rabinów i mężczyzn z Hatzalah. Jest jednak zupełnie inaczej. Co mają wam do zarzucenia?

Leah Levine: Przede wszystkim uważają, że kobiety są zbyt słabe, by pracować w pogotowiu, że to zajęcie tylko dla mężczyzn. Podkreślają, że prowadzenie karetki na sygnale oznacza zwracanie na siebie uwagi, co godzi w obowiązującą nas zasadę skromności. Niektórzy twierdzą wręcz, że Ezras Nashim działa wbrew religii. Nie interesuje ich zdanie pojedynczych rabinów powtarzających, że z dwojga złego lepiej, by to kobieta pomagała innej kobiecie niż obcy mężczyzna.

Charna Goldsmith: Ludzie nas nie rozumieją. Często spotykam się z komentarzami, że skoro działam w Ezras Nashim, to znaczy, że nie stawiam swojej rodziny na pierwszym miejscu. Krytykowana jestem też za to, że czasami wyjeżdżam w środku nocy na interwencję i zostawiam w domu swoje małe dzieci. Przecież według chasydów takie rzeczy kobiecie nie przystoją! Już nieraz słyszałam, że moje dzieci będą miały przeze mnie problemy w szkole, a gdy już dorosną, trudno będzie je z kimś wyswatać.

Leah Levine (fot. Archiwum prywatne) , Charna Goldsmith (fot. Archiwum prywatne)

Zaledwie kilka miesięcy po tym, jak dostałyście zgodę na prowadzenie karetek pogotowia, ktoś uszkodził jeden z waszych samochodów w Borough Park.

Charna Goldsmith: Od początku doświadczałyśmy agresji. Na przykład, gdy kilka miesięcy temu czekałam w karetce na parkingu, podbiegł do mnie mężczyzna i krzyczał, żebym jak najszybciej odjechała. Ludzie są dla nas bardzo nieprzyjemni. W jedną wolontariuszkę rzucono kiedyś jabłkiem.

Leah Levine: Naszą pracę na co dzień utrudniają fałszywe zgłoszenia na pogotowie. Ludzie dzwonią dla zabawy i wymyślają jakieś głupoty. Zdarza się też, że przechodnie nagrywają jadące z interwencją wolontariuszki. Zamieszczają potem filmik w sieci i robią sobie z nas żarty, obrażają nas.

Jeden z nieprzychylnych wam wpisów na Twitterze brzmi: "Niech Bóg się zmiłuje nad tymi, którzy czekają, aż one zrobią sobie makijaż i się wystroją".

Leah Levine: To i tak dość łagodny komentarz. Kiedy zaczynałyśmy działalność, ludzie rozpuszczali plotki, że jesteśmy tak nieprofesjonalne, że w wyniku naszych interwencji umierają kobiety. Opór społeczności był tak duży, że trudno nam było znaleźć dostawców, którzy sprzedaliby nam sprzęt medyczny i radiotelefony. Straszono również bojkotem szpitala, w którym nasze wolontariuszki przechodziły kurs na technika pogotowia ratunkowego. Do dziś nie wszystkie żydowskie gazety chcą zamieszczać nasze ogłoszenia. Nie brakuje też ludzi przekonujących rabinów, że naszym jedynym celem jest promowanie feminizmu.

A feminizm to słowo, którego unikacie jak ognia.

Leah Levine: Bo założeniem feminizmu jest to, że kobieta i mężczyzna są sobie równi. A my nie kwestionujemy Bożego porządku i zgadzamy się z tym, że każda płeć odpowiada za inne zadania. Założyłyśmy pogotowie, bo chcemy jak najlepiej realizować rolę kobiet, czyli dbać o innych. Przecież to my od wieków opiekowałyśmy się słabszymi, przyjmowałyśmy porody. To dla mnie niesprawiedliwe, że Hatzalah przyjmuje tylko mężczyzn. Przecież nigdzie w Torze nie jest napisane, że kobiety nie mogą być ratowniczkami! Ludzie to wymyślili. Denerwuje mnie, że nazywają nas teraz feministkami.

Charna Goldsmith: Dla mnie ta cała dyskusja na temat feminizmu jest niezrozumiała. Nie muszę nazywać siebie feministką, żeby realizować swoje marzenia i plany. Mogę być dobrą matką i gospodynią domową, a jednocześnie pracować i się rozwijać. Na przykład zrobiłam kurs EMT, gdy byłam w drugiej ciąży. To nie było łatwe, ale bardzo mi na tym zależało. Tak samo teraz: choć prowadzę swoją pracownię perukarską, to jeszcze odpowiadam za szkolenie wolontariuszek w Ezras Nashim i niedawno zaczęłam studiować zaocznie prawo.

Czy musiałaś mieć na to wszystko zgodę męża?

Charna Goldsmith: Tak, choć na początku było o nią trudno… Mąż nie chciał, żebym szła na kurs EMT, bo uważał, że przez to będę zaniedbywała dom i nasze dzieci. On jest bardzo tradycyjny. Na przykład codziennie wieczorem jemy rodzinną kolację, a jak poszłam na kurs, to trzy razy w tygodniu nie było mnie wieczorami w domu. Mąż sam musiał odgrzewać sobie jedzenie, wykąpać dzieci i położyć je spać. Bardzo się o to kłóciliśmy.

Ale jednak dopięłaś swego i poszłaś na ten kurs.

Charna Goldsmith: Tak, choć mam świadomość, że to tylko dlatego, że mój mąż kategorycznie mi tego nie zabronił. Po prostu poszłam na zajęcia i on nie zaoponował. Mam szczęście, że mój mąż nie jest taki jak nasz sąsiad, który twierdzi, że miejsce kobiety jest w domu.

Czy zgadzacie się ze stwierdzeniem, że sytuacja ortodoksyjnej żydówki zależy od tego, jakiego ma męża i teściową?

Leah Levine: Zdecydowanie tak. Mogę liczyć na wsparcie męża, bo jego matka prowadzi własną firmę i skończyła studia. Choć sam jest bardzo religijny i całymi dniami studiuje Torę, to nie ma nic przeciwko temu, że pracuję w Ezras Nashim i robię licencjat z psychologii. Mój mąż przypomina mi mojego tatę, który nigdy nie traktował ambicji zawodowych mojej mamy [chodzi o sędzię Rachel Freier – przyp. aut.] jako zagrożenie. Mam też duże szczęście, że moja teściowa jest ze mnie dumna. Inne kobiety by nie były.

Charna Goldsmith: U mnie na przykład dużą rolę odgrywa to, że nie jestem ortodoksyjną żydówką od urodzenia. Dopiero gdy wróciłam z podróży do Izraela i poznałam swojego męża, zdecydowałam się przejść na chasydyzm. Trochę trudniej niż innym kobietom przychodzi mi dostosowywanie się do obowiązujących reguł i mój mąż o tym wie. Czasem mówię mu w złości, że wiedział, z kim się żeni. (śmiech)

Wolontariuszki Ezras Nashim razem z sędzią Rachel Freier (fot. Archiwum prywatne) , Leah Levine z mężem (fot. Archiwum prywatne)

Rachel Freier, dyrektorka Ezras Nashim, w wywiadzie dla "New York Timesa" powiedziała, że nauczyła się, jak realizować swoje cele, a jednocześnie przestrzegać sztywnych zasad chasydyzmu.

Leah Levine: Gdy ja zdecydowałam się na studia, wybrałam żydowską uczelnię, która oferuje zajęcia tylko dla kobiet. Ze względu na naukę nie odłożyłam jednak decyzji o macierzyństwie i właśnie spodziewam się pierwszego dziecka. Tak też studiowała moja mama: gdy była na pierwszym semestrze, urodziła moją siostrę, a gdy kończyła studia, urodziła mnie.

Bardzo ważne dla mojej mamy i naszej organizacji jest konsultowanie wszystkiego z rabinem. Na przykład udzielamy ci teraz wywiadu, bo dostałyśmy na to jego zgodę. Przez długi czas zastanawiałyśmy się też, czy na kurs EMT możemy przyjmować również niezamężne kobiety. Miałyśmy taką wątpliwość, bo Hatzalah nie pozwala na to kawalerom. Ostatecznie jednak rabin powiedział, że lepiej, by pacjentkom pomagały singielki niż ratownicy z Hatzalah.

Charna Goldsmith: Trzeba tu dodać jeszcze jedną ważną rzecz. Mamy szansę na rozwój, ale pod warunkiem, że obracamy się w gronie kobiet. To dotyczy także sfery zawodowej. Nie jest przypadkiem, że ortodoksyjne żydówki specjalizują się w robieniu peruk, sprzedaży kosmetyków czy ubrań... Gdybym zapragnęła prowadzić szkołę nauki jazdy – tak jak mój mąż – to byłoby nie do zrealizowania.

A skoro już wracamy do wątku waszych mężów, to powiedzcie, jak ich poznałyście?

Leah Levine: Przez swatkę. Przed zaręczynami widzieliśmy się tylko dwa razy, za każdym razem przez około półtorej godziny. On miał wtedy 22 lata, a ja 19.

Charna Goldsmith: U nas było bardziej naturalnie. Po prostu poznaliśmy się u znajomych podczas szabatowej kolacji. To dla męża przeszłam na ortodoksyjny judaizm. Miałam wtedy 26 lat.

A ile masz teraz?

Charna Goldsmith: 31.

Czyli w świecie nowojorskich chasydów funkcjonujesz dopiero od pięciu lat. Czy tęsknisz za czasami, gdy nie byłaś ortodoksyjną żydówką?

Charna Goldsmith: Szczerze mówiąc… nie za bardzo. Świat ortodoksyjnych żydów jest pełen ograniczeń, ale z drugiej strony ma też duże plusy. Przede wszystkim żyję w społeczności, w której można polegać na pomocy innych. Jasne, to ma swoją cenę: muszę zakrywać włosy, nosić długie spódnice, zakrywać dekolt, wysyłać dzieci do żydowskich szkół i jeść według ściśle określonych zasad. Jednak to dopiero w Borough Park doświadczyłam prawdziwej wspólnoty.

Ten hermetyczny świat bywa jednak bezwzględny, o czym świadczy nagonka na Ezras Nashim. O problemach wśród ortodoksyjnych żydów opowiada też popularny serial Netfliksa "Unorthodox" zrealizowany na podstawie autobiografii Deborah Feldman. Oglądałyście go?

Leah Levine: Tak. I nie uważam, że historia jednej nieszczęśliwej kobiety jest reprezentatywna dla całej naszej społeczności. Serial przedstawia tylko wycinek naszego świata.

Charna Goldsmith: Trzeba pamiętać o tym, że niektórzy ortodoksyjni żydzi idą z duchem czasu. Koszty utrzymania w Nowym Jorku są bardzo wysokie i coraz mniej rodzin stać na życie z jednej pensji. Pracują zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Na przykład spójrzmy na mojego męża. Choć jest bardzo religijny, zrezygnował z całkowitego poświęcenia się studiowaniu Tory. Zamiast tego wstaje codziennie o czwartej rano, czyta święte teksty, a potem o ósmej jedzie do pracy. Zmienia się też podejście do studiujących kobiet. W Ezras Nashim mamy kilka wolontariuszek, które po ukończonym kursie EMT zapragnęły studiować pielęgniarstwo. I wielu się to udało, na przykład mojej przyjaciółce, która ma 45 lat i szóstkę dzieci. Nawet nie miała problemu, żeby dostać zgodę męża! To prawda, że całe nasze życie kręci się wokół Tory i dzieci, ale przy okazji możemy coś w nim osiągnąć.

Leah Levine. Dyrektorka ds. operacyjnych w Ezras Nashim, technik pogotowia ratunkowego. Właśnie skończyła studia licencjackie z psychologii i pomocy socjalnej na żydowskim uniwersytecie Touro College w Nowym Jorku. Planuje zdawać na studia magisterskie.

Charna Goldsmith. Technik pogotowia ratunkowego i koordynatorka szkoleń w Ezras Nashim, właścicielka firmy wykonującej peruki dla kobiet chorych na raka.

Marta Zdzieborska. Dziennikarka. Mieszka w Kalifornii, skąd pisze reportaże i teksty o bieżącej sytuacji w USA. Współpracuje z Tygodnikiem Powszechnym. Publikowała w Wysokich Obcasach, Polityce i Magazynie Warszawa. Autorka książki Tamtego życia już nie ma (Świat Książki, 2019), zbioru reportaży o uchodźcach w Polsce. Laureatka honorowego wyróżnienia Nagrody im. Adolfa Bocheńskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (2016) oraz Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka (2017).