Świat
Carmen Rosa przed swoją restauracją (Honorata Zapaśnik)
Carmen Rosa przed swoją restauracją (Honorata Zapaśnik)

Z Carmen Rosą spotykam się w małej, noszącej jej imię restauracji, którą prowadzi w miejscowości El Alto, nieopodal La Paz, stolicy Boliwii. Trudno w Carmen rozpoznać znaną w całym kraju cholitę, rdzenną kobietę z tubylczego ludu Boliwii. Ma na sobie zwykły fartuszek, chustę na głowie i kuleje.

Carmen Rosa to nie jest twoje prawdziwe imię. 

Tak naprawdę mam na imię Polonia, czyli po hiszpańsku Polska – takie imię widniało w kalendarzu w dniu moich urodzin. Dzisiaj wszyscy jednak znają mnie jako Carmen Rosę. Pod takim pseudonimem występowałam na ringu.

Byłam jedną z pierwszych cholitas, które walczyły w lucha libre, boliwijskim wrestlingu. Na ring wychodziłam razem z trzema innymi kobietami Ajmara [lud południowoamerykański, posługujący się językiem ajmara, Ajmarowie mieszkają dziś głównie w górach Boliwii - przyp. red.], walczyłyśmy przeciwko sobie, w parach. Do tej pory mamy kontakt. Dziś wiele dziewczyn nas naśladuje i tak jak my występuje w tradycyjnych strojach. Niektóre wybrały pseudonim podobny do mojego, na przykład Carmen Loca, Carmencita Rosita. Jedna luchadorka - Jihovana - nawet przedstawia się jako Carmen Rosa.

Kobiety Ajmara w tradycyjnych strojach (Shutterstock.com) , Kobiety Ajmara w wiosce w górach Boliwii (Shutterstock.com)

Powiedziałaś, że walczycie w swoich tradycyjnych strojach. To was wyróżnia?

Tak. Luchadorzy i luchadorki noszą maski – zaczęli naśladować w tym słynnego meksykańskiego zawodnika Santo – i wymyślone przez siebie przebranie, na przykład kolorowy kombinezon z lycry i pelerynę. A my, cholitas, walczymy w tradycyjnym ubraniu: butach, sukienkach. Do walki zdejmujemy tylko kapelusz, biżuterię i pelerynę. W przeciwieństwie do innych luchadorów nie walczymy w maskach.

Sukienki są ciężkie, składają się z kilku warstw falban. Możecie w nich wykonywać te same ruchy co mężczyźni?

Tak, ale żeby się tego nauczyć, musiałyśmy codziennie ćwiczyć. To było najtrudniejsze.

Zaczęłaś walczyć ponad 20 lat temu. W jaki sposób zainteresowałaś się tym sportem?

Kiedy byłam dzieckiem, moja mama zabierała mnie i mojego brata na oglądanie walk. Po jej śmierci nadal chodziłam na lucha libre. Kiedyś po walkach usłyszałam ogłoszenie, że kobiety i mężczyźni mogą zacząć ćwiczyć pod okiem profesjonalnego trenera. Razem z kilkoma koleżankami cholitami postanowiłyśmy spróbować.

Jak wyglądały wasze początki?

Spotkałyśmy się z dyskryminacją ze strony mężczyzn luchadorów. Mówili: Nie dacie sobie rady, nadajecie się do kuchni, powinnyście zajmować się dziećmi i robić pranie. Niektórzy sądzili, że szybko zrezygnujemy, bo trening był bardzo ciężki. Trenerzy traktowali nas tak samo jak mężczyzn, mimo że byłyśmy słabsze. Nam o wiele trudniej jest rzucić przeciwnika na ziemię. Dzisiaj mężczyźni nadal źle o nas mówią, powodem jest jednak zazdrość. Osiągnęłam znacznie więcej niż oni, jestem rozpoznawalna, mam swoich fanów.

 

Trenerzy myśleli, że nie odważymy się wyjść na ring. Dużo dziewczyn rzeczywiście się wykruszyło. Tylko ja i trzy moje koleżanki dotrwałyśmy do końca treningów.

To zabawne, ale pomogli mi w tym inni luchadorzy, którzy się z nas śmiali. Ich lekceważące słowa stały się dla mnie motywacją. Chciałam pokazać, że mogę być tak samo dobra jak oni.

Kiedy zaczynałaś karierę jako luchadorka, cholitas zajmowały się swoimi domami albo pomagały w domach zamożnych osób.

Wielu ludzi sądzi, że nasza pozycja w społeczeństwie umocniła się dzięki Evo Moralesowi, pierwszemu prezydentowi Boliwii, który tak jak ja jest rdzennym mieszkańcem Ameryki. Doszedł do władzy w 2006 roku i rządził przez 13 lat. Ich zdaniem to on dał nam więcej praw, między innymi zrównujących kobiety z mężczyznami. Ale w rzeczywistości niewiele się zmieniło – cholitas nadal nie są dopuszczane do wyższych stanowisk w kraju. Mężczyźni zaczęli pozwalać na więcej swoim kobietom, ale wyłącznie z powodów ekonomicznych.

Evo Morales - od 22 stycznia 2006 do 10 listopada 2019 prezydent Boliwii (Shutterstock.com)

Wcześniej tylko mąż pracował, przekazywał całą pensję żonie i to ona zarządzała budżetem. Kiedy mężczyźni zaczęli mniej zarabiać, ich żony też musiały pójść do pracy. Obecnie wiele cholitas ma więc swoje pieniądze, ale to one ze swoich zarobków kupują jedzenie. Ich mężowie nie zaprzątają sobie tym głowy, często wydają pieniądze na rozrywkę, alkohol. I nie zdają sobie sprawy, że kobiety pracują na dwa etaty, bo nadal dbają o dom.

Do momentu objęcia władzy przez Evo Moralesa rdzenni mieszkańcy byli traktowani w Boliwii jak obywatele drugiej kategorii. A mowa o znacznej większości społeczeństwa. Często spotykałaś się z dyskryminacją?

Oczywiście. Do szkoły chodziłam w tradycyjnym stroju i fryzurze – włosy miałam uczesane w warkocze. Rodzice innych dzieci – biali lub metysi – mówili im, żeby nie bawiły się ze mną, bo jestem Indianką ze wsi.

Pod tym względem niewiele się zmieniło. Dwa lata temu drogówka zatrzymała mojego syna, kiedy jechał motocyklem. Okazało się, że zapomniał zabrać z domu prawo jazdy – i za to go aresztowali. Poszłam po niego na komendę. „Dlaczego zatrzymaliście mojego syna zamiast dać mu mandat?" – zapytałam. "Bo się stawiał". "Znam mojego syna i wiem, że nie jest wybuchowy". "Proszę poczekać". – Policjantka przerwała rozmowę i zajęła się czymś innym. Pracowałam wtedy dla telewizji, dla Canal 11. Zadzwoniłam do produkcji programu informacyjnego i powiedziałam: "Wyślijcie tu kamery, bo na komendzie nie chcą udzielić mi informacji". Wtedy któraś z policjantek mnie rozpoznała. "To jest Carmen Rosa – wyszeptała do koleżanki. – W czym możemy pani pomóc?" Od razu zajęła się moją sprawą. Ale co się dzieje, jeśli ktoś nie nazywa się Carmen Rosa? Ajmaras są często skromni i nieśmiali, nie potrafią zawalczyć o swoje.

Stałaś się popularna dzięki walkom. Pamiętasz tę pierwszą?

Nie powiedziałam mężowi o tym, że idę walczyć. Nic nie podejrzewał, był w pracy. Wtedy występowałam pod pseudonimem Juana la India, żeby pokazać, że jestem dumna z mojego pochodzenia. Potem zmieniłam imię, bo inna luchadorka skopiowała mój pomysł.

Walki odbywają się jeden na jednego lub w parach. Tego dnia walczyłyśmy w parach. Byłam bardzo zdenerwowana, bo nie wiedziałam, czy sobie poradzę. Zeszłam z ringu cała poobijana.

Jak mąż zareagował na to, że walczysz?

Długo nie chciał się zgodzić, żebym wychodziła na ring, bo uważał, że to sport dla mężczyzn. W końcu powiedziałam mu: "Kobiety są w stanie zrobić znacznie więcej niż siedzieć w kuchni". „Może ci się coś stać! – ostrzegał. – Pamiętaj, że masz małe dzieci". Przyznaję, wracałam czasem do domu z siniakami, ale nie mówiłam o tym mężowi. "Boli cię?" – pytał. "Nie" – kłamałam. Nie chciałam go niepotrzebnie martwić. Moja koleżanka luchadorka też miała podobne problemy z mężem, dwie pozostałe były samotnymi matkami, więc nie musiały nikogo pytać o zgodę.

Ile pieniędzy dostawałaś za walkę?

Na początku nie zarabiałam dużo. Płacili mi pięć-sześć dolarów. Mężczyźni dostawali kilka razy więcej. Nie robiłam tego jednak dla pieniędzy, ale z miłości do sportu.

W walkach można wejść w rolę zawodnika tecnico lub rudo. Luchador tecnico zawsze postępuje zgodnie z zasadami, a rudo używa podstępu, żeby wygrać: ciągnie za włosy, uderza tam, gdzie nie powinien. Kim byłaś podczas walk?

Na początku byłam ruda, czyli ta zła, nie przestrzegałam zasad walki. Po dwóch latach zostałam tecnica, bo ludzie mnie lubili. Publiczność zawsze kibicuje zawodnikom tecnico, czyli tym dobrym. Odtąd walczyłam zgodnie ze wszystkimi regułami.

Kolorowe maski luchadorów (Shutterstock.com) , Luchadorzy z Meksyku (Shutterstock.com)

Wychodziłyśmy na ring w każdą niedzielę. Chyba w 2003 roku nasz trener zorganizował duże zawody, na widowni siedziało tysiąc osób, zaprosił też media. Następnego dnia pisały o tym wydarzeniu różne gazety, nawet pojawił się materiał o walce w CNN. W ten sposób usłyszało o nas dwóch dziennikarzy z Peru i przyjechali, żeby nas poznać. Zrobili z nami wywiad i powiedzieli, że zaproszą nas do swojej telewizji. Nie traktowałyśmy ich poważnie. Ale po miesiącu nasz trener dostał od nich zaproszenie do programu na żywo w Limie. Wtedy po raz pierwszy leciałyśmy z koleżankami luchadorkami samolotem. Inni pasażerowie i stewardesy robili sobie z nami zdjęcia. Na lotnisku czekali dziennikarze i limuzyna. Z dnia na dzień stałyśmy się gwiazdami w innym kraju. Do Peru latałyśmy w piątek, wracałyśmy w środę. I tak przez dwa lata.

Mąż nie robił problemów?

Zostawał w domu i zajmował się naszą córką i synem. W końcu zaczął mnie we wszystkim wspierać. Czasem zastanawiam się, jak udało mi się spotkać tak cierpliwego partnera. Większość mężczyzn w Boliwii narzuca kobietom swoje zdanie, wielu je bije.

Później zaczęłam go zabierać do Peru, Brazylii, Argentyny. W końcu został sędzią w czasie walk, mówiono na niego "Kot Górski", na cześć znanego meksykańskiego luchadora, któremu kibicował od lat.

W pewnym momencie rozstałaś się ze swoim trenerem.

W 2006 roku pokłóciłam się z nim o pieniądze. Za każdą walkę w Peru płacił nam po 180 peso, czyli około 26 dolarów. Sam zarabiał 1200 dolarów na jednej walce. Uważałam, że to niesprawiedliwe. Nie zgodził się ze mną. W końcu podniósł mi stawkę, ale pozostałym dziewczynom nie chciał. Zrezygnowałyśmy z tej współpracy i stworzyłyśmy własną firmę. Wtedy on zaczął nas straszyć: Nie uda wam się, wszyscy o was zapomną. Okazało się, że to o nim przestało być głośno. Carmen Rosa i Gladiatorzy Ringu dzisiaj są znaną marką. Trenujemy nowe pokolenie luchadorów, zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Moje dzieci też poszły w moje ślady. 26-letnia córka walczy jako Dulce Rosa, a 33-letni syn jako Bi Lover.

Carmen Rosa ze swoim mężem (Honorata Zapaśnik) , Carmen Rosa ze swoją rodziną (Honorata Zapaśnik)

W którym momencie zauważyłaś, że jesteś rozpoznawalna?

W styczniu 2006 roku. Byłam wtedy w Peru, gdy mój mąż zadzwonił do mnie i powiedział: "Nie uwierzysz, ale na rynku można kupić pirackie płyty z waszych walk". Byłam zaskoczona, bo nikt nas nie pytał, czy zgadzamy się, żeby walki były nagrywane. Nie dostałyśmy za to ani centa. Krótko po tym, jak założyłam firmę, zaczęłam pracować w boliwijskiej telewizji, najpierw dla Canal 39, więc ludzie na ulicy mnie rozpoznawali.

Czym zajmowałaś się w telewizji?

W Canal 39 byłam jedną z prowadzących program "Z nieba do piekła", którego celem była pomoc biednym ludziom. Czasami szukałam też gości do programu. Kiedyś musiałam znaleźć biedną kobietę, której będziemy mogli podarować nową kuchnię. Pojechałam do małej wioski i poznałam Boliwijkę z ośmiorgiem dzieci, jedzenie gotowała im na ognisku.

Najtrudniejszy był dla mnie odcinek, kiedy doszło do oberwania góry w jednej z dzielnic La Paz, w wyniku czego domy, które znajdowały się poniżej, zostały zasypane ziemią. Byłam świadkiem tego, jak ludzie szukają swoich rzeczy. "Zostałam bez niczego" – lamentowała jedna kobieta. Za nią stało dwoje dzieci, płakały. Podeszłam do nich, objęłam je i zaczęłam płakać razem z nimi. Producentka programu podała mi wodę i poprosiła, żebym się uspokoiła. Weszłam na antenę, ale nie byłam w stanie nic powiedzieć. Musieli przerwać nagranie.

Gdybym miała pieniądze, mogłabym tym ludziom pomóc, ale jestem tak samo biedna jak oni. W telewizji zarabiałam początkowo niewiele, w najlepszym momencie, gdy pracowałam przy trzech programach, miałam pensję nieco wyższą niż najniższa krajowa.

Stałaś się na tyle popularna, że wystąpiłaś też w "Tańcu z gwiazdami".

Tak, sześć lat temu. Nigdy wcześniej jednak nie tańczyłam. Producenci programu obiecali, że mnie nauczą. Stwierdziłam, że skoro potrafię walczyć w sukience, to dam radę też zatańczyć. Taniec okazał się trudniejszy od walki, bo w nim liczy się rytm. Nie poruszałam się tak, jak chciałam. Myślałam, że szybko odpadnę. Widzowie ratowali mnie jednak swoimi głosami i udało mi się dojść do półfinału. Niestety, wtedy nabawiłam się kontuzji biodra i odpadłam. Teraz potrzebna jest mi proteza stawu biodrowego, żebym mogła normalnie chodzić. Operacja kosztuje pięć tysięcy dolarów, nie mam takich pieniędzy.

 

Dziś prowadzisz z mężem restaurację.

A w soboty jeżdżę za miasto do grupy kobiet i uczę je gotować. Potrzebują wsparcia, bo nie mają pieniędzy. Dzięki temu będą mogły przygotowywać potrawy i sprzedawać je na ulicy. Robię to za darmo, z potrzeby serca.

Zawsze przejmowałam się losem biednych ludzi. Politycy chcą, żebym dołączyła do ich partii – Tercer Sistema, El Frente de Unidad Nacional czy El Frente Revolucionario de Izquierda. Zależy im na mnie, bo jestem rozpoznawalna. W przeciwieństwie do nich jestem zwykłą kobietą, która chodzi po ulicach, nie przemieszcza się po kraju helikopterem – jak oni. Dzięki temu mam kontakt z ludźmi i wiem, jakie są ich potrzeby.

Wiem, że niektóre kobiety, niebędące cholitas, przebierają się w nasz tradycyjny strój, żeby podstępem dostać się do polityki. Nie znają naszego języka, mają zupełnie inny styl życia. Nie podoba mi się to. I nie tylko to.

Co jeszcze ci się nie podoba?

W tej chwili rząd apeluje do ludzi, żeby szczepili się przeciw COVID-19. Ludzie słuchają i idą do punktów szczepień. Stoją przed nimi godzinami, nocami, a okazuje się, że szczepionek jest za mało. Rząd okłamuje ludzi, bo chce pokazać, że ma sytuację pod kontrolą.

Niedawno odwiedziłam miasteczko Eucaliptus, gdzie Evo Morales zbudował piękne syntetyczne boiska do gry w piłkę nożną. Robią wrażenie, ale co z tego, gdy ludzie w domach nie mają wody?

To co zrobisz? Wejdziesz do polityki?

Nic nikomu nie obiecuję. Powtarzam im, że jeśli zaangażuję się w politykę, to nie będę głosować tak, jak oni chcą.

Honorata Zapaśnik. Pochodzi z Łodzi. Jest absolwentką Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych w Warszawie. Sztuki reportażu uczyła się w Laboratorium Reportażu. Jej teksty ukazywały się m.in. w "Dużym Formacie", "Zwierciadle", "Więzi", "Outriders" czy londyńskim "Dzienniku Polskim". Robi reportaże dla "Dzień dobry Tvn" z Ameryki Łacińskiej. Jest autorką książki "Wojna jest zawsze przegrana" (Wydawnictwo Otwarte). W październiku ukaże się jej nowa książka. W wolnym czasie podróżuje.