Świat
Szwed jest indywidualistą. Ale jednocześnie czuje ogromny lęk przed byciem wykluczonym ze stada (Shutterstock.com)
Szwed jest indywidualistą. Ale jednocześnie czuje ogromny lęk przed byciem wykluczonym ze stada (Shutterstock.com)

Jak przyzwyczajony do samotności, niezależny Szwed zniósłby polską pandemiczną izolację? Może lepiej niż Polak?

Myślę, że gorzej. I nie chodzi o samo przebywanie w samotności, niemożność spotykania się z ludźmi, ale o to, że Szwed jest przyzwyczajony do wolności, do tego, że nic mu się nie narzuca. Zareagowałby na pewno silnym buntem, gdyby w Szwecji wprowadzono nagle godzinę policyjną, całkowity lockdown albo gdyby policja zaczęła z dnia na dzień wypisywać mandaty za to, że ktoś jeździ na rowerze czy nie nosi maseczki!

Opowiem taką niepandemiczną, ale wiele tłumaczącą anegdotę. Szwecja jest jednym z krajów, w których ginie na drogach najmniej ludzi. A mimo to czerwone światło jest tylko sugestią dla przechodnia. Jeśli nic nie jedzie, można swobodnie przejść na drugą stronę ulicy. Mój znajomy, szwedzki dziennikarz, gdy przyjechał do Warszawy, był w szoku, że dostał mandat za przechodzenie na czerwonym świetle. Szwed dba o bezpieczeństwo, ale w sposób mądry.

Mieszkam w Szwecji od 20 lat, ale zawsze mentalność tego narodu była mi bliska. Bardzo mnie zdziwiło, że w Polsce na samym początku pandemii nikt nie protestował przeciwko niektórym obostrzeniom, bo część była absurdalna i absolutnie niedemokratyczna. 

'Jestem więc bardzo wdzięczna szwedzkim politykom za niewprowadzanie nas w stan paniki. Dzięki temu nie postrzegamy pandemii jako apokalipsy' (Shutterstock.com) , (Shutterstock.com)

Nie tylko w Polsce obostrzenia są narzucane, a nie jak w Szwecji – zalecane.

Oczywiście i moim zdaniem jest to niepokojące, że pandemia doprowadziła do sytuacji, w której społeczeństwa, także demokratyczne, tak łatwo zgodziły się na to, żeby władza zamknęła wszystkich w domach na jakiś czas, wprowadziła godzinę policyjną, karała za nienoszenie maseczek czy wejście do lasu. To ogromna ingerencja w wolność obywatela. Dopiero za jakiś czas będziemy w stanie ocenić, czy takie działanie było konieczne, by zatrzymać wirusa, czy nie. Nie można jednak temu zaprzeczyć, że nagle władza zyskała zupełnie nowe kompetencje, które wprowadzają atmosferę strachu i zagrożenia. W wielu krajach znacząco poszerzyły się też możliwości inwigilacji obywateli. Nie sądzę, by po zakończeniu pandemii wszystkie rządy świata tak łatwo z tych możliwości zrezygnowały.

Jestem więc bardzo wdzięczna szwedzkim politykom za niewprowadzanie nas w stan paniki. Dzięki temu nie postrzegamy pandemii jako apokalipsy. Zaczęłam odczuwać silniejszy lęk związany z pandemią dopiero teraz, kiedy zbliża się mój przyjazd do Polski w związku z promocją książki. Głównie dotyczy on właśnie licznych obostrzeń i poczucia, że wszystko jest nieprzewidywalne, że rząd polski może nagle wprowadzić kwarantannę, zamknąć granice.

W Szwecji te obostrzenia nie są tak surowe.

Co nie znaczy, że Szwedzi bagatelizują problem. Po prostu reagują na niego inaczej. Kiedy dziewczyna mojego syna zachorowała na COVID – mieszkała wtedy u nas w domu, przez dwa dni mieliśmy z nią kontakt – nie zareagowałam histerycznie, nie mówiłam co chwila do syna „Odsuń się” i nie denerwowałam się, że wszyscy zachorujemy. COVID-19 to poważna choroba, nieprzewidywalna, która odebrała życie wielu ludziom, ale musimy pamiętać też o tym, że dla większości osób, w miarę młodych i zdrowych, nie jest ona aż takim zagrożeniem. Oczywiście wiem, że i od tej reguły są wyjątki.

Co jeszcze inaczej robili Szwedzi?

W Szwecji bardzo wcześnie zaczęto mówić o ewentualnych psychicznych konsekwencjach izolacji. Podkreślano, jak ważne jest, żeby bliscy mogli towarzyszyć osobom umierającym na COVID, zdawano sobie sprawę z tego, że umieranie w samotności jest czymś bardzo  dramatycznym. W szpitalach funkcjonują oczywiście ograniczenia dla odwiedzających, ale dołożono starań, by na tej ostatniej drodze rodzina mogła być przy swoim bliskim. W Polsce w czasie lockdownu nie było to możliwe. I chyba dalej nie jest.

Jak pisze pani w swojej książce, i Szwecji nie udało się jednak uniknąć negatywnych konsekwencji izolacji.

Szwedzi są przyzwyczajeni do wolności i wiadomo, że nie są zachwyceni tym, że nie za bardzo mogą podróżować, niektórym doskwiera praca zdalna. Ale to nie są rzeczy, na które się narzeka. Od początku w Szwecji dużo dyskutowano, jaki wpływ będzie mieć na dzieci nauka zdalna. Uznano, że nie można dopuścić do zamknięcia szkół podstawowych, że szkoła jest dla dzieci zbyt ważnym miejscem, gdzie się socjalizują, gdzie mogą zjeść lunch, który jest w szwedzkich szkołach za darmo. Dla rodzin uboższych nie jest to bez znaczenia.

Najpoważniejsze konsekwencje izolacji odczuli przedstawiciele jednej grupy, tak zwanej grupy ryzyka, czyli przede wszystkim osoby starsze. To oni cały czas słyszeli, że powinni zamknąć się w domach, że nie powinni spotykać się z dziećmi, z wnukami, nie powinni nawet wychodzić do sklepu czy do kawiarni.

W innych krajach ludzie izolujący się podczas lockdownu mieli poczucie, że są w tej samej sytuacji co wszyscy. W Szwecji ludzie starsi byli samotni podwójnie.

Opowiada o tym jedna z bohaterek mojej książki, Ewa Heller Ekblad. Szwedzi po siedemdziesiątce musieli się izolować, kiedy inni żyli w miarę normalnie. Taki rodzaj specyficznej samotności przeżyło około 1,5 miliona Szwedów – tyle osób ma w Szwecji ponad 70 lat.

Z jednej strony zwracanie się w szczególny sposób do osób starszych było logiczne, bo miało je chronić przed zakażeniem, z drugiej – skazało je na psychiczne cierpienie. Problem szybko rozpoznano i już w listopadzie Publiczna Agencja Zdrowia, która jest instytucją zarządzającą pandemią, przestała różnicować grupy wiekowe, do wszystkich zaczęto kierować jednakowe komunikaty dotyczące zaleceń. Nie spowodowało to wzrostu zachorowań, ale nie jest też tak, że Szwecja ma pandemię pod kontrolą. W tej chwili umiera mniej osób, ale istnieje obawa przed trzecią falą.

Szwedzi po siedemdziesiątce musieli się izolować, kiedy inni żyli w miarę normalnie (Shutterstock.com) , Szwedzi po siedemdziesiątce musieli się izolować, kiedy inni żyli w miarę normalnie (Shutterstock.com)

Jestem bardzo ciekawa, co by się wydarzyło, gdyby przeprowadzić w Polsce taki eksperyment i zamiast narzucać i straszyć, zacząć zalecać.

Szwedzi są narodem zdyscyplinowanym i ufającym władzy, co nie znaczy, że nie zdarza im się działać wbrew zaleceniom. Wiosną bardzo często ludzie gromadzili się na przykład w kawiarniach. Chcieli się spotkać i nagle w jakimś ogródku niepostrzeżenie robił się tłum. Ale ten czas szybko minął. Polska natura jest jednak inna od szwedzkiej. Jesteśmy narodem niesubordynowanym. Bierze się to między innymi właśnie z tego, że tych zakazów i nakazów w Polsce jest – i zawsze było – bardzo dużo, więc człowiek, żeby przetrwać, musi nauczyć się je obchodzić.

Ma pani jakieś osobiste doświadczenia w tej materii?

Polską szkołę wspominam jako horror, mimo że byłam dobrą uczennicą. Pamiętam ją jako instytucję bardzo niedemokratyczną – z nauczycielem nie można było dyskutować i koniec.

Polacy w wymiarze historycznym stawali się ofiarami różnych autorytarnych rządów, ale z drugiej strony sami ów autorytaryzm, a może feudalizm, w sobie pielęgnują. Ludzie bywają autorytarni względem siebie nawzajem, swoich dzieci, pracowników.

Doskonale pamiętam sytuację, kiedy przyjechałam do Polski z trzyletnim synem. Przechodził akurat "fazę burzy i naporu", co objawiało się tym, że zdarzało mu się głośno protestować, kłaść się na podłodze na środku sklepu i krzyczeć. To jeden z naturalnych etapów rozwoju dziecka. W Szwecji, kiedy tak się buntował, nikt nie zwracał na nas uwagi, zresztą jego rówieśnicy zachowywali się tak samo. W Polsce zaraz otaczał nas wianuszek doradców i krytyków zwracających mi uwagę, że nie potrafię zdyscyplinować dziecka, albo rzucających komentarze typu: "Co za matka". Jest więc w Polsce sporo takiego wzajemnego musztrowania, w Szwecji tego nie ma.

Może Szwedzi boją się powiedzieć, co myślą? Pisze pani w książce, że Szwed nie powie wprost, że się z kimś nie zgadza.

Jest różnica między niezgadzaniem się z kimś a wzajemnym pouczaniem, wtrącaniem się w czyjąś prywatność. Ale to prawda, ta niesubordynacja Polaków objawia się też w tym, że potrafią się ciekawie pokłócić, ludzie nie boją się mieć własnej opinii na jakiś temat. Jesteśmy w tym jako naród autentyczni. W Szwecji jest inaczej. Szwed jest indywidualistą. Lubi być sam na łonie natury, nie chce być od nikogo zależny, nie ma problemu z mieszkaniem w pojedynkę czy byciem singlem. Ale jednocześnie czuje ogromny lęk przed byciem wykluczonym ze stada. W Szwecji przyjaciele rozmawiają tak, żeby raczej się ze sobą zgadzać. Źle się czują w sytuacji konfliktu poglądów, nawet jeśli dyskusja odbywa się w tonie ironicznym – ironia jest w Szwecji rzadko stosowana.

Co gorsza, osoby, które mają odwagę swoje zdanie wyrażać lub – jak pani bohaterka, dziennikarka Stina Oscarson – rozmawiać z osobami o kontrowersyjnych poglądach, muszą liczyć się z tym, że mogą zostać wykluczone ze środowiska zawodowego.

Wydawałoby się, że dziennikarstwo właśnie na tym polega, żeby dopuszczać do głosu różne strony, ale w Szwecji mamy z tym duży problem. Istnieje tu wielki lęk przed „zarażeniem się” czyimiś poglądami, co prowadzi do wykluczania z debaty niektórych niewygodnych głosów. W takim klimacie bardzo trudno zachować pełną niezależność światopoglądową. Stinie się to jednak udaje i uważam, że jest niesamowicie odważna. Wychodzi z założenia, że jeśli nie będziemy umieli rozmawiać z tymi, którzy myślą inaczej niż my, to będziemy mieli problem z demokracją. Co nam wówczas pozostaje? Rękoczyny?

W Polsce również się to zdarza, że jakiemuś dziennikarzowi odmawia się rozmowy, bo reprezentuje "niewłaściwy" obóz.

Rzeczywiście, Polska jest w tej chwili silnie spolaryzowana, podobnie jak Stany Zjednoczone. Ci, co chodzą do TVN, nie pójdą do TVP – i odwrotnie. W Szwecji jednak ten problem nie wynika z podziału politycznego, ale jest głębszy, wiąże się ze szwedzką mentalnością i lękiem przed wchodzeniem w konflikt. W Polsce, jeśli dochodzi do konfliktu, to jest on zazwyczaj nagłaśniany. W Szwecji zdarza się, że niepokorny dziennikarz, który porozmawiał nie z tym, co trzeba, z dnia na dzień po prostu przestaje dostawać zlecenia od wydawców. Pozytywne jest to, że problem, o którym mówię, jest dziś w Szwecji dostrzegany, bo Szwecja to taki kraj, w którym problemy nazwane zostają z czasem rozwiązane.

Stina nie tylko w związku ze swoim podejściem do pracy może czuć się w Szwecji samotna. Wstrząsnęła mną historia o tym, jak jest wykluczana z powodu jej choroby.

Stina od 30 lat choruje na anoreksję. Gdy opowiedziała o tym w mediach, straciła posadę szefowej teatru radiowego, bo stacja uznała, że ktoś, kto pokazuje taką słabość i niezdolność panowania nad swoim ciałem, nie powinien piastować stanowiska dyrektora.

Wyrzucili ją z publicznego basenu, żeby inni nie musieli oglądać jej ciała (Shutterstock.com) , (Shutterstock.com)

Komentuje się też jej wygląd na ulicy, na basenie, na siłowni. Ktoś potrafił jej powiedzieć: „Załóż długi rękaw, żeby ludzie nie musieli oglądać takich ramion”.

Albo: "Idź do domu, połóż się i jedz tłustą śmietanę!". Chodziłam ze Stiną na jogę i widziałam, jak wygląda. Ciało w zaawansowanej anoreksji naprawdę może szokować, człowiek silnie na taki widok reaguje, bo on przypomina mu o śmierci, chorobie. Ludzie nie chcą czegoś takiego doświadczać. Myślę, że dokładnie takie same reakcje, może nawet gorsze, wywołują anorektyczki w Polsce, tylko nie ma jeszcze takiej Stiny, która by o tym opowiedziała.

Moje wyobrażenie o Szwecji było takie, że to kraj różnorodny, tolerancyjny. A tu nagle czytam o tym, że anorektyczkę wyrzucają z publicznego basenu, żeby inni nie musieli oglądać jej ciała. Że składają skargi.

Potem wyjaśniono jej, że to z troski o nią, bo osoba z zaawansowaną anoreksją może nie powinna uprawiać sportów. Rzeczywiście jest tak, że osoby anorektyczne mogą uzależnić się od sportu, więc jest to złożony problem. Prawda jest jednak taka, że nie jesteśmy z natury tolerancyjni, nie jest też takie żadne społeczeństwo. Tolerancji musimy cały czas się uczyć. Przecież jeszcze w latach 80. osoby homoseksualne były silnie w Szwecji dyskryminowane. Teraz Szwecja to jeden z najbardziej tolerancyjnych względem osób LGBT krajów świata. W tej chwili w Szwecji bardzo dużo dyskutuje się na temat rasizmu, także strukturalnego.

A na temat samotności niechcianej? W swojej książce rozmawia pani między innymi z reżyserem filmu "Szwedzka teoria miłości", który pokazuje, że szwedzki indywidualizm, potrzeba silnej niezależności może prowadzić do dużej samotności. Reżyser Erik Gandini opowiada historię mężczyzny, którego znaleziono w mieszkaniu trzy lata po jego śmierci. Nikt go nie szukał i na pogrzebie też nie było nikogo.

Tak, są politycy, którzy chcą nawet powołać ministerstwo ds. samotności. W Szwecji 15 proc. społeczeństwa deklaruje, że czuje się nieszczęśliwe, żyjąc samotnie. Problem dotyczy przede wszystkim osób starszych. Szwedzi żyją długo, lubią swoją niezależność, nie ma tu zwyczaju opiekowania się przez dzieci rodzicami czy dziadkami. Dużo mówi się w Szwecji o negatywnym wpływie samotności, choćby na zdrowie. W mojej książce rozmawiam z Peterem Strangiem, profesorem medycyny paliatywnej, który pisał o czymś takim jak "głód skóry", czyli o potrzebie bycia dotykanym.

'Pacjenci, na przykład onkologiczni, doświadczający silnego fizycznego bólu czują go mniej, kiedy ktoś jest blisko nich, kiedy ktoś ich dotyka, głaszcze' (Shuttestock.com)

Mówi, że samotność potrafi boleć w bardzo dosłownym, fizjologicznym znaczeniu tego słowa.

Przekonuje, że pacjenci, na przykład onkologiczni, doświadczający silnego fizycznego bólu czują go mniej, kiedy ktoś jest blisko nich, kiedy ktoś ich dotyka, głaszcze. Wspominał, że miał wiele takich wizyt domowych, podczas których pacjenci w jego obecności mówili, że teraz jakoś boli ich mniej.

Z Joakimem Gavazzenim, nauczycielem medytacji, rozmawialiśmy z kolei o tym, że to ciekawe, że są osoby, które asystują przy przychodzeniu człowieka na świat, czyli położne, a nie ma osób, które towarzyszyłyby ludziom odchodzącym.

Nazwał ich "zgononożnymi".

Nie ma wątpliwości, że nawet jeśli wcześniej człowiek nie czuł strachu przed samotnością, to w sytuacji zbliżającej się śmierci czuje go na pewno. Niestety, nawet w Szwecji nie ma pieniędzy na to, żeby zatrudniać osoby, które wyłącznie zajmowałyby się zapewnianiem bliskości emocjonalnej osobom odchodzącym bez rodzin.

Bardzo spodobała mi się wypowiedź Joakima Gavazzeniego, który mówi, że winą za niechcianą samotność nie powinno się obarczać tylko odczuwającej ją jednostki. „Bardzo łatwo zrzucić na nią winę, uznać, że to jakaś osobista porażka. Człowiek nie jest jednak samotną wyspą, więc rozwiązanie problemu musi być zakorzenione w systemie społecznym”.

Mimo że w Szwecji co druga para się rozwodzi, nie oznacza to, że te osoby cierpią z powodu samotności (Shutterstock.com)

Kiedy pisałam książkę, zależało mi jednak na tym, żeby pokazać, że samotność ma bardzo różne oblicza. Że można nie czuć się samotnie, mieszkając w pojedynkę, a można być bardzo samotnym w małżeństwie albo grupie. I mimo że w Szwecji co druga para się rozwodzi, nie oznacza to, że te osoby cierpią z powodu samotności.

A co jest lekiem na samotność?

Kilku moich rozmówców powtarza to samo: samoświadomość i dobry kontakt z samym sobą. Mnóstwo ludzi nie ma pojęcia, z czego wynikają ich emocje, dlaczego reagują agresywnie w niektórych sytuacjach, a w innych wycofują się lub wydaje się, że nie czują nic. Albo żyją według jakichś wzorców, które wynieśli z domu, i nie zastanawiają się nad tym, czy naprawdę tak chcą żyć. W Polsce bycie singlem na pewnym etapie życia jest postrzegane jako porażka, tylko co, jeśli ktoś dobrze się czuje z tym, że jest sam? Albo gdy ma wielką rodzinę przyjaciół? Poza tym boimy się trochę tej samotności, a tak naprawdę każdy z nas jej potrzebuje. Każdy z nas potrzebuje czasem oddechu i posłuchania własnych myśli.

KSIĄŻKA DO KUPIENIA TUTAJ >>>

Katarzyna Tubylewicz, autorka książki, z synem Danielem, autorem zdjęć (materiały wydawnictwa Wielka Litera)

Katarzyna Tubylewicz. Pisarka, kulturoznawczymi i tłumaczka z języka szwedzkiego. Autorka powieści "Bardzo zimna wiosna", "Własne miejsca” i "Rówieśniczki”, “Ostatnia powieść Marcela”. Jej reporterskie książki to kultowi dziś "Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie" i "Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą". W latach 2006–2012 była dyrektorką Instytutu Polskiego w Sztokholmie. Jest pomysłodawczynią i współautorką głośnej antologii rozmów na temat promocji czytelnictwa "Szwecja czyta. Polska czyta". Mieszka w Sztokholmie i w Warszawie. Od lat praktykuje jogę i jest jej nauczycielką.

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. W mediach od 2011 roku. Wcześniej pracowała w Wirtualnej Polsce, w serwisie miejskim Gazeta.pl. W redakcji magazynu Weekend od 2019 roku. Współautorka zbioru reportaży "Przewiew". Jedna z laureatek konkursu "Uzależnienia XXI wieku" organizowanego przez Fundację Inspiratornia.