Reportaż
Prezydent podpisał ustawę o wyższych limitach zamrażających ceny prądu. Wniosek trzeba złożyć do 30 czerwca 2023 roku (fot. Agnieszka Rodowicz)
Prezydent podpisał ustawę o wyższych limitach zamrażających ceny prądu. Wniosek trzeba złożyć do 30 czerwca 2023 roku (fot. Agnieszka Rodowicz)

Urszula pracuje w jednym z wrocławskich techników. Budynek ma ponad 70 lat. Okna w jej klasie niby wymienione, kaloryfery są trzy, a sala na 60 osób. 

– Marznę. Nie tylko ja, ale i reszta nauczycieli, a przede wszystkim młodzież – skarży się.  

Urszula przychodzi do szkoły o 6.30. Uczy religii. Zaczyna pracę o 7.00, bo mają ponad 1100 uczniów, 35 klas. Od wejścia jej zimno. Wchodzi do klasy, a tam nie więcej niż 15 stopni.  

– Czasami całe dnie w tym zimnie siedzę. Wcześniej też bywało zimno. Tylko że miałam farelkę, a czasami brałam drugą od koleżanki. Dzieciaki siedziały wokół farelki jak kółko adoracyjne. Dziś konserwator wszedł do klasy niczym inkwizytor. Miał już pod pachą jeden grzejnik, wyłączył ostentacyjnie nasz i wyszedł na oczach zdziwionej młodzieży. 

Czuję się zaszczuta. Boję się, że żarówki wykręcą i każą siedzieć przy świeczce. Że każde włączenie czajnika będzie teraz pod kontrolą. Któregoś dnia już tak mi było zimno po ośmiu godzinach w szkole – a jeszcze w TBS-ie, w którym mieszkam, coś remontowali i ogrzewania w domu też nie było – że zadzwoniłam do dyrektorki. Dzwonili też rodzice. Obiecała, że będzie ciepło. No i jest. Cieplej niż w przedszkolu, w którym dorabiam, ale i tak niezbyt. 

Ech! – wzdycha Urszula. – W przedszkolu mam na sobie koszulkę, żakiet, sweter wełniany i po półgodzinie marznę. Inne panie są w polarach, ciepłych szalikach. Dyrektorka na sugestię, że dzieci marzną, siedzą w barchanach, powiedziała, że dostała odgórny przykaz: ma być 17 stopni. Skąd? Nie wiem, ale czytałam, że prezydent Wrocławia zapowiedział cięcia także w budżetówce. Z drugiej strony słyszę, że samorządy dostały pieniądze na ogrzewanie, więc nie wiem, o co chodzi.

Obawia się, że w związku z tym zimnem ogłoszą nauczanie zdalne. Słyszy, jak dzieci z technikum szepczą między sobą, że się boją. Bo w pandemii źle znosiły zamknięcie. Dostawała od nich e-maile, że nie chcą żyć, wiersze o śmierci.  

Owies, łupiny lub emigracja 

Spotykamy się w centrum stolicy, bo Karolina od ponad 20 lat dojeżdża tu do pracy. Pytam, jak u niej w domu wygląda w tym roku sprawa ogrzewania.  

Nędznie – zaczyna kobieta. 

Ma 42 lata, mieszka z rodziną w Piastowie pod Warszawą. 

Wiosną udało im się kupić 200 kg ekogroszku. Na więcej nie mieli pieniędzy. A na sezon grzewczy zużywają 3,5 tony. Mają piec z podajnikiem, wysokiej klasy, jeśli chodzi o parametry ekologiczne. Wymienili go kilka lat temu. Zainstalowali w dawnej komórce na węgiel. Nie mają już gdzie przechowywać ekogroszku luzem. Dlatego w poprzednich latach mąż Karoliny jeździł co tydzień po workowany. Wcześniej wynajdywał przyzwoite oferty: chodziło o to, by ekogroszek był nie za mokry, nie za suchy, o wysokiej kaloryczności.  

Na razie sprawdzili, że bardzo dobrze palą się łupiny po orzechach włoskich. Tyle że tona kosztuje koło 5000 zł (fot. Agnieszka Rodowicz)

– I by w worku było 25 kilo, a nie 20, bo sprzedawcy zaczęli z tym kombinować – narzeka Karolina. – Zdarzało się, że nawet renomowane kopalnie oszukiwały. Otwierało się worek, a tam aż chlupało. Zalany wodą ekogroszek kopcił, smrodził i nie wypalał się tak jak powinien – wspomina.  

W zeszłym roku ogrzewanie kosztowało ich tygodniowo 100 zł. Za worek ekogroszku płacili około 23–25 zł. W tym roku worek kosztuje 100 zł. 

– Nie stać nas – przyznaje Karolina. 

W desperacji założyła konto na stronie kopalni, ale nie udało jej się nic kupić. Poza tym okazało się, że cennik za transport jest taki, że za tonę zapłaciłaby więcej niż w pobliskim składzie. 

Karolina rozpytywała wśród znajomych, żeby jakoś razem przywieźć opał, ale większość grzeje się gazem, a do obcych nie śmiała się zwrócić. No i nie mają gdzie ekogroszku składować. Musiałby leżeć na podwórku.  

Takie czarne złoto zostawić na zewnątrz w obecnych czasach to strach – przyznaje. – Tym bardziej że kilka lat temu, gdy pojechaliśmy na groby, ukradli nam węgiel z komórki. Myślę, że zimą będzie dramat – przewiduje. – Jakoś się będziemy ratować. Piec jest tak skonstruowany, że możemy palić też drewnem. Gromadzimy je. Jak ktoś ze znajomych drzewko owocowe wycina, to kupujemy. Niestety, trochę smrodzić będziemy, bo drewno jest mniej ekologiczne, ale co robić? Jakoś trzeba przeżyć.  

Ich domek jest ocieplony, otynkowany, ale mają na tyle mało drewna, że palą dopiero wtedy, jak jest superzimno. Karolina zadzwoniła do nadleśnictwa, okazało się, że nie ma drewna na sprzedaż. – Nawet najgorszej jakości iglastego, które kopci, którym się nie powinno palić. W marketach średniej jakości pocięte drewno liściaste kosztowało około 300–400 zł za kubik, a teraz 900–1200 zł. Ceny są powalające, a poza tym drewna nie ma. 

Mąż przeczytał, że ludzie kombinują, mieszają ekogroszek z owsem. Mamy zamiar to sprawdzić. Jesteśmy zdesperowani, szukamy rozwiązań, alternatyw. Nie jesteśmy szabrownikami, nie pojedziemy do lasu wyciąć drzewa czy spadów nazbierać. Zresztą nie jest tak, jak pan Kaczyński mówił, że można sobie zbierać chrust w państwowym lesie. Trzeba to zgłosić i zapłacić. Poza tym chrust jest na ognisko, podpałkę, nie na ogrzanie domu.  

Mąż przeczytał, że ludzie kombinują, mieszają ekogroszek z owsem (fot. Agnieszka Rodowicz) , Mamy zamiar to sprawdzić. Jesteśmy zdesperowani, szukamy rozwiązań, alternatyw (fot. Agnieszka Rodowicz)

Myśleli o pestkach owoców. Na razie sprawdzili, że bardzo dobrze palą się łupiny po orzechach włoskich. Tyle że tona kosztuje koło 5000 zł. – Dlatego gromadzimy je sami – mówi Karolina. – Mamy w ogrodzie drzewo. Ale jakby to wszystko wyłuskać, to nie wiem, ile można by palić? Dwie doby, może trzy? Tak że zbieramy też orzechy od sąsiadów. Czujemy się paskudnie, bo pracuje człowiek uczciwie, płaci podatki, odprowadza składki, nie kradnie, nie kombinuje, a ekogroszku będziemy mogli używać, tylko mając nóż na gardle, gdy będzie już strasznie zimno. 

Karolina w niedużym biurze liczy wynagrodzenia. Zarabia 4500 zł. Mąż, pracownik fizyczny w państwowym zakładzie – 3000 zł. – Wydawałoby się, że to niemało – mówi Karolina – ale mamy kredyt hipoteczny na 40 lat w euro. Braliśmy go, gdy kosztowało 2,30, teraz prawie 5 zł. Córka po maturze poszła do prywatnej szkoły. Mogłam ją pogonić do pracy, bo węgiel trzeba kupić, ale nie spełniłam kiedyś marzeń i obiecałam sobie, że moje dziecko spełni własne. 

Nawet jak dostaną dodatek węglowy, to nie zmieni ich sytuacji, chyba że udałoby się gdzieś drewno dopaść. – Nasz budżet na ogrzewanie to około 500–600 zł miesięcznie. Kropla w morzu potrzeb.  

Odkąd temperatura zjechała, powietrze jest wilgotne, mają w domu 14–15 st. C, co napawa olbrzymim niepokojem. – Człowiek się zastanawia, gdzie tu pójść, skąd załatwić. Rozważa metody niekoniecznie licujące z jego charakterem. Bo jest zdesperowany. A jeszcze od Nowego Roku będzie inna taryfa za prąd, jak się wykorzysta więcej niż 2000 kW. Co to jest dla domu, nawet tak małego jak nasz? Mamy pompę do pieca, hydrofor, kuchenkę, wszystko na prąd. Nie wyobrażam sobie zapłacić za niego cztery–pięć razy więcej. Nie jest nam lekko od lat, ale za kilka miesięcy nie będzie za co chleba kupić. W naszej okolicy co drugi dom ma podobną historię. Straszne czasy. Tylko łapać za kosy i wywalić ten rząd na Zakaukazie. Albo wypadać stąd, póki granice są otwarte. Myślimy o tym poważnie – przyznaje Karolina i prosi o anonimowość. Nie chce, by ją rozpoznano, bo się wstydzi, choć nic złego nie zrobiła. Nie chce użalania się ani współczucia. Osądzania i porównywania, że inni sobie poradzili, a ona nie dość, że niezaradna, to jeszcze się skarży gazecie. 

Na wieczór dopiero napalam  

W składzie węgla w Leszczydole Starym pod Wyszkowem furtka zamknięta, a telefon, którego numer wisi na płocie, nie odpowiada.  

Kilometr dalej starsza kobieta wycina w ogrodzie suche łodygi hortensji.  

Za nią dom. Piętrowy, nieotynkowany. Z komina nie leci dym.  

– Chodzę do lasu, cienkie gałązki sobie przynoszę, a węgla wcale nie mam – mówi starsza pani, łykając łzy. – Oszczędnie żyję, mam tylko emeryturę. 

Ma 75 lat. Mieszka sama. 

Jak umarł mąż, byłam z synem, jego drugą żoną i dziećmi. Ale poszła od niego. Syn się rozwiódł, pije, tak mnie dokuczał, że wróciłam do domu, który z mężem wybudowaliśmy. Co mogłam, ogarnęłam. Piecyk żeliwny kupiłam. W kuchni stoi, trochę ciepła idzie na jeden pokój. Do drugiego nie chodzę, bo tam zimnica. W łazience ogrzewania nie mam. Kupiłam piecyk elektryczny, ale nie grzeję, bo prąd też kosztuje. I tak ze wszystkich stron mam ciężko – Maria ociera łzy. – Synowa z trzema chłopakami na blokach w Wyszkowie mieszka. Ciężko jej wszystko opłacić, alimenty nie za duże, a syn już dwa razy nie płacił. To muszę jej pomagać i wnuczkom. Z matematyką mają problemy. Chciałam uciułać trochę i dać im na korepetycje. Więc oszczędzam na ogrzewaniu. Na wieczór dopiero napalam. Rano wstałam, było 12–13 stopni. Zjadłam śniadanie, wyszłam na podwórko, robię, to mi cieplej – opowiada Maria ubrana w gumofilce, dresowe spodnie, kurtkę i pikowaną kamizelkę. Na głowie zawiązała chustkę. Na nosie okulary z supermarketu powiększają załzawione błękitne oczy. 

Po zakupy Maria jeździ do Wyszkowa. Na rowerze. 40 minut w jedną stronę.  

W składzie węgla w Leszczydole Starym pod Wyszkowem furtka zamknięta, a telefon, którego numer wisi na płocie, nie odpowiada (fot. Agnieszka Rodowicz) , Po zakupy Maria jeździ do Wyszkowa (fot. Agnieszka Rodowicz)

Jutro targowy dzień, to pojadę, trochę sobie kupię na zapas, bo już zimno nadają, to już nie będę tak jeździła, bo nogi mam poprzeziębiane. Do szkoły, do pracy chodziłam tyle lat na piechotę, kolana miałam zmarznięte na kość i jak jesień czy zimowa pora, to mnie nogi bolą – opowiada. – Sąsiadka już dostała dodatek na węgiel. Ja nie, ale z telefonami słabo się obsługuję, nie pamiętam, gdzie zadzwonić. Jutro w mieście się dowiem. Żeby tylko syn mi nie odebrał, bo już coś sobie kupić chcę. 

Zauważam, że ma skład węgla we wsi.  

– Podobnież mają tam słaby węgiel i on oszukaniec jest – tłumaczy. – Raz kupiłam od tych, co wożą autem. Kazali kawę robić, myślałam, że dobrze ważą. Zapłaciłam za tonę, a było pół. Już więcej od takich nie kupuję, tylko ze składu. Tam mnie zważą i przywiozą. Tylko jeszcze do piwnicy muszę schować. I drzewo też tam ponosić, żeby schło. W zeszłym roku już miałam zimnicę, bo drzewo kupiłam, ale było mokre, więc się tylko tliło. Jakbym dostała pieniądze, zaraz bym sobie coś kupiła. Węgla albo drewna. Najlepiej dąb, ale nie jest tani.   

Sprawdzam ceny w internecie. Niecały metr pociętego dębu kosztuje prawie 1000 zł.  

– To muszę te 3000 szykować na same drzewo – martwi się Maria. – I palić tylko na wieczór. To wtedy mi starczy. Pójdę po sąsiadach, będą mi pomagać, bo na telefonach, internetach się nie znam. Ja jeszcze z lamp jestem. Światła nie było, przy lampie naftowej się uczyłam. Ale mówię synowej: "Będę ciułać pieniądze, żeby ci pomóc". Wcześniej 1000 zł uzbierałam i dałam jej, żeby z dziećmi na wakacje miała. Chłopcy nigdy wcześniej pociągiem nie jechali. Będę marzła, ale muszę pomóc, bo kocham nadzwyczaj tych wnuczków i nie chcę, by zeszli na manowce. 

Kto się leni, niech marznie  

Pod koniec października Sejm uchwalił tzw. ustawę węglową, która zakłada, że gminy będą mogły kupować węgiel od importerów po 1500 zł za tonę i sprzedawać mieszkańcom po nie więcej niż 2000 zł. 

Jadę do składu opału kilkanaście kilometrów dalej. Na placu idealny porządek, węgiel schowany pod plandekami. Nie ma ani jednego klienta. 

– Dużo składów się będzie zamykało, bo nikt nic nie kupuje – mówi właścicielka. – Każdy czeka na ten węgiel z gminy. Nie dziwię się. Mam węgiel z Kazachstanu, dobrej jakości, ale po 3100 zł i ruch w interesie zerowy. W tamtym tygodniu pół tony się sprzedało. W tym – jedna. 

Dużo składów się będzie zamykało, bo nikt nic nie kupuje (fot. Agnieszka Rodowicz)

Tutejsza gmina zgłosiła chęć dystrybucji węgla. Zaproponowała im współpracę, ale na jakich zasadach? Wciąż nie wiadomo.  

– A grzać się już trzeba. Ludzie dzwonią i płaczą w słuchawkę, jak słyszą cenę. Ja im współczuję. Mają rencinę 1200 zł, połowa idzie na leki. A na życie, na opał skąd brać? Najgorzej, jak jest kobiecina sama. Nie pójdzie do lasu, drzewa sobie nie przyniesie – mówi właścicielka składu. – Serce się kraje. Pomoc boska, że nie ma jeszcze mrozów i ludzie aż tak nie marzną.  

Po drugiej stronie Bugu, nad sklepem w Strachowie unosi się dym. 

– Ogólnie jest ciężko, ale radzą sobie. Żeby ktoś marzł, nie słychać – mówi sprzedawczyni. – Głównie węglem i drewnem palą. Gazu nie ma. 

Mężczyzna koło sześćdziesiątki, który idzie piechotą do sklepu, podpierając się kulą, optymistą jednak nie jest. – Ciężko mamy – wzdycha. – A kto przegapił, to ma całkowicie przejebane. Ja się węglem i drzewem ogrzewam, ale dopłaty przegapiłem. Nic nie mówili, dokąd te wnioski składać, i tak wyszło. No trudno. Jakoś trzeba sobie dać radę, pójść do lasu, trochę samosiejek ściąć. 

Trzy domy dalej mężczyzna w podobnym wieku przygląda się naszej rozmowie. 

– Jak ktoś w palnik daje, to niech później zębami w zimę szczęka – ocenia surowo sąsiada. – Ja zapas mam na pięć lat – pokazuje mi starannie porąbane, poukładane rozmiarem polana i szczapy. – Tu przeważnie każdy ma las, to se wytnie i narobi drzewa. Kto pracuje, ten ma, kto się leni, niech marznie. A jeszcze rząd na węgiel dał. Za PO tego nie było, żeby na węgiel dawali. 

Kilka kilometrów dalej zamieszanie. Wnioski o dotację na węgiel przyjmuje Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej w Jadowie, a te na drewno, pellet, olej opałowy i gaz – urząd gminy. Bo i takie rząd obiecał. Wnioski można było składać do 30 listopada. Wysokość dopłat ma wynieść od 500 zł w przypadku gazu do 3000 zł dla pelletu. W urzędzie gminy zbierali też zapisy na węgiel dystrybuowany przez samorząd.  

Tu przeważnie każdy ma las, to se wytnie i narobi drzewa. Kto pracuje, ten ma, kto się leni, niech marznie (fot. Agnieszka Rodowicz)

– Póki co przyszło nieco ponad 600 wniosków na 7300 mieszkańców gminy – informuje jej sekretarz Sławomir Miąskiewicz. – Ludzie się chyba obawiają jakości tego węgla. Wstrzymują się też z zapisami, bo cena rynkowa spada. Jeszcze trochę i może się okazać, że węgiel "samorządowy" okaże się bardzo drogi. My ludziom mówimy, żeby się zabezpieczali, bo nie wiemy, kiedy ten węgiel będzie. A jak nagle przyjdą mrozy, to ta kartka papieru, to zgłoszenie chęci zakupu węgla ich nie ogrzeje.  

Kierowniczka GOPS-u jest zajęta, rozmawiać nie może, a pracownice nie chcą. Twierdzą jednak, że sytuacja z opałem w gminie jest opanowana. 

Ludzie kombinują 

W Sokółce na Podlasiu pracownice GOPS-u nie są tego takie pewne. Przyjęły już 3282 wnioski na węgiel i 1525 na pozostałe rodzaje opału. A mieszkańców jest około 18 tys. Mimo że dotacje wypłacane są na bieżąco, urzędniczki twierdzą, że to niewystarczająca pomoc. Większość osób im mówi, że nie ma za co kupić węgla. Dodatek nawet na jedną tonę nie starczy, a większość potrzebuje trzech. Wielu mieszkańców narzeka, że mogli wcześniej opał kupić. Rząd jednak zachęcał, by się wstrzymać. – I teraz nam się czasem za to obrywa – skarżą się kobiety.  

Nad miasteczkiem wisi ciężka czapa wilgotnego smogu. Na podwórkach pocięte na szczapki polana. Im dalej od centrum, tym więcej snuje się dymu. Z komina nad domem przy ulicy Szkolnej wali gęsty, ciemnobrązowy. Drzwi do budynku otwarte. W środku trzy mieszkania. Na parterze nikogo nie ma, mieszkańcy facjatki rozmawiać nie chcą. Mąż leży na wersalce. Kobieta dopiero co wróciła z pracy i zabiera się do szykowania obiadu.  

– Powiem tyle, że jest ciężko. Węglem się ogrzewam, a ceny wysokie. Czekam na tańszy z gminy.  

Kilka domów dalej dwóch mężczyzn tnie drewno na opał. Pytam, jak jest. – Bardzo dobrze! Lepiej nie trzeba. Lepiej jest za Kota, niż za Tuska było. Drewno jest, zarobi się tu, zarobi się tam. To było do przewidzenia, że kiedyś będzie ciężko, bo kopalnie Tusk pozamykał, wszystko sprzedał. I doszło do ruiny.  

Z komina nad domem przy ulicy Szkolnej wali gęsty, ciemnobrązowy. Drzwi do budynku otwarte (fot. Agnieszka Rodowicz)

Nad budynkiem zakładu fotograficznego unosi się gęsty dym. – Jakoś sobie radzę. Szwagier las ma, to mnie parę drzewek odpali, trochę węgla kupię od kumpla, co ma skład, i wychodzę na swoje – mówi fotograf. – Inaczej nie dałbym rady. Mam emerytury 2000 zł, żona 1000. Te 3000 dotacji trochę pomogło, ale ludzie i tak kombinują, kradną w lesie i jakoś sobie radzą. Inaczej niż w dużym mieście. Ale jakby wszystko miało być oficjalnie, według prawa, to nie ma szans.  

Oni tu zaczynają od kar 

W największym składzie węgla w Sokółce węgiel jest, choć niedużo. 

– Groszek mam po 3500 zł – mówi właściciel. – To żadne eko. Głupia nazwa. A orzech po 2200 zł brutto z dowozem do klienta. 

– Prawie ta sama cena co węgla "rządowego" zauważam.  

Ta sama. Przed chwilą był nawet człowiek z urzędu miasta, chciał nam zlecić dowóz tego "rządowego". Ale czy to będzie miało rację bytu? 700 osób się na niego w Sokółce zapisało. Tylko że u nas klient przyjdzie i zobaczy węgiel. A tam nie wiadomo, co będzie. Może jakiś indonezyjski, co się nie pali? Ja mam z Kazachstanu, sprawdzony. Ceny spadły, ale klienci są zdezorientowani i nie kupują. Zapisują się w gminie, przychodzą do mnie pytać, czy będę ten węgiel woził. Chciała mi to gmina zlecić, ale – właściciel sięga po umowę, grubą na kilkanaście stron – oni tu zaczynają od kar: 2500 zł, 50 000 zł, następna 50 000, kolejna 5000, za niewykonanie zlecenia w terminie, za brak pokwitowania od klienta. Zapłacę więcej kar, niż zarobię. Dali po 3000, daliby jeszcze po 1000 i kupuj, gdzie chcesz. A tak w gminach to problem, dla ludzi problem i dla nas. Jedziemy od czerwca na oparach. 30 lat w tym robię, jeszcze tak nie było. Normalnie o tej porze po 200–300 ton u mnie leżało, teraz nie ryzykuję. Pieniądze trzeba wyłożyć, a jak się nie sprzeda? 

"Co potrzeba?" – pyta klienta, który właśnie się pojawił. "Pogrzać się trzeba, to przyszedłem na skład" – żartuje mężczyzna.  

Przyszła też Halina dowiedzieć się o ceny. Ma 68 lat, jest sama. Jak wygląda jej sytuacja z ogrzewaniem?  

– Tragicznie – mówi kobieta. – Dyrektor "komunalki" nas załatwił. Tam, gdzie ludzie mają ogrzewanie piecem z centralnym, kazał wpisać, że palą drewnem, a tam, gdzie piece kaflowe, że węglem. Sami nie mogliśmy tego zgłaszać do gminy. Chodziliśmy do niego, by to zmienił. Nie chciał. Ja mam stary piec z centralnym, dodatku na węgiel nie dostałam. Tylko na drzewo. 1000 zł. Nawet na dwa metry nie starczy.  

Ceny spadły, ale klienci są zdezorientowani i nie kupują (fot. Agnieszka Rodowicz) , Zapisują się w gminie, przychodzą do mnie pytać, czy będę ten węgiel woził (fot. Agnieszka Rodowicz)

Boimy się, że nas zamkną  

Do wczesnej wiosny nie było z nim problemu. Aldona lub dyrektorka dzwoniły co jakiś czas na skład po kolejną partię węgla dla domu kultury w małym mieście na Śląsku. Czasem pięć, czasem dziesięć worków. Nie mogły zaopatrzyć się na zapas, bo mają małą komórkę na węgiel.  

Problem zaczął się późniejszą wiosną, gdy nadal trzeba było opalać, ceny zaczęły rosnąć, a na składach węgla już nie było. Z końcem sezonu grzewczego nie zostały im żadne zapasy. Ani węgla, ani pieniędzy. Dopiero latem zaoszczędziły. 

We wrześniu podjęły decyzję, by kupić węgiel przez stronę internetową. Bo taniej. Jedna stworzyła konto na PGG, druga na Tauronie, bo zakupy u obu dostawców robi się w tym samym dniu. Mijały dni, a one miały za sobą tylko kolejne nieudane sesje. 

Dowiedziały się, że państwowa spółka Węglokoks sprzedaje węgiel bezpośrednio z kopalni. – Siedziałyśmy na infolinii i próbowałyśmy się tam dodzwonić. Ze skutkiem żadnym – opowiada Aldona. 

Dowiedziały się nieoficjalnie, że instytucje państwowe piszą wnioski do kopalni o zarezerwowanie dla nich węgla. Aldona zaczęła dzwonić, pytać, czy dom kultury też może taki wniosek złożyć. W końcu ktoś to potwierdził. Złożyły wnioski w PGG i w Węglokoksie. Nie dostały żadnej odpowiedzi.  

– Zaczęły się już zimne dni. Dyrektorka zadzwoniła na znany skład, kupiłyśmy 10 worków ekogroszku – mówi zrezygnowana Aldona. – Za 250 kg zapłaciłyśmy około 800 zł. Kiedyś za tę cenę miałybyśmy tonę, czyli miesiąc grzania. Teraz starczy na niecałe dwa tygodnie, bo tylko trochę nim podpalamy i włączamy farelkę. Mamy 17 stopni. 

Na początku roku zawsze sporządzają plan finansowy. Zakładał 6000 zł na zakup węgla. Przez rosnące ceny wydały je do wiosny. Wystąpiły do rady gminy z pismem o zwiększenie dotacji na opał. – Mamy nadzieję, że przychyli się do wniosku, bo nie jesteśmy w stanie odłożyć z tego, co DK zarabia, pieniędzy na węgiel w cenie powyżej 3000 za tonę – przyznaje Aldona.  

– Co, jeśli gmina nie przyzna wam większych funduszy? – pytam. 

Może tylko w niektóre dni będziemy otwierać? Rozwiązaniem jest też praca zdalna. Ale nie wszystkie zajęcia da się prowadzić przez internet. A i po covidzie ludzie są też bardzo spragnieni spotkań z innymi. Boimy się jednak, bo ustawa określa, że każda gmina powinna mieć przynajmniej jedną instytucję kultury. U nas są dwie: my i biblioteka. Gmina szuka oszczędności. Boimy się, że nas zamknie, stracimy pracę, a ludzie dostęp do rozrywki i rozwoju. 

Z końcem sezonu grzewczego nie zostały im żadne zapasy. Ani węgla, ani pieniędzy (fot. Agnieszka Rodowicz)

Włochy marzną 

Prywatny właściciel eksmitował ją, gdy była w ciąży. Po urodzeniu córki przyznano jej lokal socjalny. Luiza Podedworny od sześciu lat mieszka w kamienicy z 1930 roku w warszawskich Włochach. Ma pokój z kuchenką na butlę gazową i drugi maleńki, w którym zainstalowała prysznic. Bo łazienki w mieszkaniu nie było. Ani centralnego ogrzewania. 

– Do międzynarodowego lotniska Okęcie jest od nas 15 minut, a dzielnica nie ma żadnego budynku z ciepłem miejskim – wyjaśnia Luiza.  

Ona ma dwa elektryczne kaloryfery olejowe, które chodzą non stop, a temperatura nad ranem to 16–17 stopni. – Ja to ja, ale jak wytłumaczyć dziecku, że w domu zimno? – zadaje retoryczne pytanie Luiza.  

Ma 43 lata, pracuje w Komitecie Obrony Praw Lokatorów, działa społecznie w stowarzyszeniu mieszkańców Włoch.  

– W tym roku zamontowaliśmy czujniki pomiaru temperatury i wilgotności. Odzywają się do mnie mieszkańcy, pokazują: "O, patrz, mam na klatce 10 stopni", "Ja mam 13", "U mnie dziewięć" – relacjonuje. W budynkach bez ogrzewania miejskiego części wspólne, takie jak klatka schodowa, muszą dogrzewać mieszkańcy. – Czy kopciuchami, czy elektrycznie – wyjaśnia Luiza. – Dogrzewamy 24 godziny na dobę, a na klatce i tak jest 10–12 stopni.  

A to ma wpływ na temperaturę w mieszkaniu. W zeszłym roku Amelia, córka Luizy, przez dwa tygodnie nie chciała się kąpać, bo było zimno. Choć grzały bez przerwy. Luiza płaciła co dwa miesiące rachunki po 900 zł, w styczniu przyszło wyrównanie 3000 zł, w sierpniu 2700 zł.  

Gdybym nie płaciła dużo, powiedziałabym OK. Ale płacę i nie mam ciepło. Mogę i pięć piecyków postawić. Farelki od dwóch lat nie używam, bo wiem, jak mi walnie po liczniku. Rachunki za ogrzewanie już były duże, a straszą nas, że będą jeszcze większe. Więc ludzie będą oszczędzali i marzli. Już tak jest.  

W zeszłym roku do mieszkania pod Luizą wprowadził się pan koło siedemdziesiątki. Po zimie dostał rachunek na 3000 zł. W tym roku już nie grzeje. Jej sąsiadka, emerytka, miała kopciucha. ZGN obiecał wymianę na centralne. Tyle że elektryczne. Straszyli ją, że będą drony latać, kontrolować, więc się zgodziła. – I teraz boi się, ile zapłaci – opowiada Luiza. – Póki co nie włącza centralnego, pali w kozie. Właśnie załatwiła sobie opał. Na węgiel nie było jej stać. Jakieś drewno, brykiet kupiła, kosztuje 25 zł za worek, a nie osiem, jak w zeszłym roku. Zamierza do końca grudnia nie włączać ogrzewania elektrycznego. 

Prezydent podpisał ustawę o wyższych limitach zamrażających ceny prądu. Wniosek trzeba złożyć do 30 czerwca 2023 roku. Kto nie złoży, będzie musiał zmieścić się w 2000 kWh na rok, by nie płacić więcej. – Tylko że nikt nie uwzględnił osób, które tak jak my nie tylko grzeją się piecykami, ale też podgrzewają wodę – zauważa Luiza. – Za pół roku problem będzie masakryczny, by wszystko opłacić, więc ludzie już oszczędzają, mają po 10 stopni w mieszkaniach i śpią w czapkach. Jeszcze nie ma mrozów, a Amelka już śpi ze mną, bo zimno. Do tego dwa psy i jakoś przeżyjemy. Babcia powtarzała, że w czasie wojny najgorsze było zimno, wilgoć i głód. Tylko głodu jeszcze nie mamy.  

Personalia niektórych bohaterów na ich prośbę zostały zmienione. 

Agnieszka Rodowicz. Piszę i fotografuję. Najbardziej pasjonują mnie ludzie i ich historie. Bardzo lubię ich słuchać, nawet jeśli są trudne. Wierzę, że pokazywanie ich innym choć trochę zmienia świat. Kontakt: agnieszka@agnieszkarodowicz.com.