Reportaż
Mimo że buduje się w Polsce coraz więcej nowych budynków wielorodzinnych, to nadal ogromną część nieruchomości stanowią bloki wybudowane w latach 60. czy nawet 50 (fot. Shutterstock)
Mimo że buduje się w Polsce coraz więcej nowych budynków wielorodzinnych, to nadal ogromną część nieruchomości stanowią bloki wybudowane w latach 60. czy nawet 50 (fot. Shutterstock)

Na czterech metrach kwadratowych trudno nawet postawić łóżko. Zmieści się stojak z gitarą, szafka na kosmetyki, regał na książki – i już miejsce się kończy. W kwadraciku dwa na dwa trudno się nawet minąć, nie ocierając się o siebie. Cztery metry kwadratowe przedpokoju to tyle, by założyć buty i jak najszybciej wyjść na korytarz.

Cztery mkw. – dokładnie o tyle w ciągu 10 lat zwiększyła się średnia powierzchnia mieszkaniowa przypadająca na jednego Polaka. Według raportu firmy Heritage Real Estate obecnie na osobę przypada 29 mkw.

Pod tym względem jesteśmy w europejskim ogonie. Około 40 mkw. na osobę przypada we Francji, w Hiszpanii, na Łotwie, w Finlandii, we Włoszech. Statystyczny Duńczyk zaś dysponuje 60 mkw.

Mieszkania Polaków są przeludnione. Według danych GUS z 2020 r., około 38 proc. z nas żyje w lokalach o niewystarczającej powierzchni. To tylko 10 proc. mniej niż w roku 2010. Pod względem znajdujemy się w niechlubnej europejskiej czołówce.

Od lat żyjemy w ciasnocie. Jak sobie z nią radzimy?

Sposób 1: Zrezygnować z dużej lodówki

Dorota z Łodzi zapewnia, że oboje z mężem nie lubią, jak po mieszkaniu niesie się echo. I choć nie chcieliby willi z basenem, to mają swoje skromne marzenie – chociaż 10 mkw. więcej.

Stan na dziś jest taki: 37 mkw., czworo domowników, pies i rower. – W tym mieszkaniu nie da się poruszać normalnie – mówi Dorota. – Ciągle się o coś uderzamy, zawadzamy. W takich warunkach trzeba nauczyć się lawirować między wystającymi meblami, klamkami, butami.

Mieszkanie ma fatalny rozkład: dwa prawie identycznej wielkości pokoje, dla dorosłych i dla dzieci. – Przez to trudno je umeblować – tłumaczy. – Kuchnia jest połączona z salonem, mieszczą się w niej dwie drobne osoby.

Dorota musiała zrezygnować z piekarnika. W to miejsce wstawiła szafkę. Lodówka mieści się tylko podblatowa, czyli niewielka. – Minusem jest też projekt okien w blokach na naszym osiedlu. Są na całej długości ściany w pokojach i kuchni, zabiera to dużo miejsca, można by tam było postawić dodatkową szafę czy choćby większą lodówkę – wylicza Dorota.

No i brak balkonu. Jeden z najczęściej powtarzanych koszmarów ludzi mieszkających na małych metrażach. – Jak zrobię pranie, to muszę rozstawić w mieszkaniu dwie suszarki pokojowe. I wtedy jest już zero przestrzeni.

Mieszkanie ma fatalny rozkład: dwa prawie identycznej wielkości pokoje, dla dorosłych i dla dzieci (fot. Archiwum prywatne) , Kuchnia jest połączona z salonem, mieszczą się w niej dwie drobne osoby (fot. Archiwum prywatne)

Brak miejsca, kiedy w domu są dzieci? Bywa "wesoło". Jedno chce się bawić, drugie musi się uczyć. Harmider wydaje się jeszcze większy i jeszcze bardziej przeszkadza, gdy trwa na kwadracie dwa na dwa z jednej strony ograniczonym komodą, z drugiej ścianą. Wszyscy o coś zawadzają, potykają się, coś spada na podłogę, młodsze dziecko krzyczy, że coś mu przeszkadza, starsze się obraża.

– W ciasnocie trzeba nauczyć się żyć – przyznaje Dorota. Wypracować zestaw życiowych "haków", metod przetrwania, drobnych, ale przydatnych umiejętności, które ułatwią życie na małym metrażu. Zwłaszcza jeśli mieszka na nim cała rodzina.

Marta, która niedawno zamieniła mieszkanie na większe, wspomina poprzednie lokum: – Mój pokój miał trzy na trzy metry, do tego wychodziło się z niego do kuchni. Ale najgorsze było wymyślenie, jak oddzielić pokój córeczce. Powstał finalnie z przedłużenia przedpokoju. Najpierw wstawiłam szafę, a potem regał, który służył jako "ścianka". Wzdłuż ściany komoda na ubrania, łóżko. Po przeciwnej stronie biurko i regał na zabawki. W końcu zostało jeszcze miejsce na krzesło brazylijskie.

Kombinowanie to w jej przypadku dobre określenie na "oswajanie przestrzeni". – Wszystko robiłam tanim kosztem, najwięcej wydałam na drzwi przesuwne. Generalnie nie lubię wydawać kasy na coś nowego. I jeśli mogę, to wolę taniej na olx. Ubolewałam tylko nad bardzo wąskimi parapetami, bo nie mogłam normalnej doniczki postawić – mówi.

– Co zrobić, żeby małe mieszkanie było nieco wygodniejsze? Przyznaję, nie jest to proste zadanie. Na początku trzeba się przyjrzeć wnętrzu i zastanowić się, co jest dla nas ważne, dobrać wyposażenie odpowiednie rozmiarowo do jego potrzeb i wielkości – mówi Iza Bujalska-Grygorcewicz, projektantka wnętrz.

A jeśli zrobiony jest rekonesans, z pomocą przyjdzie wolny rynek, który dostosowuje się do potrzeb klientów. Nawet tych z mikromieszkaniami. – W sklepach można znaleźć sprzęty typu "slim", które zajmują mniej miejsca, czy sprzęty wielofunkcyjne, jak na przykład piekarnik z funkcją mikrofali, pralkosuszarka, sofa z funkcją spania, wracające do łask półkotapczany – wylicza projektantka. – Do tego zabudowa mebli pod sam sufit. Wszystko zgodnie z zasadą ergonomii. Warto zadbać o to, żeby nie przeładowywać małej przestrzeni nadmiarem sprzętów, wzorów, zbyt dużymi meblami.

Sposób 2: Powiesić swój totem

Magdalenie z Krakowa świat skurczył się ze 180 mkw. domu i 12 arów ogrodu do 36-metrowego mieszkanka.

Kilka lat temu rozwiodła się z mężem. Sprzedali dom i działkę. W nowym mieszkaniu zamieszkała z synem. Czy stare życie udało jej się pomieścić w nowym miejscu? – Nie, bo uznałam, że nowe mieszkanie ma oznaczać nowe życie – mówi. – Bardzo dużo zostawiłam. Zabrałam tylko kwiatki, sprzęt grający, kolekcję płyt. I trochę mebli, żeby nie przytłoczyły małej przestrzeni.

Zapewnia, że nowego mieszkania nie traktuje jako przejściowego, tymczasowego. Bo gdyby tak było, pewnie zaczęłaby się w nim dusić. A przytłoczona się w nim nie czuje. Być może dlatego, że szybko je oswoiła.

– Tak, był taki jeden moment, gdy poczułam, że jestem u siebie. Dzień po przeprowadzce, kiedy wszystko było już na miejscu, ustawione – opowiada.

Salon Magdaleny (fot. Archiwum prywatne) , Totem indiański nad telewizorem (fot. Archiwum prywatne)

Najważniejszy element, którego za nic w świecie nie mogło zabraknąć? Totem indiański zawieszony na ścianie. To on przypomina jej, że tu – na tych skromnych 36 m – jest jej dom. Totem to jej sposób na odnalezienie się w ciasnocie.

– Mankament jest jeden: brak balkonu – mówi Magdalena. Kiedyś mogła wyjść z kawą na taras i odetchnąć świeżym powietrzem. Teraz może tylko uchylić okno i powąchać, co sąsiedzi gotują na obiad.

Sposób 3: Nie podwieszać sufitu

Anna, lat 37, mieszkanie odziedziczyła po babci. Najukochańsza wnuczka opiekowała się chorującą na raka właścicielką 39 mkw. w bloku z wielkiej płyty w Warszawie do ostatniego dnia jej życia. – Gdy babcia była już w hospicjum i dostawała silne leki, nie kojarzyła nawet swoich dzieci. Ale w lepszych chwilach pytała: "Gdzie jest Ania?", "Czy Ania zjadła już obiad?" – opowiada. – Po jej śmierci było trochę awantur, bo jedna ciocia spodziewała się spadku, a to mi babcia zapisała mieszkanie.

Z wynajmowanej kawalerki przeprowadziła się z partnerem do babcinego, teraz już jej własnego. Zamierzali mieć "czystą sytuację", nie brać kredytu. Nie chcieli też już wynajmować i z każdym malowaniem ścian pytać o zgodę właściciela. Wprowadzili się, wynieśli stare meble, część sprzedali, część odnowili. Partner po pracy przebierał się w "robocze" i brał się do malowania, zrywania podłóg, wylewek, układania płytek, podwieszania sufitu. – Tego ostatniego żałujemy do dzisiaj – mówi Anna.

Na 39 mkw. (salon, mały pokój, kuchnia, mała łazieneczka) podwieszanie sufitu okazuje się sprawą fundamentalną. Mieszkania z wielkiej płyty mają niski strop. Gipsowe płyty zawieszone na stelażu to kolejne 5–10 cm na minus. – Mamy wrażenie, że żyjemy w pudełku – mówi Anna i czuje, że jej głupio, bo to jakby obrażać pamięć babci. Z drugiej strony przecież teraz mieszkanie jest jej. A wraz z nim jego minusy.

W większym pokoju musieli wstawić modułową szafę. – Dwa metry szerokości, wysoka prawie pod sam sufit. Jak ją zobaczyłam po złożeniu, to się rozpłakałam. Miałam wrażenie, że zajmuje pół salonu – opowiada. Musiała więc znaleźć na szafę jakiś sposób. – Przednie drzwi zastąpiliśmy takimi z lustrami na całej powierzchni. Salon się trochę powiększył, ale pojawił się problem: przez cały dzień widzimy się w odbiciu. Czasem mi się śni, że tak na siebie patrzę i patrzę. Jakbym wyszła z ciała i stanęła obok – mówi Anna.

W większym pokoju musieli wstawić modułową szafę (fot. Archiwum prywatne)

Marzy o większym, ale podkreśla, że babcinego mieszkania nigdy nie sprzeda. Jest do niego emocjonalnie przywiązana. – Ciułamy na wkład własny i może już niedługo się uda – przyznaje. Ale trochę się boi, bo ceny mieszkań nie chcą spaść. – Półmilionowy kredyt na 30 lat tylko po to, by kupić 50 mkw. na Białołęce? – zastanawia się. – Będę to musiała dobrze przemyśleć.

Według dr Anny Górskiej z Katedry Inwestycji i Nieruchomości Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu na polską ciasnotę składa się kilka czynników. Pierwszy ma swoje źródło… dekady temu. – Mimo że buduje się w Polsce coraz więcej nowych budynków wielorodzinnych, w których mieszkania (opieram się tu na danych dotyczących Poznania) mają średnio po 55 mkw. i więcej, to nadal ogromną część nieruchomości stanowią bloki wybudowane w latach 60. czy nawet 50. A w blokach z wielkiej płyty dominowały lokale o niewielkim metrażu – tłumaczy.

Drugi czynnik? Wskaźnik liczby domowników w gospodarstwie domowym. – W Polsce wskaźnik wynosi około 2,6 osoby na gospodarstwo domowe. W Europie Zachodniej jest on dużo niższy – mówi dr Anna Górska.

Sposób 4: Zapomnieć o imprezach

Klaudię z Chorzowa szczególnie gryzie jedno: brak miejsca na przetwory.

Na 37 mkw. nie mam kąta, w którym mogłabym przechowywać zapasy, przetwory. A tak kocham je robić – mówi.

W kawalerce mieszka sama, wprowadziła się w lutym 2021. – Mam tylko jeden pokój przedzielony ścianką. Jedno pomieszczenie to niby taka sypialnia, drugie to pokój dzienny. Do tego kuchnia i łazienka.

Plusy? Ładny widok na miasto z drugiego piętra. Tylko tyle.

Ledwo co wyremontowałam mieszkanie i wszystko zrobiłam nowe: począwszy od ścian, przez panele podłogowe, po karnisze, lampy, meble – wylicza. Wszystko to sporo ją kosztowało, a dzisiaj i tak powroty z pracy do mieszkania są bolesne i nieprzyjemne. – Na razie nie mogę myśleć o zmianie mieszkania. Za dużo pieniędzy włożyłam w pierwsze.

Klaudię z Chorzowa szczególnie gryzie jedno: brak miejsca na przetwory (fot. Shutterstock)

Mieszkanie jest w kamienicy i trzeba je opalać drewnem w kominku. Zbliża się pierwsza zima i Klaudia nie ma gdzie składować drewna. – Jest piwnica, ale tam biegają szczury – żali się.

Salon – choć w przypadku mieszkania Klaudii to zbyt duże słowo – to malutki pokoik z szafką pod telewizor, komodą, małym stoliczkiem i sofą. Robioną na zamówienie, bo w sklepach z meblami tak wąskich nie było. – O większych odwiedzinach czy imprezach mogę zapomnieć. Tu się zmieszczą trzy, cztery osoby góra – mówi Klaudia.

Miejsca brakuje nie tylko na słoiki i drewno, ale także na przedmioty tak podstawowe jak koce i kołdry. – Po wejściu do sypialni praktycznie od razu wpada się na łóżko. Bo miejsca jest tak mało, że nie można się obrócić. Wie pan, jak trudno wybrać łóżko do takiego małego pomieszczenia? Mam nadzieję, że jak będę miała kiedyś faceta, to jakoś się pomieścimy. Z łóżka nawet nie ma gdzie spaść, bo po bokach są ściany.

Sposób 5: Często wychodzić

Anna z mieszkania po babci przyznaje, że kiedy partner gra na konsoli, a ona chciałaby w ciszy poczytać, to przychodzą jej do głowy różne myśli, na przykład wyrwać mu ten kabel z kontaktu i wyrzucić przez okno.

Wieczorami odpoczywamy na kanapie. Jest w kształcie litery L, jedno z nas leży na krótszej części, drugie na dłuższej. Gdy chcę rozprostować nogi, to trafiam na jego brzuch. Ciągle się szturchamy, dotykamy, stykamy – narzeka Anna.

W lockdownie było jeszcze gorzej, bo oboje pracowali zdalnie. Mały stół, po jednej stronie ona z komputerem, po drugiej on. Ona miała "calla", on wychodził na papierosa. – Dzisiaj już rozumiem, że każdy człowiek, bez względu na to, jak kocha drugiego, potrzebuje przestrzeni – mówi Anna. – Choćby tego metra własnego powietrza.

Mają więc swoje outdoorowe pasje. On jeździ na rowerze, ona biega. Codziennie po pracy starają się wyjść i pobyć na zewnątrz przynajmniej godzinę.

A jeśli nie mogą uprawiać sportu, wychodzą na balkon. Tak mały, że mieści się na nim tylko krzesło – suszarka na pranie już nie wejdzie. Anna, żeby czasem odetchnąć, wychodzi na balkon i patrząc na osiedle z czwartego piętra, czuje, jak spływa na nią spokój. Po zmroku na osiedlu panuje cisza, z daleka widać światła Centrum. Ale w dzień spokój nie trwa długo. Pół metra od krawędzi jej balkonu zaczyna się kolejny. Tam często wychodzi sąsiadka, staruszka, i pyta, co słychać.

Każdy człowiek, bez względu na to, jak kocha drugiego, potrzebuje przestrzeni (fot. Shutterstock)

Sposób 6: Stworzyć własny azyl

Warto podkreślić: mały metraż to nie zawsze kwestia wyboru. Częściej – splotu okoliczności, decyzji podjętych lata temu, które dzisiaj trudno odkręcić. Przymusu.

Po śmierci rodziców nie miałam wyjścia i przeniosłam się do mniejszego mieszkania. Byłam wtedy sama z córką. Wtedy wydawało się to idealne – tłumaczy Dorota, która 37 mkw. dzieli dzisiaj z mężem, dziećmi i psem. – Kiedy pojawił się partner, doszedł synek i mały metraż stał się koniecznością. Mamy marzenia, plany na większy lub nawet domek. Na razie oszczędzamy na dodatkowe metry mieszkania, bo domek byłby bardziej problematyczny – tam pojawi się też problem z pracą, szkołą i terapią syna z autyzmem i ADHD.

Przyznaje, że takie "tycie mieszkanko" przeszkadza przy dwójce dzieci. Marzy o balkonie, o dużym przedpokoju i piwnicy, żeby rower nie stał w przejściu. Gdy cztery osoby muszą go omijać, atmosfera w mieszkaniu szybko gęstnieje. – Zdarza się frustracja, gniew. Trzeba ciągle sprzątać, chować, a to trudne przy czterolatku i nastolatce, która wszystko zostawia na wierzchu – mówi Dorota.

Dla niej brak miejsca oznacza, że trzeba być bardzo zorganizowanym, a wszystko musi mieć swoje miejsce. Najdrobniejsze zakłócenie tego ładu od razu irytuje.

Każda przestrzeń na nas wpływa, bez względu na to, czy jest duża, czy mała. Z jednej strony mała przestrzeń na pewno jest bardziej przytulna, ale też powoduje, że żyjemy bliżej siebie. Każdy potrzebuje choć odrobinę swojej przestrzeni i o to powinniśmy zadbać – mówi projektantka Iza Bujalska-Grygorcewicz. Podkreśla, że mały metraż może mieć też pozytywne przełożenie na relacje: – Na pewno sprzyja zżyciu się domowników, zwiększa tolerancję na potrzeby innych.

Dorocie zdarza się uczucie przytłoczenia. Dlatego żeby trochę odpocząć psychicznie, jej partner w weekendy wyjeżdża z synkiem na wieś, a ona może wtedy naładować baterie. Ewentualnie na spokojnie zająć się domem.

Dla mieszkańców ciasnych przestrzeni ważne jest znalezienie jednego, ale własnego elementu, który pozwoli poczuć się lepiej. Oswoić nieprzyjazne otoczenie. Dorota: – Udało mi się stworzyć wymarzony azyl w stylu, który kocham. To sypialnia. Zawsze o niej marzyłam i spełniłam to marzenie. Kolejnym była łazienka z wanną. Też udało się to zrobić. Wanna ma 120 cm długości. Ale jest!