Reportaż
Kopalnia węgla brunatnego Turów (Fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta)
Kopalnia węgla brunatnego Turów (Fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta)

Darek już wie, jaki byłby skutek wykonania decyzji Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. – Jakby zamknęli kopalnię i elektrownię, toby tu cały park żuli siedział – wyjaśnia. – Bo gdzie niby pójdą?

Niemcy lepsze niż kopalnia

17-tysięczna Bogatynia na Dolnym Śląsku wita przyjezdnych kopalnią. Gigantyczne wyrobisko to pierwsze, co widzi kierowca zjeżdżający z jedynej drogi, która łączy Bogatynię z Polską. Dopiero minąwszy ogromny kopalniany teren, wjeżdżamy do poniemieckiego miasteczka.

Można odnieść wrażenie, że każdy mężczyzna w Bogatyni pracował w kopalni lub elektrowni Turów. Do kogokolwiek zagadam – kopalniany emeryt. Przy czym emerytem można tu zostać już po pięćdziesiątce.

Tak właśnie było z Darkiem, lat 59, który ćwierć wieku przepracował na kopalni. – Z czego 10 na przesyłce, a resztę w systemie, czyli przy wydobyciu, na koparce – precyzuje. – Ciężka praca, ale lubiłem ją. Dostawałem na rękę 3,5 tys., nie narzekałem. Potem nam zrobili program dobrowolnych odejść. Kto się zgłosił, ten dostał 80 tys. odprawy. Wziąłem pieniądze i wyjechałem do Anglii. Siedziałbym tam do dzisiaj, ale przyszła powódź w 2010 i mi dom rozjeb*ła. Musiałem wracać, ogarnąć rodzinę. Tak już zostałem. Do kopalni nie było powrotu, a nowej pracy nie znalazłem. Dorabiam przy pracach społecznie użytecznych. Renciny mam 350 złotych. Dobrze, że synowie pomagają.

Kiedyś w Bogatyni były inne miejsca pracy – Bogatyńskie Zakłady Przemysłu Bawełnianego "Doltex" i Bogatyńskie Zakłady Win Importowanych. Zakłady już dawno wyburzono, za to mieszkańcy doczekali się dwóch Biedronek, Lidla, Netto i Dino. – To dla Czechów, Niemców pobudowali, żeby mieli gdzie zakupy robić – ocenia Jan, były pracownik, a jakże, elektrowni Turów. Obecnie dorabia w budowlance.

Można odnieść wrażenie, że każdy mężczyzna w Bogatyni pracował w kopalni lub elektrowni Turów (fot. Krzysztof Ćwik / Agencja Gazeta) , Do kogokolwiek zagadam - kopalniany emeryt (fot. Bartosz Józefiak)

W południe w Bogatyni trudno spotkać młodych. Pewnie w pracy, a praca za miedzą. – W fabrykach Škody, Volkswagena robią po czeskiej stronie. Tam z trójkę na rękę dostaniesz. Bardziej się opłaca w Niemczech – słyszę.

Darek potwierdza: ma trzech synów i choć wszyscy zostali w Bogatyni, to żaden nie pracuje w Polsce. – Pokupowali samochody i dojeżdżają. Jeden jest brygadzistą w zakładzie w Niemczech, drugi w tartaku robi u Niemca, trzeci w fabryce w Czechach. Jeden nawet dostał się do kopalni, ale zrezygnował. W Niemczech ma lepsze pieniądze – tłumaczy Darek.

Nikt głośno nie powie, że węgiel się kończy

Obok parku i Biedronki umościł się bazarek z mydłem i powidłem. W blaszanych budach sprzedawcy rozkładają przed nielicznymi klientami paski, spodnie, sukienki, nakrętki, części samochodowe, majtki i staniki, warzywa i owoce. Po targu spaceruje Karol, rzecz jasna, kopalniany emeryt, ale o mało patriotyczno-kopalnianym nastawieniu. W meczu rząd Polski–Czechy kibicuje Czechom. – Jak nie wstrzymamy wydobycia, to będziemy płacić kary. Proste. Polska to jest dziwny kraj. My chcemy należeć do Unii, ale na swoich zasadach. No tak się nie da.

Karol mówi o wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z 21 maja. Trybunał w ramach środków tymczasowych nakazał Polsce natychmiastowe zaprzestanie wydobycia węgla brunatnego w kopalni PGE Turów. Sprawę przed TSUE wniosły władze Czech. Czesi uważają, że Polska złamała przepisy unijne, wydając koncesję na dalsze wydobycie. Według Trybunału może ono zaszkodzić zasobom wody pitnej w Czechach. Dlatego do wydania ostatecznego wyroku należy wydobycie wstrzymać. Polski rząd zapowiada dogadanie się z Czechami, ale kopalnia nadal pracuje.

Karol o kryzys obwinia jej właściciela, państwowy koncern PGE, i polski rząd. – Nikt tego głośno nie chce powiedzieć, ale węgiel się już kończy. Tu nie trzeba Czechów, kopalnia się sama doprowadzi do upadłości – twierdzi. – Węgiel jest coraz gorszej jakości, trzeba kopać coraz głębiej. Wiem, co mówię, pół życia tam przepracowałem. Ale nikt o tym głośno nie powie. Jakby dyrektor z kopalni coś pisnął, to jutro już nie jest dyrektorem. Żadna władza – gminna, powiatowa, krajowa – żadna tego głośno nie powie. Od 30 lat nikt nic z tym nie zrobił, bo po co zrażać wyborców? Oby koryto było, a problem lepiej odepchnąć i byle do kolejnych wyborów. Następni wpadną na tę ścianę, ale to już nie nasza kadencja. A że wpadną, to pewne.

Protest górników przeciwko decyzji TSUE o wstrzymaniu wydobycia (fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta)

Zarząd kopalni i PGE najwyraźniej nie zgadza się z opinią Karola. Kilka lat temu uruchomił budowę nowego, wartego 3,7 mld złotych netto bloku energetycznego, a pod koniec kwietnia minister klimatu i środowiska przedłużył koncesję na wydobycie węgla w kombinacie Turów do 2044 roku. Obie decyzje miały niemałe konsekwencje. Przyznanie koncesji na tak długi czas zirytowało ekologów, europosłów, niemieckich i czeskich sąsiadów, z którymi polski rząd jest w sporze na temat elektrowni. Portal Zgorzelec.info podaje, że pomysł budowy nowego bloku energetycznego i przedłużenia koncesji nie spodobał się także w Brukseli. Komisja Europejska podjęła decyzję, że podregionowi Bogatynia nie należą się środki z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji. W Bogatyni nie odbywa się przecież żadna transformacja, wręcz przeciwnie.

Karol ma żal do polityków, że postawili przyszłość gminy na jedną, kopalnianą kartę. – Nikt nie podjął się, żeby stworzyć tu alternatywę dla rynku pracy. Nikt! Czy przyciągnęli tu firmy krajowe lub zagraniczne? Nic! – mówi. I wspomina stare zakłady bawełniane Doltex, które w latach świetności zatrudniały po 3,5 tys. ludzi i produkowały ręczniki do Włoch i Francji. Firma została sprzedana w 1993 roku. – Przyjechali cwaniacy, wzięli zakłady za bezcen, wyprzedali maszyny, zwinęli firmę. A tu były najnowsze włoskie krosna, przemysł włókienniczy, który ciągnął całą gminę – denerwuje się Karol.

Doltex został kupiony przez inne zakłady – Frotex z Prudnika. Prezes Frotexu Josef Czerniak nie ukrywał, że jego celem od początku było wykupienie konkurencji i zamknięcie zakładu w Bogatyni. "Plan był taki, żeby po jakimś czasie przejąć krosna i zlikwidować tamtejszą fabrykę – normalna działalność marketingowa. Kupiliśmy ją za pół miliona złotych, czyli praktycznie za bezcen, bo sam grunt wart był o wiele więcej" – przyznał z rozbrajającą szczerością prezes Frotexu w rozmowie z "Tygodnikiem Prudnickim".

Na przełomie wieków upadły też Zakłady Win Importowanych. Jedynym dużym pracodawcą po polskiej stronie została kopalnia i elektrownia Turów. – I są markety typu Biedronka, Lidl, Tesco. Ale co to jest za praca? Jutro sobie sklep zamkną i przeniosą. Władza się cieszy, że jest niskie bezrobocie. Nic dziwnego, jak wszyscy do Niemca jeżdżą – mówi Karol.

Jedynym dużym pracodawcą po polskiej stronie została kopalnia i elektrownia Turów (fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta)

Głos wart 50 złotych

Bogatynia oblepiona jest plakatami. Na przechodniów patrzą poważni panowie w garniturach. W mieście trwa kampania wyborcza. 13 czerwca mieszkańcy wybiorą nowego burmistrza. Do tej pory nie mieli szczęścia do włodarzy.

Od 2006 roku Bogatynią z poparciem PiS-u rządził Andrzej G. Kolejne wybory wygrywał w cuglach. – Wszystkim wszystko obiecał, bo gminę na wszystko było stać. Dzięki podatkom z kopalni jesteśmy jedną z najbogatszych gmin, z rocznym budżetem rzędu 180 mln. Tego bogactwa w ogóle nie widać, bo władza wydawała pieniądze na "ekstrasy" – opowiada Magda Kościańska, dziennikarka Telewizji Bogatynia.

Na co szły budżetowe nadwyżki? Na przykład na szpital utrzymywany przez gminę, co jest ewenementem w skali kraju. Bo szpitale zwykle są finansowane przez powiaty lub jednostki rządowe, rzadko kiedy przez gminy, a już na pewno nie gminy tak niewielkie. Kolejny wydatek – szkoły. Magda Kościańska ocenia, że szkół może być mniej, bo przecież mamy niż demograficzny. Ale ich siatki nikt od lat nie ruszał, żeby nie drażnić mieszkańców. Następny punkt w miejskim budżecie to rozbudowany do granic możliwości urząd miejski, według złośliwców kolejne źródło wyborczych sukcesów burmistrza. Każda posada w urzędzie to potencjalne głosy pracowników i ich rodzin. I nie można zapomnieć o rozrywce. Burmistrz nie żałował pieniędzy na odbywające się co dwa lata Karbonalia – dni węgla i energii. W 2018 roku dla mieszkańców zaśpiewali Krzysztof Krawczyk i Edyta Górniak. W planach były też dni Lecha Kaczyńskiego, z nietypowymi atrakcjami, jak wystawa kotów nierasowych "Sierściel bez granic" oraz Bieg Lecha Kaczyńskiego z dystansem w metrach równym liczbie dni życia zmarłego prezydenta. Ta impreza jednak nie doszła do skutku.

I jest jeszcze słynny bogatyński basen za 20 mln złotych. Ma jeden feler –zbudowano go nielegalnie, bo bez niezbędnych pozwoleń. Basen był gotowy już w 2018 roku, ale do dzisiaj stoi zamknięty. Brakowało dokumentacji, nie ma nawet pozwolenia na budowę. Basen powstał jako samowolka budowlana, pewnie jedna z najdroższych w Polsce. Mimo że stoi pusty, miasto co miesiąc wydaje kilkanaście tysięcy złotych na jego utrzymanie.

Czy burmistrzowi pomogły też niestandardowe metody wyborcze? Ten wątek badała prokuratura. Po wyborach w 2014 roku dziewięć osób oskarżono o kupowanie głosów. Jak podawała "Gazeta Wyborcza", już w dniu wyborów, w biały dzień, niemal na gorącym uczynku zatrzymany został 23-letni mężczyzna. Policjanci znaleźli przy nim listę osób uprawnionych do głosowania i znaczną sumę pieniędzy. Jeden głos miał kosztować od 50 do 100 złotych. Kupione głosy miały dotyczyć radnych miejskich z PSL i PiS, czyli wyborczego zaplecza burmistrza G. Sprawę badali też lokalni dziennikarze.

– Mieliśmy nagranie rozmowy, na której słychać, jak jeden facet drugiemu proponuje pieniądze w zamian za głos. O kupowaniu wyborów wiedziało całe miasto. Nic to nie dało. Okazało się, że korupcja wyborcza jest nie do udowodnienia. W sprawie nikt nie został skazany – opowiada Kościańska.

Urząd Miasta i Gminy w Bogatyni (fot. Bartosz Józefiak)

Atmosfera wokół burmistrza Andrzeja G. zgęstniała jednak na tyle, że stracił poparcie lokalnych struktur PiS, a w 2018 roku przegrał z Wojciechem Błasiakiem, powiatowym inspektorem budowlanym, nowicjuszem w świecie polityki.

Epilog politycznej kariery burmistrza G. rozegrał się rok później, kiedy został zatrzymany przez CBŚ i trafił do aresztu. Razem z czterema byłymi pracownikami Gminnego Przedsiębiorstwa Oczyszczania usłyszał zarzuty przestępstw urzędniczych i fałszowania dokumentów. Andrzej G., obecnie już na wolności, czeka na proces.

Jeszcze będzie przepięknie

Zwycięstwo Wojciecha Błasiaka okazało się jednak pyrrusowe. Co prawda został burmistrzem, ale w radzie przeważała koalicja wciąż powiązana z Andrzejem G. – Każda sesja gminy to była wielka przepychanka między radnymi a burmistrzem. Sytuacja ewidentnie go przerastała. Przeczuwałam, że coś może wybuchnąć – mówi Magda Kościańska.

I faktycznie, wybuchło. W sierpniu zeszłego roku burmistrz Błasiak rzucił mandatem. Pandemia opóźniła przeprowadzenie nowych wyborów. Premier Morawiecki na stanowisko pełniącego obowiązki burmistrza mianował Wojciecha Dobrołowicza, do niedawna przewodniczącego rady wiejskiej w Zgorzelcu. Dobrołowicz również startuje w wyścigu o fotel burmistrza. Broni kopalni jak niepodległości.

Kopalnia i elektrownia to główny pracodawca w regionie. Zatrudnia ponad 5 tys. osób. Jeśli dodamy do tego ich rodziny, dostawców, usługodawców, to mówimy o 60–80 tys. osób związanych z kompleksem Turów – mówi Dobrołowicz. – Zamknięcie kopalni byłoby katastrofą, dramatem, z którego podnosilibyśmy się latami. Ludzie masowo zaczęliby wyjeżdżać. Albo poszliby kopać węgiel na własną rękę, żeby jakoś przetrwać. Jak w Wałbrzychu 30 lat temu. Nie mówiąc już o dochodach samorządu, bo podatki z kopalni stanowią 30 procent budżetu gminy. 

Kandydat na burmistrza zdaje sobie sprawę z tego, że od węgla trzeba uciekać, ale stawia na ewolucję, nie rewolucję. Są już w gminie farmy wiatrowe i największa w kraju farma fotowoltaiczna, jednak na razie nie ma co marzyć, żeby te branże przyjęły wszystkich kopalnianych pracowników. – Przez lata w mieście brakowało porządnego gospodarza. Szerzyło się bezprawie, ostatni czas dla Bogatyni był czasem przespanym – przyznaje Dobrołowicz, jakby zapominając, że Andrzej G. jeszcze do niedawna był jego partyjnym kolegą.

Teraz jednak idzie nowe, trwa opracowywanie strategii dla gminy, jest plan stworzenia strefy ekonomicznej. Na przyciągnięcie inwestorów potrzeba czasu, ale pojawią się, w mieście wyrosną magazyny, fabryki i centra logistyczne, w sumie jeszcze do końca nie wiadomo co. Pełniący obowiązki burmistrza wierzy jednak w świetlaną przyszłość. Trzeba tylko pozwolić kopalni funkcjonować do 2044 roku.

Wojciech Dobrołowicz wysokie ceny emisji CO2 nazywa "bandytyzmem". Podkreśla, że w regionie po niemieckiej i czeskiej stronie funkcjonuje aż dziewięć kopalni węgla, mimo to krytykowany jest tylko polski kombinat. A przecież PGE, zgodnie z wolą czeskiej strony, wydało miliony złotych na zmniejszenie wpływu kopalni na środowisko. Wystarczy wyjrzeć za okno – niebo błękitne, powietrze czystsze niż w Krakowie, przekonuje burmistrz, najwidoczniej nieświadomy, że według Dolnośląskiego Alarmu Smogowego Bogatynia to najbardziej zanieczyszczone miasto w regionie.

W planach gminy jest też rozwój turystyki – w końcu jesteśmy na styku trzech państw. Stąd inwestycja w drogi rowerowe, także pomiędzy krajami, punkty widokowe. No i są jeszcze plany odbudowy sieci kolejowej do Bogatyni. Słowem – jest źle, ale będzie lepiej.

Na wyborczym banerze Dobrołowicz zapewnia: "Obronimy Turów". Mieszkańcy na te i inne obietnice kandydata patrzą z przymrużeniem oka.

Sukces ma wielu ojców. Jak wyjdzie cała sytuacja na plus dla kopalni, zobaczy pan, ile będzie piersi do orderu. Każdy będzie krzyczał, że "to ja załatwiłem, to ja!". A ja bym im powiedział: chłopaku jeden z drugim, co ty ludziom głowę zawracasz, jak to jest sprawa na szczeblu rządowym? Jesteś pikuś w tych sprawach. Ale baner sobie wisi? Wisi – ocenia górniczy emeryt Karol.

Plakat 'Obronimy Turów' (fot. Bartosz Józefiak)

A dziennikarka Magda Kościańska dodaje: – Znaczenie kopalni maleje. Coraz więcej młodych dojeżdża do fabryk w Niemczech i Czechach. Czesi właśnie budują nowy zakład zaraz przy granicy. Od dziesięciu lat od kolejnych polityków słyszę, że ściągną do Bogatyni fabryki. A wie pan, ile powstało? Ani jedna.

Zabierają nam dumę

– My jesteśmy dumni z naszej pracy. Bo nie pracujemy tylko dla siebie. My dbamy o to, by Polacy  mieli prąd w gniazdku. I tę dumę nam się odbiera – mówi 37-letni Jakub. – Czytamy komentarze, że górnicy to nieroby, dostają pieniądze za nic, mają ciepłe posadki. To krzywdzące, bo praca w kopalni nie jest łatwa: w wyrobisku, cały czas na dworze, minus 20 czy plus 30, w błocie po kolana, w kurzu. Nikt nie przychodzi do kopalni, żeby sobie poleżeć.

Ojciec Jakuba również pracował w kopalni. W latach 90. to było jedyne stabilne miejsce pracy. Ale młody Kuba nie myślał o Turowie. Wyjechał na studia do Krakowa, skończył Akademię Górniczo-Hutniczą, kierunek chemiczny. Specjalizował się w magazynowaniu wodoru. Miał nawet propozycję pracy na uczelni. Przeważył lokalny patriotyzm. Wrócił z żoną w rodzinne strony. Skończył jeszcze studia na Politechnice Wrocławskiej, przebranżowił się, pracuje na stanowisku dozoru w kopalni. Żona jest fizjoterapeutką.

Opowiada: – Z mojej klasy to dosłownie parę osób zostało na miejscu. Reszta rozjechała się po Polsce, sporo osób wyjechało do Wrocławia. No i Niemcy. W rejonie z dużych zakładów została kopalnia. Przeprowadzając się tutaj, całe życie z nią związałem. Byłem pewny, że doczekam tu do emerytury. Kilkanaście lat temu tego tematu, że odchodzimy od węgla, przechodzimy na czystą energię, takich rozmów w ogóle nie było.

Jakub nie jest przeciwnikiem zielonej energii, ale zwraca też uwagę na problemy. Przede wszystkim dziś nie jesteśmy w stanie magazynować energii ze źródeł odnawialnych. A ta jest niezależna od człowieka, bo nie mamy wpływu na słońce czy wiatr. Żaden kraj jak na razie nie przeszedł w stu procentach na energię odnawialną. Dopóki nie nauczymy się jej magazynować, jesteśmy skazani na źródła konwencjonalne. Do wyboru mamy gaz – w polskich warunkach importowany z Rosji. Drugi wybór to atom. Ale – po pierwsze – budowa atomowej elektrowni trwa kilkanaście lat, a w Polsce na razie jeszcze się nie zaczęła. A po drugie – elektrownia atomowa też nie pozostaje bez wpływu na środowisko, bo produkuje radioaktywne odpady. Ludzkość nie nauczyła się ich bezpiecznie utylizować. Więc na węgiel jesteśmy jeszcze skazani.

Nie ma co ukrywać, kopalnia to też dobry pracodawca. Jakub zarabia 6 tys. na rękę, do tego barbórka, czyli 13. pensja. Tyle nikt w Bogatyni nie dostaje, chyba że jeździ do pracy w Niemczech.

W latach 90. kopalnia była jedynym stabilnym miejscem pracy (fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta)

I jest też aspekt patriotyczny. Jakub i koledzy chcą pracować dla polskiej firmy, wspierać polską gospodarkę. A co, gdyby przyszło mu robić dla Niemca? Dla Jakuba, patrioty z krzyżykiem na szyi i w koszulce z flagą biało-czerwoną, to byłaby ostateczność.

W Niemczech czy Czechach Polak zawsze jest traktowany jako człowiek może nie drugiej kategorii, ale jako ktoś gorszy, nietutejszy – twierdzi. – Nawet jak znasz się na robocie lepiej niż Niemiec, nawet jak pracujesz ciężej, to w niemieckiej firmie nie zostaniesz kierownikiem. Oczywiście jeśli życie mnie zmusi, jak nie będę mógł wykarmić dzieci, to pojadę za granicę. Ale bardzo chciałbym tego uniknąć.

Jakub liczy na to, że region się zmieni, powstanie nowy przemysł. Jak twierdzi: – To jest ostatni dzwonek, żeby wymyślić region na nowo. Nie możemy stracić więcej czasu. Nie jest tak, że my się kurczowo tej kopalni trzymamy. Ja nie miałbym problemu, żeby się przekwalifikować, obsługiwać panele fotowoltaiczne czy wiatraki. Problem w tym, że jak tylko idą wybory, to kolejni kandydaci obiecują, że tu powstanie fabryka albo tutaj. I z tych obietnic nic nie wynika. Aż przychodzą następne wybory. Jeżeli praca będzie, to ja i koledzy bez problemu zmienimy branżę. Tylko ta praca musi być.

Bartosz Józefiak. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Współpracuje z „Dużym Formatem" „Gazety Wyborczej", „Tygodnikiem Powszechnym", portalem Weekend.Gazeta.pl. Dwukrotnie nominowany do dziennikarskiej Nagrody Newsweeka  im. Teresy Torańskiej w kategorii „Najlepsze w Internecie". W sierpniu nakładem Czarnego ukazała się książka Bartka i Wojciecha Góreckiego „Łódź. Miasto po przejściach". Kontakt do autora: bartoszjozefiak42@gmail.com