Reportaż
Prawie każdy nie lubi sprzątać, ale większość lubi mieć czysto (Fot. Shutterstock)
Prawie każdy nie lubi sprzątać, ale większość lubi mieć czysto (Fot. Shutterstock)

Dla Barbary najgorsze są maseczki. Bo trzeba je nosić w zamkniętych przestrzeniach: salonach, sypialniach, pokojach dziecięcych. I choć niby chronią przed roztoczami w garderobach i kurzem z papierów i książek w prywatnych gabinetach, to jednak pracuje się w nich gorzej. – Po prostu się w tych maseczkach dusimy – mówi Barbara Kurowska.

Jeszcze zanim wszedł w życie pierwszy lockdown, jej firma Sprzątanie w Warszawie 24 zaczęła tracić klientów. Przetrwała, bo Barbara zdywersyfikowała usługi: sprząta nie tylko w prywatnych mieszkaniach, ale i w biurach, z których część działała nawet w pandemii. – W biurach sytuacja jest łatwiejsza, bo kiedy my w nich jesteśmy, pracowników już nie ma – dodaje Kurowska.

W domach i mieszkaniach wielu klientów spędza całą dobę. Czynności, które kiedyś wykonywali poza domem, teraz wykonują wewnątrz, na przykład pracują i ćwiczą. To ważna zmiana w pracy sprzątaczek w pandemii, ta ich obecność. Znikali, bo pracowali, wyjeżdżali na urlop, na weekend, w tym czasie sprzątaczka mogła spokojnie robić swoje. Dziś częściej są obok. Ale podobno starają się nie patrzeć na ręce, nie pilnują każdego ruchu. Zdarza się, że wychodzą, jeśli nie z domu, to chociaż do innego pomieszczenia.

Mówimy klientom, żeby czuli się jak u siebie, bo często pada pytanie: "Czy już mogę wejść do kuchni?" – opowiada Barbara Kurowska. – Po prostu dopasowujemy się do sytuacji. Czasami trzeba poczekać z odkurzaniem, kiedy klient ma rozmowę telefoniczną. Dogadujemy się i staramy się być wyrozumiali. Klienci też.

Czy ludzie w czasie pandemii brudzą bardziej? Zdania się podzielone.

Barbara Kurowska uważa, że nie bardziej, tylko inaczej: – Jeśli wcześniej dużo pracowali, to mieszkanie było jak hotel. Widać było, że tu wszystko jest w locie załatwiane. Teraz częściej używana, a więc też wymagająca sprzątania, jest kuchnia, bo ludzie mają czas na śniadanie, kawę, chwilę wytchnienia po pracy. Jest raczej większy porządek, bo zwracają uwagę na detale.

Więcej też robią sami. – Wcześniej zdarzały się usługi typu poukładanie ubrań w szafie. Mniej jest prasowania koszul, bo z domu to nikt w koszuli się nie wychyla, raczej dres jest teraz w modzie – mówi Kurowska.

Klienci siedzą w domach, często całymi rodzinami (Fot. Shutterstock)

Koleżanki Barbary po fachu widzą to inaczej: przy tych aktywnościach, z którymi zamiast wyjść do ludzi, siedzimy w domach, strasznie teraz kurzymy i śmiecimy. Skutkiem ubocznym lockdownu – twierdzą sprzątaczki – jest kurz gromadzący się na półkach i parapetach kolejnymi warstwami oraz śmieci, które jakoś trudno wrzucić do kosza. Owszem, zdarzają się też mieszkania sterylne jak szpitale, takie, w których niewiele trzeba zrobić – przyznają sprzątaczki. Podkreślając słowa "zdarzają się".

Jedyne źródło egzystencji

Według Głównego Urzędu Statystycznego w Polsce pracują 222 tys. sprzątaczek i sprzątaczy zatrudnionych w firmach powyżej 10 osób. Może być ich jednak znacznie więcej – spora część rynku to osoby działające jako wolni strzelcy. Sprzątają biura, magazyny, wnętrza budynków publicznych, urzędów, szkół, przychodni lekarskich. I – w ogromnej części – prywatne mieszkania i domy.

Pracują ciężko fizycznie. Niekiedy narażają się na utarczki słowne, spory o wynagrodzenie, formę rozliczenia. A zarabiają raczej niewiele. Według serwisu Wynagrodzenia.pl mediana miesięcznych wynagrodzeń w branży to 2,5 tys. zł brutto.

Od czasu pierwszego lockdownu rynek mocno się przerzedził – przyznaje Barbara Kurowska. – Odeszło kilku klientów, ze względów finansowych. I to jeszcze przed pandemią.

Rezygnowali również lekarze i pielęgniarki – dla bezpieczeństwa osób sprzątających.

Wiedzą, że są większym zagrożeniem ze względu na stały kontakt z chorymi – mówi Barbara. – Nieraz dzwonią po poradę, bo odzwyczaili się od sprzątania samemu, ale chcą mieć czysto, i podpytują o różne triki. Pytają, jak my to robiliśmy, że wychodziło tak ładnie i bez smug.

Mniej chętnych jest także na usługi sprzątania po wynajmie czy po remoncie, a to z powodu zastoju na rynku nieruchomości i z braku najemców. Wynajmujący zaś sprzątają sami.

Co ciekawe, Barbara przeliczyła, że w ubiegłym roku wiosną, czyli w czasie lockdownu, o ponad 80 procent zmniejszyła się liczba zamówień na mycie okien. – Klienci, siedząc w domach, umyli je sami. Z nudów – mówi właścicielka firmy sprzątającej. – Prawdopodobnie będzie tak też w tym roku, w trzeciej fali pandemii. Niewielka grupa z tych, którzy chcą mieszkanie wynająć, decyduje się na profesjonalne sprzątanie, bo chcą znaleźć JAKIEGOKOLWIEK klienta, a czystość czasami jest decydująca przy negocjacji ceny najmu. Albo po prostu chcą sprzedać mieszkanie i pozbyć się problemu.

Są też "klienci VIP". Oni korzystają z usług bez zmian. – I to jest na ten moment źródło naszej egzystencji na rynku – wyznaje Barbara Kurowska. – Przyszłość? Przeraża mnie wizja, że przy mniejszych obrotach rząd zmusi nas do wyższych podatków. Nikt nie zastanawia się nad tym, że wynagrodzenia dla pracowników trzeba było podnieść ze względu na minimalną stawkę krajową, ale ceny usług pozostały bez zmian. Nie ma sprzątań po eventach, po imprezach, prywatkach, wszystko jest pozamykane.

Zapach starości

Katarzynę (imię zmienione) najbardziej denerwują puste butelki po alkoholu. W jej rodzinnym domu tata dużo pił i były przez to ciągłe awantury. Dlatego dzisiaj rośnie jej ciśnienie, kiedy w szafce pod zlewem widzi 6, 10, 12 butelek po piwie. – Jak człowiek może wypić tyle piwska? – irytuje się.

Do pracy w zawodzie trafiła – jak sporo osób w tej branży – trochę przez przypadek, a trochę z życiowej konieczności. Pochodzi z małego miasteczka na północy kraju, przeprowadziła się do Warszawy za ówczesnym ukochanym ("Dziś to już sprawa nieaktualna"). Razem założyli interes: salon kosmetyczny połączony z fryzjerstwem i solarium. Był rok 2010, szło całkiem dobrze, klientki zadowolone, rynek duży – blokowisko na Ursynowie.

Ale w parze z psuciem się związku z partnerem-wspólnikiem zaczął podupadać biznes. Ukochany więcej z kasy fiskalnej wyjmował, niż Kasia do niej wkładała. A robił niewiele. Starał się reklamować salon na Facebooku, drukował ulotki, roznosił je po skrzynkach na listy. Tyle jego wkładu. No i odbierał Kasię z pracy, ale z czasem przestał – wolał siedzieć w domu, grać na konsoli w gry, które Kasi nie mieszczą się w głowie tak samo jak picie piwa. Miał też inną pasję: obstawianie u bukmachera, co przyniosło im tylko długi i debet na koncie. Stres, trzęsące się ręce, niestaranność przy robieniu rzęs lub paznokci – i klientki przestały przychodzić. A ZUS-y dla dwóch pracownic i leasingi na sprzęt z czegoś trzeba było płacić. Skończył się biznes, skończył się związek.

Nic nie wyszło z biznesu, ani ze związku (Fot. Shutterstock)

Kasia nie żałuje. Choć na początku pracowała na czarno. Klientów szukała pocztą pantoflową, od jednego polecenia do drugiego. Sprzątała, jak dzisiaj, prywatne mieszkania, prywatne domy. Coraz większe powierzchnie, coraz większe wymagania. Była w tym dobra, inwestowała w środki czystości, samochód, żeby sprawnie i szybko dojechać do klienta, w kosmetyki na podrażnienia skóry rąk (częste schorzenie osób sprzątających), nawet w fitness i siłownię, żeby łatwiej podnosić się z klęczek do pozycji stojącej. Zarabia – a raczej zarabiała przed pandemią – dużo więcej niż jako właścicielka salonu.

W pandemii liczba klientów nagle spadła. Pozostali ci, którzy bez korzystania z usług firm sprzątających nie wyobrażają sobie funkcjonowania – zapracowani, mało bywający w domu, często jeżdżący w delegacje. Odpadli głównie ci, dla których sprzątanie było luksusem "od czasu do czasu".

Co jest dla Katarzyny najtrudniejsze? Sprzątanie na zlecenie w mieszkaniach osób starszych. – Zamawiają je klienci, którzy nie mają czasu, żeby opiekować się rodzicami, dziadkami, a więc także u nich sprzątać – mówi Katarzyna.

Jest to trudne z dwóch powodów.

Pierwszy jest praktyczny. – Zdarza się trudny do zniesienia zapach. Trudno go opisać, ale chyba każdy go zna. Ciężki, słodkawy zapach mieszkania starego człowieka. Niektóre osoby nie są w stanie odpowiednio zadbać o higienę.

W zamknięciu – zauważyła Katarzyna – mieszkania osób starszych zaczynają się wypełniać, głównie tym, co dawno już niepotrzebne. Jakby seniorzy nie chcieli się rozstawać z gazetami, tekturowymi paczkami, reklamówkami na zakupy, książkami, plastikowymi opakowaniami po gotowym jedzeniu ("Bardzo częste ostatnio" – mówi Kasia), puszkami, butelkami, słoikami i przede wszystkim: opakowaniami po lekach.

Wyczyszczenie kurzu z półek, na których to wszystko zalega, zajmuje czasem kilka godzin. Bo każdą rzecz trzeba podnieść i zapytać, czy potrzebna. Często tłumaczyć, że już się nie przyda, że to śmieć. Wszystko to ma swoje miejsce, panuje symetryczny, idealny porządek, ale jednocześnie ten ład pokryty jest starym kurzem. – Być może to gromadzenie wynika z prostego powodu: starszym osobom bardzo ciężko jest zejść kilka pięter w dół, by wynieść śmieci codziennie albo chociaż kilka razy w tygodniu. Nikt za nich tego nie zrobi – mówi Katarzyna.

Powód drugi: wymiar psychiczny. – To najczęściej ludzie bardzo samotni – opowiada Katarzyna. – Żalą się, zwierzają, opowiadają o wszystkich swoich chorobach, czasem o całym swoim życiu. Moja rola jest taka, żeby się z nimi spotkać, wysłuchać, nie tylko sprzątać. Zauważyłam, że starsi w pandemii bardzo boją się o przyszłość. Dotąd chorowali albo i nie, chodzili po lekarzach albo i nie, ale teraz wirus jakby wszystko "przyspieszył". Dlatego ich pobyt u lekarzy, w poczekalniach, a ostatnio szczepienia to kwestia życia i śmierci.

Starszym ludziom bardziej niż czystego mieszkania, brakuje rozmowy. (Fot. Shutterstock)

Kończąca się cierpliwość

Pracującą dla profesjonalnej firmy sprzątającej Paulinę (imię zmienione) proszę, żeby wymieniła rzeczy, które najbardziej ją w polskich wnętrzach zdziwiły. Twierdzi, że dziś – po czterech latach pracy w zawodzie – nie dziwi jej chyba nic. Ale pewnych rzeczy nie może zrozumieć.

Wymienia: papierki po słodkościach wrzucone za fotel, zużyte wykałaczki i patyczki do uszu wciśnięte między siedzisko a oparcie kanapy. Ludzie zamknięci w mieszkaniach i domach z całymi rodzinami – mówi Paulina – na co dzień schludni i czyści, zostawiają po sobie: łazienki zarośnięte brudem jak rdzą, zacieki na brodzikach pryszniców, włosy z głowy i włosy łonowe w odpływach wanien, czarne fugi, które kiedyś były białe, psujące się w zakamarkach kuchni resztki jedzenia, kocie siki i kocie kupy, koty z kurzu pod łóżkami, gile z nosa wycierane o obicia mebli, karaluchy wychodzące z gniazdek elektrycznych (oraz z tekturowych opakowań po pizzy i ze zlewu), sztywne od użytkowania prześcieradła, sztywne ze starości brudne skarpety za meblami, od lat niemyte kubły na śmieci.

Czy w okresie pandemii tego wszystkiego w polskich mieszkaniach przybyło?

Zdecydowanie – odpowiada Paulina. – Mam wrażenie, że najbardziej śmiecą dzieci, ale to rodzicom powinno chcieć się po ten papierek czy patyczek po lodzie sięgnąć. Tyle że oni też mało dbają o otoczenie. Zostawiają brudne naczynia gdzie popadnie, pranie do wyprasowania leży czasem na podłodze, a oni siadają do komputera do telekonferencji w firmie.

Paulina tych wszystkich rzeczy wolałaby nie zobaczyć, ale widzi je na co dzień. Mimowolnie też słucha. A słuchając, poznaje życie klientów bardzo dobrze.

W domach, gdzie wszyscy żyją na kupie, jest dużo napięć. Nieraz słyszałam, jak ludzie na siebie syczą przez zęby o byle co, naprawdę byle co! Widać, że ta sytuacja ich przerasta – mówi Paulina. – Moim zdaniem najbardziej odbija się to na dzieciach. Te młodsze nie rozumieją, dlaczego muszą kilka godzin siedzieć przed komputerem na lekcjach zdalnych. Potem chcą się bawić po swojemu, rozrzucają więc klocki, a jak w te klocki wdepnie tata, to zaczyna się krzyk, bluzgi. Nastolatki to jeszcze coś innego. Inaczej też brudzą. Stroją się, brudzą butami w korytarzach, nie sprzątają, nie wietrzą w pokojach, w których pełno jest sprzętu, kabli, instrumentów muzycznych. Rodzice się wkurzają, ale moim zdaniem tak reagują, bo przede mną się wstydzą. W tym lockdownie zaczęłam zauważać, jak bardzo ludzie nie mają cierpliwości do własnych dzieci. I do siebie samych.

Co jeszcze zauważyła w czasie pandemii Paulina? To, ile śmieci i "resztek życia" zostawiają ludzie poza mieszkaniem: pod drzwiami, na klatkach schodowych, a w starszych blokach i wieżowcach – w okolicach zsypów na śmieci. Można tam znaleźć niemal wszystko: od niedojedzonych jogurtów po bardzo ostatnio częste opakowania po jedzeniu na wynos.

Ludzie rzadziej wychodzą i przy okazji rzadko wynoszą śmieci do śmietników. Niektórym się nie chce i po prostu zostawiają je pod drzwiami "na później". Kiedyś w końcu wyniosą – mówi Paulina.

Nie lubią sprzątać, ale lubią mieć czysto

Kurowska w branży pracuje od siedmiu lat.

Zakładając firmę sprzątającą, myślałam: teraz zacznie się czas upokorzeń – mówi. – Miałam przekonanie, że zwykle sprzątaczki są traktowane źle. Byłam w ogromnym błędzie, naprawdę ogromnym. Klienci są bardzo mili, kulturalni. Trochę niepewni, bo w końcu to obca osoba wkracza w ich progi, do ich bardzo prywatnego życia. To zrozumiałe, że chcą o nas wiedzieć coś więcej: kim jesteśmy, skąd jesteśmy, jakie mamy doświadczenie, na ile mogą nam zaufać.

Jej zdaniem błędne jest przekonanie krążące na rynku, że klienci są złośliwi, nie dopłacają albo jakoś osobom sprzątającym "dokuczają". Mają jej zdaniem inną wspólną cechę.

Ludzie, którzy sprzątanie zlecają innym, mają czas dla siebie (Fot. Shutterstock)

Prawie żaden nie lubi sprzątać, ale każdy lubi mieć czysto – twierdzi Barbara Kurowska. – Na sprzątanie trzeba przeznaczyć kilka godzin, przy okazji to ciężka praca. Zamawiając sprzątaczkę do domu, mają ten czas dla siebie, na zrobienie czegoś, co odkładali. Paradoksalnie pandemia im w tym pomogła. Książki, które zalegały na półkach, dziś zaczynają być czytane.

Jeden z klientów Barbary maluje żołnierzyki. Taką ma pasję, tak się relaksuje, odrywa od problemów codzienności. Kiedy przychodzi Barbara, on siada i maluje.

Mariusz Sepioło. Reporter. Publikuje w m.in. w "Tygodniku Powszechnym", "Polityce" i "Gazecie Wyborczej". Autor książek reporterskich: "Ludzie i gady" (wyd. Czerwone i Czarne, 2017) o życiu w więzieniu, "Himalaistki" (wyd. Znak, 2017) o najwybitniejszych wspinających się Polkach i "Nanga Dream" o Tomku Mackiewiczu. Jest autorem podcastu "Człowiek z plecakiem".