Reportaż
Już teraz wiadomo, że kryzys pandemiczny młodych dotyka najbardziej (fot. Shutterstock)
Już teraz wiadomo, że kryzys pandemiczny młodych dotyka najbardziej (fot. Shutterstock)

Najłatwiej pozbyć się najmłodszych. Damian odczuł to z całą mocą już w marcu ubiegłego roku, na początku pandemii. Nowa praca: rejestracja w prywatnej przychodni medycznej. Ciekawe możliwości rozwoju dla 28-latka, myślał Damian. Nie zdążył ich sprawdzić. Od razu po wybuchu pandemii rejestracja przeszła w tryb zdalny. A chwilę później szef zadzwonił ze słowami: dziękuję, kończymy.

Rozumiem, że najłatwiej było mnie zwolnić, bo też pracowałem najkrócej. O to nie mam żalu. Zresztą podobnie potraktowali dziewczyny, które pracowały na jednoosobowej działalności. Po prostu przestały dostawać zlecenia. Wkurza mnie co innego. Jestem pewien, że już od przejścia na pracę zdalną wiedzieli, że będą zwalniać. Ale wyczekali do końca, zwolnili mnie ostatniego dnia miesiąca. Jakbym wiedział wcześniej, to zacząłbym szukać nowej roboty. A tak po prostu zostałem bez wypłaty na kolejny miesiąc – mówi Damian.

Mariusz przez lata nie myślał o etacie. W branży eventowej nie zna nikogo z takim luksusem jak umowa o pracę. Ale nie miał z tym problemu. Zaczynał się 2020 rok, Mariusz czekał na nowy sezon. Wiosną są konferencje prawników, szkolenia dentystów i imprezy korporacyjne. Jego kalendarz był wypełniony imprezami, do których zrobi nagłośnienie. Stawki: od 300 do 1000 złotych. Miesięcznie wychodziło 4000 na rękę, ale zdarzało się i z 8000. Nie musiał się nawet wysilać, zlecenia same wpadały.

Tylko że przyszła pandemia i telefon nagle zamilkł. Dentyści zostali w domach, prawnicy odwołali konferencje, biznes przełożył wszystkie imprezy na jesień. Mariusz wyciągnął oszczędności i zaczął myśleć o chudszych latach. Nie wiedział jeszcze, jak bardzo chudych.

Janek, lat 31, może mówić o szczęściu: miał umowę o pracę, i to na czas nieokreślony! Tyle że związał przyszłość z branżą, która pandemii może nie przeżyć w ogóle, a w każdym razie nie w dotychczasowym kształcie. W biurze turystycznym w Łodzi odbierał telefony, organizował wyjazdy, przyjmował skargi klientów. – Nie spodziewałem się tego wypowiedzenia w ogóle. Przecież to był sam początek pandemii, firma nie miała jeszcze żadnych strat – mówi.

Janek, lat 31, może mówić o szczęściu: miał umowę o pracę, i to na czas nieokreślony! Tyle że związał przyszłość z branżą, która pandemii może nie przeżyć w ogóle (fot. Shutterstock)

Marta ciągnęła na dwie zmiany: w dzień w cukierni, wieczorami za barem. Odkładała pieniądze na podróż dookoła świata. Pandemia pokrzyżowała te plany. – Bar zamknęli od razu, więc to źródełko wyschło błyskawicznie. Na etacie w cukierni miałam minimalną krajową, pod stołem dostawałam resztę. W sumie wychodziło 2800 miesięcznie. Jak przyszła pandemia, to został mi goły etat. Ciężko się za to utrzymać. A potem nawet etat się skończył – opowiada.

Janek dostał trzymiesięczną odprawę. Większość 20- i 30-latków nie może mówić o takich przywilejach.

Kucharz Paweł aż się krzywi na pytanie o etat. – No co ty? Jaka umowa o pracę?! Ale nie narzekałem. Robiłem superżarcie w japońskiej restauracji, jednej z topowych w Warszawie. Jako pomocnik szefa kuchni dostawałem 5000 miesięcznie. Aż przyszedł marzec 2020. W pandemii pracowaliśmy w systemie dwa tygodnie roboty, dwa tygodnie przerwy. Ale mieliśmy za mało zleceń na wynos, więc w końcu odebrałem telefon: sorry, ale jesteś najmłodszy stażem, nie będziemy cię utrzymywać, mam nadzieję, że nie jesteś zły – mówił właściciel i nawet go rozumiałem.

Studentka Ewa w restauracji nad morzem również liczyła na „wynosy”. Mimo że to mniejsza kasa, bo jako kelnerka drugą pensję miała z napiwków. – Grafiki mamy ustalane na tydzień do przodu. Nigdy nie wiedziałam, czy dostanę dyżur, czy nie. Wręcz mi ulżyło, jak mnie zwolnili – wspomina.

Właściciele powiedzieli: zostawiamy tylko tych, którzy walczą o przetrwanie. Studentom, dla których to była dorywcza robota, dziękujemy.

Mimo wszystko szefowie zachowali się bardzo w porządku. Moja koleżanka wprost powiedziała, że jeśli nie dostanie w grafiku przynajmniej jednego dnia w tygodniu, to nie wystarczy jej na czynsz. No i faktycznie ją zostawili – przyznaje Ewa.

Właściciele powiedzieli: zostawiamy tylko tych, którzy walczą o przetrwanie (fot. Shutterstock)

Ten gorszy rynek

Można by pomyśleć, że młodzi nie mają powodów do paniki, jednak patrząc na dane sprzed pandemii widać wzrost bezrobocia. Jak podaje GUS, wśród osób w wieku od 25. do 34. roku życia bezrobocie wynosi 4,2 procent. To wzrost z poziomu 3,4 procent, jaki ta grupa notowała przed pandemią. Pracownicy przed 25 urodzinami zagrożeni są 12,5 procentowym bezrobociem. Przed pandemią wskaźnik wynosił 10,8 proc. Dodajmy, że to znacznie więcej, niż u osób z ugruntowaną pozycją na rynku zawodowym. W grupie wieku 35-44 bezrobocie wynosi raptem 2,3 procent.

Już teraz wiadomo, że kryzys pandemiczny młodych dotyka najbardziej. Choć jak mówi prof. Iga Magda ze Szkoły Głównej Handlowej, ekspertka rynku pracy, sytuacja w Polsce wciąż jest całkiem niezła. – Mamy w pamięci kryzys lat 1999-2004, kiedy bezrobocie młodych przekraczało 40 proc. Tendencje są jednak niekorzystne – ostrzega.

Młodsi częściej pracują w branżach najsilniej dotkniętych kryzysem, jak gastronomia, turystyka czy handel. – Ofert pracy jest mniej, firmy wstrzymują rekrutacje, a jeśli już kogoś zatrudniają, to  wybierają ludzi z doświadczeniem, w których nie trzeba będzie zbytnio inwestować – mówi Marta Trawinska, doktorka socjologii współpracująca z Instytutem Spraw Publicznych, badaczka rynku pracy.

Główny winny problemów wśród młodych? Umowy śmieciowe. – Osoby młodsze częściej zatrudnione są na umowach elastycznych, których rozwiązanie jest łatwiejsze i tańsze. Młodzi pracownicy mają też krótszy staż, więc siłą rzeczy mniej kompetencji i umiejętności specyficznych dla danego miejsca pracy, co również rzutuje na ich częstsze zwolnienia – wyjaśnia prof. Iga Magda.

Marta Trawinska diagnozuje: – Pandemia z całą jaskrawością pokazała patologie rynku pracy w Polsce. Tak się składa, że branże najbardziej nią dotknięte to zarazem te, gdzie pracuje najwięcej młodych. I gdzie jest najwięcej śmieciówek. Na umowach śmieciowych możesz stracić z dnia na dzień pracę, ubezpieczenie i prawo do publicznej ochrony zdrowia. Nie masz żadnej poduszki socjalnej, odprawy. Socjologia pracy pokazuje, że mamy dobry rynek pracy – z umowami o pracę, dobrymi pensjami i zabezpieczeniem socjalnym – i ten gorszy, z umowami śmieciowymi, niskopłatnymi zajęciami. Niektórzy młodzi traktują te śmieciowe prace jak coś przejściowego. Kłopot w tym, że jak ktoś raz wejdzie w gorszy rynek, to potem trudno z niego wyjść. Bo na tym lepszym rynku pracownicy mają większe możliwości, szefowie inwestują w ich rozwój, łatwiej im rozwijać karierę. Osoby na śmieciówkach mają gorszą pozycję na starcie.

Nie wszyscy młodzi stracili posady w pandemii. Wielu w ogóle przestało ich szukać. – Ostatnimi czasy często mówimy o zjawisku NEET: „neither in employment, education or training” – są to młode osoby, które nie pracują, nie podnoszą kwalifikacji ani nie chodzą do szkoły. W całej UE ich liczba wśród osób do 29. roku życia szacowana była na kilkanaście procent. Myślę, że możemy w ciemno założyć, że w pandemii wzrosła. Część z nich to kobiety, którym trudno jest teraz jednocześnie opiekować się dziećmi, uczyć zdalnie - jeśli studiują - i pracować. Ale jest też w tej grupie sporo mężczyzn bez żadnego doświadczenia zawodowego. Pandemia utrudni im wejście na rynek pracy – prognozuje prof. Iga Magda.

Marta ciągnęła na dwie zmiany: w dzień w cukierni, wieczorami za barem (fot. Shutterstock)

Strategie przetrwania

Pracujący przy nagłośnieniach Mariusz nie miał wyjścia: musiał ruszyć „żelazne oszczędności”. – Miałem kasę na czarną godzinę. Niespodziewanie ta godzina wybiła w marcu rok temu – mówi.

Nawet tych pieniędzy było mało, więc zaczął pożyczać po znajomych. Pożegnał fit-jedzenie, tofu zamienił na mięso. Kupuje mniej, niczego nie wyrzuca. Sprzedał starego Kindle’a i konsolę do gier. Porzucił nadzieje na nowego Xboksa. Jeszcze niedawno kupiłby konsolę od razu po premierze. – Byłem gadżeciarzem, lubiłem kolekcjonować książki czy gry. Pandemia mi brutalnie uświadomiła, jakich rzeczy naprawdę potrzebuję – stwierdza.

Każdy ma swoją strategię przetrwania. Daniel, grafik komputerowy, który stracił pracę w drukarni, przeszedł na dietę owocowo-warzywną. – I zdrowo, i tanio – zaznacza. – Jedzenia z restauracji już nie jem wcale. Z partnerem wszystko kalkulujemy. Po co kupować nową kanapę, jak można wziąć starą z OLX? Po co wydawać pieniądze na nowe ciuchy, jak można stare donosić, aż się zamienią w szmaty? Zamiast zaopatrywać się w nowe książki, chodzę do biblioteki. Kiedyś kupowałem mnóstwo filmów na DVD, dzisiaj zostało mi nielegalne ściąganie. Zrezygnowałem ze streamingów. Partner się do mnie wprowadził, razem płacimy czynsz. Gdyby nie to, musiałbym wrócić do rodziców. Nie myślimy na razie o żadnych wyjazdach. W biedę nie wpadliśmy, ale różnicę czuć. Każdy nowy wydatek chwieje domowym budżetem w posadach. Jak leczenie kanałowe – 600 złotych. Sam nie wiem, skąd wziąłem na to pieniądze.

Janek, który stracił pracę w biurze podróży, musiał przemyśleć swoje wesele na nowo. Zrezygnowali z żoną z dodatkowych sesji zdjęciowych. Doszli do wniosku, że jednak nie potrzebują drona. Marta po zwolnieniu z cukierni dostała 2000 złotych postojowego, do tego zasiłek dla bezrobotnych – 1300 miesięcznie. Przed wyborami prezydenckimi zasiłek skoczył w górę, niestety tylko na trzy miesiące. Później wrócił do poziomu sześciu stów. Obecnie Marta łapie dorywcze prace, na przykład przy zajęciach dla dzieci. – Mieszkam z rodzicami, ubrania dostaję od znajomych. Obiad gotuję z warzyw na ryneczku. Szkoda, bo lubiłam wegańskie knajpy. Przed pandemią regularnie chodziłam do kosmetyczki, musiałam z tego zrezygnować – wylicza.

Damian wyłączył Netfliksa, Spotify i Playera. Studentka Ewa żyje dzięki odłożonym napiwkom. Te 1500 złotych pozwoliło jej przetrzymać najchudsze miesiące. Na szczęście rodzice stwierdzili, że póki studiuje, będą jej pomagać finansowo. – Wiedziałam, że nie wyląduję na bruku – mówi. – Ale staraliśmy się z chłopakiem oszczędzać. Tym bardziej że on też stracił pracę na kuchni. Opracowaliśmy na przykład system oszczędzania wody. Tę po myciu rąk zbieramy w pojemnik, następnie spłukujemy nią toaletę. Odłączamy wszystkie urządzenia z kontaktu, żeby nie pobierały prądu. Gdy jeszcze pracowałam w restauracji, kupowałam obiady za 3 złote. No i właścicielka mieszkania obniżyła nam czynsz o 100 złotych. Mieliśmy dużo szczęścia.

Daniel, grafik komputerowy, który stracił pracę w drukarni, przeszedł na dietę owocowo-warzywną (fot. Shutterstock)

Światełko w tunelu

Grafik komputerowy Daniel szukał pracy przez dwa miesiące. Cisza – ani korporacja, ani urząd miasta, ani biznesy w strefie ekonomicznej. Wszystkie rekrutacje wstrzymane – powiedział mu kolega z działu HR w dużej firmie. W nowej drukarni dostał propozycję poniżej krytyki: zlecenie za minimalną krajową, praca na trzy zmiany.

Światełko w tunelu pojawiło się nagle. Zadzwoniła przemiła pani z lokalnej instytucji kultury. Szukali kogoś do opieki nad wystawami. Co prawda przy wypłacie „minimalna krajowa”, ale za to umowa o pracę. A teraz Daniel stabilność ceni ponad wszystko. – Zostanę tam, póki się rynek nie odblokuje. Nie muszę się martwić, że mnie zwolnią z dnia na dzień – przekonuje.

To typowa postawa w pandemii.

Miałem jeden wymóg: umowa o pracę. Koniec ze śmieciówkami, agencjami zatrudnienia, własną działalnością – opowiada Damian, którego wyrzucili z przychodni zdrowia.

Po trzech tygodniach znalazł aż dwie prace jako analityk ubezpieczeniowy. Jedna firma oferowała 4000 złotych i bonusy, ale na umowie przez agencję pracy. Podziękował i wybrał drugą ofertę. Zarabia miesięcznie 1000 złotych mniej, ale nie żałuje. – Bo jest etat – podsumowuje.

Studentka Ewa trafiła na opiekunkę do przedszkola. Pasuje idealnie, bo studiuje pedagogikę. Przedszkole prywatne, zatrudniają na zlecenie, płacą 18 złotych za godzinę. Ewa więcej nie potrzebuje. – Do pracy biorę laptop, jak mam zajęcia na studiach, to proszę koleżankę, żeby przypilnowała dzieci przez chwilę – opowiada.

Marta nie szuka już pracy na stałe. – Robota jest, ale na magazynach albo w kurierce. Nie chcę takich zajęć. Wolę mieć więcej czasu dla siebie. Spaceruję z psem po lesie, spotykam starych znajomych.

Studentka Ewa trafiła na opiekunkę do przedszkola (fot. Shutterstock)

Janek zapomniał o branży turystycznej. Trafił do działu inwestycji dużego banku. – Typowa korpopraca. Musiałem się przebranżowić, bo nic nie wiedziałem o bankowości. W biurze podróży  zarabiałem 5000 na rękę. Teraz wróciłem do 3000. Jakbyś zaczynał wyścig od początku. Ale przynajmniej nie boję się, że mnie zwolnią. Banki raczej nie upadną, prawda?

Koniec rynku pracownika

Kończy się w Polsce tzw. rynek pracownika. Młodzi będą mieli gorsze warunki negocjacyjne. Trudniej im będzie wywalczyć lepszą umowę czy pensję. Do tego firmy pracują teraz głównie zdalnie, a więc młodzi nie mają nawet gdzie odbyć praktyk. W badaniach rynku pracy mówi się o „efekcie blizny”. Młode pokolenie, które właśnie wchodzi na rynek pracy, może mieć gorsze dochody, gorsze warunki pracy niż ludzie, którzy zaczynali w czasach dobrobytu. To się będzie za nimi ciągnęło przez całe zawodowe życie. Tym bardziej że z kryzysu nie będziemy wychodzić pół roku, tylko prawdopodobnie kilka lat. Już mówimy o „pokoleniu lockdownu”, „koronapokoleniu” – mówi Marta Trawinska.

Prof. Iga Magda dodaje: – Na kłopoty młodych może nałożyć się rewolucja technologiczna i rozwój sztucznej inteligencji, która zlikwiduje część miejsc pracy osób o niższych kwalifikacjach.

Niewidzialna ręka rynku raczej młodym nie pomoże. Rząd ma za to narzędzia do poprawy sytuacji. Jedną z nich jest postojowe, czyli miesięczna wypłata w wysokości 2000 złotych. W zeszłym roku można ją było otrzymywać przez 3 miesiące, niedawno ogłoszono drugi nabór. Do tej pory rząd wypłacił postojowe 572 tysiącom osób zatrudnionych na umowach - zleceniach i umowach o dzieło. Według danych ZUS w 2018 roku na śmieciówkach zatrudnionych było 1,3 miliona osób. Możemy zakładać, że w 2020 roku ta liczba była wyższa. Pomoc rządu trafiła więc do mniej niż połowy osób na umowach śmieciowych.

– Państwo polskie przez rok nie przygotowało żadnej oferty kierowanej do młodych – mówi Marta Trawinska. – Jakby wśród rządzących pokutowało myślenie: młodzi sobie jakoś poradzą, najwyżej wrócą do domów. To ma swoje skutki. Młodzi stają się bardziej zależni finansowo, częściej przerywają studia. Muszą jakoś zapłacić za czynsz, bo pomoc rodziców nie zawsze wystarcza. A kto przerwie studia, może mieć problem z powrotem na uczelnię.

Próżno szukać wsparcia dla młodych pracowników w kolejnych rządowych tarczach. A jaka pomoc by się przydała? – Krótkofalowo – poduszka socjalna na wypadek bezrobocia. A długofalowo – rozprawienie się z umowami cywilnoprawnymi – mówi wprost Marta Trawinska.

Żegnajcie marzenia

Mariusz czuł, że eventy szybko nie ruszą. Od razu zaczął szukać innej roboty – od magazyniera po kuriera. W końcu trafił na zajęcie idealne dla niego, bo bez kontaktu z ludźmi. Jako tester oprogramowania może wziąć tyle godzin, ile mu się podoba. – Robotę dostałem w maju, a więc po trzech miesiącach bez zarobków. Stawka nie powala – 14,5 złotego netto za godzinę. Pierwsze miesiące robiłem po 50-60 godzin w tygodniu. Chciałem się odbić z dołka. Teraz pracuję mniej, do tego latem na chwilę wróciły eventy – opowiada. – Moim zdaniem imprezy już nie wrócą do wcześniejszego poziomu. Wielu moich znajomych porzuciło branżę. Część firm przeszła na konferencje online. Dlatego też poza testowaniem gier obsługuję multimedia na internetowych wydarzeniach. Do tego nie potrzeba aż tylu specjalistów co do zwykłych eventów. Już nie liczę, że wrócę do starej pracy.

Kucharz Paweł długo wierzył, że wirus zniknie za trzy-cztery miesiące. Tak się nie stało, zmienił więc branżę i tryb życia. Zamiast długich wieczorów w restauracji były wczesne pobudki. Zamiast patelni i łyżki do ręki wziął łopatę. Pracował przy budowie dróg: układał masę bitumiczną. Robota po 10-12 godzin dziennie. – Byłem przyzwyczajony, bo lata temu dorabiałem jako brukarz. Wiedziałem, że to robota na chwilę. Cały czas szukałem powrotu w gastro – mówi.

Kiedy latem rząd poluzował ograniczenia, Paweł wskoczył na kuchnię do restauracji. A potem do  następnej. I kolejnej. W kilka miesięcy obskoczył cztery lokale. Ledwie bowiem knajpa zdążyła się otworzyć, zaraz wpadała w problemy, przechodziła na „wynosy”, cięła zatrudnienie.

Dużo w życiu oddałem pracy kucharza, bo to nie jest lekki kawałek chleba – podsumowuje Paweł. – Pracujesz wieczorami i w weekendy, jak inni się bawią, wracasz do domu w środku nocy. Ale nie narzekałem, bo kochałem swoją robotę. Nadchodzi jednak taki moment, że trzeba powiedzieć: dość. Biłem się długo z myślami, oszukiwałem, że jeszcze wrócę, no ale bądźmy poważni. Nie wiadomo, ile potrwa pandemia, a gastronomia to jest tak niestabilna branża, że nie chciałem więcej ryzykować. Od państwa nie dostałem żadnej pomocy, zero, chociaż pracowałem tyle lat, płaciłem podatki. Teraz dostarczam gaz techniczny do firm. Mam umowę o pracę, stałe godziny. Żałuję bardzo, bo mi ta pandemia zabrała moją pasję. Ale innego wyjścia nie miałem. Może kiedyś wrócę.

Bartosz Józefiak. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Współpracuje z „Dużym Formatem” „Gazety Wyborczej”, „Tygodnikiem Powszechnym”, portalem Weekend.Gazeta.pl. Dwukrotnie nominowany do dziennikarskiej Nagrody Newsweeka  im. Teresy Torańskiej w kategorii „Najlepsze w Internecie”. W sierpniu nakładem Czarnego ukazała się książka Bartka i Wojciecha Góreckiego „Łódź. Miasto po przejściach”. Kontakt do autora: bartoszjozefiak42@gmail.com