Reportaż
Remontowanie mieszkania o 4.00 rano? To też może się sąsiadowi zdarzyć (Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta)
Remontowanie mieszkania o 4.00 rano? To też może się sąsiadowi zdarzyć (Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta)

*Weekend na wakacjach - przypominamy nasze najpopularniejsze teksty*

Poprawne, ale jednocześnie niezbyt bliskie - takie są relacje sąsiedzkie większości Polaków, wynika z badania CBOS z 2017 roku . 65 procent ankietowanych stara się postępować tak, by nikt z sąsiadów nie miał do nich pretensji, ale jednocześnie woli utrzymywać dystans w kontaktach.

Co dziesiąty badany przyznaje, że jest z sąsiadami w konflikcie.

- Sąsiadów traktujemy przede wszystkim pragmatycznie. Oczekujemy, że pomogą nam w codziennych sprawach, wyświadczą drobne przysługi. Unikamy konfliktów, by mieć na kogo liczyć. Jednocześnie rzadko nawiązujemy głębsze więzi - mówi dr hab. Marek Nowak z Instytutu Socjologii UAM w Poznaniu. A co z konfliktami? - Zdarzają się rzadko, a jeśli mają miejsce, mówimy o nich niechętnie, niemal wstydzimy się do nich przyznać, na przykład w sondażach.

Według badania Morizon.pl w zachowaniu sąsiadów najbardziej denerwują nas kolejno: głośne puszczanie muzyki, krzyki, palenie papierosów, głośne zachowanie dziecka i śmiecenie na klatce. Dokuczliwe są też remonty, szczekanie psa, tupanie, częste zwracanie uwagi innym, przesuwanie mebli albo częste wzywanie policji. Dwa ostatnie miejsca na tej liście zajmują plotkowanie i wścibstwo oraz głośna pralka.

To dane statystyczne, a jak wygląda życie?  Czym dają nam się we znaki sąsiedzi i jak sobie z nimi radzimy?

Bloki na warszawskiej Woli (Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

1.    Asia i Mariusz, Konin

Asia: Gdy się wprowadzaliśmy 10 lat temu, byliśmy przekonani, że pani Krysia jest kimś ważnym w tym bloku, tak była zaangażowana. Oprowadzała, pokazywała, które drzwi do suszarni, które do piwnicy. Opowiedziała historyjki o wszystkich sąsiadach. Nie pytając, wiedzieliśmy, gdzie kto mieszka.

Mariusz: Ja ją poznałem jeszcze w czasie, jak remontowaliśmy mieszkanie. Codziennie wieczorem zamiataliśmy klatkę. Ona jednak zawsze nas uprzedzała, wchodziła do góry w ciągu dnia i się upewniała: "Oczywiście, wszystko po sobie sprzątniecie?".

Asia: Mieliśmy czteromiesięcznego syna, więc i głęboki wózek, który zostawialiśmy przy wejściu do piwnicy. Przez to drzwi otwierały się, ale nie do końca. A że pani Krysia mieszkała na parterze i ciągle kursowała, spytaliśmy, czy jej to nie przeszkadza. Stwierdziła, że nie ma problemu. Kilka dni później zrobiła awanturę.

Mariusz: Krzyczała, że nawoziliśmy pełno błota, że jej się wnosi do domu.

Asia: Argumenty, że dopiero co zapewniała mnie, że wózek jej nie przeszkadza, w ogóle nie docierały. Zaczęła nam wyciągać inne, absurdalne rzeczy. Wtedy odparowałam, że pali na klatce i jeśli przeszkadza jej wózek, to mi zaczną przeszkadzać papierosy. Od tego czasu pali przed blokiem.

Mariusz: Po tej kłótni przeniosła konflikt na naszego starszego syna. Jak wychodził na dwór, nieraz się zdarzało, że przyfilowała go przez wizjer, wybiegała i krzyczała, żeby nie chodził po jej wycieraczce. Albo miała pretensje, że za głośno tupie. Największa akcja była z psią kupą.

Asia: Szłam do pracy na popołudnie, widziałam, że jest nabrudzone na schodach. Godzinę później syn wrócił ze szkoły, od razu poszedł wyrzucić śmieci. Jak schodził, wypadła sąsiadka i zaczęła krzyczeć, że to on naniósł i kazała mu tę kupę posprzątać. Zadzwonił do mnie przerażony, że boi się wejść z powrotem do domu. Mąż od razu poszedł spytać, o co jej chodzi, ale nie otworzyła.

Fot. Dawid Zuchowicz / Agencja Gazeta

Mariusz: Pierwsza okazja, by wyjaśnić sytuację, nadarzyła się dopiero trzy dni później. W osiedlowym sklepie była długa kolejka. I w niej się spotkaliśmy. "Pani Krystyno, dlaczego krzyczała pani na naszego syna?", spytałem. Zmieszała się, bo wszyscy wokół słuchali. "To my jesteśmy od zwracania uwagi naszym dzieciom. Jeśli coś będzie nie tak, ma pani przyjść i nam zgłosić". Była bardzo zawstydzona, nic nie odpowiedziała.

Asia: Pracuje jako dozorczyni, okazjonalnie też dorabia szyjąc, bo z zawodu jest krawcową. Zna wszystkich na osiedlu. Jak tylko coś się dzieje, od razu jest w centrum wydarzeń.

Mariusz: Jej cel to jak najwięcej się dowiedzieć i przekazać to potem jak najszerszemu gronu.

Asia: Trzy lata temu było włamanie do sąsiadów. Złodzieje splądrowali mieszkanie w biały dzień, zabrali złotą biżuterię. Pani Krysia nie zauważyła nic, mimo że ma okno na wejście do klatki. Jak nam ukradli auto spod bloku, też nie widziała.

Mariusz: Nie wiem, dlaczego popadliśmy u niej w niełaskę.

Asia: Jest chyba jedna rzecz, która ją do nas szczególnie zraziła. Robiła różne podchody, żeby się o nas jak najwięcej dowiedzieć, a my jej nie dopuszczaliśmy za blisko. Raz przyszła pod pretekstem, że nie działają jej trzy kanały w telewizji. Chciała wejść i zobaczyć, czy u nas jest tak samo. Zamknęłam jej drzwi przed nosem, poszłam sprawdzić, potem wyjrzałam i potwierdziłam, że też mamy zakłócenia. Była bardzo urażona.

Mariusz: Niedługo po naszej przeprowadzce przyjechali moi rodzice z Jeleniej Góry. Miała straszny niedosyt informacji. Kręciła się, próbowała zagadać, my nie wdawaliśmy się w dyskusję. Wtedy podeszła do naszego pięcioletniego syna i spytała: "A kto do ciebie przyjechał?".

Asia: Teraz jest między nami względnie spokojnie. Ona w różnych okresach popada w konflikty z innymi mieszkańcami bloku. Ale mimo tych wszystkich jej przewin nie mam przekonania, że to zła kobieta. Wiem, że jednym sąsiadom oferowała pomoc przy dzieciach.

Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

2.    Magda, Warszawa

Apartamentowiec, w garażach drogie samochody, każdy z mieszkańców zajęty swoimi sprawami. Z sąsiadami jest się na "dzień dobry" albo nawet nie. Magdzie od początku trochę brakowało cieplejszych relacji. Dlatego kiedy dziewięć lat temu zadzwonił dzwonek do drzwi i zobaczyła, że stoi za nimi sąsiadka, która niedawno się wprowadziła, ucieszyła się. Pomyślała, że to towarzyska, zapoznawcza wizyta. Kobieta przedstawiła się jako Alicja. Magda zaprosiła ją na herbatę.

- A nie, nie. Nie chcę zabierać czasu. Przychodzę tylko z taką sprawą: dużo czasu spędzam teraz w domu, bo przygotowuję się do egzaminów. I mam taki problem, że jestem strasznie wyczulona na hałasy, a odnoszę wrażenie, że u pani w domu ktoś przez cały dzień chodzi w szpilkach.
- Ja nie chodzę w szpilkach w ogóle - prostuje Magda, też miło i delikatnie. - Może to jakieś inne hałasy.
- Nie, nie, o innych to ja nie mówię. Ja wiem, że pani syn gra na pianinie, ale to toleruję, bo też skończyłam szkołę muzyczną. To absolutnie jestem w stanie znieść, natomiast najbardziej przeszkadza mi to uporczywe chodzenie w szpilkach.
- Tylko mam wrażenie, że tu jest jakieś nieporozumienie, bo mnie praktycznie całymi dniami nie ma w domu, poza tym nie chodzę w szpilkach, nie mam ani jednej pary.
- Ja rozumiem, może się nakładają hałasy z różnych mieszkań. Jeszcze raz najmocniej panią przepraszam, gdyby pani może mogła zwrócić na to uwagę.
- Oczywiście, może to nie szpilki, tylko buty na obcasie. Dziękuję, będę o tym pamiętać.

Magda wzięła sobie prośbę sąsiadki do serca. Wymieniła filcowe podkładki pod krzesłami i stołem. Przeanalizowała też swoje zachowanie i doszła do wniosku, że faktycznie czasem przejdzie się po mieszkaniu w butach. Nie w szpilkach, ale na obcasach, przez pięć-dziesięć minut, szykując się do pracy. Alicja twierdziła, że to chodzenie trwa kilka godzin dziennie.

Parę miesięcy później znów dzwonek do drzwi.

- Najmocniej panią przepraszam, ale ja znów w tej samej sprawie. Mam wrażenie, że intensyfikuje się to chodzenie w szpilkach u pani w mieszkaniu.
- Pani Alicjo, ja naprawdę jestem zdziwiona, bo teraz zwracam na to szczególną uwagę. Poza tym przez większość dnia nie ma mnie w domu.

Ta druga rozmowa też jeszcze była miła, ale Magda już wiedziała, że będą kłopoty.

Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta

Mija kolejnych kilka miesięcy. Sobota rano, około 9.30, Magda szykuje się do wyjścia. Jest już prawie gotowa, jeszcze tylko upewnia się, że ma telefon, wraca do sypialni po zegarek, podchodzi do lustra, poprawia fryzurę. W butach na obcasie. Nagle dzwonek do drzwi. Tym razem w progu młody człowiek w piżamie, rozczochrany.

- Dzień dobry, jestem narzeczonym pani sąsiadki z dołu. Pani mnie obudziła.
- O co chodzi?
- Poszedłem spać o 3.00 w nocy, a pani od półtorej godziny chodzi w szpilkach po mieszkaniu.
- Założyłam buty dziesięć minut temu i właśnie próbuję wyjść z domu.
- Nie, to trwa od półtorej godziny - upiera się sąsiad z dołu. - Mam założony zeszyt, w którym dokładnie notuję, kiedy i w jakich godzinach chodzi pani po domu w szpilkach. Chciałem uprzedzić, że jestem prawnikiem. W kraju, z którego pochodzę, takie zachowanie jak pani jest absolutnie nie do przyjęcia.
- Zdaje się, że pan już trochę przesadza - Magda zaczyna mieć dość. - Proszę w takim razie notować wszystko w tym zeszycie i iść na policję. Mam prawo chodzić u siebie w domu w butach. Nie wiem dlaczego państwo uporczywie nazywacie je szpilkami.

Jakieś cztery lata temu sąsiedzi od szpilek Magdę zaskoczyli. Znów dzwonek do drzwi, za nimi rozczochrany młody człowiek, tym razem bardziej doprowadzony do ładu. Stoi z jakimś przedmiotem w dłoni. To szufelka. Podsuwa ją Magdzie pod nos.

- Widzi to pani?
- No widzę.
- A co to jest?
- Szufelka.
- A co jest na szufelce?
- Pusta jest.
- A co TO jest? - pokazuje palcem na kilka okruszków.
- Okruszki.
- To są okruszki, które wpadły do mojego salonu z pani okna.
- Rzeczywiście, wytrzepywałam serwetę.
- Tak, i te okruszki spadły do mojego salonu.
- Dobrze, niech pan to w takim razie wpisze do swojego zeszytu i pójdzie na policję, tu niedaleko mamy komisariat.

Ostatnia, najbardziej spektakularna akcja miała miejsce około trzech lat temu. U Magdy spała przyjaciółka, kolejnego dnia na obiedzie miało się zjawić kilkoro znajomych. Zbliżała się 17.00, zostawiła drzwi otwarte, żeby goście swobodnie mogli wchodzić. Nagle wparował sąsiad, ten od Alicji, stanął w salonie przy stole.

- Dzień dobry państwu.
- Dzień dobry, ale co pan tu robi? - pyta zdziwiona Magda.
- Mam taką prośbę, żeby wszyscy państwo natychmiast zdjęli buty.
- Pan już chyba przekroczył granice, proszę opuścić moje mieszkanie.
- A co się dzisiaj w nocy działo? Całą noc chodziła pani w szpilkach po mieszkaniu.

Obecni na obiedzie koledzy podnoszą się i stwierdzają, że sąsiad powinien już iść. Wtedy on się zacietrzewia.

- Natychmiast zdjąć buty! - krzyczy.

Kolega pomaga go wyprowadzić, a Magda mówi na odchodne:

- Jedyne, co mogę panu poradzić, to wizytę u lekarza.

Alicja i jej partner to zamożni ludzie około trzydziestki, młodsi od Magdy o jakieś 20 lat.

Fot. Grażyna Marks / Agencja Gazeta

3.    Dominika, Kraków

- Jak sąsiedzi z dołu zauważyli wprowadzającą się dwudziestoparolatkę, od razu założyli, że będą kłopoty - stwierdza Dominika. Imprez, poza sylwestrem, nie robiła. Raz zdarzyło jej się zaprosić kilka koleżanek na kolację. - Przychodzili wtedy od razu z pretensjami, że za głośno rozmawiamy albo że się śmiejemy. Stwierdzali, że to nie akademik, i pytali, co ja sobie wyobrażam.

Sytuacja zaogniła się, gdy z Dominiką zamieszkał jej chłopak Mikołaj. W dodatku kupili psa. - Nawet jak wychodziliśmy z domu na pół godziny, po powrocie zastawaliśmy przyklejone na drzwiach karteczki, że mamy coś zrobić z Maxem, bo ciągle szczeka - opowiada Dominika. - Zaczęliśmy go nagrywać i okazało się, że nie hałasuje. Czuliśmy się jak na celowniku. Szliśmy na spacer - patrzyli zza firanki. Raz sąsiad wybiegł za nami na parking i znowu to samo: awantura o psa. Twierdził, że jego szczekania nie da się wytrzymać. A było to chwilę po tym, jak przeleżałam tydzień w domu z grypą, miałam więc pewność, że wymyśla.

Któregoś dnia chłopak Dominiki wychodził z Maxem, kiedy w drzwiach od klatki natknął się na sąsiada z dołu. Ten zagrodził mu drogę, kazał odsunąć psa. - Zaczął się szarpać z Mikołajem, podarł mu kurtkę. Wszystko zarejestrowały kamery monitoringu, wysłałam nagranie na policję, ale od półtora roku nie zareagowano na zgłoszenie.

Rok temu Dominika i Mikołaj się wyprowadzili. - Na naszą decyzję na pewno częściowo mieli wpływ sąsiedzi - stwierdza Dominika.

4.    Filip, Konin

Filip pokazuje mi część sąsiedzkiej korespondencji. Jak twierdzi, lektura wyjaśni najwięcej. W jego bloku mieszka mężczyzna (na oko 40 plus), który wszystkie swoje bolączki załatwia na piśmie. Czytam fragment listu, który Filip i inni mieszkańcy jego klatki znaleźli w swoich skrzynkach po tym, jak zarządca bloku wezwał, by nie parkować na chodniku.

"Współlokatorzy bloku... kilku z Was anonimowo (...) wrzuciło do mojej skrzynki pocztowej 'karteczki o niewłaściwym parkowaniu' przed blokiem (...). Było to z Waszej strony (...) zachowanie nie tylko prymitywne, ale i żałosne, którego powinniście się wstydzić. (...) ośmieszyliście samych siebie. Dlaczego? Zastanówcie się chociaż przez chwilę i odpowiedzcie sobie z ręką na sercu, na bardzo proste pytanie: dlaczego ja to zrobiłem/am? Czy Wy zawsze parkowaliście właściwie i zgodnie z regulaminem 'naszej Wspólnoty'? (...) Czy możecie stanąć przed lustrem, spojrzeć sobie w twarz i powiedzieć, że nigdy nie postawiliście swojego samochodu na chodniku przed blokiem czy na parkingu dla osób niepełnosprawnych, że nie złamaliście żadnego przepisu, że nie popełniliście żadnego grzechu? Zanim odpowiecie sobie przed Bogiem i własnym sumieniem przemyślcie poniższe cytaty z Pisma Świętego dotyczące oceniania innych:

1.    'Kto z was bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem'

2.    'A czemu widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku swoim nie dostrzegasz?'" [pisownia oryginalna]

Fot. Małgorzata Kujawka / AG

- Nie zdziwił mnie ten list w ogóle - stwierdza Filip. - I mimo że autor się nie podpisał, wszyscy od razu wiedzieliśmy, kto nim jest. Korespondencja w podobnym tonie krążyła już wcześniej, nie było tylko cytatów z Biblii. Kogoś to pismo musiało wkurzyć, bo pojawiła się odpowiedź.

"Drogi Współlokatorze, autorze ostatniego listu. (...) Twój list pokazuje, że interwencja Administratora była potrzebna. (...) Skoro tak to odebrałeś, to chyba Twoje zachowanie jako kierowcy nie jest właściwe i Ty o tym wiesz. (...) Ewangelia nie zastąpi nam wyobraźni i zdrowego rozsądku. (...) Nie jest ważne Drogi Autorze listu kto z nas, ile razy, i jakie kiedyś złamał przepisy, czy zgrzeszył. Ważniejsze jest, żeby się poprawić i więcej tego nie robić. (...)

Miejmy nadzieję, że jeśli nie rozsądek, to może Słowo Boże przemówi do autora listu, bowiem Jezus nauczył sposobu postępowania, kiedy brat zawini przeciwko bratu: 'Idź, zwróć mu uwagę sam na sam. Idź, i z miłością bądź gotowy do przebaczenia bratu' (Mt 18,21-35). (...) A tak na marginesie, skoro ktoś ma taką misję i chce pouczać innych w duchu Ewangelii to myślę, że najpierw powinien ją przestudiować i zrozumieć". [pisownia oryginalna]

Filip: - To było kilka lat temu, listy zachowałem na pamiątkę. Teraz taka korespondencja praktycznie się nie zdarza. Uciążliwy sąsiad, który ciągle do kogoś ma pretensje (o głośno szczekającego psa, o remont, o imprezę w sylwestra), przestał się zwracać do lokatorów. Podobno pisze teraz pisma do zarządcy. Mnie najbardziej dziwi, że mu się chce. Że nie szkoda mu energii.

5.    Zuza, Łódź

Zuza w ostatnim roku miała sporo kiepskich doświadczeń, jeśli chodzi o sąsiadów. - Wynajęliśmy z chłopakiem mieszkanie na jednym z osiedli oddalonych dość mocno od centrum. Spokojna okolica, myśleliśmy, że po pracy będziemy odpoczywać - mówi. Oczekiwania mocno rozminęły się z rzeczywistością. Nad nimi mieszkała rodzina z małym dzieckiem i nastolatką. - Ten dwulatek cały czas jeździł samochodzikiem, biegał po mieszkaniu, potrafił godzinami skakać albo czymś rzucać. Nie poszliśmy na skargę, bo stwierdziliśmy, że to tylko dziecko, ale wykańczały nas te hałasy - dodaje Zuza.

W kwietniu zaczęły się problemy z nastolatką. - Jak był strajk nauczycieli, potrafiła o 13.00 zrobić imprezę. Były głośna muzyka, tupanie, śmiechy. Pracuję z domu, nie mogłam się skupić. Raz znajomi zamknęli tę dziewczynę na balkonie. Mieliśmy zamiar iść zwrócić uwagę, ale ubiegła nas inna sąsiadka. Po tej skardze sytuacja się uspokoiła.

Zuza twierdzi jednak, że problemem była cała rodzina, nie tylko dzieci. - Hitem było, jak ojciec dwulatka i nastolatki remontował pokój w nocy. Kiedy poszliśmy do niego z Tomaszem o 4.00 rano powiedzieć, że to chyba kiepski moment na takie prace, stwierdził, że trochę mu się przedłużyło. Nawet nie pamiętam, czy przeprosił.

Fot. Tomasz Stańczak / AG

Od innego sąsiada, starszego pana z dołu, już przy przeprowadzce dostali burę za to, że podczas przenoszenia rzeczy zostawili otwarte drzwi do piwnicy. - Miał bzika na punkcie tego, żeby je zamykać. Tak samo z drzwiami do klatki. Zdemontował nawet nóżkę, która je przytrzymywała - wyjaśnia Zuza i dodaje, że na samym początku miała taki pomysł, że upiecze ciastka i pójdą przedstawić się sąsiadom. Szybko się jednak zniechęciła. - W naszej klatce nie ma żadnej społeczności. Jak mówiłam ludziom "dzień dobry", nie dawali mi odczuć sympatii, dobrej energii, byli mocno na dystans.

Zuza i Tomasz już nie mieszkają w tym bloku. Teraz wynajmują mieszkanie w kamienicy w centrum i są zszokowani kulturą lokatorów. Ludzie pytają, jak im się mieszka, przystają, żeby chwilę porozmawiać, a jak sąsiad wyjeżdżał na wakacje, zaoferował, żeby w tym czasie korzystali z jego miejsca parkingowego.

Zuza: - Mam wrażenie, że te ogrodzone osiedla tworzą dodatkowe, niepotrzebne podziały. Ludzie zapominają, jak żyje się wśród innych, funkcjonują w innej rzeczywistości. Dla mnie problemem w relacjach sąsiedzkich jest, że niektórzy nie myślą o konsekwencjach tego, co robią. Jak rzucają z balkonu niedopałek, nie przejdzie im przez myśl, że taki pet może spaść sąsiadowi z dołu na świeże pranie. Ale to samo jest w innych sferach życia: na drodze, w pracy. Nie tylko w relacjach sąsiedzkich.

Imiona niektórych bohaterów i drobne szczegóły zostały zmienione.

Izabela O'Sullivan. Dziennikarka prasowa i radiowa. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Publikowała m.in. w "Dużym Formacie" oraz w serwisach WP i Polki. Lubi dobrą kawę i literaturę faktu.