Reportaż
Ratownik mytaxi (mat. prasowe)
Ratownik mytaxi (mat. prasowe)

Krzysztof Pigulski pamięta swój bojowy chrzest. 

Z dyspozytorni dostał informację: kobieta zasłabła, przewróciła się, uderzyła głową w krawężnik. Trzeba pomóc. Krzysztof wiezie akurat pasażerów. Mówi im, co się stało. Wzywa przez radio kolejną taksówkę. W ramach rekompensaty klienci nie płacą za to, co do tej pory naliczył taksometr.  

A on jedzie na miejsce. W myślach na chłodno i spokojnie powtarza wszystkie czynności, a potem je wykonuje: sprawdzenie funkcji życiowych, ułożenie w pozycji bocznej bezpiecznej, okrycie folią termiczną. Przyjeżdża pogotowie, przejmuje poszkodowaną, Krzysztof może zdjąć rękawiczki, odetchnąć. 

I wrócić za kierownicę, by wozić ludzi. 

Dzień później motocyklista ścina kobietę z nóg, otwarte złamanie kości piszczelowej. Tym razem sprawdzian jest trudniejszy, adrenalina skacze bardziej. Krzysztof to jeden z warszawskich taksówkarzy, którzy codziennie wyjeżdżają na ulice miasta, by wozić pasażerów. Albo ratować życie.

Krzysztof Pigulski (fot. Mariusz Sepioło)

Organizacyjnie wygląda to tak: w Ele Taxi, jak to w taksówkarskiej korporacji, 24 godziny na dobę pracuje centrala, dzięki której możliwe jest przekazywanie - przez dyspozytornię lub samych kierowców - informacji o tym, co dzieje się na drodze. Taksówkarz, który widzi wypadek, zasłabnięcie lub inną groźną sytuację, zgłasza ją dyspozytorni. Ta z kolei lokalizuje miejsce zdarzenia, a taksówkarze-ratownicy będący najbliżej dostają informację o nim.  

Spośród około 1,5 tys. taksówek z emblematem Ele Taxi, które jeżdżą po stolicy, ponad 60 ma napis "Ratownik". Taksówkarze tej korporacji w 2017 r. brali udział w prawie 200 akcjach. W 2018 r. było ich 170.

Przesadzili z realizmem

"Panowie, pilnie potrzebny jest ratownik dla kolegi 369" - mówi dyspozytorka Ele Taxi głosem spokojnym, choć stanowczym. "Jerozolimskie - Jutrzenki. Ratownika pilnie potrzebujemy dla kolegi. Jutrzenki" - powtarza. 

To nagranie, na którym słychać wezwanie do taksówkarza z zawałem serca. Ostatkami sił zdążył wezwać pomoc. Na miejsce zjechało się kilka taksówek, wszystko skończyło się dobrze, kierowca przeżył. 

- Jesteśmy jak rodzina - mówi o taksówkarzach ratownikach Krzysztof Pigulski. - Część z nas sporo wspólnie przeżyła, na ulicy, na ćwiczeniach, szkoleniach. Po ciężkich zdarzeniach wspieramy się, analizujemy. Możemy na siebie liczyć. A czasem po prostu pójść na kielicha .

Najpierw taksówkarze przeszli szkolenie pierwszej pomocy - taka była idea właściciela Ele Taxi Adama Rucińskiego. Ale część kierowców chciała pogłębiać wiedzę. - To był 2012 r., znajomi wyjeżdżali na weekend majowy, a my jechaliśmy na kurs Kwalifikowanej Pierwszej Pomocy - opowiada Tomasz. Po kursie kierowcy przystąpili do egzaminu państwowego. Uzyskali certyfikaty i tytuły Ratowników Kwalifikowanej Pierwszej Pomocy. Prawdopodobnie jako pierwsi zrzeszeni taksówkarze na świecie.

Dziś szkolą się na profesjonalnym sprzęcie, fantomach, uczestniczą też w terenowych ćwiczeniach, które odzwierciedlają trudne sytuacje na drodze. Wtedy nie ma taryfy ulgowej. - Ma być hardkor, krew i jęki - mówi Krzysztof. - Z reguły inscenizujemy wypadki drogowe. Muszą to być realistyczne wydarzenia, żeby kursant poczuł stres i odpowiedzialność. Bo taki sam stres będzie czuł już w prawdziwej sytuacji na drodze. Czasem o życiu lub śmierci decydują minuty. I przyszły ratownik musi to dobrze wiedzieć. Ale kursantom zdarza się mówić: "Kurczę, Krzysiek, przesadziliście z tym realizmem".

Ratownicy Ele Taxi jako jedyni dysponują AED - przenośnymi, automatycznymi defibrylatorami (fot. Mariusz Sepioło)

Ratownicy Ele Taxi jako jedyni dysponują AED - przenośnymi defibrylatorami, które działają automatycznie, wskazując użytkownikowi każdą kolejną czynność, jaką musi wykonać, kiedy trzeba ratować człowieka. Samochodów z AED na pokładzie jest 31. Firma finansuje je z własnego budżetu. Tak samo jak cały potrzebny osprzęt, bandaże, maseczki, strój, a nawet ubezpieczenia taksówkarzy. Kierowcy-ratownicy zabezpieczają też medycznie imprezy sportowe. Wybicia barków, połamane palce, krwawienia - to dla nich standard. - Podczas takich wydarzeń nabiera się praktyki - tłumaczy Krzysztof.

Emocje przychodzą później

Kierowcy taksówek są ciągle na trasie, często jako pierwsi "najeżdżają" na wypadki. Dlatego szkolenia z pierwszej pomocy współfinansuje swoim kierowcom wiele firm. Ale niektóre idą za ciosem - tak jak Ele czy mytaxi, które swoim pracownikom dodatkowo dostarcza torby z potrzebnym sprzętem. W przypadku tej korporacji najlepiej przeszkolonych i wyposażonych taksówkarzy również można rozpoznać po naklejkach "Ratownik" na autach. 

Tak oznaczony samochód ma na przykład Piotr Enfocht z mytaxi. Prywatnie jest strażakiem ochotnikiem. - Moje pierwsze zdarzenie to potrącenie pieszego przez tramwaj - mówi. - Panu trzeba było udzielić pierwszej pomocy i poczekać na przybycie karetki.

Krzysztof Wilk, również z mytaxi, dzieli czas na pracę w taksówce i jako ratownik kierowca w wojsku. Na rozmowę przyszedł w pomarańczowej, odblaskowej kamizelce. - Włożyłem ją specjalnie. Robi wrażenie, prawda? - mówi. - Na miejscu zdarzenia wystarczy założyć rękawiczki i ludzie od razu czują, że dotarła pomoc, że ten ktoś w kamizelce wie o udzielaniu pomocy więcej niż inni. Buduje się autorytet. Bycie ratownikiem zobowiązuje. Przede wszystkim do zachowania chłodnej głowy, spokoju, rozsądku. Nie można poddać się emocjom, nie w trakcie akcji. Potrzeba efektywnego, metodycznego działania. Stres, być może strach, smutek - to przychodzi później, kiedy akcję przejmują ratownicy pogotowia, kiedy zmniejsza się poziom adrenaliny.

Piotr Enfocht (fot. Mariusz Sepioło)

Krzysztof Wilk podkreśla, że bardzo istotne jest zebranie informacji o stanie poszkodowanych. - Zanim przyjedzie pogotowie, staramy się dowiedzieć jak najwięcej: co się stało, gdzie boli, czy poszkodowany cierpi na jakieś choroby. To dane przydatne jadącej już ekipie ratowników medycznych, która dzięki temu może się lepiej przygotować do pomocy na miejscu - mówi.

- Nie zastępujemy pogotowia - podkreśla Krzysztof Pigulski. - Często jesteśmy tymi, którzy jako pierwsi są w stanie udzielić kwalifikowanej pomocy poszkodowanym, kiedy pogotowie jest jeszcze w drodze. Zawsze naszym zadaniem numer jeden jest zabezpieczenie miejsca wypadku. Musimy też zadbać o własne bezpieczeństwo, tak by nie zostało stworzone kolejne zagrożenie. Następnie sprawdzamy, co się stało. Jeśli mamy kontakt z rannymi - staramy się rozmawiać, powtarzać, że wszystko będzie dobrze. Bo często sama rozmowa jest niezwykle ważna.

Jako młody chłopak zaczął służyć w ochotniczej straży pożarnej w rodzinnej miejscowości niedaleko Nidzicy. Sam przeszedł dwa wypadki samochodowe, w tym jedno zderzenie czołowe. Dziś wie, że na drodze, zwłaszcza za miastem, nikomu nie można ufać. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, przewidywać. A czasem i tak nie ma się wpływu na tego, który zacznie wyprzedzać ciężarówkę na podwójnej ciągłej albo przyspieszy do 120 km/h, mając dwa promile we krwi. 

- Do dziś nie lubię, gdy na ćwiczeniach jako pozorant jestem zapinany do deski - mówi Krzysztof. Chodzi o deskę ortopedyczną do zabezpieczenia poszkodowanego - Wiem, jakie to uczucie, kiedy nie możesz się ruszyć i musisz czekać, co z tobą będzie.

Tomasz z Ele Taxi podkreśla, że najważniejsza jest pewność, że w życiu prywatnym poradzi sobie w każdej sytuacji. Że automatyzm, wyniesiony z kursów, szkoleń i realnych wypadków, zagra kiedy trzeba.  

Wybrał się kiedyś z córką (też po kursie pierwszej pomocy) na Mazury. Ujechali może kilkadziesiąt kilometrów. Już z daleka widział, że na drodze stało się coś niedobrego. Na miejscu obawy się potwierdziły: ciężki wypadek, ludzie ranni i w szoku. Kierowca poza samochodem, zdenerwowany, a żona na siedzeniu pasażera. Trzeba było zabezpieczyć miejsce - tak żeby kolejne auta nie najechały na te, które wzięły udział w wypadku. Zebrać najważniejsze informacje, wypytać o dolegliwości. A przede wszystkim, jak się okazało, uspokoić. Wytłumaczyć, że już niedługo przyjedzie karetka, a w szpitalu poszkodowaną zajmą się lekarze.  

Krzysztof Wilk (fot. Mariusz Sepioło)

- Ta kobieta strasznie krzyczała, wręcz wyła - mówi Tomasz. - Ale kiedy zacząłem z nią rozmawiać, uspokoiła się. Bo wiedziała, że pomoc nadeszła, nawet jeśli w pobliżu nie było jeszcze karetki z migającymi kogutami. Kiedy w końcu dotarliśmy na Mazury, spotykaliśmy innych kierowców, którzy widzieli naszą akcję z drogi. Machali do nas, pozdrawiali. Między innymi dla takich chwil warto to robić.

Ktoś naciska przełącznik

- 20 lat temu na moich rękach umarł mój szef - mówi Krzysztof Wilk. - I tak nie mógłbym go uratować - rozległy zawał serca, praktycznie bez szans na przeżycie. Ale wtedy zdecydowałem, że chcę wiedzieć, jak pomagać ludziom w nagłych przypadkach. P rzeszedł kurs kwalifikowanej pierwszej pomocy, zdał państwowy egzamin. A potem poszedł na studia z ratownictwa medycznego. Przekazuje wiedzę dalej, szkoli innych. - To moja pasja, razem z kolegami ratownikami możemy robić naprawdę wiele dobrych rzeczy. I fajnie jest wieczorem usiąść, otworzyć piwko i powiedzieć sobie: komuś pomogłem, to był dobry dzień - mówi.

- Misja? To zdecydowanie zbyt duże słowo - mówi Janusz Lesica z mytaxi. - Dla mnie najważniejsza jest pewność, że w prywatnym życiu będę potrafił stanąć na wysokości zadania. Że nie będę bezradny. Kiedy zobaczę wypadek, nie zwolnię samochodu, żeby przyjrzeć się, czy gdzieś tam nie leży poszkodowany człowiek - a ludzie robią to nagminnie. Wysiądę i udzielę poszkodowanym pomocy.

Działać racjonalnie, na chłodno, bez emocji - powtarzają taksówkarze. Ale ludzki dramat lubi zostawać w człowieku, odkładać się na później, ciążyć, uwierać, jak cholerny kamyk w bucie. Wtedy i łzy potrafią same napłynąć do oczu. Krzysztof Pigulski mówi o tym: "Jakby ktoś w głowie nacisnął przełącznik". - To nie jest tak, że podczas akcji nie czujemy nic - mówi Janusz Lesica. - Czasem boimy się, byłoby to naprawdę dziwne i niebezpieczne, gdyby strachu nie było. Jeśli poczulibyśmy się zbyt pewnie, moglibyśmy zrobić krzywdę sobie lub innym.

A czasem są po prostu nerwy, stres, skrajne zmęczenie. Jeden z taksówkarzy ratowników Ele Taxi zatrzymał się na chodniku niedaleko szpitala i zobaczył tłum ludzi. Podszedł, żeby zorientować się w sytuacji, i zobaczył leżącą na ziemi kobietę. Stwierdził: zatrzymanie krążeniowo-oddechowe. 30 ucisków, dwa wdechy, znowu 30 ucisków. Kilka minut i ręce zaczynają boleć, w mięśniach wydziela się kwas mlekowy, serce nie nadąża z pompowaniem krwi.  

Janusz Lesica (fot. Mariusz Sepioło)

Gdzieś z tyłu słychać syrenę karetki przedzierającej się przez uliczny ruch. Jeszcze raz 30 ucisków. I jeszcze. Resuscytacja musi trwać, aż na miejscu pojawi się lekarz z pogotowia. I kiedy się pojawia, taksówkarz słyszy: "Ratownik? To uciskaj jeszcze chwilę, my przygotujemy sprzęt".  

Na miejsce przyjechał zespół medyczny. Udało mu się przywrócić u kobiety funkcje życiowe. 

Ale pierwszy na froncie był taksówkarz. 

Nie jesteście Bogami

- Takie sytuacje zmieniają człowieka - mówi Krzysztof Pigulski. Jak? - Jeśli pyta pan o śmierć, to tak: boję się jej panicznie. Nikt nie wie, co jest tam, po drugiej stronie.

- Pewnych obrazów nie da się z siebie wyrzucić, trzeba po prostu z nimi żyć - mówi Krzysztof Wilk. - Nawet w pogotowiu nie ma ludzi, którzy potrafią się od tego całkowicie odciąć. Karambol, cztery skasowane auta, otwarte rany i śmierć na miejscu - nie ma człowieka, który jest w stanie odwrócić od tego głowę i nic nie poczuć.

Pamięta przypadek chłopaka, który wsiadł do taksówki i oznajmił: "Proszę szybko na Pragę, moja dziewczyna umarła". Była w stanie depresyjnym, brała leki. Przestała odbierać telefon, odpisywać na SMS-y. Chłopak czuł, że tym razem mogło stać się najgorsze. Poprosił, żeby taksówkarz poszedł z nim. Krzysztof wziął ze sobą torbę ze sprzętem ratowniczym. Na miejsce jechała już karetka i policja. Chłopak miał własny klucz, otworzył drzwi. Za nim wszedł Krzysztof. Od razu zrozumiał, co się tutaj stało kilka godzin temu. Skóra, oczy - wszystko wskazywało na to, że dziewczyna popełniła samobójstwo. Co zrobić z tym obrazem? Z taką wiedzą?  

Za minutę w mieszkaniu była policja. "Kim pan jest?". "Ratownikiem, taksówkarzem". "Proszę czekać". I tyle. Co można wtedy zrobić? Jak pomóc? Towarzyszyć. 

fot. Łukasz Antczak / AG

- Każdy ma swój prywatny cmentarz - mówi Krzysztof Wilk. - Nie ma się co oszukiwać: śmiertelne wypadki zostają w nas najdłużej. Już po wszystkim człowiek się zastanawia: czy mógł coś zrobić inaczej, lepiej? Kiedyś na zajęciach usłyszeliśmy od pani psycholog jedną, bardzo ważną rzecz: "Pamiętajcie, nie jesteście Bogami". I miała rację. Sens tego zdania jest taki: nie możecie każdej trudnej sytuacji, każdej śmierci brać do siebie, obwiniać się. Róbcie, co możecie, ale pamiętajcie: nie wszystko zależy od was.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Mariusz Sepioło. Reporter. Publikuje w m.in. w "Tygodniku Powszechnym", "Polityce" i "Gazecie Wyborczej". Autor książek reporterskich: "Ludzie i gady" (wyd. Czerwone i Czarne, 2017) o życiu w więzieniu, "Himalaistki" (wyd. Znak, 2017) o najwybitniejszych wspinających się Polkach i "Nanga Dream" o Tomku Mackiewiczu. Można się z nim skontaktować przez stronę internetową www.mariuszsepiolo.com