Rozmowa
Tomasz Schuchardt: Mężczyzną jestem od pięciu lat. Wcześniej byłem dzieciakiem (Adam Stępień/Agencja Wyborcza.pl)
Tomasz Schuchardt: Mężczyzną jestem od pięciu lat. Wcześniej byłem dzieciakiem (Adam Stępień/Agencja Wyborcza.pl)

"Mężczyźni w kryzysie", "toksyczna męskość", "mężczyźni powinni się zmienić" – słyszymy to od lat. Porozmawiajmy o polskich mężczyznach inaczej, zobaczmy ich z innej perspektywy. Czym żyją, w co wierzą, o czym marzą, jacy chcą być? Czym dla nich jest męskość? Jadę w teren, by to sprawdzić i dowiedzieć się, jakie pomysły na siebie mają mężczyźni w 2025 roku: ci z dużych miast i ze wsi, o prawicowych i lewicowych poglądach, ojcowie, mężowie i single. Nie oceniam, pytam.

Pamiętasz, jakim facetem chciałeś być jako chłopiec?  

Jako dzieciak marzyłem, pewnie jak wielu kolegów, o byciu superbohaterem. Nie wiem, czy chodziło o to, żeby zmieniać świat, czy żeby być podziwianym. Chyba o jedno i drugie. Wyobrażałem sobie siebie jako Spidermana, Batmana, albo wymyślałem sobie, że mam jakieś moce: umiem latać albo stawać się niewidzialny. Imponowali mi też "superbohaterowie" – sportowcy. Mój ojciec oglądał dużo sportu. Często dosiadałem się do niego i bardzo przeżywałem emocje towarzyszące igrzyskom czy mistrzostwom świata w piłce nożnej. Wyobrażałem sobie później mecze, w których to ja jestem napastnikiem i w decydującym momencie strzelam bramkę: wygrywamy mecz, stadion wiwatuje.

Później, kiedy trochę podrosłem, przestałem myśleć o nadprzyrodzonych mocach i wyobrażałem sobie siebie w jakimś zawodzie, w którym ratuje się życie, na przykład jako policjanta, który rozwiązuje zawiłe zagadki kryminalne. Kiedy poszedłem do liceum w Gdańsku, do mat-fizu, myślałem już, że będę raczej twardo stąpającym po ziemi inżynierem niż aktorem. To chyba wtedy pierwszy raz zacząłem się zastanawiać nad tym, kim chcę być jako mężczyzna, co facet powinien sobą reprezentować.

I co?

I nic. Nie doszedłem do niczego. Widać nie byłem jeszcze gotów, by odpowiedzieć sobie na te pytania. 

Jacy byli dorośli mężczyźni, którzy cię otaczali?

Dorastałem w Sobowidzu, popegeerowskiej wsi na Pomorzu. Ci mężczyźni, którzy mieli robotę, spędzali w niej całe dnie, panował kult pracy. To były głównie takie historie: "Pracuję 12 godzin dziennie, przychodzę do domu, otwieram piwo, siadam przed telewizorem". Inni, bezrobotni, po prostu pili.

Ja i moi koledzy mieliśmy ojców, którzy trzymali dyscyplinę i wychowywali rozkazami: tego się masz trzymać, to robić, tego nie robić. Często też pili i bili. Nie było rozmów, rządził strach. Nie chodzi o to, że żyłem w strachu przed ojcem, ale on się pojawiał jako figura, kiedy coś się przeskrobało, bo można było dostać lanie.

Tomasz Schuchardt: mieliśmy ojców, którzy trzymali dyscyplinę i wychowywali rozkazam. (Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta)

Ponuro to brzmi.

Myślę, że nikt z nas tak tego nie odbierał. Ja jednak podskórnie czułem, że nie chcę żyć w ten sposób. Może dlatego, że poznałem jednego mężczyznę, który był zupełnie inny. Stachu – dziś mówię mu po imieniu – od czwartej klasy był moim wychowawcą, a później uczył mnie historii. Sam pochodził ze wsi i za dzieciaka pracował przy polu, ale poza tym czytał książki. Pojechał na studia do Gdańska, zachłysnął się literaturą, filmem, muzyką. Bardzo mnie ukształtował. To dzięki niemu pojechałem zdawać do szkoły aktorskiej. 

Jaki był?

Jest, Stachu żyje. Ma charakter społecznika. Jego nie satysfakcjonowało, że Sobowidz jest, jaki jest. W szkole miałem cały przekrój społeczny: dzieciaki z rodzin rozbitych, pijących i tych żyjących w nędzy. On traktował wszystkich tak samo i chciał wszystkim dać równe szanse.

Był sprawczy?

Miał pomysły, żeby zrobić coś inaczej, nie bał się wychodzić poza schematy. Pamiętam na przykład, że na 11 listopada przygotowaliśmy z nim występ, w którym rapowaliśmy O.S.T.R.-a "Kochana Polsko". W latach 90. na polskiej wsi ludzie kojarzyli tę muzykę głównie z paleniem marihuany i z nisko opuszczonymi spodniami, nikomu z dorosłych się to nie podobało. A Stachu, facet w wieku mojego ojca, mówił: "Słuchajcie, może to jest wasz głos"! Później, już kiedy Polska weszła do Unii, pomagał też w pisaniu wniosków o dotacje. 

Jego się nie bałeś?

Nie. On nie budził lęku, był zdecydowanie partnerski. 

A czy z Sobowidza wynosiłeś przekonanie, że prawdziwy mężczyzna to taki, który budzi strach? 

Nie, nigdy nie miałem w sobie skłonności do agresji fizycznej. Myślę jednak, że jest we mnie coś z obu tych facetów, Marka, mojego ojca, i Stacha. Chciałem budzić respekt – ale on miał wynikać nie z tego, że umiem spuścić lanie, ale z tego, że jestem mądry i inteligentny.

Z tym ostatnim wiązał się zresztą szereg moich kompleksów, bo przez lata czułem, że nie jestem wystarczająco oczytany i wyedukowany, żeby ten respekt budzić. Spotkania z ludźmi, których uważałem za autorytety, przygniatały mnie do ziemi, do klęku. Nie dlatego, że oni robili coś, żebym poczuł się gorszy. Sam się pozycjonowałem jako ten głupszy.

Kiedy wymyśliłeś siebie jako mężczyznę?

Wiele lat po tym, jak wyniosłem się z Sobowidza. Po liceum wypłynąłem na głębokie wody. Za pierwszym podejściem dostałem się do szkoły teatralnej w Krakowie. Pokochałem aktorstwo, cała moja energia szła na rozmowy o sztuce, uczenie się, ale też na imprezę. Tam nie było miejsca na dojrzewanie, na rozkminki o tym, jakim facetem chcę być. Od razu po studiach dostałem rolę w teatrze, niedługo później zagrałem w filmie "Chrzest", za który dostałem nagrodę za główną rolę męską na festiwalu filmów fabularnych w Gdyni. Taki początek kariery w tym zawodzie prawie się nie zdarza. Nie miałem przestojów w pracy, wpadłem w totalny lot.

Tomasz Schuchard odbiera nagrodę na festiwalu w Gdyni w 2010 roku (Rafał Malko/ Agencja Wyborcza)

W środku czułem, że wszyscy zaraz się zorientują, że jestem nie dość dobry na to wszystko. Wymyśliłem więc sobie Tomka, który nie ma żadnych kompleksów, niczego się nie wstydzi i jeszcze wszystko wie. Udawałem nie tyle takiego czy innego faceta, tylko w ogóle innego człowieka. Dlatego trudno mi mówić o tym, jakim wtedy byłem mężczyzną. To było raczej samcze napompowanie. Udawałem, że czytałem daną książkę, a tymczasem miałem o niej tylko mgliste wyobrażenie. Mówiłem, że "tak, tak, oczywiście – widziałem ten film", a później się modliłem, żeby nikt mnie o niego nie dopytał... Nawet przy przywitaniach udawałem: "Jasne, że cię pamiętam, stary" i w trakcie rozmowy dochodziłem do tego, co to jest za twarz, kim w ogóle jest ten człowiek. Jakby moja niewiedza czy brak pamięci miały odbierać mi niewidzialne punkty społecznej akceptacji, które sam sobie, rzecz jasna, przyznawałem.

Uważam, że mężczyzną jestem od pięciu lat. Wcześniej w środku byłem chłopcem.

Chodzi ci o to, że przez cały czas bałeś się, że zostaniesz zdemaskowany?

To z pewnością. Nie wiedziałem do końca, kto w ogóle pod tą maską jest. Mam wrażenie, że w kłamstwie jestem niezrównany, jestem jednym z lepszych kłamców na świecie. Nakłamałem dużo, szczególnie sobie. Uwierzyłem, że ten Tomek, którego wymyśliłem i z takim powodzeniem udawałem, może robić wszystko, bez konsekwencji. Może z jednym wyjątkiem.

To znaczy?

Zdradą. Od studiów, już osiemnaście lat, jestem z Kamilą. Nigdy nie pomyślałem o zdradzie. Mam kolegów, którzy podchodzą do kwestii wierności z luzem. "A, no stało się, bo byłem po alkoholu, na narkotykach, ja tego nie kontroluję". Zawsze sobie myślę wtedy: "stary, miej jaja i najpierw się rozstań". Dla mnie zdrada to chyba najgorsza rzecz, jaką można zrobić, nigdy o tym nawet nie myślałem. To akurat zawsze było poniżej – właśnie chyba tej męskiej – godności. Ale poza tym, żyłem jak taki Piotruś Pan.

Co masz na myśli?

Idę na imprezę, bawię się do siódmej rano... mam próbę o 10 w teatrze, ale w ogóle się nad tym nie zastanawiam, macham ręką, że jakoś to będzie. I rzeczywiście, wstawałem, byłem na próbie. Jakoś to było. Później szedłem pospać dwie godzinki, jechałem na kolejną próbę, a wieczorem znowu na imprezę, na odcięcie od siebie, od emocji, od kosztów mojego zawodu. I tak latami. Wmówiłem sobie, że ja naprawdę umiem to wszystko pogodzić. 

Tomasz Schuchardt: próby radzenia sobie z emocjami alkoholem niczego nie załatwiały (Martyna Niećko/ Agencja Wyborcza.pl)

Czułeś, że jesteś niezniszczalny? 

Tak. Ale to nie była prawda. Ten styl życia miał cały szereg konsekwencji. Już nie mówię o tym, że wydawałem masę pieniędzy na różne pierdoły i o konsekwencjach zdrowotnych. Żyłem w stresie, którym się nie opiekowałem, którego w ogóle nie rozładowywałem. Tak naprawdę w ogóle nie wiedziałem, kim jestem. Nie budowałem przez to relacji z ludźmi. Myślałem, że mam kolegów, ale tak naprawdę byłem sam ze sobą.

Mój związek na takim życiu cierpiał, cierpieli ci, których kochałem. Moje coraz to częstsze próby radzenia sobie z emocjami w jedyny znany mi sposób – alkoholem, niczego nie załatwiały, a zdecydowanie męczyły.

Kulały na tym moje role. Wyobraź sobie: przychodzisz do pracy przemęczony, po nieprzespanej nocy. Myślisz, że jesteś zabawny – a tak naprawdę jesteś jakimś kłębkiem nerwów, jakąś szmatą do podłogi... jesteś nieuważny, a nawet bardziej – nieobecny.

Wiele rzeczy zawaliłem. I jednocześnie żadnego z tych problemów nie dostrzegałem. Uważałem, że wszystko jest git.

Ale twoja kariera się nie przestawała rozwijać.

W końcu mobilizowałem się na sto dwadzieścia procent, skupiałem się mocno na pracy – i role ostatecznie wychodziły. Ale to nie działo się w zdrowy i profesjonalny sposób.

Sam mam wrażenie, że najwięcej o tym, jakim chcę być facetem, nauczyłem się od kobiet. Jaką rolę w twoim "zmężnieniu", jak sam o tym kiedyś powiedziałeś, miała twoja żona, Kamila?

Czego mnie uczyła? Niemal wszystkiego, od najprostszych rzeczy jak opuszczanie deski w kiblu, kiedy zamieszkaliśmy razem. Nasze męskie porozrzucane skarpety i gacie z dziurą to już mem, ale jest w nim dużo prawdy.

Mówiąc już poważnie, gdyby nie Kama, to bym przepadł, zatracił się. Taki pierwszy przebłysk męskiej dojrzałości w moim życiu wiąże się z decyzją o tym, żeby wziąć ślub.

Tomasz Schuchardt z Kamilą Kuboth-Schuchardt (Martyna Niećko/ Agencja Wyborcza.pl)

Jak to było?

Byliśmy wtedy razem już siedem albo osiem lat i naprawdę czułem wagę tej decyzji. Pamiętam, że siedziałem kilka godzin w Parku Skaryszewskim w Warszawie i zastanawiałem się nad tym, czym w ogóle jest nasz związek. Te legendarne motyle w brzuchu już dawno odleciały. Łączyło nas przywiązanie: ale czy tylko? Czy jest wciąż coś więcej? Czy mamy jeszcze w sobie i do siebie żar? Czy może jesteśmy już takim związkiem dwójki "dziadów"? W głowie robiłem sobie listę "za" i "przeciw", myślałem o tym, czy jestem w stanie zaakceptować te cechy Kamili, które mi w niej przeszkadzają. Później zresztą okazało się, że ona robiła w tym czasie dokładnie to samo. Pozytywne odpowiedzi, na nasze szczęście, zdecydowanie przeważyły szalę i zaofiarowaliśmy się sobie.

To, że złożyliśmy sobie przysięgę małżeńską, miało dla mnie duże znaczenie – coś Kamie obiecałem. Pomogło to wyjść później jeszcze z wielu kryzysów, bo – tak jak mówię – wciąż miałem tylko przebłyski dojrzałości.

Powiedziałeś, że mężczyzną jesteś od pięciu lat.

To oczywiście jest proces, ale myślę, że kilka lat temu rzeczywiście dojrzałem. Do tego, żeby się skonfrontować ze sobą, zostałem w zasadzie zmuszony, kiedy zacząłem doświadczać ataków paniki. Pamiętam, że pierwszy z nich przydarzył mi się wieczorem, w domu. Myślałem, że umieram. Porobiłem różne badania i okazało się, że ciało mam zdrowe. To bezpieczniki w psychice mi wywaliły. Nie byłem w stanie dłużej odgrywać tego wymyślonego Tomka. Trafiłem do pani psycholog i przez parę lat chodziłem na terapię. Wtedy skonfrontowałem się z kłamstwami na własny temat, które sobie opowiadałem. Zrozumiałem to, o czym wcześniej ci powiedziałem – że wszystko, co robię, ma swoje konsekwencje. A byłem już przecież ojcem, urodziła nam się córka, Tosia. Uświadomiłem sobie, że w życiu dotychczas najważniejsza była dla mnie praca i zabawa, a dopiero później rodzina i ja sam. Nie chciałem tak. Zacząłem rozumieć, że w byciu facetem najważniejsza jest dla mnie odpowiedzialność. To jest właśnie męskość.

'Stany Męskości' to cykl Jana Rybickiego opowiadający o współczesnych mężczyznach (Mateusz Król)

Jeszcze po urodzeniu córki potrafiłem zadzwonić nagle do Kamy po próbie i powiedzieć, że jednak nie wrócę od razu do domu, bo chcę jeszcze chwilę posiedzieć i pogadać. Kama mówiła, że dziecko już śpi, a ona i tak jest zmęczona i wydawało mi się, że wszystko gra. Dopiero z czasem zacząłem widzieć, że to nie jest wszystko jedno. Że nawet nie zauważam, że zrobiłem jej przykrość, że jestem nieprzewidywalny i że przez to odbieram mojej rodzinie poczucie bezpieczeństwa.

Czym teraz jest dla ciebie odpowiedzialność?

To są tysiące rzeczy i wyborów, które podejmuje się każdego dnia. Odpowiedzialność znaczy, że wieczorem muszę pójść spać odpowiednio wcześniej, bo jeśli tego nie zrobię, to o szóstej rano będę zmęczony, a przez to drażliwy i łatwiej wtedy o spięcie z Kamą, która jest również przemęczona, ponieważ w nocy karmi naszą drugą córkę, Mirę. Odpowiedzialność polega więc na tym, że dbam o to, żeby rano mieć siłę, pomóc w przewinięciu Miry, zrobić kanapki Tosi, zawieźć ją do szkoły, wracając do domu, zrobić zakupy… Albo na tym, żeby zaszczepić się na grypę – bo kiedy jestem chory, to Kama zostaje sama ze wszystkim na głowie. Mieszkamy w dwudziestoletnim domu, trzeba zrobić przeglądy kominów, zamówić drewno do kominka, coś naprawić. Zrobić obiad dla dziewczyn. Stworzyć im dom, w którym będą czuły się dobrze.

To dosyć ironiczne, że od wizji o ratowaniu świata doszedłeś do tego, że męskość polega na robieniu gołąbków.

Nie widzę w tym ironii – to życie. Każdemu życzę takiej drogi i takich wniosków. Pracuję teraz nad rolą Wokulskiego i podoba mi się pozytywistyczne myślenie. Trzeba zacząć od własnego domu. Jeśli u ciebie będzie zdrowo i dobrze, to może poniesie się to dalej: do sąsiada, na dzielnicę. I myślę, że właśnie od tego zmienia się świat. Dla mnie to "Superbohaterstwo 2.0".

Tomasz Schuchardt. Aktor, trzykrotny laureat konkursu na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za role w filmach "Chrzest", Jesteś Bogiem" oraz "Doppelganger. Sobowtór". Mąż, ojciec dwóch córek. Urodził się w Sobowidzu w 1986 roku.

Jan Rybicki. Laureat pierwszej edycji programu "Polska Stories", obecnie na stałe w weekend.gazeta.pl. Wcześniej publikował swoje reportaże m.in. w "Dużym Formacie" i "Tygodniku Powszechnym". Lubi słuchać, jak ludzie mówią. Kontakt: jan.rybicki@grupagazeta.pl

Zobacz wideo