Rozmowa
Jeśli wykształcone Chinki z dużych miast decydują się na dziecko, to chcą zainwestować w jego przyszłość i robią wszystko, by osiągnęło sukces (Fot. Eddie K/Pixabay)
Jeśli wykształcone Chinki z dużych miast decydują się na dziecko, to chcą zainwestować w jego przyszłość i robią wszystko, by osiągnęło sukces (Fot. Eddie K/Pixabay)

W Chinach rodzi się coraz mniej dzieci, choć w 2021 roku władze poluzowały restrykcje i obecnie można mieć ich trójkę. Dlaczego Chińczycy nie garną się do pieluch?

Jest wiele powodów. To przede wszystkim wysokie koszty życia, w tym związane z wychowaniem dzieci. Do tego Chinki, szczególnie te mieszkające w miastach, są coraz bardziej skupione na karierze. Nie postrzegają już wychodzenia za mąż i wychowywania dzieci jako jedynego sposobu na spełnienie w życiu. To zresztą część światowego zjawiska: im kobiety są lepiej wykształcone i mają lepszą pracę, tym mniej chętnie decydują się na dzieci. Wreszcie winna jest obowiązująca przez dekady polityka jednego dziecka, która wyhodowała pokolenie jedynaków.

Jaki to ma związek?

Chinki wychowane bez rodzeństwa nie miały styczności z małymi dziećmi i przyzwyczajone są do tego, by być w centrum uwagi. Między innymi dlatego zdarza się, że małżeństwa jedynaków łatwiej się rozpadają. Ludzie nie są przyzwyczajeni do tego, by zajmować się innymi.

Mówi pani tylko o kobietach. A dlaczego chińscy mężczyźni nie chcą mieć dzieci?

Bo wiele kobiet oczekuje od nich, że już na starcie będą mieli mieszkanie i samochód. To mężczyźni i ich rodzice mają obowiązek opłacania kosztów związanych z organizacją wesela. Według tradycji muszą też podarować dużą sumę pieniędzy rodzinie panny młodej.

W niektórych chińskich prowincjach to nawet równowartość 20 tys. dolarów! O żonę trzeba się bić, bo w wyniku aborcji selektywnej – ze względu na płeć – w kraju jest dziś więcej mężczyzn niż kobiet.

Dla wielu Chińczyków to koszt nie do przeskoczenia. Mimo to z sondaży wynika, że mężczyźni są bardziej chętni do posiadania dzieci niż kobiety.

Rodzice podczas zabawy z dzieckiem (Fot. Xiangkun ZHU/Unsplash) , Znak drogowy w Syczuanie. 'Zabrania się dyskryminacji, maltretowania i porzucania niemowląt płci żeńskiej' - głosi napis (Fot. David Cowhig/Wikipedia Commons)

Nie dziwi mnie to. W końcu nie są tak narażeni na dyskryminację w pracy.

I to jest rzecz, która doprowadza mnie do szału. Przez lata na rozmowach kwalifikacyjnych kobietom zadawano pytania, czy są mężatkami i czy zamierzają mieć dzieci. Gdy kobieta odpowiadała, że chce założyć rodzinę, to w zasadzie kończyło rozmowę. Aby walczyć z tą praktyką, w 2019 roku zakazano chińskim pracodawcom zadawania takich pytań. To duży krok naprzód, jednak z pewnością nadal dochodzi do nadużyć. Chińscy pracodawcy starają się unikać zatrudniania kobiet w wieku rozrodczym.

Co może spotkać Chinkę w pracy, gdy zajdzie w ciążę?

Według przepisów nie wolno jej zwolnić, ale zawsze znajdzie się powód, by zarzucić jej miganie się od obowiązków lub nieprzestrzeganie zasad obowiązujących w firmie.

Przeczytałam historię ekspedientki z Pekinu. Gdy szef dowiedział się, że kobieta jest w ciąży, przeniósł ją do galerii handlowej na obrzeżach po drugiej stronie miasta, gdzie musiała długo dojeżdżać. Gdy zaoponowała, zwolnił ją za niestosowanie się do służbowych poleceń.

To tylko jeden z wielu przypadków. Kilka lat temu głośno było o wiceprezesce JD.com [chiński gigant e-commerce – przyp. red.] Du Shuang, która na firmowym przyjęciu filmowanym przez chińską telewizję CCTV oznajmiła szefowi, że jest w ciąży. Zapewne zrobiła to, by upublicznić sprawę i uniknąć zwolnienia. Szef pogratulował jej przed kamerami, a potem i tak ją wyrzucił. Dlatego wielu ambitnym Chinkom towarzyszy dziś strach, że dziecko będzie przeszkodą w karierze. Boją się, że jeśli znikną z pracy na dłużej niż trzymiesięczny urlop macierzyński, to nie będą miały do czego wracać.

Mówimy o kraju, gdzie jeszcze za rządów Mao Zedonga kobiety takie jak pani matka harowały w fabrykach sprzętu wojskowego i jednocześnie miały nawet kilkoro dzieci. Dlaczego to się dziś wyklucza?

Bo do Chin wdarł się twardy kapitalizm. W czasach młodości mojej matki bardziej powszechne były przyfabryczne żłobki, gdzie kobiety mogły zostawić w ciągu dnia swoje dzieci. Moja mama nawet nie musiała tego robić, bo mną i dwójką mojego rodzeństwa opiekowała się babcia. Dziś wiele kobiet nie ma takiego luksusu.

Szczególnie jeśli mieszkają w dużym mieście, z dala od rodziny.

Dokładnie. Jeśli wykształcone Chinki z dużych miast decydują się na dziecko, to chcą zainwestować w jego przyszłość i robią wszystko, by osiągnęło sukces. Na przykład posyłając je do prywatnej szkoły i na dodatkowe zajęcia z języków obcych czy gry na pianinie. Chińskie władze wprowadziły nawet restrykcje, takie jak zakaz udzielania płatnych korepetycji z podstawowych przedmiotów, jak angielski czy matematyka.

Nie rozumiem. Dlaczego?

Bo to zwiększa koszty wychowania dzieci i zniechęca niektórych do ich urodzenia. To także niesprawiedliwe wobec biedniejszych rodzin, których dzieci nie mają takich możliwości rozwoju.

Chińskie władze na różne sposoby zachęcają młodych do małżeństwa i posiadania dzieci. Media rozpisują się o programach szybkich randek, ulgach podatkowych dla rodziców małych dzieci, a "The New York Times" pisał nawet o wydzwanianiu do kobiet i naciskach, by zaszły w ciążę. Doda coś pani do tej listy?

W niektórych prowincjach młode małżeństwa dostają na start gotówkę, by łatwiej im było zdecydować się na dzieci. Natomiast jeśli chodzi o wydzwanianie do kobiet, to o czymś takim nie słyszałam. Być może chodziło o naciski na Chinki należące do partii komunistycznej. Przekonuje się je, że urodzenie dzieci to czyn patriotyczny i że powinny być dobrym przykładem dla społeczeństwa.

Prezydent Chin Xi Jinping podczas Narodowego Zjazdu Kobiet w październiku 2023 roku mówił, że "konieczne jest popieranie nowego typu małżeństwa i rozrodczości". Krótko mówiąc, Chinki powinny skupić się na domu i wychowywaniu dzieci.

I to idzie na razie z miernym skutkiem, bo stopień zatrudnienia Chinek jest nadal dość wysoki, zarówno na wsi, jak i w miastach. Kobiety, szczególnie mieszkające w miastach, odchodzą od konfucjańskiej tradycji, według której wyjście za mąż i wychowanie dzieci jest aktem posłuszeństwa wobec rodziców i krewnych. Młode Chinki są asertywne i chcą żyć według własnych zasad. Poznałam w Szanghaju właścicielkę firmy tłumaczeniowej, która odniosła duży sukces po wyrwaniu się z prowincji. Kobieta ma chłopaka, ale mówi, że nie ma czasu na ślub, a co dopiero na dzieci. Owszem, lubi czasem pofantazjować o dwójce lub trójce, ale na takiej zasadzie, że zajmuje się nimi opiekunka, a ona tylko czasem ich dogląda. Dla niej liczy się w życiu przede wszystkim sukces w pracy i zarabianie dużych pieniędzy. Są też kobiety, które chcą mieć dzieci, ale nie chcą mieć męża.

Pisze pani książkę o zmieniającym się stosunku Chinek do małżeństwa i dzieci.

Robiłam na przykład wywiad z kobietą z Chengdu [główne miasto w Syczuanie – przyp. red.], która przez całe dzieciństwo obserwowała nieszczęśliwe małżeństwo swoich rodziców. Cierpiała, że ojciec traktuje jej matkę jak osobę drugiej kategorii. Dlatego sama postanowiła, że nigdy nie wyjdzie za mąż. Chciała mieć jednak dziecko i została samotną mamą. Mogła sobie na to wszystko pozwolić, bo ma wsparcie swojej matki, dwóch sióstr i przyjaciółek.

Gdy Chinka zajdzie w ciążę, według przepisów nie wolno jej zwolnić. Jednak zawsze znajdzie się powód, by zarzucić jej miganie się od obowiązków lub nieprzestrzeganie zasad obowiązujących w firmie (Fot. BoHang Lee/Unsplash)

Sprawę ułatwiają też bardziej liberalne przepisy. W Syczuanie i w niektórych innych prowincjach nie trzeba już aktu ślubu, by zarejestrować urodzenie dziecka. Chengdu to zresztą duże miasto, gdzie podejrzewam, panuje większa tolerancja. Z jakimi problemami może zmagać się samotna matka na wsi?

Ludzie są tam o wiele bardziej konserwatywni, dlatego taka kobieta mogłaby doświadczyć dyskryminacji w urzędach i wytykania palcami przez sąsiadów. Myślę, że rodzina takiej kobiety nie pozwoliłaby jej na samotne wychowywanie dziecka. Pamiętam historię Chinki, która po zajściu w ciążę wróciła do rodzinnej wioski. Jej matka chciała ją na siłę wyswatać z o wiele starszym mężczyzną. Wszystko po to, by nie przyniosła hańby rodzinie. Kobieta rozważała nawet małżeństwo, ale nie mogła się przemóc. Ostatecznie musiała opuścić wioskę.

Urodziła to dziecko?

Tak, między innymi dlatego, że miała już za sobą kilka aborcji. Lekarz powiedział jej, że jeśli i tym razem usunie dziecko, może już nigdy nie zajść w ciążę.

Z jednej strony chińskie władze zachęcają kobiety do rodzenia dzieci, a z drugiej zakazują singielkom zamrażania komórek jajowych. Dlaczego samotna matka jest w Chinach problemem?

Bo partia komunistyczna postrzega tradycyjną rodzinę, czyli parę posiadającą dzieci, jako gwarancję społecznej stabilności. Moim zdaniem jednak zniesienie restrykcji, o których pani mówi, jest już tylko kwestią czasu. Jeśli władze chcą, żeby w Chinach rodziło się więcej dzieci, muszą sięgnąć po każdy możliwy sposób, by do tego zachęcić.

Na razie singielkom pozostaje skorzystanie z nielegalnych klinik płodności lub zamrożenie komórek jajowych w jednej z placówek za granicą. Gdzie najczęściej jadą bogate Chinki?

Do USA lub Kanady.

Kobiety muszą nie tylko wydać na to ogromne pieniądze, ale też rozprawić się z cenzurą internetu. Dziennik "The Guardian" cytuje Chinki, które narzekają, że przez to trudniej im znaleźć informacje o klinikach za granicą.

Nie sądzę, żeby to był duży problem. Owszem, w Chinach bez skorzystania z usługi VPN nie sposób wejść na stronę internetową "The New York Times", ale na stronę amerykańskiej kliniki leczenia niepłodności – już tak.

W sierpniu głośno było o chińskiej aktywistce Teresie Xu. Po sześciu latach przegrała apelację w batalii z pekińskim szpitalem położniczym, który odmówił jej zamrożenia komórek jajowych. Jaka była reakcja Chinek na ten werdykt?

Znam wiele młodych kobiet oburzonych tą decyzją. Ze względu na cenzurę to jednak nie był news, który obiegł cały kraj. Tak w ogóle to znamy się z Teresą od lat. Widziałyśmy się jesienią zeszłego roku.

Rozmawiałyście po jej przegranej w sądzie?

Tak. Zarzekała się, że werdykt sądu jej nie uciszy, bo wierzy, że samotna kobieta ma prawo urodzić dziecko.

Feministkom żyje się w Chinach coraz trudniej. Jeszcze w 2014 roku towarzyszyła pani przez tydzień Xiao Meili, która szła piechotą z Pekinu do Guangzhou, by zaprotestować przeciwko przemocy wobec dzieci. Czy to byłoby dziś możliwe?

Absolutnie nie. Dziś nie ma szans na protest taki jak ten w 2012 roku, gdy trzy feministki w walentynki przebrały się w suknie ślubne poplamione czerwoną farbą, co miało symbolizować przemoc wobec kobiet. W 2017 roku administracja Xi Jinpinga wprowadziła restrykcje dotyczące organizacji finansowanych ze środków z zagranicy, co zmusiło wiele feministycznych grup do zamknięcia. Działania aktywistek są mocno monitorowane, i to nie tylko w sieci. Zdarza się, że są śledzone przez funkcjonariuszy.

W 2021 roku chiński portal Douban zamknął kilkanaście dyskusyjnych grup feministycznych, m.in. powiązanych z radykalnym ruchem 4B, który zachęca swoje członkinie do tego, by nigdy nie wychodziły za mąż, nie utrzymywały stosunków heteroseksualnych i nie rodziły dzieci. Pisała pani wtedy, że zakazane dyskusje o 4B przeniosły się na platformę blogową Weibo. Nadal tam są?

Nie, tam też zablokowano tego rodzaju treści. Kobiety z ruchu 4B są dalej w kontakcie, ale nie mogą już tworzyć grup dyskusyjnych w social mediach. Władze nie tylko starają się zdusić cały ruch feminizmu, ale także oczerniają chińskie aktywistki, mówiąc, że są pod zgubnym wpływem kultury zachodniej. Niestety, nasze społeczeństwo jest wciąż mocno patriarchalne, a szczególnie mężczyźni, którzy mają złe mniemanie o feministkach.

Zmroziło mnie, gdy w jednym z tekstów dla "South China Morning Post" opisała pani historię mężczyzny, który wylał gorący bulion na kobietę i ją zwyzywał. To dlatego, że zwróciła mu uwagę, by nie palił papierosów w restauracji. Gdy nagłośniła to w social mediach, zalały ją kolejne wyzwiska ze strony mężczyzn. Skąd ta reakcja?

Tu znów kłania się tradycja konfucjańska, według której kobiety postrzegane są jako istoty podrzędne. Mężczyzna z tamtej restauracji poczuł się głęboko urażony, że jakaś dziewczyna śmiała mu zwrócić uwagę. W Chinach wciąż powszechna jest przemoc domowa wobec kobiet. Szczególnie na wsi mężczyźni wierzą, że jesteśmy ich własnością. Nawet krąży takie powiedzenie: jeśli kobieta nie jest bita przez trzy dni, to może szybko zapomnieć, jakie jest jej miejsce w szeregu.

Chiny są krajem ogromnych kontrastów. Na zdjęciu z lewe - wioska w chińskiej prowincji Hainan, po prawej - panorama Pekinu (Fot. Anna Frodesiak via Wikipedia Commons) , Pekin (Fot. Użytkownik o nicku N509/Wikipedia Commons)

To przerażające. Z tej perspektywy nie dziwi mnie, że niektóre kobiety pociąga radykalny feminizm spod znaku 4B. Ma pani dwie córki. Jaki jest ich stosunek do małżeństwa i dzieci?

Moja młodsza córka jest w stabilnym związku i nie wyklucza, że zdecyduje się na tradycyjny model rodziny. Wszystkie jesteśmy feministkami.

Tym bardziej zdziwiłam się, gdy przeczytałam, że pani matka ukrywała przed sąsiadami, że jest pani rozwódką. Dlaczego?

Choć w Chinach jest coraz więcej rozwodów, dla starszego pokolenia to wciąż temat tabu i powód do wstydu. Kilka lat temu, kiedy jeszcze żyła mama, natknęłyśmy się podczas spaceru na jej sąsiadkę. Gdy spytała, gdzie jest mój mąż, chciałam jej powiedzieć prawdę. Mama mocno złapała mnie wtedy za rękę, wyraźnie mnie powstrzymując. I to jest cały paradoks: wciąż powtarzała, że poślubienie mojego ojca było największym błędem w jej życiu, ale sama desperacko pragnęła, żebym jeszcze raz wyszła za mąż. Gdy po rozwodzie spotykałam się z innym mężczyzną, nawet jej o tym nie powiedziałam. Nie chciałam dawać jej pretekstu do kolejnych nacisków. Kiedyś zaproszono mnie do amerykańskiej ambasady w Pekinie, żebym wygłosiła przemówienie. Byłam wtedy z siebie bardzo dumna. Tym bardziej nie mogę zapomnieć reakcji mojej mamy, gdy jej o tym opowiedziałam. Informację skwitowała, wyrażając żal, że jestem rozwódką i nie pojawiłam się tam z mężem. To wszystko.

Pisze pani w jednym z tekstów, że i tak pani matka była bardziej postępowa niż jej matka – pani babcia.

Zdecydowanie. Dzięki temu, że mama pracowała w fabryce, a nie siedziała w domu, była bardziej niezależna finansowo i miała więcej do powiedzenia w rodzinie. Moja babcia, sprzedana w młodym wieku do domu publicznego, wyszła potem za mąż za mojego dziadka.

Całe jej życie było podporządkowane pomaganiu innym. Historie kobiet w mojej rodzinie pokazują, jak przez dekady zmieniła się rola kobiet w chińskim społeczeństwie.

Lijia Zhang. Chińska pisarka, komentatorka, na stałe mieszka w Londynie. Była pracownica fabryki rakiet dalekiego zasięgu, która swoje wspomnienia z tego okresu opisała w pamiętniku „Socjalizm jest piękny". Lubi podkreślać, że należy do wąskiego grona Chińczyków regularnie piszących w języku angielskim. Publikowała m.in. w "The Guardian", "The South China Morning Post", "Newsweeku" i "The New York Times". Jest autorką książki "Lotus" poświęconej problemowi prostytucji w Chinach. Obecnie pracuje nad powieścią o zmieniającym się stosunku Chinek do małżeństwa i macierzyństwa.

Marta Zdzieborska. Dziennikarka "Press", stała współpracowniczka "Tygodnika Powszechnego", korespondentka w USA w latach 2018–2020. Publikowała również w "Wysokich Obcasach", "Polityce" i stołecznej "Gazecie Wyborczej". Autorka książki "Tamtego życia już nie ma" (Świat Książki, 2019), zbioru reportaży o uchodźcach w Polsce. Laureatka honorowego wyróżnienia Nagrody im. Adolfa Bocheńskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (2016) oraz Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka (2017). Twitter: @MartZdzieborska