Rozmowa
Szczepan Twardoch (Fot. Jacek Poremba)
Szczepan Twardoch (Fot. Jacek Poremba)

*W ramach podsumowania roku, wybraliśmy dla Was najpopularniejsze teksty.  Oto najczęściej czytany artykuł listopada 2024. Tekst został pierwotnie opublikowany 21 listopada 2024.

Grzegorz Wysocki: Donieśli mi uprzejmi ludzie, że - cytuję - "nie musisz się za bardzo przygotowywać do wywiadu, bo Twardoch chce teraz rozmawiać tylko o wojnie w Ukrainie"... 

Szczepan Twardoch: Błagam, kto ci takich rzeczy naopowiadał? Możesz mnie oczywiście pytać o wszystko, ale w wielu sprawach nie mam i chyba nie chcę mieć żadnego stanowiska. Trochę żyję Ukrainą, a trochę żyję innymi rzeczami. Śląskiem ostatnio na przykład żyję… 

Ostatnio! Opowiedz mi o tym kwadransie, kiedy przestałeś! 

(śmiech) No, ostatnio istotnie znowu bardziej, w związku z wiadomym wetem prezydenckim.

Od razu wjeżdżamy w politykę? To najlepiej symetrystycznie, dla każdego coś przykrego. Jak ci się podoba Polska, w której żyjemy od 15 października minionego roku? 

Bardzo mi się podoba hasło, które spopularyzował w swoim podcaście Marcin Giełzak: "Chwała uśmiechniętej Polsce!". Obserwuję to, co się dzieje z umiarkowanym zainteresowaniem. Mam jedynie nadzieję, że w uśmiechniętej Polsce uda się w końcu zrealizować to, na czym mi zależy… 

Czyli uznanie śląskiego za język… 

Albo raczej nadanie śląskiemu statusu języka regionalnego, bo słowa są ważne. I dwa – nadanie Ślązakom statusu mniejszości etnicznej. Potrzebny jest do tego uśmiechnięty prezydent, ale liczę, że jeszcze w tej kadencji sejmu się uda. No a dotychczasowa historia tych uśmiechniętych rządów to - żeby być najdelikatniejszym - nie jest pasmo sukcesów. I to rozumiejąc wszystkie uwarunkowania, to znaczy wetującego prezydenta Dudę itd. A jednocześnie ten Duda to też jest część demokratycznego porządku w Polsce i nie ma się co na te weta obrażać.

W jakim sensie? 

Taki prezydent został wybrany przez ludzi z takimi poglądami, więc nie będzie podpisywał i tyle. To jego święte demokratyczne prawo, więc trzeba z tymi wszystkimi rzeczami poczekać na nowego. 

Wspomniałeś o czekaniu na uśmiechniętego prezydenta, więc zapytam w drugą stronę: czy to dobrze, jeśli (prawie) cała władza ponownie znajdzie się w jednych rękach? 

Ogólnie system checks and balances w Polsce to tak średnio się sprawdza, a że ustrój państwa opisany w konstytucji mamy fatalny, to już świetnie opisał Robert Krasowski, którego książki polecam, gdzie mogę. I chyba jesteśmy skazani na to wahadło, raz w jedną, raz w drugą. Dlatego raz mówimy o Czarnkach, którzy dorzucają do szkół świętej pamięci papieża, a raz masz jego alter ego w postaci ministry Nowackiej, która o Rymkiewiczu będzie mówić "niejaki Rymkiewicz", bo jej kulturowa kompetencja ogranicza się do tego, że ktoś jej powiedział, że napisał on wiersz o Kaczyńskim, więc jest "niejaki"... 

A dlaczego nie zabrałeś głosu w czasie publicznej awantury o "niejakiego Rymkiewicza"? 

Nie zabrałem, bo byłem zajęty pracą oraz nie mam obowiązku zabierania głosu.

Nie mów, że cię nie korciło…

Nie korciło mnie, bo byłem zajęty, a poza tym wszyscy zdążyli się słusznie do tego odnieść, no i, dobry Boże, ministra Nowacka sama sobie wystawiła jak najgorsze świadectwo i pokazała nie tylko, że na literaturze zna się tak samo jak Czarnek, ale jeszcze reprezentuje dokładnie ten sam styl myślenia co Czarnek. 

Ale czy ciebie w ogóle obchodzi kanon i spis lektur? 

Nie lubię wszelkich kanonów, nienawidzę przymusowych lektur i nie lubię polskiej szkoły. 

Zobacz wideo Żegnaj Stasiu, żegnaj Nel, nie będzie już w polskiej szkole "W pustyni i w puszczy"

No to powinno ci być obojętne, co tam się w tej szkole dzieje za tej czy innej władzy? 

Tak, mam to tak naprawdę gdzieś, byleby tam nie było moich książek. Nikt i nic nie zabija skuteczniej miłości do czytania niż szkoła. 

Z drugiej strony sam masz dzieci… 

Mam dzieci i dlatego jeszcze bardziej nienawidzę szkoły, bo widzę, że szkoła, czy raczej system szkolnictwa w Polsce nie zmienił się od czasów, w których ja do tej szkoły chodziłem. Nie chodzi mi o te konkretne szkoły, do których chodzą moje dzieci, bo te w ramach systemu robią co mogą, tylko chodzi mi o to, że w ogóle nie zmienił się ten paskudny XIX-wieczny pruski system, w którym ewaluacja jest zawsze ważniejsza od faktycznej edukacji. 

I stąd niechęć do twoich książek w szkołach?

Gdybym tylko mógł, to zablokowałbym możliwość wykorzystania jakiejkolwiek mojej książki czy choćby jej fragmentu jako obowiązkowych lektur w szkołach, ale obawiam się, że takich możliwości nie mam. Więc gdybym mógł teraz wypowiedzieć na głos jakiś uniwersalny zestaw zdań, które sprawiłyby, że byłbym na lata skompromitowany i dla strony ministra Czarnka, i dla strony ministry Nowackiej, i obie strony uznałyby zgodnie, że mam bardzo, ale to bardzo zły wpływ na dzieci, to chętnie bym to zrobił. Byleby coś takiego sobie zagwarantować. 

Oczywiście zachęcam cię do takich wypowiedzi, mogę nawet podpowiedzieć parę niestosownych kwestii. Czyli co, najchętniej byś szkołę zlikwidował? 

Oczywiście, że nie, nie jestem anarchistą ani utopistą, ani wyznawcą frajersko-pięknoduchowskich piosenek Lennona. Szkoła pełni bardzo ważną funkcję społeczną, po prostu powinna wyglądać zupełnie inaczej. I zupełnie inaczej powinno i mogłoby wyglądać nauczanie języka polskiego i literatury. 

Jak?

Nie jestem specjalistą od edukacji, ale wiem, że tak jak jest teraz, jest strasznie i że tak być nie powinno. Szkoła w jej aktualnej formie jest miejscem toksycznym i odrażającym, systemowo raczej szkodzącym rozwojowi młodych ludzi, niż go wspomagającym. 

Jarosław Marek Rymkiewicz (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl)

A ten "niejaki" Rymkiewicz to ważny dla ciebie pisarz, prawda? Po pierwsze, nihilista… 

Nie jestem pewien, czy Rymkiewicz był nihilistą. On był raczej pogańskim heglistą. Ale tak, to bardzo ważny dla mnie autor. Najbardziej cenię jego książki niepoetyckie, choć cała jego wrażliwość wynikała z poezji. 

U ciebie podobnie? 

Nie, zupełnie nie, nie posiadam za grosz poetyckiego talentu, jestem jedynie jej czytelnikiem. Witek Szostak napisał całą, świetną zresztą, powieść złożoną wyłącznie z wierszy, ja absolutnie bym tak nie potrafił. 

A jak ci się podobał Rymkiewicz zaangażowany politycznie, otwarcie i ostro popierający Jarosława Kaczyńskiego? 

A jak ci się podobają ci wszyscy inni artyści w komitetach honorowych innych polityków? 

Tak nie za bardzo. 

Pisarz ma prawo mieć poglądy i to nie muszą być poglądy moje ani tylko takie, które są uznawane za słuszne przez grono ludzi posiadających w swoim mniemaniu monopol na przyzwoitość. Nie rozumiem, dlaczego odmawiamy tego prawa Rymkiewiczowi. 

Może dlatego, że inni nie napisali wiersza "Do Donalda Tuska", a Rymkiewicz "Do Jarosława Kaczyńskiego" owszem?

Szymborskiej wybaczyliśmy wiersze o Stalinie, a Jarosław-Polskę-Zbaw to chyba jednak nieco mniejszy kaliber. 

Nie pytam tylko o ten wiersz, ale w ogóle o jego zaangażowanie polityczne, wypowiedzi, wywiady, w których mówił o Kaczyńskim jako najwybitniejszym polityku od czasów Piłsudskiego itd. itp. Może ten zaangażowany w bieżącą politykę Rymkiewicz intrygował cię nawet bardziej? 

Nie mam potrzeby, by ludzi w całości bezwarunkowo akceptować, albo w całości odrzucać. A żyjemy w czasach, które do tego skłaniają. Musisz danego człowieka akceptować w całości, musi on spełniać najmniejszy z twoich wyśrubowaych wymogów moralnych. Lubisz artystę X i okazuje się, że ma on niewłaściwy twoim zdaniem pogląd na, nie wiem, wojnę w Gazie. Albo na kwestię uznania śląskiego za język.

Albo na aborcję. 

Tak. Albo podpisał list w sprawie, którą się brzydzisz. I w związku z tym nie tylko nie jesteś w stanie go dalej akceptować, ale masz wręcz moralny oblig do tego, aby go w całości odrzucić, uznać za głupiego, nieutalentowanego i nieciekawego. Co pewnie jest satysfakcjonujące, bo pozwala wyprzedzić rzeczonego artystę czy tam kogoś innego w tym wyścigu moralnej słuszności, co i tak nie ma sensu, bo wiadomo, że moralnie najdoskonalszy jest Jacek Dehnel, więc nie ma się już co ścigać. 

Krótko: myślenie pakietowe jest ci obce? 

Przepraszam, że wejdę trochę w taki tryb nostalgiczny, że kiedyś to były czasy, dzisiaj nie ma czasów, ale gdyby mi ktoś ćwierć wieku temu, gdy miałem te 20 lat, powiedział, że ludzie młodsi ode mnie o pokolenie będą się licytować na to, kto jest bardziej na bieżąco i lepiej wypełnia zestaw stale ewoluujących przepisów poprawnościowych, to bym nie uwierzył, bo gdy byłem młody i głupi, to z młodością kojarzyła mi się raczej skłonność ku transgresji, nie ku ortodoksji. A tutaj takie pokolenie prymusów… 

Jakich prymusów?

Pokolenie prymusów, czyli osób bez żadnej skłonności do jakiejkolwiek transgresji, ale też do zbudowania jakiegoś zestawu nie tylko poglądów, ale poglądów, praktyk, które są dopuszczalne i najlepsze, i wtedy jak najstaranniejsze wypełnianie tego zestawu praktyk czy poglądów. Do tego zagrożony sankcją medialnego linczu wymóg absolutnej czystości moralnej, jak wcześniej mówiłem. I obie strony przeglądają się tu w sobie jak taki zapętlony system. I to mnie brzydzi. Albo przynajmniej nudzi, a często też bawi. Ten nowy purytanizm, ciągłe wzmożenia, uznawanie, że wszystko jest polityczne i wszystko ma znaczenie. Co oglądasz, co jesz, jak się poruszasz po świecie, z kim przestajesz, a zaraz będzie miało znaczenie, gdzie i jak - za przeproszeniem - srasz.

Jeśli chcesz czytelnikom powiedzieć, że się starzejesz, to można też wprost. 

Ja oczywiście jestem pierwszy do tego, aby się zgodzić z kimś kto mi teraz zarzuci, że "powiedział każdy stary człowiek ever". Albo każdy człowiek w średnim wieku ever. Ale czemu miałbym nie zachowywać się adekwatnie do mojego średniego wieku?

:Dzien Niepodleglosci Ukrainy na placu Zamkowym w Warszawie (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl)

A mówiąc o pokoleniu prymusów masz na myśli głównie dzisiejszą młodzież z obu stron czy jednak nie tylko? Bo co np. ze starymi podzielonymi na kluby "Gazety Polskiej" i "Gazety Wyborczej"? 

To są różne ortodoksje i różne zestawy nakazów i zakazów, ale rzeczywiście one mogą być jakoś do siebie podobne. Ale jeśli chodzi o ten świat, w którym z jednej strony masz geriatryczny klub KOD-u, a z drugiej babunie z Radia Maryja, to u nich to jest jeszcze bardziej prymitywne, bo tam jedynym kryterium oceny świata, rzeczywistości, ludzi i ich działań jest ten spór PiS-PO, który nabiera wręcz eschatologicznego charakteru. 

Zostańmy lepiej przy młodych. Masz dzisiaj np. młodzież przyklejającą się do asfaltu i ratującą planetę. Szanujesz czy nie bardzo? 

Nie jestem pewien, czy takie działania służą rzeczywiście ratowaniu planety, czy raczej budowaniu własnego kapitału moralnego i dobrego samopoczucia, ale przynajmniej coś robią. Natomiast zupełnie nie rozumiem tych ubolewań i oburzeń, że ktoś tam ich poszarpał. No k…, chcesz protestować, siadasz na ulicy, a ludzie chcą dojechać do roboty, więc bądź gotowy na to, że możesz od kogoś dostać w łeb, tak? Chcesz być takim mini-męczennikiem, to bądź gotowy przynajmniej na mini-męczeństwo, a nie że chcesz być męczennikiem, a potem płaczesz, że ktoś cię nieładnie potraktował i za kapturek ściągnął na pobocze, nie szanując twojej strefy komfortu, czy jak to się tam nazywa. 

(Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl)

Siedząc w tym aucie zacząłbyś intensywniej myśleć o losach planety? 

Tak, natychmiast wyłączyłbym ten trzylitrowy silnik i w ramach pokuty przesiadł się na rower, jaki na okazję takiej refleksji moralnej zawsze wożę w bagażniku! (śmiech) Dzieciaki oczywiście mają prawo protestować, a czy taka forma jest sensowna, czy nie, to inna kwestia, ja zaś rezerwuję sobie prawo do nieposiadania zdania na temat zmian klimatu i walki ze zmianami klimatu… 

Aha. Czyli denialista klimatyczny. 

Nie, po prostu nie mam ochoty tego zgłębiać, nie mam ochoty się w ogóle tym zajmować, nie interesuje mnie to, bo mam inne sprawy na głowie.

Ważniejsze niż zagłada planety, zrozumiałe.  

Ale czemu tak skromnie, że tylko planety, a co z galaktyką, czy nie powinniśmy obawiać się również ontologicznej apokalipsy na poziomie bytu całego wszechświata? A serio, to raczej ufam w tej kwestii naukowcom, choć jednocześnie drażni mnie trochę ślepy scjentyzm wyznawany przez część lewicowo-liberalnej bańki, który to ślepy scjentyzm wiele już razy prowadził naszą cywilizację na manowce. 

Proszę o przykłady. 

Zastanawiałem się nad tym przy okazji covidu i szczepionek. Po prawej stronie mieliśmy wtedy szurskie jazdy, spisek reptilian, którzy wszczepią nam czipy, będziemy odbierać promienie gamma z kosmosu i będą nami sterować, żebyśmy wszyscy zostali, nie wiem, homoseksualistami i składali swoje dzieci w ofierze. A z drugiej strony mieliśmy z kolei absolutne zaufanie, że te szczepionki są na pewno super, bo przecież Big Pharma na pewno chce naszego dobra.
Dla jasności: ja sam się oczywiście szczepiłem i uważam, że wszyscy powinni się szczepić, nawet nie chcę wchodzić w ten dawno umarły, szczęśliwie przebrzmiały spór, ale dziwi mnie, dlaczego nagle na ślepo tak zaufaliśmy koncernom farmaceutycznym, skoro mamy twarde dowody, że to nie dobrostan ludzkości jest ich priorytetem, a raczej maksymalizacja zysków, nawet jeśli miałaby się dokonać kosztem rzeczonego dobrostanu? 

Ze strachu? Z poczucia beznadziei? Z braku alternatywy, bo do wyboru byli jeszcze ci reptilianie, plandemia i czipy? 

Może. Z prostego rachunku wyszło mi też, że koncerny są tu o tyle godne zaufania, że w ich interesie jest raczej, żeby nas te szczepionki jednak nie zabijały. Bo jest oczywiste, że nie chodzi tu o jakiś wraży spisek z przejęciem kontroli nad światem, tylko o zwykłą chciwość.

A z drugiej strony masz tę opcję antyszczepionkową, która też przychodzi we wspaniałym pakiecie z opcją prorosyjską, antyukraińską i Grzegorzem Braunem, i tym wariatem w góralskim kapeluszu, jak mu tam… I tu z kolei ja mam spiskową wizję świata, to znaczy, że taki pakiet, takie połączenie, nie jest przypadkiem. 

Chcesz powiedzieć, że dyskursem rządzą nie reptlianie, a Rosjanie? 

Nie, Rosja nie rządzi dyskursem. Jest gorzej. Mam dużo straszniejszą teorię od najstraszniejszej teorii spiskowej. Żyjemy w chaosie. Nie ma żadnego porządku. Nikt nie rządzi dyskursem. Rosjanie po prostu próbują realizować swoją politykę - czyli prowadzić przeciwko nam tę niewypowiedzianą wojnę - wszelkimi dostępnymi środkami, które jednak są ograniczone. 

Do Rosji wrócimy, ale powiedz mi, czy doczekałeś się już epitetu dziadersa? 

Na pewno, bo zdaje mi się, że doczekałem się już wszystkich możliwych epitetów. Byłem już ogłoszony folksdojczem, Żydem, gejem (to pewnie dlatego, że lubię się dobrze ubrać), faszystą, nacjonalistą, lewakiem, zdrajcą Polski i zdrajcą Śląska, więc pewnie dziaders też się tam znalazł. 

Inaczej mówiąc: czy nadążasz za postępem?

Stary, ja mam 45 lat… 

No to niekoniecznie trzeba się już kłaść do grobu? 

Nie kładę się do grobu, bo czuję się znakomicie, wręcz czuję się najlepiej w moim życiu. I absolutnie nie chciałbym mieć znowu 20 lat. Chodzi mi o to, że nie próbuję udawać kogoś młodszego ani nie muszę za nikim i za niczym nadążać, bo to by było dla mnie uwłaczające. Dlaczego ja mam niby nadążać? Niech, k…, świat nadąża za mną, a nie ja za światem. Mam swoje poglądy, swój zestaw nawyków i, jak to wspaniale mówi na początku "Infiltracji" postać grana przez Jacka Nicholsona: "I don't want to be a product of my environment. I want my environment to be a product of me".

A w jakim momencie życia i, pardon, literackiej kariery ty teraz jesteś? Jak byś to sam określił? 

Nie wiem, bo nie zakończyłem jeszcze mojej literackiej kariery ani się do tego nie przymierzam. To jest dobre i zasadne pytanie, ale nie pojawia się w mojej pustej głowie żadna myśl, żaden błyskotliwy bon mot, którym mógłbym ci na to odpowiedzieć.

To może wróćmy do polskiej polityki i tu będzie lepiej?

Zwłaszcza, że, jak już ustaliliśmy, ostatnie miesiące to historia samych politycznych sukcesów! 

Wspomniałeś o uśmiechniętym prezydencie. Rozumiem, że czekasz na koniec prezydentury Andrzeja Dudy? Bo zdarzały ci się krytyczne wypowiedzi na jego temat. 

Mylisz mnie teraz z Jakubem Żulczykiem (śmiech). 

Ale zobacz, jak się potrafi czasami ponieść JEDNO słowo pisarza! 

Ja bym tak nie powiedział. Nie nazwałbym prezydenta "debilem" ani…

Bo boisz się procesu. 

Nie, nie boję się, przecież takie procesy to niezła reklama, książki się lepiej sprzedają. Poza tym mam dobrych prawników. Po prostu nie mówię tak o prezydencie, choć mówiłem publicznie, że oceniam tę prezydenturę bardzo źle. Uważam, że to najsłabsza prezydentura w historii III RP, mimo że konkurencja ze strony prezydenta Komorowskiego jest zaciekła. Co najdziwniejsze, tych dwóch najsłabszych prezydentów III RP zgadza się ze sobą w kwestii języka śląskiego. 

A czy jesteś pewien, że uśmiechnięty prezydent będzie za językiem śląskim? 

Na razie nie wiemy, kto dokładnie będzie uśmiechniętym prezydentem oraz jak bardzo ten prezydent będzie uśmiechnięty, bo już mieliśmy w Polsce wybory, w których wynik wydawał się oczywisty, a potem wygrał prezydent Andrzej Duda i został z nami na długo. Wiem, że Rafał Trzaskowski podpisze taką ustawę, bo go sam zapytałem. 

O, proszę. Opowiedz coś więcej o tej imprezie. 

Nie.

Czy śledzisz rozliczenia minionych rządów, nie przepuszczasz żadnej konferencji prasowej, oglądasz posiedzenia wszystkich komisji? 

Błagam, po co miałbym to robić? 

Nie powinno się rozliczać rządzących? 

Jasne, że się powinno, zwłaszcza tych, co kradli. Ale nie chcę się tym interesować, nie chcę o tym słuchać, czytać, oglądać. Mam co robić w życiu. Jak widzę tych wszystkich ludzi, którzy się tym zajmują, tych wszystkich orłów… 

"Szanowni, radując się wynikami wyborów, chciałbym zapytać co z tymi 1231412 końcami demokracji, które wy, koryfeusze polskiego życia intelektualnego ogłaszaliście od 2015 roku przy każdej okazji, średnio trzy razy w miesiącu? Jakoś nieźle ta demokracja wygląda, jak na coś, co się tyle razy rzekomo skończyło" - napisałeś na Twitterze 17 października 2023, dwa dni po wyborach. Po tym wpisie dostałeś niezły oklep. Warto było? 

Warto. Wiadomo było, jak się zachowa uśmiechnięta Polska w odpowiedzi na takie słowa. Nie wymaga to szczególnej przenikliwości, ponieważ są oni przewidywalni tak samo jak ich przeciwnicy. Ktoś tam kiedyś powiedział, nie pamiętam już kto, dawno temu, że tomiści i marksiści — w sensie zajmujących się tymi doktrynami filozofów — mogliby bez trudu wymieniać się kadrami, bo reprezentują ten sam rodzaj doktrynerstwa. Aktywni w mediach społecznościowych zwolennicy PiS i PO mają tak samo. 

"Co z pisowską dyktaturą, która "nigdy nie odda władzy"? Właśnie przegrała wybory i oddaje władzę? To się logicznie nie spina. Może więc nigdy nie było dyktatury, cały czas żyliśmy w demokracji, tyle, że rządziła partia, której nie lubimy, a wy po prostu jesteście nieznośnymi histerykami? Czy to jednak zbyt brawurowa koncepcja?".

Tak, ale najśmieszniejsze jest to, że niezliczona ilość ludzi mówiła mi wtedy: "O nie, poczekaj, jeszcze zobaczysz, że wcale nie oddadzą, zaraz będzie wojsko i czołgi na ulicach". Do samego końca wierzyli, że Jarosław Kaczyński na pewno coś zrobi. No ale, jak wiemy, nie zrobił.

To może ktoś z atakujących cię potem przeprosił? 

Znasz doskonale odpowiedź na to pytanie. Oczywiście, że nie. Cechą tej paranoicznej histerii jest zanik pamięci i brak odpowiedzialności za własne słowa. Przecież paranoik z definicji nie zauważa tych momentów rzeczywistości, które jego paranoi zaprzeczają. 

Przodowali w napaści na ciebie Silni Razem, widziałem, że nawet wchodziłeś z niektórymi reprezentantami w dyskusję… 

No jest to potworna formacja, chciałem powiedzieć intelektualna, ale raczej emocjonalna. Myślę, że psychika ludzi, którzy są zaangażowani w tę plemienną wojnę działa tak, że mogą wciąż wbrew rzeczywistości wierzyć, iż pisowcy tak naprawdę tej władzy nie oddali. I dalej walczyć z tym strasznym reżimem, którego nie tylko już nie ma, ale nigdy nie było. Był raczej rząd nieudaczników, którzy jak się okazuje rączki mieli lepkie.

W każdym razie poczęstowano cię stekiem wyzwisk, od "prowincjalnego pisarza" po dużo grubsze epitety. 

Ale ja jestem prowincjonalnym pisarzem! A to środowisko jest tak toksyczne i jednocześnie tak głupie, że człowiek powinien się raczej martwić, gdy cię lubią. 

A jak to w ogóle jest z twoim symetryzmem? Czy z symetryzmem utożsamiasz się jak ze śląskością? 

Ja się utożsamiam wyłącznie sam ze sobą. 

Wiedziałeś doskonale, co takim wpisem rozpętasz. Czy w social mediach działasz metodą "na tatę Maty"? 

Śmieję się, ale nie mam pojęcia, co to za metoda. 

Wyjaśniam. Marcin Matczak mówił mi, że z premedytacją wchodzi w różne gównoburze, a nawet wygłosił całą pochwałę inby: "W epoce chaosu informacyjnego musi się pan jakoś przebić i może pan to zrobić tylko emocją. Oczywiście jeżeli nie ma pan nic do zaoferowania, nic do powiedzenia, to nawet jak się pan przebije, to ludzie i tak zaraz zobaczą, że jest pan skończonym idiotą. Ale jeśli nie jest pan skończonym idiotą, to po inbie dużo większa liczba osób interesuje się tym, co pan pisze czy mówi, sięga po starsze teksty czy wystąpienia i nagle zaczynają się dziać dobre rzeczy. Niech pan spojrzy na liczby: przed inbą z Zandbergiem obserwowało mnie w mediach społecznościowych 20 tys. ludzi mniej niż jego. Po inbie obserwuje mnie 40 tys. ludzi więcej niż Zandberga". 

Nie, ja raczej nie myślę o zasięgach. Jestem w tych sprawach mniej uświadomiony od Taty Maty, nie mam tego warsztatu, nie jestem chyba wybitnym social media ninja. Takie rzeczy po prostu mi się przydarzają. Czasami jest wielka awantura, czasami nie ma. 

Ale myślisz, że coś udało ci się tym wpisem osiągnąć? Przekonałeś armię Silnych Razem do zmiany poglądów? Albo choć pojedyncze egzemplarze?

Ogólnie nie wiem, co osiągamy. Co osiągamy istnieniem w życiu publicznym? Zabieramy głos. Ty zabierasz, ja zabieram. Mówimy coś, gdzieś to pada. Ktoś to czyta, ktoś tego słucha. I co? Jakiś efekt to wywołuje. Albo i nie. A potem i tak wszystko marność. 

I właśnie dlatego cię dopytywałem o nihilizm i Rymkiewicza. Czy możemy przejść do rozmowy o tym, co w ogóle osiągamy swoim życiem? 

(śmiech) Nareszcie. 

No to wprost: czy jesteś pisarzem nihilistycznym? Bo wydaje mi się, że dałoby się taką tezę udowodnić nie tylko na podstawie "Piontka", ale w ogóle na podstawie twoich dzieł zebranych. 

Wszystko zależy od tego, jak zdefiniujesz nihilizm, bo to słowo jest bardzo negatywnie nacechowane. 

Tym się nie przejmuj. Zwłaszcza, że niektórzy z twoich ulubionych pisarzy to również nihiliści… 

Jünger, szczególnie ten późny, tak. Ale już np. Marai nie, Marai jest po prostu starym marudą i pisarzem pesymistycznym. A nihilizm nie musi być pesymistyczny, bo można z niego wyciągnąć również optymistyczne wnioski. 

Znak wydał nawet taki poradnik: "Pogodni nihiliści. Jak przestać szukać we wszystkim sensu i wreszcie poczuć ulgę". W każdym razie: w twoich powieściach - także w "Piontku" - mamy brak sensu życia, brak celowości, rolę przypadku, wszelką negację, pustkę i wspomniany chaos. 

No tak, ale ja nawet nie wiem, jak w intelektualnie rzetelny sposób można by przyporządkować pojęcie sensu do ludzkiej egzystencji. I mówię to z pełną świadomością licznych prób, jakie w historii filozofii czy teologii podejmowano. Jest ten wspaniały, najbardziej znany cytat z "Makbeta": "Life is a tale told by an idiot, full of sound and fury, signifying nothing".

A czy "Powiedzmy, że Piontek" to dowód na to, że wolno ci dzisiaj jako pisarzowi wszystko? Powiesz WL-owi, że napisałeś zbiór postszekspirowskich sonetów - wydadzą? 

Wspomnieliśmy już wcześniej o książce mojego przyjaciela Witka Szostaka, więc to pokazuje, że pisarzowi wolno wszystko. 

Dobrze, to inaczej. Czy ty w ogóle uważasz "Piontka" za powieść bardziej skomplikowaną od "Króla", stawiającą czytelnikowi większy opór?

Nie wiem tego dokładnie, bo ja trochę nie mam wyboru co do tego, jakie książki piszę. Każda książka jest dla mnie imperatywem. Każda powieść, którą piszę, jest jedyną powieścią, którą mogłem napisać w danej chwili. 

Hmm… 

Wiem, że to brzmi dziwnie, ale… 

Powiedziałeś mi kiedyś, że "Król" to była twoja próba zmierzenia się z ambitniejszym popem. A z czym się mierzyłeś pisząc "Powiedzmy, że Piontek"? 

Jeśli pytasz mnie o to, czy wierzyłem, że "Piontek" ma taki potencjał komercyjny, jak miał "Król", to oczywiście, że nie. Zdaję sobie też sprawę, że część osób, dla których "Król" jest ukochaną książką, może być rozczarowana "Piontkiem". 

Michał Żurawski jako Jakub Szapiro w serialu 'Król'. Canal+ / Materiały promocyjne (fot. Canal+)

Mogą nie dać rady przeczytać całości. Na przykład wściekli na ciebie po tym, jak nagle ucinasz im rozkręcającą się w najlepsze historię, historię pierwszego Piontka, i wchodzi zupełnie nowe i inne. 

Tak. Wiesz, to jest w ogóle jedna z takich powieści, jakich ja sam nie lubię czytać. Bo sam lubię czytać raczej takie powieści jak "Król". Lubię uczciwe powieści, lubię powieści immersyjne… 

Czyli takie, w które się zanurzasz i przepadasz bez wieści. 

Tak, takie, przy których w ogóle zapominam, że czytam. 

A wiesz, że czytelnicy też takie lubią? I że wielu chciałoby po prostu poznać ciąg dalszy tej pierwszej historii, a nie jakieś pisarskie kaprysy, eksperymenty i warianty losu ludzkiego?! Z moją ukochaną Ewą na czele, strasznie ją rozwścieczyłeś. Myślę, że przeprosiny mogą nie wystarczyć. 

(śmiech) Zdaję sobie sprawę. Generalnie taki był na początku mój pomysł - że cała ta powieść miała być o tym, jak to powiedziałeś, pierwszym Piontku, tylko skonstruowana jak "Rashōmon" Kurosawy, opowiedziana z różnych perspektyw, przez różne postaci. No ale potem, k…, dajmonion mnie powstrzymał i napisałem to zupełnie inaczej. 

Ale nie miałeś pomysłu na pociągnięcie dalej tej pierwszej historii czy jak? 

Nagle zaczęło mi się pisać to, co znasz jako ostateczną wersję "Piontka". To mi się zdarza. Teraz na przykład piszę powieść, której w ogóle miałem nie pisać. Miałem pisać coś zupełnie innego. Ale zaczęło mi się pisać i jestem wobec tego bezradny. 

Dlaczego bezradny? To coś pisze za ciebie? 

Zależy, jak zdefiniujesz mnie. Jeśli wyłącznie jako tę samoświadomą cześć mojego mózgu — to tak, coś pisze za mnie. Ale to "coś" to również ja, to cały ten wielki, intelektualny proces, który odbywa się poniżej poziomu świadomości. No więc piszę to, co mi się pisze, i tyle. 

A o czym teraz piszesz? O wojnie w Ukrainie? 

Nie będę mówił, o czym piszę, bo nigdy nie mówię o książkach, których jeszcze nie napisałem. 

To jakiś pisarski przesąd czy boisz się, że ktoś ci ukradnie pomysł? 

Proszę cię… Kto mi ukradnie? Żeby mi ukraść, to jeszcze by trzeba umieć to potem napisać tak jak ja. (śmiech) 

Mówiliśmy o tym, że "Piontek" może być rozczarowaniem dla czytelnika, który - niczym Szczepan Twardoch - najbardziej lubi powieści uczciwe i wartkie. 

Mogę powiedzieć, że ta książka jest dla mnie jakimś rodzajem zabawy materią literatury, ale też literackim namysłem nad tym, czym ta literatura w ogóle jest. I rzeczywiście, to jest wszystko, czego ja sam nie znoszę w literaturze jako czytelnik. 

No właśnie, czy jesteś fanem np. powieści postmodernistycznych? 

Nie. 

Czyli od postmodernizmu wolisz dużo bardziej Great American Novel? 

Zdecydowanie! 

I zgodzisz się, że "Piontek" to nie jest Great Polish Novel? 

Dlatego jest cieniutki, żeby nie zmęczyć czytelnika. Napisałem już dwie „Great Silesian Novels", dwie „Great Polish–Jewish Novels" i awanturniczo-dziwaczny „Chołod", też raczej z dużym rozmachem, to czas na coś mniejszego. 

Mówiłeś mi parę lat temu, że gdy pisałeś "Dracha", to niektórych fragmentów nie udźwignąłeś. A jak było teraz? 

Za blisko jestem jeszcze tej powieści, by ci odpowiedzieć. A w kontekście "Dracha" mówiłem o częściach współczesnych, co do których czuję, że nie znalazłem wtedy właściwego języka, dobrego idiomu. Wiesz, każdy z tych trzech wariantów, segmentów w "Piontku" mógłby być osobną powieścią. Mówiłeś o części pierwszej, ale np. mógłbym też napisać klasyczną twardochową powieść w rodzaju "Pokory" czy "Chołodu" o Erwinie Piontku w Namibii. Ale nie chciałem tego. 

Dlaczego nie? 

Bo już napisałem takich kilka.

I przyszedł czas na dekonstrukcję powieści? 

Czy to jest dekonstrukcja? Wierzę w powieść jak w mało co na świecie. Jeśli w coś wierzę, to wierzę w powieść. I wierzę, że powieść to doniosłe osiągnięcie naszej cywilizacji, jedno z największych, jak gotycka katedra albo fizyka kwantowa. Nie wierzę ani w śmierć powieści, ani w jej zużycie. 

Ale nagle bierzesz powieść i ją rozkładasz. Tak długo układałeś kostkę Rubika, że postanowiłeś sprawdzić, co jest w środku i co więcej pokazać tę operację publicznie? 

Tak. Może czasami warto to zrobić? To jak te wszystkie dzieci, które tymi paluszkami składają kostkę Rubika w kilka sekund, ale któregoś razu chcą się przekonać, co tam się w niej kryje. Ja nie wiem, co ma w środku kostka Rubika, ale gdybym się tym zajmował, to na pewno by mnie to interesowało. 

OK, to może chociaż wiesz, co chciałeś tym "Piontkiem" dokładnie powiedzieć, co zrobić, co osiągnąć?  

(śmiech) Nie wiem! Ale ja tego nie wiem o żadnej swojej powieści. Jest taka książeczka Sandora Maraiego, "Sindbad powraca do domu". Moja absolutnie ulubiona z wszystkich książek Maraiego, życzliwy persyflaż książek Gyuli Krudy’ego, będący w ogóle hołdem dla niego. 

Sandor Marai: Na Zachodzie mam prawo zdechnąć, jak i kiedy mi się podoba. W świecie bolszewików muszę zdychać na sposób i w terminie wyznaczonym rozkazem komunistycznych hyclów (Fot. Wikipedia)

Dlaczego to twój ulubiony Marai? 

Jest to wspaniała książka, choć tak naprawdę jest żartem. Jest zabawna, a on rzadko bywał zabawny. I jest w niej strasznie dużo rozczulającego ciepła wobec tego Sindbada, starego bon vivanta. Czasami jest tak, że pisze się taką błahostkę, taki kaprys, którego pewnie sam nie cenił, a potem ta błahostka staje się dla kogoś ulubioną, najważniejszą powieścią. Może "Piontek" również będzie dla niektórych czytelników takim uroczym żartem? 

Sam uważam "Powiedzmy, że Piontek" za trzy powieści w jednej, a każda z tych trzech nieukończona. To taka powieść in progress, dzieje się i pisze na oczach czytelnika. Dostajemy tu złudzenie, odblask uczestnictwa w procesie twórczym… 

O, to fajne, bo rzeczywiście tak jest, że czytelnik staje się tu jakby świadkiem tego procesu.

A czy to jest też powieść o Szczepanie Twardochu?

Nie, to jest powieść o autorze, a nie o mnie.   

A autor ten nazywa się Szczepan Twardoch i lubi prowokować swoich hejterów. Izabella Adamczewska napisała w "Książkach" o tym zrównywaniu narratora/bohatera z autorem i podsumowała: "To takimi zabiegami Twardoch nie wzbudza sympatii". 

No i co? Mam ich przeprosić? Wzbudzanie sympatii ludzkiej nie jest zbyt wysoko na liście moich priorytetów. Poza tym robię to dopiero drugi raz, bo pierwszy raz zrobiłem tak w "Chołodzie". Zresztą, mogą mi skoczyć. 

I dalej: "Recenzentom profesjonalnym nie podobał się też jego manieryczny styl, "tani nietzscheanizm" (D. Nowacki) i produkowanie "powieści-błyskotek", "gotowych scenariuszy na filmy akcji" (Marcin Bełza)". Bolesne szpile? 

Nie wiem, jak słabą musiałbym mieć konstrukcję psychiczną, żeby takie zaczepki uznać za bolesne. Najbardziej mi się podoba ten tani nietzscheanizm. Czy bywa również kosztowny nietzscheanizm? Nie brzmi to jak komplement, bo generalnie określenie czegoś mianem taniego raczej nim nie jest. No, chyba że się jest dyskontem. 

Z kolei recenzentkom nie podoba się u ciebie "uleganie męskim fantazjom o bokserach, gangsterach, żołnierzach, broni, zegarkach i samochodach. Przede wszystkim jednak drażniły autolans, celebryctwo i influencerstwo, a zwłaszcza flirt z mamoną. Bo jak to, w biednym państwie, w którym wciąż czci się wieszczów, pisarz reklamuje Mercedesa?". 

Oskarżanie mnie o celebryctwo i influencerstwo świadczy tylko o tym, że niechęć, jaką żywią do mnie oskarżający nie może znaleźć sobie sensowniejszego ujścia. Bo to są akurat zarzuty głupie i niesprawiedliwe. Nie jestem influencerem ani celebrytą, tylko jestem, k…, pisarzem. Nie jestem znany z tego, że jestem znany. Nie sprzedaję mojego życia prywatnego. Moje życie prywatne jest szczelnie zamknięte i nie jest publiczne.

A ten Mercedes rzeczywiście wciąż wraca? 

Wraca. Nie wiem, od ilu lat nie jestem ambasadorem Mercedesa. Od wielu. Ale gdybym znów miał nim być, to z wielką przyjemnością. 

Tymczasem Jerzy Illg: "Szczepan Twardoch ma w dupie społeczne zaangażowanie, manifestacje i protesty organizowane w obronie zagrożonych praw obywatelskich". 

Nie, ja po prostu mam w dupie te protesty, na które chodzi Jerzy Illg i cały ten jego obywatelski uniwersytet trzeciego wieku. 

Jerzy Illg (Fot. Albert Zawada / Agencja Wyborcza.pl)

Na przykład protesty KOD-u?

Otóż to. Nie jestem przy tym wcale zdziwiony, że krakowski inteligent ma takie horyzonty, że wydaje mu się, iż jedyne możliwe zaangażowanie społeczne to jest jego własne zaangażowanie społeczne. 

Ale ty podobno z tego zaangażowania szydzisz, "cynicznie przekładając ponadto swoją splendid isolation, ciasny krąg prywatnych przyjemności"? 

(śmiech) Jaką splendid isolation? Ja mam po prostu swoje sprawy, które są dla mnie ważne. Zresztą, k…, co ja się będę z tego tłumaczył? I to jeszcze komu? Jakiemuś krakowskiemu dziadkowi leśnemu, któremu na Brackiej w Krakowie na czerwoną marynarkę pada deszcz? Naprawdę, to, co myśli na mój temat Jerzy Illg jest tak daleko na liście rzeczy, które mnie zajmują, że trudno o dalsze pozycje.  

A propos pozycji: "ciasny krąg prywatnych przyjemności". Powinieneś tak zatytułować książkę. 

Jak będę pisał erotyk, to na pewno tak zrobię. 

Rozumiem, że w Znaku byś go już nie mógł wydać? 

Stary, gdybym chciał wydawać książki w Znaku, to bym je tam wydawał. Jak mówi mój przyjaciel Lonia Fogelman: money talks, people listen. 

"Od spraw, którymi żyje Polska, ważniejsze są dla niego boks, szermierka, podróże jachtami, bycie ambasadorem Mercedesa". 

Jaka, k…, szermierka? Rapier ostatni raz w ręku miałem jakieś ćwierć wieku temu. Zresztą z boksem też się zapuściłem przez ostatni rok, muszę do tego wrócić, a nie tylko pizgać ciężary. 

Tekst Jerzego Illga to protest związany z przyznaniem ci Nagrody im. Kazimierza Kutza za "Pokorę". Illg był jednym z jurorów, ale bardzo mu się nie spodobała decyzja kapituły. 

Kapitalna scena miała też miejsce na samej gali. Dali mi tę nagrodę, siedzę na scenie z nagrodą i najpierw jest laudacja, a po laudacji wychodzi wdowa po Kutzu i mówi, jaki jestem chu…y (śmiech). Bardzo mnie to rozbawiło. 

Raczej zestresowało. 

Nie no wiesz, nie moja małoduszność została tutaj obnażona. I wszystko to robią i mówią ludzie, którzy chcą uchodzić za arbitrów inteligenckiego dobrego wychowania i dobrych obyczajów. 

Gala nagrody im Kazimierza Kutza, 16 lutego 2022 (Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl)

A czy to była ważna dla ciebie nagroda? 

To chyba Głowacki powiedział, że nagrody dzieli na te, które mu dają i które on szanuje, i na te, których mu nie dają i które on uważa za bez znaczenia. No więc ja też tak mam. 

Czyli jak masz np. z Nike? 

Rozumiem. Bywały lata, w których np. Jakub Żulczyk dawał publicznie ujście swojej złości czy frustracji, że szanowni jurorzy kolejny rok z rzędu nie nominowali jego książki. Może słusznie? 

Nie uważam bym miał prawo dawać rady Jakubowi, jak się powinien zachowywać publicznie, bo to dorosły człowiek, ale ja bym tak nie zrobił. Czułbym się z tym jakoś niestosownie. Nie lubię się obnażać, a to jest dość obnażające, bo pokazujesz swoje słabe punkty. No a skoro Jakub tak zrobił, to znaczy, że do czegoś mu to było potrzebne i nic mi do tego. 

Jest to jednak bardzo ludzkie - oto uważasz, że w minionym roku napisałeś świetną rzecz, a te ch… znowu mnie olali. 

Tak, jest to po ludzku zrozumiałe, mnie jednak wychowano tak, że takie uczucia pozostawiam dla siebie. Nie chcę się obnażać czy pokazywać swoich słabości, które mam tak jak każdy, ale nie muszę ich czynić publicznymi. Od tego mam przyjaciół. 

I mówi to pisarz, a przecież cały ogrom historii literatury to jest obrabianie (nie tylko) swoich słabości, kompleksów, traum itd. 

Ale ja nie wierzę w terapeutyczny wymiar literatury. Literatura nie od tego jest. 

Przemilczałeś moje pytanie o Nike…

Dobra, niech ci będzie: gdy "Morfina" kilkanaście lat temu została nominowana do Nike, to miałem wielką nadzieję, że ją dostanę, owszem.

Kto wygrał? 

Joanna Bator. Nie pamiętam za co. 

Za "Ciemno, prawie noc". 

Być może. W każdym razie uważam, że powinna była wtedy dostać "Morfina". I to nie dlatego, że mam coś do Bator, że jej książka była gorsza albo lepsza… Tylko moja - przepraszam za to brzydkie słowo - kariera literacka była w takim momencie, że ta nagroda byłaby dopełnieniem podsumowaniem tego niezwykłego i zupełnie dla mnie zaskakującego sukcesu "Morfiny". 

Czyli punktem zwrotnym twojej kariery była "Morfina", a nie "Wieczny Grunwald"? 

Literacko rzecz biorąc - "Grunwald", bo w "Grunwaldzie" znalazłem swój język. Ale rynkowo - "Morfina". Moje powieści sprzed "Morfiny" sprzedawały się w nakładach po dwa tysiące, a "Morfina" w trzy miesiące sprzedała się w 150 tysiącach. I to był ewidentnie czas na tę nagrodę. A teraz to wiesz… 

Nie wiem. 

Teraz to już ta nagroda nie jest mi do niczego potrzebna. 

A może, gdybyś ją wtedy dostał, to by cię zepsuła? Może odechciałoby ci się dalej pisać? 

Nie, ja tak nie działam. Muszę pracować, bo jak nie pracuję, to nie żyję. Więc raczej by mnie to nie popsuło. W siódemce Nike byłem potem jeszcze raz, ale to już wiedziałem, jak się dowiedzieć, kto zostanie nagrodzony, więc nie widziałem powodu, żeby na tej gali siedzieć znowu jak ch*j w torcie. 

A gdybyś miał sam sobie wręczyć Nike za dowolną z twoich książek, to za którą byś się uhonorował? Tylko nie mów, że za najnowszą, bo wszyscy pisarze w czasie promowania książki tak kłamią. 

Wolałbym sobie przyznać Bookera niż Nike, jak już… Za "Chołod". Albo za powieść, którą teraz piszę i którą niedługo skończę. 

Cytowana już Adamczewska pisała o "Piontku" jako swoistej składance z Twardocha, "the best of Twardoch". Do tego mamy tę dekonstrukcję powieści, o której mówiliśmy, mamy wątki czy postaci, które wracają na kartach "Piontka" (Pokora), a w WL-u wychodzą twoje dzieła zebrane, wznowienia wczesnych powieści. Wygląda mi to na pewne domknięcie dotychczasowej drogi twórczej, domknięcie etapu. Nasuwa się klasyczne pytanie: co dalej? 

Powieść, nad którą teraz pracuję, jest bardzo tradycyjną, klasyczną powieścią, w której wszystko jest poukładane, w której nie ma żadnej dekonstrukcji, nie ma mnie, nie ma przekroczenia czwartej ściany. Ale dość o tym! 

Nie ma Śląska? 

Ani słowa więcej na ten temat teraz nie powiem. Wszystko w swoim czasie. 

Nie chcesz powiedzieć, czy to powieść o Ukrainie czy o czymś zupełnie innym, ale o samej wojnie i twoim zaangażowaniu w pomoc Ukrainie chwilę bym porozmawiał. Chwilę, bo mam tu obawę, że wszystko już na ten temat powiedziałeś i/lub napisałeś. 

Mogę ci powiedzieć, że ta wojna na pewno stała się jakąś moją sprawą. Jak ci ginie na wojnie jeden, drugi kolega, to zaczynasz to wszystko przeżywać nieco inaczej. Pierwszy raz pojechałem tam zimą pierwszego roku pełnoskalowej wojny. Od tamtego czasu byłem kilka razy, nie wiem, sześć? I stało się to dla mnie doświadczeniem jakoś formacyjnym. Nie spodziewałem się, że jeszcze, po czterdziestce, mogę mieć jakiekolwiek doświadczenie formacyjne, ponieważ uważałem się za człowieka już uformowanego.

To może irytujące pytanie, ale czy masz jakieś scenariusze końca tej wojny? Masz w tej kwestii jakieś optymistyczne wieści? 

Nie, zupełnie nie. 

Czytałem w "Newsweeku" wywiad z Emmanuelem Toddem i on np. mówi, że po prostu trzeba oddać te 40 proc. terytorium kraju Putinowi. Bo Ukraina i tak nie ma szans na pokonanie Rosji, a im dłużej ta wojna będzie trwać, tym większe będzie wyniszczenie ukraińskiego narodu. Putinowi chodzi tak naprawdę o eksterminację armii ukraińskiej, a co za tym idzie zniszczenie rządu i wymienienie go na swój. Więc Todd uważa, że im dłużej będzie ta wojna trwać, tym gorzej będzie dla Ukraińców. 

Są tu różne poziomy, na jakich o tym mówimy. Jest poziom przypisany politykom, którzy absolutnie nie mogą czegoś takiego powiedzieć… 

Chyba że jest się konfederatą. 

No, jak ktoś jest ruską k…, to se może mówić, co chce, tak? Ale poważny polityk, który coś takiego mówi, osłabia pozycję negocjacyjną Ukrainy. 

Ty politykiem nie jesteś… 

Ale i tak nie będę mówił, że coś trzeba oddać, bo nie od tego jestem. Ale gdybyś mnie zapytał, czy Ukraińcy mają szanse te ziemie odzyskać za pomocą środków militarnych, to nie, absolutnie nie mają. ZSU nie odbije Doniecka, Ługańszczyzny ani Krymu, bo w tej chwili nie ma na to sił ani środków. 

A tych środków raczej nie będzie teraz przybywać… 

Otóż to. Tej armii, która obroniła Kijów w 2022, już zasadniczo nie ma. Nie ma tych ludzi, bo albo nie żyją, albo nie mają nóg czy rąk, albo są inaczej zniszczeni tą wojną… Ale pozostaje jeszcze pytanie: czy oddanie tych ziem skutkowałoby trwałym pokojem? Nie jest to jasne. Nie jestem tutaj żadnym optymistą i moje bezwarunkowe poparcie ukraińskiego wysiłku wojennego i moja sympatia do ukraińskiego wojska… no, nie sprawia, że będę teraz wierzył w bajki.
Widziałem to też z bliska i widzę pewne rozprężenie, które się w tej armii dzieje. Jak zobaczyłem tę armię pierwszy raz, to zdawało mi się, że no dobra, widać, że jest tu sporo takiej półpartyzantki, ale na pewno z upływem czasu ta armia się będzie profesjonalizowała. Było to zrozumiałe w sytuacji, gdy armia na 200 tysięcy ludzi nagle ma 700 tysięcy ludzi i staje się armią obywatelską, ludową.

Ale ta profesjonalizacja nie nastąpiła? 

Obserwuję, że proces jest raczej odwrotny i ta armia staje się coraz bardziej partyzancka… Ale dość o tym. Proszę tylko tu podać link do zbiórki, gdzie zbieramy pieniądze na drony lądowe dla ukraińskich żołnierzy. To są sprawy ważniejsze od wszystkiego, o czym tutaj gadaliśmy. 

Szczepan Twardoch
Szczepan Twardoch Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.pl

Szczepan Twardoch. Urodzony w 1979 roku. Jeden z najbardziej cenionych współczesnych polskich pisarzy. Jest autorem głośnych, bestsellerowych powieści: "Morfina" (2012), "Drach" (2014), "Król" (2016), "Królestwo" (2018), "Pokora" (2020) i "Chołod" (2022). W jego literackim dorobku znajdują się również: "Wieczny Grunwald" (2010), "Wieloryby i ćmy" (2015), "Ballada o pewnej panience" (2017), "Jak nie zostałem poetą" (2019), "Wielkie Księstwo Groteski" (2021) oraz "Byk" (2022). Tytuły te sprzedały się w łącznym nakładzie ponad 1 mln egzemplarzy. Uhonorowany wieloma prestiżowymi nagrodami, m. in. Paszportem „Polityki", Nagrodą im. Kościelskich, Brücke Berlin-Preis, Śląskim Wawrzynem Literackim, Nagrodą Kulturalną Onetu O!Lśnienie, Nagrodą Czytelników Nike, Nagrodą im. Kazimierza Kutza i EBRD Literature Prize. Prawa do jego powieści zostały sprzedane do kilkunastu krajów. W 2020 roku w Stanach Zjednoczonych ukazał się "Król", entuzjastycznie przyjęty przez tamtejszą krytykę literacką. Na podstawie powieści powstał serial Canal+. Mieszka w Pilchowicach na Górnym Śląsku.

Grzegorz Wysocki. Od grudnia 2022 w Gazeta.pl. Wcześniej m.in. dziennikarz i publicysta "Gazety Wyborczej", szef WP Opinie, wydawca strony głównej WP, redaktor WP Książki, felietonista "Dwutygodnika" i krytyk literacki. Autor wielu wywiadów (m.in. Makłowicz, Chwin, Wałęsa, Urban, Spurek, Gretkowska, Twardoch, Świetlicki), cyklu rozmów z wyborcami PiS-u czy pisanego od początku pandemii "Dziennika czasów zarazy". Dwukrotnie nominowany, laureat Grand Pressa za Wywiad w 2022 (rozmowa z Renatą Lis). Od 2023 w kapitule Łódzkiej Nagrody Literackiej im. Juliana Tuwima. Prezes klubu szpetnej książki Blade Krki (IG: bladekruki). Nałogowo czyta papierowe książki i gazety oraz ogląda seriale. Urodzony i wychowany na Kaszubach, wykształcony w Krakowie, ostatnio porzucił Warszawę na rzecz Łodzi. Profil na FB: https://www.facebook.com/grzes.wysocki/