Śmierć jest najbardziej naturalną sprawą na świecie, nieuniknioną i nienegocjowalną, co wcale nie oznacza, że mielibyśmy przechodzić obok, jakby była niczym. Rozpacz, żałoba, tęsknota za tymi, którzy odeszli, są równie naturalne, jak sama śmierć. Intuicyjnie czuję, że leżą one w naturze nie tylko ludzi, ale wszystkich istot żywych.
Tak faktycznie jest. Definiujemy swoje człowieczeństwo m.in. poprzez stosunek do śmierci i zmarłych, których odprowadzamy na miejsce wiecznego spoczynku, opłakujemy tych, za którymi tęsknimy. Zwierzęta robią to samo. Im wnikliwiej badamy temat, tym bardziej zaskakujące odkrywamy zachowania.
Kiedy ludzie zaobserwowali, że istnieją takie miejsca jak cmentarzyska słoni, założyli, że stare osobniki udają się tam, by umrzeć. Naukowcy obalili ten mit. Słonie umierają w różnych miejscach, a gdy ciało zostanie objedzone przez padlinożerców, wtedy członkowie ich stada – czasem wiele kilometrów – niosą kości, które są symbolem i żywą pamięcią po słoniach, które odeszły, i składają je na cmentarzu.
Kość do kości! Wymaga to dużo poświęcenia i energii. Słonie są w stanie przenieść nawet najdrobniejsze kości za pomocą trąby, w której znajduje się kilkadziesiąt razy więcej mięśni niż w całym organizmie człowieka.
Badania na słoniach indyjskich wykazały, że kiedy umiera malutkie zwierzę, które nie ukończyło jeszcze pierwszego roku życia, pozostałe wyprawiają mu pogrzeb. Zbierają się wokół zmarłego, wokalizują ból – trąbią nawet przez całą noc – po czym za pomocą kłów wykopują zagłębienie w ziemi, żegnają słonika, głaszcząc go po głowie, a następnie zakopują ciało w ten sposób, by zarówno głowa, jak i cała trąba – która najwyraźniej jest dla tych zwierząt bardzo ważnym organem – znajdowały się pod ziemią.
Rytuał pogrzebowy, obejmujący przebywanie przez dłuższy czas przy zwłokach, gładzenie ciała oraz wokalizację, powtarza się przy każdej śmierci słonia: obojętnie, czy to mały, czy duży osobnik. Zakopywane są jedynie te najmłodsze, prawdopodobnie dlatego, że tylko ich ciała są na tyle małe, że członkowie ich rodziny są w stanie je w całości przenosić.
Czytałam, że gdy umrze rodzic, młody słonik potrafi budzić się w nocy z krzykiem.
To nie są odosobnione przypadki. Natomiast wokalizacja nad ciałem zmarłych zwierząt pojawia się u wielu gatunków.
W naszych lasach trudno obserwować rytuały wilków, dlatego że jest ich niewiele i żyją w rozproszeniu, jednak Indianie Ameryki Północnej doskonale wiedzą o tym, że wilki zawsze wyją nad ciałem zmarłego członka rodziny.
A jak po stracie cierpią jelenie? W ich zachowaniu zawsze widzę niezwykłość i szlachetność. W amerykańskich parkach narodowych, w których zabronione są polowania, zaobserwowano takie same rytuały pogrzebowe jak u słoni. Kiedy ze starości umiera jeleń, jego stado wraca w to miejsce, trącają rogami zwłoki i odpędzają ptaki drapieżne, np. sępy, nie pozwalając im ich tknąć.
Zaobserwowałem identyczną sytuację w moim lesie, gdy nie było w nim wilków. Działo się to zimą. Zaintrygowały mnie siedzące na drzewach i głośno kraczące kruki. Były podenerwowane, bezradne. Poszedłem w to miejsce i zobaczyłem leżącą w śniegu bardzo starą łanię, której ciało w ogóle nie było naruszone. Kruki nawet jej nie tknęły. Śnieg wokół był wydeptany tak intensywnie, że stał się twardy jak beton. Jeden ślad jelenia na drugim! Dlaczego przez długi czas tam przychodziły i dreptały wokół babci? Ponieważ się z nią żegnały i chroniły jej zwłoki.
O podobnych zachowaniach koników polskich pisał mi kolega obserwujący ich stada. Te zwierzęta właściwie nigdy nie są zjadane przez wilki.
Dlaczego?
Wilki selekcjonują – zjadają zwierzęta słabe, chore, a konik polski, nawet kiedy jest słaby, jest solidarnie wspierany przez silne osobniki. Odpędzają wilki, nie pozwalając im zbliżyć się do takiego chorego konia, a kiedy umrze ze starości, one nawet przez kilka dni nie pozwalają drapieżnikom tknąć zwłok. Tabun koni trwa w tym czasie w żałobie.
Ale żeby tylko konie! Niektórym się wydaje, że ptak, ponieważ ma mózg w stosunku do reszty ciała dość mały, nie może czuć tak, jak czujemy my.
Może i czuje. Po śmierci towarzysza życia dzikie gęsi potrafią być w żałobie nawet trzy lata.
Są osowiałe, stęsknione, nieszczęśliwe i nie łączą się w nowe pary. Z biologicznego punktu widzenia – bez sensu. Dla przedłużenia gatunku priorytetem powinno być rozmnażanie, a jednak emocje są na tyle silne, poczucie straty tak głębokie, że trwają w żałobie.
Takie same zachowania zaobserwowano u ptaków drapieżnych. Po stracie partnera takie np. orlice stanowczo odrzucają od siebie wszystkich zalotników, ponieważ tęsknią, cierpią i po prostu nie są gotowe na stworzenie nowej rodziny.
Pański dom, który znajduje się w środku lasu nieopodal Górzna w Kujawsko-Pomorskiem, regularnie odwiedzają dziki. Niektórym nadaje pan imiona. Jak te zwierzęta przeżywają śmierć?
Tak jak my. Wielokrotnie obserwowałem, jak ogromną rozpacz wywołuje u młodych dzików śmierć matki. Ich cierpienie trudno opisać.
Matki umierają, ponieważ zabijają je myśliwi?
W naszym kraju wolno na nie polować bez żadnych ograniczeń, a tym, którzy zabiją matkę i osierocą jej dzieci, rządzący dają premie.
Jak to?!
Pieniądze wypłaca Ministerstwo Rolnictwa z funduszu walki z afrykańskim pomorem świń – ASF. Niby to jest prewencyjna ochrona świń hodowlanych przed rozprzestrzenianiem się tej choroby. Myśliwi, bez żadnych skrupułów, specjalnie zabijają matki, bo wiedzą, że warchlaki – jak oni mówią – zdechną, ja mówię – umrą z rozpaczy.
Na moje podwórko najpierw przychodzą dzicze rodziny. Maluchy są szczęśliwe. Piją mleko, przytulają się do mamy, rozmawiają. Język dzików wykazuje wszelkie znamiona składni. Chrumkaniem, chrząkaniem, piskami potrafią wyrazić tak wiele emocji.
Kiedy matki umierają i przychodzą do mnie sieroty, są zupełnie ciche. Wyglądają tak, jakby już nie chciały żyć. Nawet jedzą byle jak. Malutko. Mogłyby zjeść znacznie więcej, ale tego nie robią.
Po śmierci matki umierają nie dlatego, że same nie są w stanie zdobyć pożywienia, tylko dlatego, że tracą wolę życia?
Właśnie tak. Po ich zachowaniu widać, że straciły jakąkolwiek chęć istnienia. Kiedy uda mi się im pomóc i przetrwają najtrudniejszy okres, zimowy, wtedy łączą się we wspierające się grupy sierot i jest im troszkę łatwiej. Wszystkie samotne, nieszczęśliwe dziki z lasu tworzą rodzinę.
Ale oczywiście nie wszystkie dożyją do tego momentu. Któregoś roku zima była wyjątkowo ostra. Rolnik opowiadał mi, że myśliwi zastrzelili matkę, która była w zaawansowanej ciąży. Osierociła osiem już całkiem wyrośniętych warchlaków. Ten człowiek znalazł potem wszystkie jej dzieci w stogu słomy. Położyły się, przytuliły do siebie i zamarzły.
Nie rozbiegły się, nie próbowały za wszelką cenę przetrwać.
Chociaż były już dużymi dzikami. To nie jest pierwszy przypadek samobójstwa u zwierząt.
Bardzo dobrze udokumentowana jest taka właśnie śmierć delfina. Działo się to w latach 60. ubiegłego wieku w USA. Prowadzono badania naukowe nad tym gatunkiem. Delfin pokochał swoją trenerkę. Gdy przestała z nim pracować, zszedł na dno basenu i przestał oddychać. Zdecydował o swojej śmierci, a zrobił to z rozpaczy, że w jego życiu zabrakło najbliższej mu istoty.
Przeprowadzano również badania na rybach, które żyją w parach na rafach koralowych. Kiedy zabierze się jedną, druga przestaje pobierać pokarm, staje się osowiała, aż w końcu ginie złapana przez drapieżnika, bo nawet nie chce jej się przed nim uciekać, chować.
Zaraz poproszę, żebyśmy wrócili do zwierząt leśnych, ale pozostając na chwilę przy tych żyjących w wodzie: orki – podobnie jak szympansy i wieloryby – kiedy umiera ich dziecko, potrafią tygodniami nie rozstawać się z ciałem.
W 2018 roku cały świat usłyszał o orce w żałobie. Żyjące u wybrzeży USA i Kanady stado obserwowano od wielu lat. Nie rodziły się tam żadne dzieci. Orki żywią się łososiami, a ponieważ je przełowiliśmy, głodują. W tamtym roku jednak – ku uciesze całego stada oraz naukowców – jedna z samic urodziła młode, które niestety wkrótce umarło. Matka przez kilkanaście dni pływała, trzymając je płetwami tuż przy brzuchu.
Rytuał pogrzebowy u orek wygląda tak, że matka wypływa na głębinę i puszcza dziecko, żeby opadło kilometr w dół. Ta orka kilka razy puszczała swoje dziecko, ale po kilkunastu minutach nurkowała jak szalona na ogromne głębokości, łapała martwe ciało i ponownie wypływała z nim na powierzchnię. Chudła, słabła, ale nie była w stanie się z nim pożegnać. Tak głębokie to są emocje.
Emocje jak w świecie ludzi, kiedy patrzymy na osobę w żałobie i mówimy: "Serce mi pęka, bo nie znajduję słów, żeby ci pomóc". Ta rozpacz jest organiczna.
Organiczna i powszechna w świecie życia. Nie tylko my mamy taką wrażliwość. Jeżeli przez lata chcieliśmy za pomocą tej wrażliwości definiować nasze człowieczeństwo, dziś okazuje się, że można by to człowieczeństwo rozszerzyć na wiele zwierząt.
Wszyscy, którzy żyjemy z psami i kotami pod jednych dachem, wiemy, jak przeżywają śmierć ludzi, których kochają.
Historia, która wydarzyła się w Japonii, gdzie Hachiko – pies rasy akita inu – przez kilka lat czekał na swojego człowieka na stacji kolejowej, doczekała się ekranizacji.
Opowiem o żałobie, która nie jest tak powszechnie znana. Dwa lata temu w Ameryce Północnej zaobrożowano kilka niedźwiedzi grizli. Jedna z niedźwiedzic miała dziecko i zachowywała się w niezwykle przewidywalny sposób: chodziła w te same miejsca, spała o tej samej porze. Każdy dzień był kopią poprzedniego, aż pewnego wieczoru o godzinie 23 porzuciła młode, czego nigdy nie robiła – normalnie, jeśli traciła je z oczu choćby na kilka sekund, od razu go szukała, wokalizowała – i pobiegła kilkanaście kilometrów do zakrętu drogi.
Spędziła tam godzinę, siedząc bez ruchu, po czym biegiem wróciła do swojego śpiącego dziecka.
Dlaczego je zostawiła?
Naukowcom nie dawało to spokoju. Sprawdzono monitoring i okazało się, że ta niedźwiedzica miała dwoje dzieci. Dokładnie 365 dni wcześniej przechodziła z nimi przez tę właśnie drogę. Jedno z młodych przejechał samochód.
Pobiegła tam w rocznicę śmierci!
Co do jednego dnia! To nie było jeden dzień wcześniej ani później. A nasi myśliwi chcieli strzelać do niedźwiedzi, bo uważają, że 120 żyjących w Polsce osobników to stanowczo zbyt dużo.
A aktualnie toczy się dyskusja o zabijaniu wilków. Jakie one są z natury? Jaka jest ich emocjonalność?
Opowiem o niezwykle pozytywnej historii, która wydarzyła się na Suwalszczyźnie. Zginęła para rodzicielska i zostały dwa wilcze szczenięta.
Rodzice zostali zastrzeleni?
Najprawdopodobniej to była robota kłusowników. Nikogo nie złapano za rękę, ale nie znaleziono też ciał tych zwierząt. Małe wilczki zostały same, a w dodatku zaraziły się świerzbem. Była bardzo ostra zima, a im całkowicie wypadła sierść. Zasada jest taka, że nie wolno dokarmiać drapieżników, ponieważ się oswoją, będą podchodziły do ludzi i traciły naturalną zdolność pozyskiwania pokarmu. Oznacza to wyrok śmierci. Dlatego człowiek, który obserwował dwa osierocone wilczki, nie mógł dla nich zrobić nic.
Wielkim zdziwieniem było dla niego, że pozostawały w dobrej kondycji. Okazało się, że w miejsce ich rozbitej rodziny pojawiła się nowa. Maluszki chodziły za tym stadem. Tamte wilki nie kontaktowały się z nimi bezpośrednio, chroniąc się przed zarażeniem świerzbem, ale zostawiały im jedzenie. Dzieliły się z nimi. A przecież tamte nie były z nimi spokrewnione. To były obce geny.
Wydawałoby się, że młode nie powinny ich nic obchodzić.
Kompletnie. A jednak nie pozwoliły im umrzeć z głodu, mimo że w ten sposób, można powiedzieć, wyhodowały sobie konkurencję. Maluchy dostawały tyle jedzenia, że przetrwały w dobrej kondycji całą zimę. A ponieważ wyleczyły się ze świerzbu, jedząc zioła, cała historia miała bardzo piękny finał.
Proszę powiedzieć, jak zachowują się młode, które są świadkami śmierci swoich rodziców?
Dawno temu, kiedy jeszcze nie było wolno zabijać loch, jeden z myśliwych zrobił to przez przypadek. To, co się wydarzyło potem, było dla niego taką traumą, że przestał polować na jakiekolwiek zwierzęta. Kiedy matka się przewróciła, dookoła zjawiło się wiele pasiaczków. Przerażone biegały wokół, próbowały ją podnieść, kwiczały. Rozpaczały. Kiedy po kilku dniach wrócił, by zabrać jej ciało, były na wyciągnięcie ręki. Nie chciały jej zostawić.
Etyka łowiecka zabrania zabijania łani z cielęciem, jednak nieetyczni myśliwi to robią. Wiedzą, że cielę będzie później biegało wokół jej ciała i będą mogli bez trudu je zabić. Bycie myśliwym to inny rodzaj wrażliwości lub wręcz jej brak. Etyka powinna iść razem z prawem. Państwo nie powinno pozwalać na okrucieństwo.
Słuchając pana opowieści, myślę, że może w jednym zwierzętom jest lżej niż nam: one nie mają świadomości śmierci.
Myślę, że nie do końca tak jest. Każdy, kto musiał przejść przez ciężkie przeżycie, jakim jest odprowadzenie psa czy kota na eutanazję, wie, że one doskonale zdają sobie sprawę, że za chwilę umrą. A owce, które idą na rzeź? One płaczą. Z oczu lecą im łzy.
Ponieważ jestem wegetarianką, rzeźnie wyeliminowałam ze swojej świadomości, a przecież wiem, że zwierzęta czekające tam na śmierć wiedzą, że zaraz skończy się ich życie, i płaczą, wydają rozpaczliwe dźwięki, niektóre próbują uciekać. Głupotę powiedziałam – oczywiście, że zwierzęta mają świadomość śmierci. A czy kiedy w stadzie umiera najstarszy osobnik, pozostałe wiedzą, co się wydarzy? Że czeka je rozstanie?
Na pewno. Słyszałem opowieści o koniach, które nie mogą być już użytkowane wierzchowo, żyjących w ośrodkach dla staruszków. One doskonale wiedzą, czują i rozumieją, kiedy odchodzi jeden z nich. To jest traumatyczne przeżycie dla nich wszystkich. Gdy śmierć się zbliża, są niespokojne, rżą, kopią, a potem są osowiałe i tęsknią.
To wszystko są rzeczy, o których lobby hodowców zwierząt nie chce, żebyśmy wiedzieli. Gdybyśmy popatrzyli na zwierzęta jak na istoty równe sobie, jak można by było wytłumaczyć, że jemy szynkę, jeżeli świnia to jest wrażliwe zwierzę, która ma własny język i potrafi głęboko przeżywać śmierć swoich bliskich?
Tęsknić za swoją mamą, która umarła.
Jestem szczęśliwy, ponieważ pandemia zrobiła wiele dobrego, jeśli chodzi o nasze relacje ze zwierzętami. Dzięki pracy zdalnej wiele osób wreszcie miało możliwość naprawdę poznać, jak cudownymi istotami są zwierzęta, z którymi mieszkają pod jednym dachem.
Mój york ma chore nerki. Od dwóch lat chodzi w pieluszkach. Kiedy na jednej z wizyt weterynarz zasugerował eutanazję, przerażenie w jego oczach było niewyobrażalne. On naprawdę zrozumiał, co powiedział ten facet! A teraz za każdym razem, kiedy wsiada do auta, żeby pojechać na kroplówki, jest spokojny, ponieważ doskonale wie, że wróci do domu. Przecież powiedziałem mu wyraźnie, że nie będzie żadnej eutanazji, tylko leczenie.
A jak pan postrzega śmierć po wszystkich tych latach spędzonych na obserwacji, jak dzieje się ona w świecie natury?
To się bardzo zmienia w czasie. Kiedy człowiek jest młody, w ogóle nie myśli o śmierci. Ona wydaje mu się abstrakcją.
Oczywiście – dotknie wszystkich, tylko nie jego.
A im się jest starszym, tym więcej bliskich osób jest się zmuszonym pożegnać. Ważnych osób w moim życiu odeszło już bardzo wiele.
Zawsze staram się myśleć – i mam takie głębokie przekonanie – że jeszcze kiedyś się spotkamy. Bardzo bym chciał jeszcze zobaczyć nie tylko ukochanych ludzi, ale też psa i kota, z którymi spędziłem dzieciństwo. Mam nadzieję, że jest druga strona, gdzie świat jest o wiele lepszy.
I że zwierzęta mają duszę.
Zwierzęta mają duszę. Indianie w to wierzą. Ja też. Jeżeli zwierzęta nie mają duszy, to my również jej nie mamy, a jeżeli ludzie mają duszę, to zwierzęta również ją mają. Jestem o tym głęboko przekonany.
Marcin Kostrzyński. Leśnik. Życie dzikich zwierząt filmuje z dużej odległości za pomocą teleobiektywu oraz przy użyciu dziewięciu ukrytych w lesie kamer. Autor kanału na YouTube "Marcin z Lasu Kostrzyński" i wideobloga na Facebooku oraz książek "Przyrodyjki", "Plotki o zwierzętach", "Puszcza" oraz "Gawędy o wilkach i innych zwierzętach".
Anna Kalita. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.


