Rozmowa
Żyjemy z telefonem w ręku. Zawsze mamy go przy sobie. Zdjęcie ilustracyjne. (Fot. Tomasz Kudala)
Żyjemy z telefonem w ręku. Zawsze mamy go przy sobie. Zdjęcie ilustracyjne. (Fot. Tomasz Kudala)

Mam wrażenie, że z jednej strony dążymy do niezależności i samodzielności, a z drugiej nie potrafimy już sami wykonywać, wydawałoby się, podstawowych czynności.

Jak dojechać z punktu A do punktu B bez GPS-a.

Trudno jest przejść dwie ulice do pobliskiego sklepu bez map Google’a. Za każdym razem, jak wjadę w złą uliczkę, bo mapa mnie zmyli, jestem na siebie zła, że nie patrzę przed siebie i na znaki, tylko w ten nieszczęsny telefon!

Technologie codziennego użytku przejęły role, które kiedyś odgrywali inni ludzie: znajomi, rodzice, sąsiedzi, przechodnie. Większość z nich jest tworzona i rozwijana w takim kierunku, abyśmy nie potrzebowali pomocy innych, nie tracili zbędnego czasu, tylko szybko zrealizowali swój cel. Określenie, że "na wszystko jest jakaś apka", którego w 2009 roku użyła w swojej reklamie iPhone’a 3G firma Apple, funkcjonuje do dziś w przestrzeni społecznej. Jewgienij Morozow, białoruski publicysta żyjący w USA, mówi od lat o "solucjonizmie technologicznym", u którego podstaw leży przekonanie, że technologia rozwiąże wszystkie nasze problemy i będzie w stanie podejmować za nas każdą decyzję.

Wydaje nam się w związku z tym, że technologia czyni nas samowystarczalnymi, że dzięki niej nabieramy supermocy, superkontroli, mamy pod ręką potrzebną nam wiedzę. Ale to poczucie niezależności i samodzielności jest złudne.

Zdjęcie ilustracyjne (Łukasz Głowala / Agencja Gazeta)

To znaczy?

W ludzką egzystencję wpisane jest bycie zależnym. Człowiek, jako jeden z nielicznych gatunków na tej planecie, rodzi się zupełnie bezradny i nie ma szans na przeżycie bez pomocy innych ludzi. W początkach ludzkości byliśmy mocno zależni od wspólnot, w których funkcjonowaliśmy. Teraz dążymy do niezależności, ale ona jest pozorna, bo stajemy się niezależni od ludzi, ale zależni od technologii.

Przykładem była chociażby globalna awaria systemów Microsoftu, która sparaliżowała działanie międzynarodowych linii lotniczych, banków i mediów korzystających z usług technologicznego giganta. Największe amerykańskie linie lotnicze zostały uziemione. Rząd Australii zapowiedział w związku z tym zdarzeniem nadzwyczajne posiedzenie. 

Gdy technologia zawodzi, wpadamy w panikę i zaczynamy sobie uświadamiać, jak bardzo ten świat się na niej opiera oraz że stajemy się wobec globalnych systemów technologicznych bezradni jak niemowlę . Ale też jak dziecko dajemy się mamić rozmaitymi gadżetami i aplikacjami. Jest mnóstwo takich, które są wręcz absurdalne i dziwaczne. W głowie pojawia się wyłącznie pytanie, po co w ogóle ktoś coś takiego wymyślił? Dla kogo ma to być? A potem się okazuje, że popularność takiej aplikacji jest ogromna. Jak np. tej mierzącej wysokość, na którą wyrzuci się telefon komórkowy. Co trzeci ląduje na ziemi i się rozbija, ale to nieważne, bo ubaw jest po pachy.

I ludzie z tego naprawdę korzystają?

Z wielką chęcią! Z jeszcze bardziej absurdalnych – jest nawet aplikacja przeznaczona dla osób, które lubią wyciskać pryszcze. Tego typu apki może nie należą do szczególnie niebezpiecznych, bo służą przede wszystkim rozrywce, ale zabierają nam czas, odciągają od innych ludzi czy kontaktów z naturą. 

Ta od pryszczy moim zdaniem może pełnić nawet funkcję medytacyjną, relaksującą.

Zgadza się. Ale są również takie, które mogą być bardziej szkodliwe, bo nas rozleniwiają, zwalniają z myślenia, mają za nas wykonać jakąś ważną – chociażby z perspektywy psychologicznej – pracę. Ale im bardziej apka służy temu, żeby coś za nas zrobić – nauczyć nas języka, podjąć decyzję, coś naprawić – tym bardziej jest przez nas pożądana. Obecnie mamy niestety takie podejście: im mniej możemy w coś włożyć wysiłku, tym lepiej.

Zdjęcie ilustracyjne (Sebastian Rzepiel / Agencja Wyborcza.pl)

Na przykład?

Jest aplikacja przeznaczona dla osób, które pod wpływem alkoholu nie potrafią się kontrolować i zaczynają wydzwaniać do swoich byłych partnerów, przyjaciół, pisać SMS-y. Aplikacja blokuje im dostęp do zdefiniowanych wcześniej numerów telefonu, do rozmaitych komunikatorów typu Messenger, ale za to mamy dostęp do aplikacji pozwalającej zamówić taksówkę do domu.

Zobacz wideo Smoleń-Starowieyska: Nie bójmy się, jeśli możemy, tego normalnego życia

Dobry pomysł!

Prawda? Tylko jakie są tego konsekwencje? Po pierwsze, takie rozwiązanie niespecjalnie motywuje do zmiany zachowania i różnych nawyków, chociażby ograniczenia spożywania alkoholu i robienia pod jego wpływem różnych głupstw. A po drugie, zwalnia z wysiłku przepracowania jakichś szkodliwych schematów postępowania, włożenia starań w to, aby nad sobą panować. Ale w tym momencie ktoś mógłby powiedzieć, że i na to jest apka! Na przykład Pear reSET, która pomaga walczyć z uzależnieniami, czy MindDoc, która z kolei pomaga w kontrolowaniu swoich emocji, pragnień i zachowań. Wszystko jest OK, jeśli w ten sposób jedynie przywracamy sobie kontrolę, gorzej, jeśli oddajemy ją zupełnie technologii.  

Jaki jeszcze rodzaj technologii jest bardzo szkodliwy?

Nie chciałbym używać tak radykalnych stwierdzeń, wolałbym mówić o poważnych społecznych i długoterminowych skutkach społecznych. Weźmy np. pod lupę technologię umożliwiającą zdalne zarządzanie domem, tzw. smart home. Dzięki takiej aplikacji możemy co prawda zajrzeć do domu pod nieobecność dzięki kamerom, możemy zdalnie nakarmić kota, a nawet z nim porozmawiać. Tracimy jednak jednocześnie coś bardzo cennego.

Zdjęcie ilustracyjne (Marta Błażejowska / Agencja Wyborcza.pl)

Co?

Jak sobie radziliśmy, gdy takiej technologii nie było?

Prosiliśmy znajomych o pomoc.

Albo sąsiadów. Tego typu technologie w dłuższej perspektywie osłabiają wspólnotę lokalną. Gdy ludzie nawzajem siebie potrzebują i są od siebie zależni na jakimś polu, mają wobec siebie o wiele więcej szacunku i tolerancji. Jeśli jednak nie budujemy relacji sąsiedzkich, stajemy się sobie obcy. Im mniej sąsiadów potrzebujemy, tym bardziej zaczynają nam oni przeszkadzać i częściej wchodzimy z nimi w konflikty. O tym pisze w swojej książce "Samotni razem" Sherry Turkle, amerykańska profesor socjologii z Massachusetts Institute of Technology. Pokazuje ona, jak technologia przekształca ludzkie relacje, czyniąc je powierzchownymi albo prowadząc do izolacji mimo pozornej stałej łączności. Technologia w znacznym stopniu odpowiada za obecną epidemię samotności na świecie. 

Nie chcę przez to powiedzieć, że trzeba zatrzymać rozwój takich technologii, ale namawiam, aby zastanowić się, czy naprawdę nie możemy zaspokoić swoich potrzeb w tradycyjny sposób, a jeśli nie – jak inaczej podtrzymywać relacje społeczne z sąsiadami wokół.  

Oczywiście nie każda technologia ma negatywne skutki. Są takie, które np. wręcz wspierają sąsiedzkie relacje. Istnieje aplikacja, w której możemy umieścić informacje na temat tego, czym w domu dysponujemy i co bylibyśmy skłonni pożyczyć obcej osobie, np. grabie, wiertarkę czy inny sprzęt. Osoba zainteresowana skorzystaniem z naszej "domowej oferty" musi się z nami skontaktować i przyjść po potrzebny przedmiot. Takie rozwiązanie technologiczne buduje relacje między ludźmi, ale także ogranicza konsumpcjonizm. Ile jest osób, które kupiły wiertarkę, żeby zawiesić jedną szafkę, i już nigdy jej drugi raz nie użyły?

Bardzo przydałaby mi się taka aplikacja. Ostatnio poszłam do sąsiada zapytać właśnie o wiertarkę. Chciałam zawiesić obraz na ścianie. Sąsiad od razu przyszedł i zrobił całą robotę. Co prawda trochę krzywo wwiercił wkręt, ale relację nawiązaliśmy.

Technologia niestety w większości przypadków sprawia, że zanikają nasze umiejętności budowania relacji. Ja doskonale pamiętam czasy, kiedy żeby cokolwiek załatwić na uczelni, trzeba było po prostu wystać swoje w kolejce do dziekanatu, a potem jeszcze pójść do dziekana, a potem jeszcze do kogoś. I tak się chodziło od drzwi do drzwi…

I traciło czas...

Ale jakie płynęły z tego korzyści! Człowiek paradoksalnie załatwił więcej niż poprzez system wirtualny – jeśli coś się nie zgadzało albo wymagało korekty, wyjaśnienia, można było to zrobić od razu. Poza tym uczył się rozmawiać z ludźmi, komunikować w sposób spontaniczny, negocjować. Czyli studia nie tylko pozwalały zdobywać wiedzę, ale i uczyły życia.

Zdjęcie ilustracyjne (Marek Podmokły / Agencja Wyborcza.pl)

Technologia to jedno. Mam także wrażenie, że ogromną rolę w pozbawianiu nas samodzielności w wykonywaniu różnych czynności odgrywają media społecznościowe.

Bo wypracowaliśmy w sobie już taki schemat, że zanim cokolwiek zrobimy: gdzieś się wybierzemy, nieważne gdzie, coś ugotujemy – nieważne, czy wykwintny posiłek, czy zupę pomidorową – pójdziemy do kina czy do teatru, musimy sprawdzić, co inni na ten temat piszą lub co radzą. Musimy przeczytać recenzje, rankingi, przepisy.

Świat jest złożony i skomplikowany, mamy wciąż poczucie, że czasu jest mało, więc potrzebujemy przewodników, którzy nas przez niego przeprowadzą i pozwolą nam zoptymalizować nasze życie. Jednym z takich przewodników jest technologia, a kolejnym – liczna społeczność internetowa. Ma to oczywiście swoje ogromne plusy, bo ludzie mają dostęp do naprawdę cennej wiedzy i informacji.

Ale i kompletnie bezużytecznej, a nawet szkodliwej.

Także. W związku jednak z tym, że mamy taki schemat postępowania, zaczynamy szukać informacji na tematy, wydawałoby się, błahe. Bo skąd biorą się ci domorośli, a raczej internetorośli doradcy? Z popytu – naszej potrzeby przeanalizowania różnych aspektów naszych działań, od planowania miejsc do odwiedzenia aż po wybór produktów do kupienia.

Skutek jest taki, jak twierdzi jedna z moich rozmówczyń, pedagożka, że przestajemy ufać własnej intuicji, wszystko poddajemy analizie. Skąd bierze się w nas taka potrzeba?

Z przeświadczenia, że trzeba patrzeć krytycznie, wszystkich sprawdzać i nikomu nie można ufać. Niemal codziennie media omawiają różne dramatyczne historie – zgonów, wypadków, tragedii, których często przyczyną jest zaniedbanie czy przeoczenie czegoś. Mamy więc przekonanie, że wszystko musimy perfekcyjnie przygotować, zdobyć wiedzę o każdym zagrożeniu, by zawczasu go uniknąć. Bo jeśli coś przeoczymy, staniemy się ofiarą hejtu. "Jak mogłeś o tym nie wiedzieć?", "Nie czytałeś tego artykułu?" itd. Media dają nam złudne poczucie, że dysponujemy każdą wiedzą, tymczasem nie da się wszystkiego skontrolować.

Analizujemy wszystko – od wyjazdów, przez to, u jakiego lekarza się leczyć, po to, jakim detergentem umyć łazienkę.

Uruchamia się mechanizm błędnego koła. Czytamy różne porady, bo nam tak radzą, piszemy porady, bo inni je czytają.

Nie możemy również zapomnieć o tym, że na popularności w internecie można sporo zarobić i podnieść swój status społeczny. A zatem jest w tym również aspekt biznesowy i związany z samooceną oraz pozycją w grupie tych, którzy taką edukację dostarczają.  

Nie możemy też pominąć aspektu rozrywkowego – tego rodzaju recenzje, porady i analizy zazwyczaj są przekazywane w atrakcyjnej formie, zabawne, dobrze zwizualizowane, co daje nam zastrzyk dopaminy. Mamy poczucie, że nie tylko czegoś się dowiadujemy, ale także czerpiemy z tego przyjemność.

Zdjęcie ilustracyjne (Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.pl)

To analizowanie, przemyśliwanie, dążenie do perfekcjonizmu dotyczy także nas samych.

Oczywiście. Myślenie o sobie przyjmuje dziś postać narcystyczną. Na każdym kroku słyszymy, że powinniśmy się nieustannie rozwijać, naprawiać i – dziś bardzo często używane – przepracowywać swoje problemy. Psychobiznes ma się w obecnych czasach doskonale. Z jednej strony rośnie świadomość na temat problemów psychicznych, ale z drugiej popadamy w paranoję nieustannego samodoskonalenia. Czasem mam wrażenie, że z każdą drobnostką chodzi się dziś do terapeuty. Nikogo już nie dziwi, że ludzie wprost komunikują sobie nawzajem: "muszę to koniecznie przegadać z moim terapeutą". Nie jestem przeciwny psychoterapii, proszę mnie źle nie zrozumieć, ale jej też nie można przedawkować. Nie chciałbym świata uzależnionego od technologii, internetowych influencerów i psychoterapii. Ale niestety niektórzy taki świat już mają. 

Czy to nie jest tak, że szukamy dziś po prostu wygodnych i szybkich rozwiązań? Swój czas chcemy poświęcać na odpoczynek, a nie stanie w kolejkach, eksperymentowanie w kuchni, szukanie najlepszych połączeń lotniczych.

To prawda. Żyjemy w trudnym, złożonym i męczącym świecie. Jesteśmy przeciążeni liczbą bodźców i informacji, które nas codziennie wręcz atakują. Nasz system poznawczy nie jest w stanie zmagazynować i przetworzyć tak dużej ich ilości. Jedna wypiera drugą.

Problem jednak polega na tym, że te wszystkie aktywności, z których wyręczają nas dziś inni, np. psychoterapeuci czy technologia, były zbawienne dla naszego układu nerwowego. Stymulowały nasz mózg, dzięki czemu wolniej obumierał. Dziś poświęcamy dużo czasu na scrollowanie internetu, co niespecjalnie nas rozwija – stanowi bierną rozrywkę, a jednocześnie nas męczy. Więc później musimy od tego odpocząć i nie mamy już siły na bardziej wymagającą dla mózgu aktywność, jak gra w szachy czy rozwiązywanie sudoku.

Wyniki badań przeprowadzonych na londyńskich taksówkarzach to potwierdzają. Badania Eleanor Maguire z University College London wykazały, że londyńscy taksówkarze, którzy zdają słynny test  "The Knowledge", do którego muszą zapamiętać tysiące ulic oraz trasy, mają większą objętość substancji szarej w tylnych częściach hipokampu. Również badania Amira-Homayouna Javadiego i współpracowników z University of Kent wykazały, że osoby korzystające z GPS mają mniejszą aktywność w hipokampie w porównaniu z tymi, które nawigują samodzielnie.

Zdjęcie ilustracyjne (Patryk Ogorzalek / Agencja Wyborcza.pl)

Może nam się wydawać, że jesteśmy tacy przemęczeni, że tyle myślimy, tylko pytanie, jakiego rodzaju aktywność nas męczy? I czy pozwala ona naszemu mózgowi być w dobrej kondycji?

Chyba trudno odróżnić te aktywności, które nas pozytywnie stymulują, od tych, które wpływają na mózg negatywnie.

Kiedyś nie spędzaliśmy tak dużo czasu przed komputerem, w pozycji siedzącej. Nawet jeśli pracowaliśmy w biurze, to po pierwsze, musieliśmy do tego biura jakoś dotrzeć. Po drugie, po pracy także trzeba było się nachodzić, żeby cokolwiek załatwić – nie było zakupów online, systemów cyfrowych, infolinii.

Dziś jest tak, że spędzamy kilka godzin dziennie przed ekranami, prowadzimy siedzący tryb życia, więc musimy nasze ciało, trochę w sposób sztuczny, zmusić do ruchu. W tym celu chodzimy na basen, siłownię, jogę. W podobny sposób powinniśmy myśleć o naszym mózgu.

Więc jak powinniśmy go ćwiczyć?

Wspomniałem o różnego rodzaju grach: szachach, sudoku. Ważne jest czytanie książek, ale takich, które wymagają jakiejś refleksji, zagłębienia się w ich treść, oraz każda aktywność, która ma na celu tzw. higienę umysłu i detoks cyfrowy. Choćby kontakt z naturą i prawdziwe doświadczenia sensoryczne zamiast głaskania ekranów.

Drugą kwestią jest pielęgnowanie relacji i kompetencje interpersonalne. Miejmy świadomość, jak ważna jest umiejętność nawiązania kontaktu z obcym człowiekiem, że warto pójść do sąsiada po tę wiertarkę, zamiast kupować własną, by użyć jej raz.

I w końcu wedle wielu badań nasze mózgi pozostają w dobrej kondycji nie tylko, gdy utrzymujemy wiele kontaktów społecznych, ale też gdy tańczymy czy uprawiamy sport.   

Czy młode pokolenia, które już w dzieciństwie zaczęły mieć kontakt z technologią i mediami społecznościowymi, są na straconej pozycji?

One z pewnością będą miały z tym największe problemy. Jeśli nie zaczniemy temu przeciwdziałać, kolejne pokolenia, jak tylko zaczną raczkować, będą zanurzać się w technologiczne gadżety, które są coraz bardziej wymyślne, coraz bardziej dopasowane i coraz bardziej atrakcyjne. Tak zwany efekt Google'a pokazuje, że poleganie na wyszukiwarkach internetowych zmniejsza naszą zdolność do zapamiętywania informacji. Profesor psychologii Betsy Sparrow z Columbia University w swoich badaniach wykazała, że ludzie stają się coraz bardziej zależni od technologii w zakresie zapamiętywania faktów, co może prowadzić do powierzchownego przetwarzania i mniejszej retencji wiedzy.

Czyli postanie w tej kolejce do dziekanatu może jest cenne?

Moim zdaniem tak. Młodzi jednak nie mają takiego podejścia. Na zajęciach z zastosowań psychologii pytam studentów, jak ich zdaniem można byłoby pomóc młodemu studentowi odnaleźć się w nowym mieście, nowej studenckiej rzeczywistości. Co drugie rozwiązanie to stworzenie jakiejś apki. Rzadziej pojawia się pomysł zrobienia spotkania integracyjnego czy jakiegoś wydarzenia, w czasie którego byłaby możliwość zapytania kogoś o pomoc, poradę albo po prostu nawiązania znajomości, która byłaby wsparciem w trudniejszych chwilach. Dziś chętniej buduje się aplikacje, a nie więzi.

Na koniec podzielę się historią mojego pobytu w górach u mamy partnera. Jej sposób funkcjonowania na każdym kroku mnie drażni, bo w moim odczuciu jest nieefektywny. Mnóstwo czasu poświęca na różne czynności, np. gotowanie czy przyrządzanie posiłku, bo sztućce ma poukrywane w starych kredensach, woli kupić psującą się kuchenkę elektryczną na dwa palniki, niż zrobić sobie porządną kuchnię (na którą ją stać). Nie pójdzie do jednego sklepu, gdzie może kupić wszystkie produkty, ale u jednej sąsiadki kupi jajka, u drugiej ciasto, u trzeciej chleb. Spędzi na tym pół dnia. Ale sprawia jej to ogromną radość. Zna wszystkich w okolicy.

Ta historia pokazuje, jak ważna jest sprawczość i jak wiele satysfakcji daje to, że coś zrobimy samodzielnie, własnymi rękoma, nad czymś się namęczymy, przejdziemy długą drogę, zanim osiągniemy jakiś cel. Starsi ludzie często odmawiają korzystania z technologii nie dlatego, że nie potrafią sobie z nią radzić – choć oczywiście też – ale też dlatego, że według nich są w stanie się bez niej obejść. A jak trzeba, skorzystają z pomocy innych ludzi.

Zdjęcie ilustracyjne (Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl)

Nie chcę demonizować technologii. Niektóre rozwiązania są nam potrzebne, bo w przeciwnym razie byłoby nam bardzo trudno funkcjonować w obecnym świecie. Warto jednak zwracać uwagę na to, jak z tej technologii korzystamy, czy wspiera ona relacje społeczne, czy stanowi ich zamiennik, czy nie zwalnia nas z działania, które może przynieść nam wiele korzyści. I może następnym razem, jak będziemy zmuszeni stać w jakiejś kolejce, wyniesiemy z tego doświadczenia coś więcej niż tylko złość i poczucie straconego czasu. A moim zdaniem ten czas wcale nie musi być stracony, jeśli w kolejce nawiążemy interesującą rozmowę.

Dr Konrad Maj. Psycholog społeczny, kierownik Centrum Innowacji Społecznych i Technologicznych (HumanTech) na Uniwersytecie SWPS, adiunkt w Katedrze Psychologii Społecznej na Wydziale Psychologii w Warszawie. Naukowo interesuje się zagadnieniami związanymi z nowymi technologiami (sztuczną inteligencją i metawersum), wpływem społecznym oraz innowacjami. W latach 2013–2016 był pełnomocnikiem prorektora ds. nauki w zakresie komercjalizacji wyników badań naukowych i innowacji społecznych. Prowadzi badania w obszarze HRI (Human-Robot-Interaction).

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, z wykształcenia psycholożka i kulturoznawczyni. W mediach od 2011 roku.