Opowie mi pani o najgorszym locie w swoim życiu?
Kiedyś na pokładzie zmarła pasażerka. To traumatyczne przeżycie zostanie ze mną już na zawsze. To był lot, który trwał osiem godzin. Niestety, rodzina zorientowała się zbyt późno, że starsza pani nie wykazuje oznak życia. Może bliscy myśleli, że śpi. Zawsze w takiej sytuacji załoga pyta, czy na pokładzie jest lekarz. Akurat leciało czterech, którzy stwierdzili, że ta osoba już nie żyje, i zdecydowali, że nie ma już potrzeby reanimacji. Czasem jednak na pokładzie nie ma ani jednego lekarza, a my musimy reanimować zmarłego. Nie ma znaczenia, że pasażer nie żyje. Takie są przepisy – trzeba prowadzić akcję ratunkową aż do wylądowania i przejęcia ciała przez służby medyczne na ziemi.
Ja z kolei kiedyś przypadkiem się zorientowałam, że samolot, którym wracałam z RPA, transportował trumnę ze zwłokami.
Czasem ludzie nie mają pojęcia, co transportuje samolot pasażerski. Tylko piloci dostają dokumenty i polecenie, żeby przetransportować trumnę ze zwłokami. Pod pokładem jest na nią specjalne miejsce. Przypuszczam, że sama też leciałam z trumną i nawet nie miałam o tym pojęcia.
Mam znajomych, którym bardzo często trafiają się takie sytuacje. A to ktoś zmarł, a to miał wylew czy zawał. Ja raz pomagałam dziecku z padaczką, a raz dorosłemu. Zawsze trzeba taką osobę odpowiednio zabezpieczyć poduszkami i kocami, żeby nie spadła na podłogę i się nie uderzyła. Zdarzają się też omdlenia, bo pasażer nic nie zjadł albo nie pił i trzeba podać tlen.
Zdarzają się też konfliktowe sytuacje między pasażerami.
Samolot to puszka, w której zamkniętych jest 300 osób. Zawsze znajdzie się ktoś, kto ma inną osobowość. Trafiają się pasażerowie bardzo agresywni, którzy nad sobą nie panują i potrafią ruszyć z rękami do współpasażerów.
Jak ktoś jest pijany, to mu puszczają hamulce. Dlatego w liniach, na których latam, mamy jasno przykazane, żeby nie wpuszczać na pokład pijanych. I koniec. Jest to przestrzegane bardzo rygorystycznie. Informuję kierownika pokładu, że ktoś wzbudza nasze wątpliwości, a kapitan podejmuje decyzję.
Zdarza się, że między pasażerami dochodzi do kłótni i muszę ich uspokajać. Raz, gdy prawie doszło do bójki, po wylądowaniu policja wkroczyła na pokład.
Czy jakieś nacje sprawiają więcej problemów niż inne?
Powtarzam, że zarówno dobrzy ludzie, jak i źli są na całym świecie, niezależnie od nacji. Wbrew pozorom to nie Europejczycy najbardziej dają załodze w kość, ale pasażerowie narodowości irańskiej oraz ci z Arabii Saudyjskiej. Palą i piją na umór w toaletach, gorzej niż niejeden podróżny z Rosji, bo to z nimi przeważnie bywają problemy, jeśli chodzi o spożywanie alkoholu na pokładzie. Trzeba też zwrócić uwagę na fakt, że na wysokości przelotowej, przy innym ciśnieniu alkohol uderza do głowy o wiele mocniej. Jeden kieliszek wypity w powietrzu może powodować upojenie jak kilka kieliszków alkoholu wypitych na ziemi.
A na co pasażerowie skarżą się podczas lotu?
Kiedyś jeden z pasażerów urządził nam awanturę, bo w menu zabrakło kurczaka. Zdarza się, że catering popełni błąd i nie załaduje posiłku, który był zamówiony. A człowiek głodny to zdenerwowany, wiadomo. Niestety, nie zawsze możemy z tego, czym dysponujemy, przygotować taki posiłek, jakiego ktoś sobie życzy. Czasem ktoś ma pretensje, że jakaś mama przewija dziecko na siedzeniu, podczas gdy inni pasażerowie jedzą. Albo żądają, żebym uspokoiła płaczące dziecko. Są też skargi, że ktoś brzydko pachnie.
I co pani wtedy robi?
Przecież nie mogę polecić pasażerowi, żeby się umył. Daję więc niezadowolonej osobie formularz do złożenia skargi i tyle. Zdarza się, że jakiś pasażer złoży skargę online i pracownik linii lotniczej nawet nie wie, że ktoś się na niego poskarżył. Gdy po sześciu miesiącach jest wezwany na dywanik, często może już tej sytuacji nie pamiętać. W uzasadnionych przypadkach może się to skończyć upomnieniem pracownika.
Pewnie bywają też przyjemne niespodzianki?
Oczywiście!
Kiedyś mieliśmy na pokładzie parę, która leciała na miesiąc miodowy. Gdy się o tym dowiedzieliśmy, przygotowaliśmy dla niej poczęstunek z ciastek z klasy biznes. Jeśli ktoś ma urodziny, też staramy się zrobić mu przyjemność. Mnie się też zdarzyło, że w dniu urodzin podczas lotu do Tajlandii w 2016 roku dostałam minitorcik z dostępnych w samolocie ciastek i odśpiewano mi "Sto lat" po angielsku.
Szczerze was podziwiam. Wielu myśli, że ta praca polega na przyjemnym podróżowaniu, ale przecież, jak sama pani mówi, bywa też bardzo niewdzięczna.
Bywam nianią, kelnerką, psycholożką, prawniczką, negocjatorką, mediatorką, ratowniczką medyczną, pielęgniarką i strażaczką.
Pracujemy pod presją czasu, więc każda stewardesa zawsze musi mieć na ręku zegarek. Bez niego może zostać niedopuszczona do lotu. Stewardesa czy steward mogą wylatać rocznie maksymalnie około tysiąca godzin. Ponieważ wiąże się to z promieniowaniem kosmicznym, musimy wtedy zrobić sobie przerwę. Zostajemy zdjęci z grafiku. Praca na wysokości jest dla zdrowia człowieka niebezpieczna i nienaturalna. Jesteśmy narażeni na przeciążenia i na głuchotę.
W książce opisuje pani zasady dotyczące ubrania stewardes. Niektóre, na przykład ta dotycząca odpowiedniej liczby spinek do włosów, bardzo mnie zaskoczyły.
Gdy pasażerowie wchodzą na pokład, wymaga się od nas włożenia butów na obcasie. Niewysokim, takim na parę centymetrów. Po starcie samolotu zmieniamy je na tzw. serwisowe, na płaskiej podeszwie, żeby było nam wygodniej pracować. Zdejmujemy też żakiet i toczek. Zakładamy je tylko wtedy, gdy pasażerowie wchodzą na pokład i kiedy go opuszczają.
Dla higieny spinamy włosy podczas obsługiwania pasażerów. Niektóre linie lotnicze mają taki wymóg, żeby spinek nie było więcej niż 30. W moich liniach nie ma takiego wymogu, na pewno jednak nie mogę mieć grzywki i za krótkich włosów. Toczek powinien się na głowie prezentować ładnie, a długie włosy trzeba spiąć w kok i upewnić się, czy fryzura wygląda schludnie. Mamy zresztą specjalną książkę dotyczącą dyscypliny mundurowej.
Ktoś pilnuje, żeby ta dyscyplina była przestrzegana?
Mamy w załodze panie, o których żartobliwie mówimy "policjantki". Są odpowiedzialne za kontrolowanie stewardes przed lotem. Spotykamy się w naszym biurze i nasz wygląd jest dokładnie sprawdzany. Oficerki od dyscypliny mundurowej weryfikują też kolor szminki czy paznokci, sprawdzają, czy włosy nie mają odrostu albo czy nie są w kilku kolorach. Niektóre linie wymagają, żeby stewardesy malowały usta i paznokcie na czerwony kolor w ściśle określonym odcieniu.
Są też dokładnie określone zasady dotyczące liczby kolczyków, pierścionków czy nawet wielkości biżuterii. Ozdoby powinny być stonowane, nie mogą być za duże. Istotny jest też kolor rajstop – jest jeden ściśle określony, jednolity, taki sam dla wszystkich stewardes.
Czy trzeba znać język kraju, w którego liniach się pracuje?
Różnie. W liniach niemieckich czy francuskich tak. Ja nie muszę znać arabskiego, ale biegły angielski obowiązkowo.
Co jeszcze?
Najważniejsze jest dobre zdrowie, o którym wspomniałam, ale niektóre linie lotnicze wymagają też wysokiego wzrostu, żeby można było dosięgnąć do schowka ze sprzętem awaryjnym. Dla wielu firm ma też znaczenie to, czy jest się proporcjonalnie zbudowanym, ma się odpowiednią wagę i czy umie się pływać. Niektórym może się to wydać śmieszne, ale zdaje się testy z pływania i wykonywania zadań w basenie. Chodzi oczywiście o ewentualną ewakuację, gdyby zdarzyło się lądowanie na wodzie.
Trzeba wyglądać schludnie, mieć zadbane dłonie i paznokcie, pracę w tym zawodzie wykluczają widoczne tatuaże. Dotyczy to 99 proc. linii, mojego pracodawcy też.
Co roku musimy odnawiać licencję i odświeżać swoją wiedzę. W naszym podręczniku szkoleniowym są na przykład wzmianki o tym, jak lata samolot, jak szybko otworzyć drzwi awaryjne, jak najsprawniej ewakuować pasażerów w razie zagrożenia. Przechodzimy też szkolenie z udzielenia pierwszej pomocy. Nie możemy na przykład stwierdzić zgonu, bo nie jesteśmy lekarzami, ale wiemy, jak reanimować zarówno dziecko, jak i dorosłego oraz jak pomóc w sytuacji wylewu czy zawału serca.
Musimy też wiedzieć, jak komunikować się z pilotem za pomocą specjalnego interkomu na pokładzie, znać numery sytuacji awaryjnych, bo każda ma inny kod, czy umieć dokładnie opisać, który z silników się pali. Podczas kilkudniowych szkoleń uczy się nas także komunikowania z innymi członkami załogi. Bardzo ważne jest, żebyśmy wiedzieli, jak unikać konfliktów.
Co ma pani na myśli?
Tak po ludzku zdarza się, że ktoś się w zespole nie lubi. Nie można jednak zabierać tych emocji na pokład. Podczas awarii okazałoby się na przykład, że ktoś z tego powodu nie chce komuś pomóc. Dlatego nie rozmawiamy na temat religii czy polityki, żeby nie tworzyć dodatkowych konfliktów. Zwłaszcza w zespołach, które są multinarodowe.
Wymaga się też od nas ciągłej gotowości, tego, żebyśmy nie spali na pokładzie, nawet jak jesteśmy bardzo zmęczeni. Czasem aż chce się uciąć krótką drzemkę, ale to wykluczone. Musimy być czujni i widzieć, co się wokół nas dzieje. Na 12 godzin przed lotem nie możemy pić alkoholu, żeby przypadkiem nie przyjść do pracy nawet z niewielką jego zawartością we krwi. Nie możemy też przyjmować leków psychoaktywnych czy nasennych. Krótko mówiąc: niedozwolone są wszelkie specyfiki, które spowodowałyby spadek naszej formy.
Załoga może jednak odpocząć podczas lotu, prawda? Ma nawet do dyspozycji specjalne pomieszczenia.
W czasie lotu trwającego trzy godziny nie ma nawet kiedy odpocząć. Jest start, szybki serwis i lądowanie. Gdy rejs trwa powyżej ośmiu godzin, mamy do dyspozycji pomieszczenia, gdzie możemy się przebrać w piżamę i zdrzemnąć. Każdy członek załogi może wtedy odpocząć. Zdarza się też, że lecą dwie załogi i po prostu odpoczywają na zmianę.
Ile krajów pani odwiedziła?
Ponad 70. Teraz na urlopie macierzyńskim jestem chwilowo uziemiona, ale chciałabym odwiedzić jeszcze wiele miejsc.
Dlaczego pani twierdzi, że stewardesy to chomiki?
Bo zbieramy różne rzeczy, które przywozimy z całego świata. Ciuchy, kosmetyki, buty… Ja sama miałam kiedyś fazę na ładną ceramikę, którą przywoziłam sobie z Japonii. Stewardesa, która leci na pobyt, ma małą walizkę podręczną, ale też dużą, jak pasażerowie. Tylko że my możemy mieć przekroczoną wagę, choć nie w każdej linii.
Czy stewardesa idzie na emeryturę?
Wszystko zależy od kontraktu i linii lotniczej, dla której pracuje. Często się zdarza, że stewardzi prowadzą jednoosobową działalność gospodarczą i sami muszą odprowadzać składki. Ja latam w liniach Omanu i nie płacę ZUS-u w Polsce. Sama odkładam z pensji na emeryturę, bo moje wypłaty nie są opodatkowane. Gdy zdecyduję się zakończyć kontrakt, dostanę odprawę, którą będę mogła dorzucić do planu emerytalnego.
Rzadko widuję dojrzałe stewardesy czy stewardów.
Nie każdy jest w stanie dociągnąć w tym zawodzie do kilkudziesięciu lat pracy. W Europie czy w Stanach Zjednoczonych wiek nie gra aż takiej roli – zatrudnia się osoby nawet po czterdziestce i nie ma z tym problemu. Choć około pięćdziesiątki już często jest. Musimy na bieżąco kontrolować swoje zdrowie. Właśnie – nie tyle istotny jest wiek, ile dobra kondycja. Bywa, że na przykład w American Airlines latają bardzo dojrzałe stewardesy czy stewardzi i na nikim nie robi to specjalnego wrażenia. Ale gdy na przykład ktoś nie dosłyszy, jest z tego zawodu wykluczony.
Stewardesa może awansować na kierownika pokładu, instruktora czy kierownika załóg. Awansem jest też przeniesienie do pierwszej klasy z ekonomicznej, co dodatkowo wiąże się z podwyżką.
Niektórzy po wielu latach latania wybierają pracę na ziemi, czyli w obsłudze pasażerów. Znam też stewardesy, które zrobiły licencję i teraz pilotują samoloty.
Kiedy pani zaczęła latać?
Miałam 19 lat. Zdałam maturę i już wiedziałam, że będę chciała latać. Oczywiście nie zakładałam, że będę stewardesą przez kolejnych 11 lat. Wiele osób mówi, że popracuje w tym zawodzie dwa lata, a zostają na kilkadziesiąt. Ostatnio rozmawiałam ze stewardesami seniorkami, które przyznały, że tak właśnie zakładały.
Olga Kuczyńska. Stewardesa od 11 lat i pisarka. Lata w narodowych liniach Omanu.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.

