Rozmowa
Janusz Pawłowski (mat. prasowe)
Janusz Pawłowski (mat. prasowe)

Od dawna zbiera pan złom?

Można powiedzieć, że na maksa zajmuję się złomem od 16. roku życia, ale właściwie to pomagałem tacie w pracy już od małego. Najpierw jeździłem z nim w wakacje i weekendy, a potem, gdy skończyłem podstawówkę, to już codziennie.

Na czym polegała pana pomoc?

Jeździliśmy razem samochodem po całym Mazowszu, tak w promieniu 100 km od Pruszkowa. Jak to na złomie – jeździło się, szukało i ładowało żelastwo do samochodu. Czasem trzeba było rozebrać jakieś stalowe konstrukcje, grzejniki czy piece od ludzi, garaże.

Podobało się to panu?

Bardzo, i to od samego początku. Dlatego że codziennie robiliśmy coś innego, że nie było żadnej monotonii. Do tego każdego dnia poznawaliśmy różnych ludzi, co też jest fajne. Wygląda na to, że miłość do żelastwa najwyraźniej musiałem odziedziczyć po ojcu.

Pamięta pan dzień, kiedy znaleźliście z tatą największy skarb?

Kiedyś w gmachu Politechniki Warszawskiej rozbieraliśmy podłogę zrobioną z aluminiowych płytek. Zebraliśmy wtedy tego aluminium ponad trzy tony, czyli naprawdę sporo. Ale trzeba było znosić płytki z trzeciego piętra, a na Politechnice piętra są bardzo wysokie i nie ma windy. Zajęło nam to całe dwa dni.

Ciężka robota!

Ciężka!

Janusz Pawłowski mówi że wie, jak podnosić ciężary (mat. prasowe)

Pewnie boli pana kręgosłup?

Na początku trochę mnie bolał, ale teraz już nie, bo ciężary, wie pani, to trzeba umieć podnosić. Nie robi się tego z kręgosłupa, tylko z nóg – i wtedy człowieka nic nie boli. Uczył mnie tego tata, poza tym widziałem też w telewizji, jak to się robi.

Co się jeszcze panu w tej pracy podoba?

To, że pracuję sam na siebie. Nikt nade mną nie stoi i nie mówi mi, co mam robić. Poznaję też wielu ludzi i różne ciekawe miejsca. Jak człowiek dużo jeździ, to czas szybko leci, a jak siedzi w miejscu, to się dłuży.

Z tatą, jak jeszcze żył, to byliśmy np. w skansenie wsi kieleckiej, a także pod ziemią, w kopalni, w Twierdzy Modlin, skąd też zabieraliśmy złom. Politechnikę Warszawską zwiedziłem całą, od zaplecza, jak braliśmy te płytki.

A coś panu w zbieraniu złomu przeszkadza?

Ciężary, brud i hałas są mi niestraszne. Wkurza mnie to, że czasami ludzie robią sobie żarty. Wydzwaniają i proszą, żeby przyjechać, a na miejscu okazuje się, że żadnego złomu nie ma. Człowiek na darmo traci czas, paliwo i pieniądze, wiadomo.

Zobacz wideo Piesek pomaga jej zbierać śmieci w toruńskim parku

Mają pana numer, bo jest na samochodzie, którym pan jeździ?

Tak, ale ja mam dwa numery. Pani zadzwoniła na prywatny, nie na służbowy. A tak w ogóle to służbowy przejąłem po tacie. Tata miał go przez tyle lat.

Janusz Pawłowski mówi, że brud i hałas mu niestraszne (www.instagram.com/januszzezlomowiska/) , Czasem załadowanie złomu do samochodu zajmuje Januszowi Pawłowskiemu kilka dobrych godzin (www.instagram.com/januszzezlomowiska/)

Wraca pan czasami we wspomnieniach do śmierci taty?

To przeżycie, którego nigdy się nie zapomina. 23 grudnia 2020 roku tata dostał udaru. To było w domu. Rozmawiałem z nim, tak jak rozmawiam teraz z panią, za chwilę mieliśmy grać w karty. Wyszedłem z pokoju, po 10 minutach wracam i widzę, że tata się dziwnie zachowuje. Jakby był pijany, a przecież nigdy nie pił. Domyśliłem się, że to udar, zwłaszcza jak zaczął wymiotować. Razem ze strażakami zniosłem tatę na dół i zabrało go pogotowie. Zmarł w szpitalu w sylwestra.

Tata miał dużo znajomych i fanów, pomagał różnym ludziom, więc znali go w całej Polsce. W Iławie, Tarnowskich Górach, Tarnowie, Zielonej Górze i Poznaniu. Pogrzeb taty był w pandemii, więc wszyscy, którzy przyjechali go pożegnać, nie mogli wejść do kościoła. Tłumy stały przed kościołem, wielu podchodziło do nas po mszy i mówiło, że bardzo im przykro, że tata za wcześnie umarł.

No tak, miał zaledwie 47 lat.

Może nie wszyscy wiedzą, że robił zbiórki na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, a także jeździł na Wrak Race'y, podczas których zbiera się np. pieniądze na jakieś chore dziecko. Gdy ludzie sobie robili z nim zdjęcia, to prosił, żeby wrzucili złotówkę czy 2 zł do skarbonki na to potrzebujące dziecko. I ludzie zawsze chętnie wrzucali.

Zresztą ja robię podobnie. Oczywiście nie na taką skalę jak tata, bo nie jestem tak rozpoznawalny jak on i nie dostaję tylu zaproszeń, ale chcę kontynuować jego pomaganie. Niedawno zrobiłem na swoim kanale na YouTube zbiórkę na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, a 21 kwietnia jadę pod Toruń na zbiórkę na chorą dziewczynkę. W czerwcu z kolei wybieram się pod Kwidzyn, gdzie też będą zbierać pieniądze na chore dzieci.

Ile rekordowo udało się panu zebrać?

Pamiętam, jak kiedyś pod Gorzowem zebraliśmy ponad 80 tys. zł, naprawdę dużo. Ludzie chętnie dają do puszek, przekazują też różne przedmioty, żeby licytować je na leczenie. Była superatmosfera.

Pracuje pan codziennie?

Zwykle przez pięć dni w tygodniu, czasem sześć. Jak są jakieś niespodziewane wyjazdy, to jadę, ale staram się w niedzielę trochę odpocząć. Moja dniówka trwa około ośmiu godzin, tak trzeba liczyć, ale nie narzekam, bo lubię to, co robię.

Wcześnie pan wstaje?

Zwykle o 6.30, przyzwyczaiłem się. Tata to budził się codziennie o 5. Nie potrafił już zasnąć, więc czekał, aż wstanę, i razem ruszaliśmy do pracy. Ja zaczynam pracę około 8, bo wiadomo, trzeba się wcześniej wykąpać, umyć zęby i naszykować plan działania. Obmyślam wcześniej trasę, żeby objechać każdy z punktów po kolei, a nie tam i z powrotem. Szkoda czasu, przecież korki w Warszawie są ogromne.

Janusz Pawłowski ze swoją ekipą: Dawidem i Rafałem (mat. prasowe)

Z kim pan jeździ?

Z bratem Dawidem, który jest młodszy ode mnie o 10 lat, i z Rafałem, moim kolegą z dzieciństwa.

Utrzymuje pan kontakt z Edkiem, który był kierowcą pana taty?

Pan Edek nie ma nogi, więc już razem nie pracujemy. Widujemy się, bo jeździmy razem na charytatywne Race'y. Pan Edek ma emeryturę, więc niech sobie spokojnie odpoczywa. Moim kierowcą jest Rafał, ale wszyscy po równo ładujemy złom. Mamy duży samochód, na który wejdzie półtorej tony. Wie pani, że do tej pory ludzie wyrzucają w Warszawie na śmietnik dobre pralki, lodówki, kuchenki i rowery. Niedawno trafiła mi się duża lodówka z podwójnymi drzwiami i kostkarką. Właścicielka stwierdziła, że nie chce jej się co cztery miesiące jej rozmrażać, więc po pół roku używania mi ją oddała. Taka lodówka kosztuje 5 tys.! Od razu znalazłem na lodówkę klienta i sprzedałem ze sporym zyskiem.

Niektórzy nawet oddają samochody na złom. Wtedy dzwonię do znajomego z kasacji, z którym współpracuję, podpisujemy umowę i on ten samochód zabiera. Ja zarabiam na pośrednictwie, zawsze jakieś dodatkowe 200–300 zł mi wpadnie.

Dużo takich aut się panu trafia w miesiącu?

Średnio cztery–pięć. Choć zdarza się miesiąc, że nie ma ani jednego, a czasem aut na złom jest nawet 10. Czasem takie auto nadaje się nawet do jazdy, bo ktoś sobie kupił nowe i starego nie chce, a czasem nie, bo skończyło się ubezpieczenie i nowa polisa kosztuje ze 2 tys., czyli przekracza wartość auta.

Czy przez wyższe ceny ludzie wyrzucają mniej wartościowych rzeczy?

Z moich obserwacji wynika, że jest tak samo. Proszę pani, w Warszawie nie ma kryzysu. Ludzie wyrzucają dobry sprzęt, który ma po dwa–trzy lata.

A konkurencja w tym fachu jest większa niż przed laty?

Niespecjalnie. Zdarza się jednak, że ktoś ma busa, przejeżdża i widzi jakiś wystawiony złom, to go pakuje i jedzie sprzedać, a na co dzień się tym nie zajmuje.

Za kilogram blachy płacą teraz 85 gr, za grube 95 gr, czyli za tonę blachy wychodzi 850 zł, za tonę grubego 950.

Mawia pan: uwielbiam zapach metalu, rdzy i pieniędzy. Duże pieniądze można zarobić na złomie?

Da się z tego utrzymać.

Dla mnie najważniejsze jest godne życie. To, żeby dostawać godne pieniądze. Zależy mi, żeby mój brat i kolega takie godne pieniądze dostawali, więc płacę im po 4 tys. zł miesięcznie. Dla mnie zostaje 5 albo 6 tys., zależnie od miesiąca. Uważam, że są to zarobki adekwatne do naszej pracy, ani za dużo, ani za mało. Zwłaszcza że nasza dniówka trwa osiem godzin, ale z tego sporą część jeździmy od miejsca do miejsca, więc połowę z tego spędzamy zwykle w samochodzie.

Jak jesteśmy głodni, to zajeżdżamy do jakiejś knajpy na obiad. W samochodzie zawsze mamy zgrzewkę wody, bo wiadomo, że po takiej siłowej pracy chce się człowiekowi pić. Do zbierania złomu zakładamy rękawiczki, czasem, jak jedziemy gdzieś na budowę, to musimy mieć kaski, bo bez nich nie wejdziemy. W tej pracy najważniejsza jest ostrożność, żeby nie zrobić krzywdy sobie ani drugiemu człowiekowi. 

Janusz Pawłowski i Dawid podczas pracy (mat. prasowe)

Zdarzyło się, że pan ucierpiał?

Nie, bo zawsze jestem bardzo ostrożny. Ale kiedyś widziałem, jak komuś wystrzeliła tarcza w szlifierce kątowej. Jakby trafiła człowieka w głowę, to mogłaby go zabić. My z chłopakami mamy doświadczenie, więc nam się takie rzeczy nie przytrafiają. No i mamy oczy dookoła głowy.

Lubi pan sobie po pracy odpocząć, jakoś się zrelaksować?

Po pracy zawsze się kąpię. Potem robię sobie godzinę–półtorej drzemki. Wcześnie wstaję i późno kładę się spać, więc w ciągu dnia jestem zmęczony. Jak się wyśpię, to wychodzę na spacer albo do restauracji z moją narzeczoną.

Opowie mi pan o niej?

Nie, bo ona tego nie lubi. Powiem tylko, że moja narzeczona jest miła i kochana, wynajmujemy razem mieszkanie. O ślubie myślimy, że może uda się za rok albo dwa, bo musimy na ten ślub uzbierać sobie pieniądze. Chcemy mieć godne życie, a godne życie to dla mnie takie, kiedy człowieka od czasu do czasu stać na to, żeby pójść z ukochaną osobą do restauracji. Gdy idziemy z narzeczoną, to najchętniej zamawiam kotlet z piersi kurczaka. Najbardziej mi one smakują.

Ja lubię pieniądze wydawać. Jestem rozrzutny, a moja narzeczona odwrotnie. Jak chcę jakieś pieniądze oszczędzić, to jej daję, bo ona to potrafi. Jak chcę sobie sprawić przyjemność, to kupuję sobie jakieś nowe ciuchy.

Nie mieszka pan już z mamą, ale wciąż jej pomaga?

Po śmierci taty mama znalazła pracę. Ale jak mogę, to jej pomagam finansowo, kiedy potrzebuje.

Tata nauczył pana ciężkiej pracy? 

Tata nauczył mnie, że w życiu nie ma nic za darmo, że nikt mi nic nie da. Jak chciałem sobie coś kupić albo iść z kolegami do klubu, to musiałem sobie zapracować. Nauczył mnie pracować od małego. Na przykład sprzątałem mu samochód albo pomagałem i mogłem dzięki temu sobie coś zarobić. Jestem mu za to bardzo wdzięczny.

Janusz Pawłowski lubi swoją pracę (www.instagram.com/januszzezlomowiska/)

Zachęcał pana do nauki?

Mówił, że jak chcę iść do szkoły, to mam iść do szkoły, a jak wolę pracować, to mam pracować. Tata całe życie dawał mi wolną rękę. Ja od początku wiedziałem, że wolę iść do pracy, niż się uczyć. Nigdy nie byłem w tym dobry, zresztą tak samo jak tata. Nie podobało mi się w szkole. Bardzo lubię historię i uczyłem się jej z największą przyjemnością, ale nie chciałem się dalej uczyć.

Myśli pan, że tata byłby zadowolony, że przejął pan jego biznes?

Myślę, że tak.

Spełniłem też jego ostatnią wolę i pochowałem go w jednym grobie z jego mamą. Mówił też, że chce być spalony – i tak zrobiliśmy. Odwiedzam tatę na cmentarzu co miesiąc. Przychodzę na grób, zapalam świeczkę, mówię: Trzymaj się, tato. I idę.

Pomaga panu to, że ludzie rozpoznają pana jako syna "Krzykacza"?

Od kiedy tata zaczął pojawiać się w telewizji, to nie miał życia. Gdy szliśmy do galerii handlowej, to co chwila ktoś chciał sobie z nim robić zdjęcie. Mnie też ludzie już powoli kojarzą i mówią: Siemano, lubiliśmy twojego tatę, przykro nam, że nie żyje. I też chcą sobie ze mną zrobić zdjęcie. Zresztą mój biznes opiera się w 80 proc. na tym, że ludzie znają mnie z telewizji. Dzwonią, żebym po coś przyjechał, i potem robią sobie ze mną zdjęcie.

Lubi pan to?

Jest to bardzo miłe. Ludzie mówią wiele ciepłych rzeczy i jeszcze oddają swój złom. Często chcą też, żebym posprzątał im dom z rupieci.

Niedawno zadzwonił do mnie klient, który chciał, żebyśmy zabrali z domu sióstr zakonnych stare kontenery, które były w przepompowni ścieków. Zapłaciłem za te kontenery 10 tys., a sprzedałem za 20 tys. Jeden kontener ważył ponad 10 ton, a kilogram złomu był wtedy po 2 zł. To chyba najlepszy dzień w mojej pracy. Czasem zdarza się, że jednego dnia zarabiam 2 albo 3 tys., a czasem nie zarobię ani złotówki i muszę dołożyć do pracowników. To ryzyko wliczone w mój biznes. Ale dopóki biznes się kręci, nie myślę o niczym innym.

Zastanawiał się pan, do czego można porównać pana pracę?

Można powiedzieć, że to takie wielkie sprzątanie świata.

Pseudonimu jeszcze pan nie ma?

Mówią na mnie Januszek. Ale jak widzowie mi nadadzą jakiś pseudonim, to go chętnie przyjmę. Tak jak nazwali mojego tatę "Krzykacz". Do mnie to określenie nie pasuje. Po tacie odziedziczyłem wygląd, kontaktowość i pracowitość, ale krzyku nie. Nikt nie krzyczał tak głośno jak mój ojciec.

Janusz Pawłowski. Ma 29 lat i podstawowe wykształcenie. Jest synem Marka Pawłowskiego, ps. "Krzykacz", który zmarł w 2020 r. Po śmierci taty kontynuuje rodzinną tradycję i też zajmuje się zbieraniem złomu. Mieszka w Pruszkowie. Bohater "Złomiarzy" w Polsat Play.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.