Rozmowa
Członkinie Bund Deutscher Mädel podczas pokazu taneczno-gimnastycznego, 1941 rok (Materiały wydawcy)
Członkinie Bund Deutscher Mädel podczas pokazu taneczno-gimnastycznego, 1941 rok (Materiały wydawcy)

*1 września 1939 roku wybuchła II wojna światowa. Przypominamy rozmowę z autorem książki "Złe. Kobiety w służbie III Rzeszy".

Prześledziłeś historie kilkudziesięciu kobiet, które żyły i robiły kariery w czasach III Rzeszy.

Te, których losy prześledziłem, miały także wyjątkową skłonność do uległości i zginania karku, a jednocześnie były bardzo świadome swoich praw. Podczas II wojny światowej pełniły w III Rzeszy najróżniejsze funkcje – od urzędniczek czy naukowczyń po bezwzględne strażniczki i komendantki w obozach.

Szczególnie brutalna była strażniczka obozowa Hermine Braunsteiner. Za najmniejsze przewinienie zadeptywała swoje ofiary na śmierć.

Hermine Braunsteiner nazywano "Kobyłą z Majdanka" albo "Tratującą Klaczą". Uwielbiała przechadzać się po terenie obozu w Majdanku w ciężkich, podbitych stalą butach. Budziła przerażenie, bo była zdolna do największych okrucieństw. Bez mrugnięcia okiem potrafiła wyrywać matkom dzieci z ramion i zadeptywać je przy nich na śmierć. Była bardzo brutalna – rozgniatała butem twarze więźniów. Strach i cierpienie innych sprawiały jej przyjemność. Nie znała litości.

Kiedyś na przykład dostrzegła mężczyznę z plecakiem. Podeszła do niego i zaczęła bagnetem sprawdzać, co jest w środku. Gdy usłyszała płacz dziecka, wyjęła je ze środka i zastrzeliła. A potem to samo zrobiła z jego ojcem.

Kobiety z Pomocniczej Służby Kobiet Niemieckiego Czerwonego Krzyża pozdrawiają Führera, 1943 rok (Materiały wydawcy)

Jednocześnie była kobietą, która bardzo podobała się mężczyznom, prawda?

Gdy obóz wyzwalali kanadyjscy żołnierze, Hermine Braunsteiner uwiodła jednego z nich. Trzeba przyznać, że to wręcz nieprawdopodobne zrządzenie losu – mężczyzna wylądował w Normandii, przeszedł cały front, wyzwolił obóz i zakochał się jednej z najbrutalniejszych nazistowskich strażniczek. Para razem pojechała do Nowego Jorku, a kiedy w 1958 roku wzięli ślub, Hermine stała się Amerykanką i idealną perfekcyjną panią domu. Gotowała mężowi obiady i spotykała się z koleżankami Amerykankami. W wolnym czasie z pasją zajmowała się pięknym przydomowym ogrodem, w garażu stał cadillac.

Myślała, że znalazła bezpieczną kryjówkę?

Hermine Braunsteiner przez lata doskonale się maskowała. Zmyliła pościg śledczych tropiących wojennych zbrodniarzy, wyjechała za granicę i zmieniła nazwisko na Ryan. Z niepiśmiennej zbrodniarki stała się amerykańską panią domu. Aż tu nagle historia zapukała do jej drzwi i zaczął się proces, który trwał 16 lat. W 1981 roku Braunsteiner została skazana na dożywocie za zamordowanie 80 ludzi, współudział w zabiciu ponad setki dzieci oraz pomoc w morderstwie blisko tysiąca dorosłych. Udowodnione jej przestępstwa to tylko ułamek okrucieństw, jakich się dopuściła. W więzieniu spędziła 15 lat. W 1996 roku wyszła na wolność ze względu na zły stan zdrowia. 

I żyła sobie jak gdyby nigdy nic?

Nie do końca. Przez ostatnie trzy lata swojego życia była otoczona ostracyzmem. Pod jej domem zbierały się tłumy, które domagały się wymierzenia „Kobyle z Majdanka" sprawiedliwej kary. Kilku młodych ludzi próbowało nawet przeprowadzić zamach na jej życie. Pewnego razu przyjechał do niej dziennikarz niemieckiego tabloidu i gdy wyszła do ogrodu, zapytał, czy to ona jest "Kobyłą z Majdanka". Zaczęła na niego krzyczeć. "Ja jestem wdową" – powtarzała. Zmarła w 1999 roku.

Hermine Ryan. Wzorowa pani domu z mroczną przeszłością (Domena publiczna)

Piszesz też o pielęgniarkach, które zamiast pomagać rannym, uczestniczyły w zabijaniu. Uspokajały niepełnosprawnych pacjentów chwilę przed wprowadzeniem do komory gazowej. Jedna z nich nazywała się Pauline Kneissler. 

To była pielęgniarka, która bez mrugnięcia okiem selekcjonowała chorych psychicznie pacjentów, cierpiących na przykład na porażenie mózgowe czy z zespołem Downa. I kierowała ich do komór gazowych. Uważała, że "śmierć przez zagazowanie nie boli". Pauline Kneissler brała udział w tzw. akcji eutanazyjnej – naziści lubowali się w tego rodzaju eufemizmach – w ramach ludobójczego programu T4 w sanatorium w Weilmünster, po czym zlecono jej zabijanie ludzi w klinice specjalistycznej w Bernburgu. Pracowała też na zamku w Grafeneck. Oficjalnie pełnił on w czasie wojny funkcję szpitala, ale w praktyce był poczekalnią na wyroki śmierci.

Kneisler brała również udział w supertajnej akcji zorganizowanej przez SS: Sonderbehandlung 14f13, która polegała na mordowaniu żołnierzy Wehrmachtu dotkniętych między innymi syndromem okopowym. Chodzi o mężczyzn, których ciałami wstrząsały nieustanne niekontrolowane drgawki. Na froncie byli już nieprzydatni, w Rzeszy zakwalifikowani zostaliby do kategorii ludzi niewartych życia, więc uśmiechnięta Pauline Kneissler klękała przy łóżku każdego takiego nieszczęśnika i aplikowała mu zabójczy zastrzyk. Poza tym była gorliwą protestantką. Co rano się modliła. Miała piękny głos i z radością udzielała się w chórze kościelnym.

Czy dosięgła ją sprawiedliwość?

Zatrzymano ją krótko po wojnie. W 1948 roku po zapoznaniu się z dowodami ławnicy uznali Pauline Kneissler za winną pomocy i podżegania do morderstw. Dostała cztery lata więzienia, ale po dwunastu miesiącach wyszła na wolność. W jednym ze szpitali przepracowała kolejnych kilkanaście lat, aż do emerytury. Wykonała tysiące zastrzyków, wymieniła niezliczoną liczbę basenów, karmiła i przewijała chorych. Zmarła w ostatnich dniach stycznia 1989 roku. Ta przemiana i powrót do zawodu wymagającego empatii stanowią dla mnie zagadkę osobowości Frau Kneissler.

Podobnie jak Pauline kary uniknęła również Ruth Kellerman. Była to kobieta niezwykle inteligentna – miała pięć fakultetów i naukowo zajmowała się Porajmos, czyli holokaustem romskim. W czasie wojny go dokonywała, a po wojnie była rzeczoznawczynią w procesach o odszkodowania. Bazowała w nich na swoich własnych materiałach.

Personel jednego z ośrodków programu eutanazyjnego T-4 (Materiały wydawcy)

Zbierając materiały do książki, obserwowałeś proces Irmgard Furchner, ulubienicy komendanta obozu KL Stutthof. Jak go wspominasz?

Irmgard Furchner miała wtedy już 96 lat i w ogóle się nie odzywała. Na sali sądowej poruszyła się raz jeden jedyny – na dźwięk nazwiska komendanta obozu. Przez cały proces w 2022 roku miała na twarzy ciemne okulary. Poruszała się na wózku inwalidzkim, choć wcale nie był jej potrzebny. Zarówno wózek, jak i okulary doradziła jej córka, prawniczka z Berlina. Podczas procesu było bardzo gorąco, więc w pewnym momencie wstałem, żeby zdjąć marynarkę. Irmgard Furchner zdjęła okulary i na kilka sekund utkwiła we mnie wzrok. Wtedy przeszedł mi po plecach zimny dreszcz.

Podczas procesu nie przyznała się do winy. Zarzut, że dopuściła się pomocy w okrutnym mordowaniu więźniów, uznała za bezpodstawny. Dostała dwa lata w zawieszeniu, ale ze względu na wiek wróciła do domu spokojnej starości.

Za co ją skazano?

Za współudział w zamordowaniu ponad 11 tys. osób. Gdy transporty wiozły kolejnych więźniów, spokojnie je obserwowała, po czym wracała do pielęgnowania znajdującego się na terenie obozu pięknego ogrodu pełnego kwiatów. Do pracy w obozie została bardzo skrupulatnie wybrana podczas długiej selekcji ze względu na cechy charakteru. Co ciekawe, 50 kolejnych lat po wojnie przepracowała w zawodzie stenotypistki w szpitalu w Szlezwiku-Holsztynie. Robiła tam dokładnie to samo co w obozie, czyli zapisywała nazwiska pacjentów i segregowała je.

Zobacz wideo Jak uzależniają się kobiety?

Wśród kobiet III Rzeszy na osobny rozdział zasługuje Gertrud Scholtz-Klink zwana nadkobietą.

Gertrud Scholtz-Klink była zaufaną Himmlera. Jako oficjalna przywódczyni Kobiet Rzeszy do końca życia wierzyła w narodowy socjalizm. W 1987 roku, gdy dowiedziała się, że umarł Rudolf Hess, dostała ataku histerii. Była bezwzględną karierowiczką. Doprowadziła do sterylizacji swojej głównej rywalki politycznej, która podobnie jak ona lubiła seks i nocne życie. A sterylizacja w tamtych czasach była okrutnym zabiegiem, który polegał na otwarciu skalpelem podbrzusza i wycięciu znacznej części narządów kobiecych.

Gertrud Scholtz-Klink brała udział w obronie Berlina i przeżyła ją, a po wojnie zamieszkała w RFN. W ogóle nie została wykluczona z życia publicznego. Uczestniczyła w debatach o nazizmie i dowodziła, że nie był on niczym złym. Jej książka pod tytułem "Kobieta III Rzeszy"  świetnie się sprzedała. Nigdy nie została pociągnięta do odpowiedzialności, bo przez całą wojnę znajdowała się w wąskim gronie najważniejszych osób w państwie.

Scholtz-Klink szybko pięła się po stopniach kariery wśród nazistowskich elit. Na zdjęciu podczas spotkania z okazji pierwszej rocznicy działalności NSDP w Generalnym Gubernatorstwie, 1941 rok (Materiały wydawcy)

Natrafiłeś też na mniej znane, ale równie poruszające przypadki. Możesz o nich opowiedzieć?

Zbierając materiały do książki, poznałem historię 17-letniej Niemki, która uczyła gry na skrzypcach córkę mieszkającego w Berlinie małżeństwa Brytyjczyków. Zaszła w ciążę, co dla Anglików było nie do pojęcia. Poinformowali ją więc, że nie będzie już mogła przychodzić do ich córki. Krótko potem wezwano ich na gestapo. Usłyszeli, że stali się wrogami III Rzeszy.

Trafiłem także na bardzo ciekawy zawód urzędniczki z biura odzyskiwania mienia III Rzeszy. W 1943 roku kobiety stanowiły prawie 80 proc. personelu tego urzędu. Zajmowały się wywłaszczaniem Żydów i przekazywaniem ich gestapo. W praktyce wyglądało to tak: gdy żydowska rodzina opuszczała mieszkanie, wchodziła do niego właśnie taka urzędniczka. Miała niewiele czasu, by ocenić, które meble i sprzęty zostają dla nowych, aryjskich właścicieli, a które przepadają na rzecz III Rzeszy. Po urzędniczce wchodziła komorniczka, która te rzeczy wyceniała, a potem protokolantka. Gdyby nie te kobiety, Rzesza nie mogłaby tak sprawnie wysłać właścicieli tych mieszkań do gazu. Uważam, że kobiety te odegrały ważną rolę w procesie ludobójstwa.

Jakie motywacje miały kobiety pracujące dla III Rzeszy? Czy tylko finansowe?

Wiele z nich to były autentyczne nazistki wychowane w duchu narodowego socjalizmu. Nie miały innych punktów odniesienia, kierowały się wyłącznie ideologią. Niektóre z nich chciały po prostu sprawnie funkcjonować w czasie wojny i zarabiać na utrzymanie swojej rodziny. Pamiętały jeszcze biedę wielkiego kryzysu lat 20., a służba dla III Rzeszy dawała im luksus stabilności finansowej. 

Odczuwały zatem wdzięczność wobec III Rzeszy?

Niektóre były zalęknionymi dziewczynami z prowincji, często bez wykształcenia. Na przykład wspomniana już przeze mnie Hermine Braunsteiner była niepiśmienna. Były posłuszne, czuły wdzięczność i nie przeszkadzało im, że zabijały lub przyczyniały się do zabijania. W Ravensbrück na przykład działał obóz szkoleniowy dla nadzorczyń obozowych, które później zasilały obozy koncentracyjne i obozy śmierci w całej Rzeszy. Te, które zostały w Ravensbrück, mieszkały na osiedlu w pobliżu obozu. Nie musiały, tak jak w czasach kryzysu, mieszkać w jednym pokoju z kilkoma innymi osobami. Miały własne mieszkania. To było bardzo dużo. Zakwaterowano je tam razem z dziećmi. Gdy wychodziły do pracy, maluchami zajmowały się wyselekcjonowane więźniarki. Ponieważ był to obóz pełen niezwykle wykształconych kobiet, można powiedzieć, że niektórym z tych dzieci trafiły się najlepsze opiekunki, jakie mogły sobie wymarzyć. Mądre i uważne, często Polki.

Kobyła z Majdanka. Jedyne zdjęcie Hermine Braunsteiner w mundurze SS-Gefolge (Państwowe Muzeum na Majdanku)

Dotarłeś do wspomnień tych dzieci? Jakie to były matki?

Bardzo dobre, jakkolwiek to zabrzmi. Nie wszystkie były potworami. Ich dzieci w większości wyrosły na bardzo porządnych ludzi. Wielu z nich do dziś odwiedza obóz, by pokazywać turystom z całego świata, jak wyglądało ich życie. Dopiero po wojnie zrozumieli, że to nie było normalne, że mieszkali w miejscu, gdzie ciągle słyszeli krzyki.

W jaki sposób je szkolono do pracy w obozach?

Wchodząc na teren obozu, zamieniały się w brutalne strażniczki. Z relacji polskich kobiet, które były więzione w Ravensbrück, wynika, że już włożenie munduru wprowadzało w rolę. Dawało pewność siebie. Kazano im to robić bardzo szybko. Nie pozwalano im myśleć. Miały się nie zastanawiać, nie przypominać sobie o żadnych etycznych zasadach. Wiele z nich nie miało wcześniej na sobie tak eleganckiego ubrania, więc w mundurach świetnej jakości błyskawicznie wcielały się w role bezwzględnych strażniczek. Poddawano je jednak również wielostopniowym szkoleniom.

Czegoś się bały?

Przede wszystkim bały się tego, że więźniarki im uciekną, a one będą miały z tego powodu ogromne kłopoty. Więźniarka mogła umrzeć, ale uciec już nie. Bały się też, że gdy więźniarki będą źle pracowały i to one zostaną przeniesione do innego obozu, na przykład do Auschwitz. A tam nie będzie im już tak wygodnie, bo obóz pod Krakowem również wśród personelu pomocniczego SS uchodził za anus mundi, miejsce, w którym otworzyła się otchłań piekła na ziemi.

Wreszcie, ale to już pod koniec wojny, bały się, że do obozu wkroczą Sowieci i będą je gwałcić. Czy brały pod uwagę to, że kiedyś poniosą odpowiedzialność za swoje czyny? Trudno mi powiedzieć. Te, które trafiły przed sąd, do niczego się nie przyznawały. Alianckie sądy nazywały mściwymi trybunałami. Po latach 80. jest tak samo: ostatnie rozprawy nie pokazują, że czas może cokolwiek zmienić. Mamy do czynienia ze starcami pozbawionymi cienia skruchy i autorefleksji. Mówią: "Mszczą się na mnie, bo wygrali wojnę".

Wśród tych kobiet była jedna, która uratowała wiele więźniarek nazistowskich obozów. 

Masz na myśli Johannę Langefeld, nadzorczynię w obozach koncentracyjnych w Lichtenburgu, Ravensbrück i Auschwitz-Birkenau. Kiedyś zobaczyła, że prowadzą do gazu 13-letnią dziewczynkę, i powiedziała: nie. Uratowała od śmierci też wiele dorosłych więźniarek.

Po II wojnie światowej trafiła do więzienia przy Montelupich w Krakowie, ale uniknęła kary. Byłe polskie więźniarki z Ravensbrück, które pamiętały ją jako wyróżniającą się pozytywnie na tle pozostałej części personelu obozowego, przekupiły personel więzienia. Johanna Langefeld została uwolniona 24 listopada 1947 roku. Strażnicy po prostu potajemnie otworzyli jej bramę do wyjścia. Johanna Langefeld była jasnym światełkiem wśród tego ogromu zła.

Marek Łuszczyna. Rocznik 1980. Reporter, pisarz, finalista Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki. Autor bestsellerowych książek: "Igły. Polskie agentki, które zmieniły historię", "Zimne. Polki, które nazwano zbrodniarkami" oraz "Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne". 

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z odważnymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.