Rozmowa
(fot. Shutterstock.com)
(fot. Shutterstock.com)

Skąd ci się wzięły  bobry?  

Zacznijmy od tego, że książki o bobrach miało nie być. 

Jak to? 

W zawodzie dziennikarza jest zwykle tak, że wszędzie widzi się temat na artykuł. Kiedy tylko coś cię zainteresuje, pojawia się myśl: a może coś o tym napiszę? Z bobrami miało być inaczej, bobry miały być wolne od deadline’ów, wywiadów do spisania, zawodowych celów. Miały być wyłącznie odskocznią od codzienności, bohaterami krajoznawczych wycieczek po bliskich okolicach Warszawy. A znalazłem na nie czas, bo wybuchła pandemia i zamiast jeździć za granicę i zbierać materiał do innej planowanej książki, musiałem, jak my wszyscy, zostać w domu. 

Ale dlaczego bobry? A nie lisy czy rysie? 

Gdy zbierałem materiał do "Kiczer", mojej drugiej książki, przez ponad dwa lata non stop jeździłem w Bieszczady. To imponująca przestrzeń, pełna starych lasów. Masz świadomość, że przebywasz na terenie największych drapieżników w Polsce – rysi, wilków, niedźwiedzi. I potem wracasz na Mazowsze, do naszych poczciwych sośnin rosnących na piachach. Krótko mówiąc, brakowało mi tamtych bieszczadzkich emocji.  

Które zapewniły ci bobry? 

W pewnym sensie tak. Postanowiłem znaleźć jakiegoś bohatera, którego będę mógł obserwować, dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Żeby to moje łażenie miało jakiś zbożny cel. Wbrew pozorom bóbr nie jest trudnym obiektem do obserwacji, wystarczy wiedzieć, gdzie mieszka. Jest zasiedziały, nie trzeba go godzinami tropić. To wyjątkowo łatwy gatunek do bliższego poznania.  

Z czasem, im więcej łaziłem i im więcej się o bobrach dowiadywałem, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że opowieść o nich jest bardzo aktualna i wiele mówi o naszym świecie. W dodatku to historia spektakularnego sukcesu reintrodukcyjnego, czyli taka, jakie lubimy – z happy endem. Dzisiaj bobry są wszędzie, ale latach 60. i 70. XX wieku, żeby zobaczyć bobra, trzeba było wiele szczęścia lub uporu. Tymczasem pół wieku później ty popijasz sobie piwko na bulwarach wiślanych, a tuż obok ciebie bóbr gryzie wierzbę. Co wydarzyło się pomiędzy? 

Nie wytrzymałeś i napisałeś o tym duży reportaż do "Pisma". 

I myślałem, że na tym się skończy. W trakcie zbierania materiałów natknąłem się na ciekawą książkę o bobrach – "Eager" Bena Goldfarba. Napisałem do Moniki Sznajderman, mojej wydawczyni z Czarnego, z sugestią, że może warto byłoby ją wydać po polsku. Monika odpisała, że już o niej myśleli, ale uznali, że jest zbyt amerykańska, że woleliby coś z polskiego podwórka. Pod wpływem impulsu zadeklarowałem, że ja to zrobię. Przecież dwiema nogami siedziałem już w temacie, konspekt mogłem napisać na kolanie, bo wszystko miałem w głowie. Półtora roku później ta bezinteresowna fascynacja stała się książką. Uważam, że najfajniejszą z tych, które do tej pory napisałem.  

Dlaczego? 

Bo mam poczucie, że jak ktoś pozna bobry choć w połowie tak dobrze jak ja, to na pewno zapała do nich sympatią, co być może przełoży się na zmianę stosunku do tych zwierząt.  

Musiało minąć dużo czasu, zanim człowiek zaczął doceniać bobry nie za to, jakie mają futerka, ale za to, co robią dla przyrody.  

Przez wieki bóbr traktowany był jak surowiec. Zarówno ten nasz, europejski, Castor fiber, jak i amerykański, Castor canadensis. Powody, dla których populacje obu gatunków zaczęły się kurczyć, były więc podobne. Nie wynikało to jednak z wrogości, ale z tego, że zwierzę było, jak powiedziałaś, bardzo przydatne. Można je było w całości spożytkować – mięso nadawało się do jedzenia. Przez literaturę wędruje plotka, że w średniowieczu Kościół uważał je za danie postne.  

Na bobry tak skutecznie polowano, że stały się jednym z pierwszych gatunków, które na ziemiach polskich objęto ochroną (Shutterstock.com)

Dlaczego? 

Bo bóbr to – jak ryba – zwierzę wodne, którego ogon pokryty jest czymś, co przypomina łuski. 

Sprytnie. 

Futro bobra jest ciepłe i wodoodporne. Surowcem było też kastoreum – nazywane bobrowym strojem. To wydzielina z gruczołów usytuowanych przy odbycie, której na początku przypisywano znaczenie w medycynie naturalnej i traktowano jak afrodyzjak, a w czasach bliższych nam wykorzystywano w przemyśle perfumeryjnym jako wzmacniacz zapachów. 

Na bobry tak skutecznie polowano, że stały się jednym z pierwszych gatunków, które na ziemiach polskich objęto ochroną. To było bodaj już za Bolesława Chrobrego. Tę ochronę miał zapewnić powołany przy władcy urząd bobrowniczego, urzędnika pilnującego, by populacja bobra miała się dobrze. 

Chrobry ekologicznym aktywistą? 

Nie do końca. On i kolejni władcy chcieli mieć pewność, że nie zabraknie im zwierząt do polowań.   

Rozczarowanie. Z drugiej strony przydałby się taki urząd bobrowniczego dzisiaj. Tylko powinien mu przyświecać inny cel.  

Ale on istnieje, tylko nie jest niesformalizowany. W pewnym sensie sprawują go aktywiści, wolontariusze, którzy na wylot znają siedliska bobra i angażują się w ochronę tych miejsc i rozwiązywanie konfliktów na linii człowiek–bóbr.  

Pierwsze przejawy wyraźnej świadomości ekologicznej odnotowujemy dopiero w XX wieku, w międzywojniu. Naukowcy uznali, że wypadałoby zinwentaryzować faunę odrodzonej Polski i zadbać o przywrócenie rodzimych gatunków, które w międzyczasie wyginęły. Okazało się, że bobry żyją już tylko w dorzeczu dolnego Niemna, na ziemiach należących do Radziwiłłów. Nawet jeżeli populacja ta przetrwała wojnę, to przesunięcie granic sprawiło, że obszary, na których występowała, przestały być polskie, a stały się radzieckie.  

Bardzo więc możliwe, że był okres, w którym bobrów na terenie naszego kraju nie było wcale. Nie jesteśmy jednak w stanie tego zweryfikować na sto procent.  

Zwierzęta nie rozumieją, czym są granice państw. I gdy po wojnie Rosjanie zaczęli odbudowywać swoją populację bobrów i dosiedlać tereny obecnej Litwy i Białorusi, bobry w sposób naturalny zaczęły migrować i do nas. 

Dokładnie. I to była jedna z form reintrodukcji. Naturalna. W latach 60. zaczęto się zastanawiać, jak jeszcze można pomóc temu bobrowi się rozmnożyć. Na Mazurach, w Popielnie, powołano hodowlę fermową na terenie stacji badawczej Polskiej Akademii Nauk. Do końca jednak nie wiemy, czy powody jej utworzenia były aż tak szlachetne. 

Na wolności bobry żyją w rozlewiskach, a więc w miejscach, gdzie jest więcej wody niż lądu (Shutterstock.com)

To znaczy? 

Bardzo możliwe, że chodziło o to, żeby sprzedawać futro bobrów za granicę. Było ich w Europie tyle co kot napłakał, futro miało potencjał handlowy. Czy tak było rzeczywiście, tego się nie dowiemy, bo ojciec założyciel tej hodowli, Wirgiliusz Żurowski, od lat nie żyje. Jeden z byłych pracowników stacji w Popielnie przekonywał mnie jednak, żebym nie doszukiwał się w tych działaniach jakiegoś szlachetnego rozmysłu. Mówił, że hodowla po prostu tak im się rozwinęła, że w pewnym momencie nie wiadomo było, co z tymi zwierzętami robić. Co roku rodziły się młode, zaczynało brakować miejsca, więc dorosłe bobry wpuszczano do okolicznych jezior. A gdy zrobiło się ich naprawdę dużo, stwierdzono, że może warto byłoby rozproszyć je po kraju. 

Stacja z Popielna połączyła więc siły z suwalskim oddziałem Polskiego Związku Łowieckiego i tak w latach 70. rozpoczął się proces przesiedlania bobrów na dużą skalę. W międzyczasie na Suwalszczyźnie pojawiło się dużo bobrów ze Wschodu, więc podaż była spora. Do całej akcji dołączył w kolejnej dekadzie Instytut Zoologii Stosowanej Akademii Rolniczej w Poznaniu, w którym działał prof. Ryszard Graczyk, również człowiek bardzo zasłużony dla reintrodukcji bobra w Polsce. Ośrodki się podzieliły – Popielno i Suwalszczyzna zajęły się zasiedlaniem dorzecza Wisły, Poznań – Odrą i jej dopływami.  

Polski Związek Łowiecki ratował bobry? 

PZŁ miał środki, ludzi i sprzęt, a Popielno know-how. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu środowisko łowieckie wyglądało zupełnie inaczej niż dzisiaj – ludzie pracujący w naukach przyrodniczych bardzo często byli także myśliwymi. Wirgiliusz Żurowski, szef stacji w Popielnie, również polował. Bardzo możliwe, że przekonał Związek do zaangażowania się w projekt argumentem, że jeżeli bobra znów będzie w Polsce dużo, to będzie można do niego strzelać. W międzyczasie zwierzę przestało być atrakcyjnym trofeum łowieckim. Nikt już nie nosił futer, a żeby upolować bobra, trzeba było się namęczyć i pomoczyć. Mało kto je bobrzynę, a z zębów nie zrobimy już żadnych narzędzi, bo po co? Nigdy też nie zdjęto z bobrów prawnej ochrony gatunkowej.  

Bobry są do siebie bardzo przywiązane. Łączą się w pary na całe życie (Shutterstock.com)

Przyznam, że moje ulubione fragmenty książki to te, w których opowiadasz o odławianiu bobrów i przenoszeniu ich w nowe miejsca. Podziwiam cierpliwość osób zaangażowanych w projekt! 

Odławianie bobra to zajęcie wyjątkowo niewdzięczne. Na wolności żyje w rozlewiskach, a więc w miejscach, gdzie jest więcej wody niż lądu, i gdy tylko zarejestruje obecność człowieka, od razu chowa się pod wodę albo znika w norze czy żeremiu. Odłowienie kilku bobrów zajmowało na początku nawet dwa–trzy tygodnie. Kolejne czynności też były pracochłonne i czasochłonne. Opowieść o wpuszczeniu tych zwierząt do Kampinoskiego Parku Narodowego to przede wszystkim opowieść o ich późniejszym poszukiwaniu, by zweryfikować sukces akcji. Piotr Topiński, zootechnik, odpowiedzialny za wsiedlanie bobrów do puszczy, w książce "Kampinoskie bobry" pisał: dwa lata oczekiwałem na bobry, łapanie zwierząt trwało tydzień, transport i wypuszczenie – pół dnia, a szukanie – ponad rok. 

Rozbroiła mnie historia bobrów spadochroniarzy. 

To akurat z Ameryki lat 40. XX wieku. Niejaki Scotty Heter uznał, że po co wozić bobry wozami po wyboistych drogach – będzie to męczące i dla nich, i dla koni – skoro można je spuścić z powietrza. Wkładano bobry do skrzyni w kształcie walizki, wywiercano w niej kilkadziesiąt dziur wentylacyjnych, następnie przymocowywano ją do spadochronu. Skrzynie otwierały się dopiero po uderzeniu o ziemię. Podobno tylko jeden bóbr nie przeżył takiego lotu.  

W Polsce przesiedlenia nie były aż tak spektakularne, ale może to i lepiej. Weźmy przykład bieszczadzki: pracownik Bieszczadzkiego Parku Narodowego jechał cały dzień na Suwalszczyznę, gdzie czekały na niego odłowione już bobry. Pakował je do samochodu i niemal bez postojów wracał w góry, by jak najszybciej wypuścić zwierzęta w nowym miejscu. To wszystko wymagało naprawdę dużego poświęcenia.  

Trochę żal mi było tych bobrów, które zabierane były ze swojego miejsca. 

Tym bardziej że na początku rozbijano rodziny. A wiadomo, że bobry są do siebie bardzo przywiązane. Łączą się w pary na całe życie. Młody bóbr opuszcza bliskich i idzie na swoje dopiero w trzecim roku życia. Niestety, osoby, które zajmowały się odławianiem bobrów, uczyły się tej roboty niemal od zera. Musiało minąć trochę czasu, zanim zaczęto odławiać całe rodziny.  

Na potrzeby swojej książki spotykałeś się i rozmawiałeś z rzeszą ludzi, lecz jeszcze więcej czasu upłynęło ci wśród zwierząt. Czy jakiegoś spotkania z bobrem nigdy nie zapomnisz? 

Wszystkie są niezapomniane, każde na swój sposób wyjątkowe. Ptasiarze mają birdwatching, a ja na własne potrzeby utkałem termin bóbrwatching. Bóbrwatching nigdy się nie nudzi. Choć ważne, by zachować balans między potrzebą zaspokojenia własnej ciekawości a świętym spokojem tych zwierząt. Obserwowanie bobrów kończy się w momencie, w którym cię zauważą – bóbr chlapnie ogonem i się schowa. Trochę czasu minie, zanim znów poczuje się bezpiecznie i wypłynie na powierzchnię. Nie dotyczy to oczywiście miejsc, w których bobry są tak przyzwyczajone do ludzi, że nic sobie nie robią z ich obecności. Mówię choćby o nadwiślańskich plażach w sercu Warszawy.  

Jednak najfajniejsze w bóbrwatchingu jest to, że nie chodzi wyłącznie o gryzonie. Obiektem obserwacji może być wszystko dookoła. Tam, gdzie są bobry, jest dwa razy więcej życia niż w miejscu ich pozbawionym. Bobrowe rozlewiska to epicentra bioróżnorodności. Bobry dają przestrzeń życiową rybom, płazom, owadom, ptakom, ssakom i całej masie roślin wodnych.  

 Bo tam, gdzie są bobry, zieleń jest bujna, różnorodność gatunkowa ogromna. Stanowiska bobrowe tak zarastają roślinnością, że czasem trudno jest się przez nią przedrzeć. Dlatego najlepszym okresem na obserwowanie bobrów jest kwiecień–maj, przed bujną wegetacją, gdy jeszcze nie jest tak zielono. Dzień jest za to już na tyle długi, że rytm dobowy bobra zaczyna pokrywać się z naszym. Najlepiej odwiedzać bobrowe stawy przed zmierzchem, kiedy zwierzęta wychodzą z żeremi i nor do pracy i w poszukiwaniu pożywienia, lub nad ranem, kiedy kończą pracowitą noc. Obserwowanie tak różnorodnych przejawów świata przyrody jest fajniejsze niż najlepszy serial na Netfliksie. I do tego jest zupełnie za darmo.  

Spodziewałam się, że w książce o bobrach będzie przede wszystkim o tym, jak to człowiek krzywdzi te zwierzęta, bo w jego mniemaniu to szkodniki. Tymczasem o konfliktach między człowiekiem i bobrem piszesz stosunkowo niewiele. 

Znajoma, która czytała książkę przed premierą, też była bardzo zdziwiona, że to taka optymistyczna opowieść. Współczesna relacja człowieka i bobra jest oczywiście burzliwa i pełna przykrych wątków, one też pojawiają się w mojej książce, ale skoro opowiadam o "zmartwychwstaniu bobra", to wydźwięk siłą rzeczy będzie pozytywny.   

Zależało też mi na tym, by puentą nie było sugerowanie, że choć odnieśliśmy ogromny sukces reintrodukcyjny, to i tak zaraz wszystko spieprzymy. Bo sorry, Polsko, ale bóbr nigdzie sobie stąd nie pójdzie. Jasne, jak ktoś się uprze, to może spędzić całe swoje życie na wojowaniu ze zwierzęciem, które ścina drzewa, bo buduje z nich dom. Ale to nie sprawi, że bobry się z Polski wyniosą albo że zaczną się zachowywać inaczej. Lepiej rozmawiać o tym, jak zbawienny mają wpływ na przestrzeń, w której żyją. Jak gromadzą wodę, z której i my, ludzie, możemy korzystać. Jak wiele jest sposobów na pokojową koegzystencję. Zamiast niszczyć stanowiska bobrów, denerwować się, że zwierzę wchodzi na posesję i gryzie drzewa, lepiej wykazać się odrobiną dobrej woli.  

Bobrowe rozlewiska to epicentra bioróżnorodności. Bobry dają przestrzeń życiową rybom, płazom, owadom, ptakom, ssakom i całej masie roślin wodnych (Shutterstock.com)

A jak rzeczywiście bobry uprzykrzają życie? 

Wtedy warto zwrócić się po pomoc do kogoś, kto się na bobrach zna. Kto zasugeruje bezkrwawe i skuteczne rozwiązanie. Choćby do ludzi ze Stowarzyszenia Nasz Bóbr. Być może wystarczy jedynie owinąć pnie drzew siatką lub załatać ogrodzenie działki, żeby zwierzęta na nią nie wchodziły. A może trzeba będzie zrobić krok w tył, by zostawić im trochę przestrzeni. Tej, którą tak brutalnie zabraliśmy, gdy ich nie było.  

Jak piszesz w książce: podstawowy problem z bobrami jest właśnie taki, że robią wszystko za darmo. 

Nie wystawiają faktur, nie biorą dotacji. I tym samym nie zasilają produktu krajowego brutto. Bo jak coś jest za darmo, retencja robi się sama, to nikt na tym nie zarobi. Ani planujący, ani operator koparki. To smutna puenta, która wiele mówi o naszym świecie.  

Jako państwo powinniśmy spojrzeć na bobra inaczej: nie jak na szkodnika – bardzo nie lubię tego słowa – ale jak na źródło wielu korzyści. Również ekonomicznych. Skoro bóbr skutecznie retencjonuje wodę, której tak nam potrzeba, to czemu nie płacić rolnikowi za to, że trzyma na swoim terenie bobry? Bo żeby bóbr mógł robić dla naszej planety najlepszą robotę z możliwych, najlepiej dać mu po prostu święty spokój.

Adam Robiński (Fot. Marta Filipczyk)

Adam Robiński (ur. 1982). Autor książek i dziennikarz związany m.in. z „Życiem Warszawy", „Rzeczpospolitą", „National Geographic Polska", „Tygodnikiem Powszechnym" i miesięcznikiem „Pismo". Za debiutanckie „Hajstry" oraz za drugą książkę „Kiczery" otrzymał kilka nagród i nominacji do nagród literackich i podróżniczych. W „Pałacach na wodzie" przygląda się relacjom między ludźmi a bobrami. Zajmuje się pisaniem o przyrodzie oraz wszystkim, co dzieje się na styku natury i sztuki. Mieszka w Warszawie, krąży po całej Polsce. Jest certyfikowanym przewodnikiem po Kampinoskim Parku Narodowym. 

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. W mediach od 2011 roku. W redakcji magazynu Weekend od 2019 roku. Współautorka zbioru reportaży "Przewiew". Jedna z laureatek konkursu "Uzależnienia XXI wieku" organizowanego przez Fundację Inspiratornia. Jeśli chcesz się podzielić ze mną swoją historią, napisz do mnie: ewa.jankowska@agora.pl.