Rozmowa
Tomasz Raczek (Fot. Roman Bosiacki / Agencja Wyborcza.pl)
Tomasz Raczek (Fot. Roman Bosiacki / Agencja Wyborcza.pl)

W pandemii wiele osób zaczęło publikować w mediach społecznościowych recenzje filmów czy seriali. Parafrazując Koterskiego: wszyscy jesteśmy krytykami? 

Coś w tym jest, że krytycy przestali być tak bardzo potrzebni. W większym stopniu niż dawniej naszą rolę widzę w pokazywaniu niż ocenianiu. W nadmiarze filmów i seriali – które traktuję dziś na równi – potrzebna jest pomoc, żeby sobie stworzyć własny zestaw. 

'W drugiej połowie XX wieku o kinie mówiono, że to jest dziesiąta muza. Później wlało się do niego nasze życie nowoczesne. Z rozbłyskującymi na widowni komórkami. Chodzę do kina, ale wolę oglądać filmy w domu' (Fot. Dominik Sadowski / Agencja Wyborcza.pl)

10 lat temu producent "Kac Wawy" chciał panu wytoczył proces za negatywną recenzję jego filmu.  

Doszedł do wniosku, że tak bardzo wpłynąłem na wyobraźnię widzów, że zrezygnowali z pójścia do kina. To było dla mnie oczywiście bardzo pochlebne. 

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Do procesu nie doszło, a o panu pojawiają się opinie, że – głównie za sprawą medytowania – pan złagodniał. Nazywa się pan kinoterapeutą. Woli pan oglądać filmy w kinie czy w domu? 

W drugiej połowie XX wieku filmy traktowano jak dzieła sztuki, a o kinie mówiono, że to jest dziesiąta muza. Później wlało się do niego nasze życie nowoczesne. Z rozbłyskującymi na widowni komórkami. Chodzę do kina, ale wolę oglądać filmy w domu. Nie do końca zgadzam się z pędem do doskonałości, z przekonaniem, że ekran musi być jeszcze lepszy i jeszcze większy. Już nie mówiąc o kinach 5D, gdzie tryskają perfumy, puszczają wiatr, trzęsą fotelami – to jarmarczna rozrywka. Podobnie widowiska będące popisem możliwości technicznych nie są filmami, które cenię najbardziej.  

A jakie pan ceni najbardziej? 

Trafiające do środka, zmuszające do myślenia, wyrywające ze mnie emocje, na które nie miałem wcześniej czasu czy odwagi. 

Takie kino zdecydowanie i ja wolę oglądać w domu. 

Ja też. Ewentualnie w kinie studyjnym.

Pod koniec XX wieku wydawało się, że najważniejszym elementem rozwoju filmu będzie jakość. XXI wiek przyniósł rewolucję. Dziś królem jest mobilność. Najważniejsze okazało się, żebyśmy mieli kino zawsze pod ręką – tam, gdzie mamy chęć i czas, żeby obejrzeć film. 

A czy kiedy pan ogląda filmy i seriale, to wciąż przeszkadza panu, gdy czytają je lektorki? 

Nie wyobrażam sobie filmu przyrodniczego, którego nie czytałaby Krystyna Czubówna, natomiast bardzo rzadko lektorki czytają filmy fabularne.  

'Lektorka przy westernie czy Quentinie Tarantino? To musiałaby być wyjątkowa osobowość i nie wykluczam, że taka może się pojawić' (Fot. Shutterstock.com)

Zaczynają czytać! 

Nawet o tym nie wiedziałem, pewnie dlatego, że z założenia nie oglądam filmów fabularnych z lektorem. 

Nie odpuszczę panu tego tematu. Zrobiło mi się przykro, kiedy przeczytałam, że Tomasz Raczek nie jest w stanie się przemóc i oglądać filmów i seriali, które czytają kobiety. To krok w kierunku równouprawnienia! Czy "Thelmy i Louise" nie powinna czytać kobieta? 

Szczerze pani odpowiedziałem, że nie lubię czytania filmów i w sumie wszystko mi jedno, czy czyta kobieta, czy mężczyzna. Natomiast trafiła pani w dziesiątkę z tym pomysłem: akurat "Thelmę i Louise" świetnie sobie wyobrażam czytaną przez lektorkę.  

Czyli nie ma pan nic przeciwko temu, by lektorki czytały filmy. 

Może wiele zależy też od rodzaju filmu? Lektorka przy westernie czy Quentinie Tarantino? Aczkolwiek może się znaleźć głos kobiecy, który będzie tu pasował. To musiałaby być wyjątkowa osobowość i nie wykluczam, że taka może się pojawić. 

Na pewno pan pamięta pierwszy film, który pana olśnił? 

Jako dziecko chodziłem na Poranki do kina Wisła i pamiętam, że jak wracaliśmy z mamą tramwajem, zawsze prosiłem, żeby mi opowiedziała film, który przed chwilą obejrzeliśmy. Już wtedy czułem, że połowa ostatecznego wrażenia zależy od widza. Od tego, co chcemy lub co potrafimy zobaczyć. A to z kolei wynika z naszej wrażliwości, erudycji, poczucia humoru, wielu innych rzeczy.

Mama dobrze opowiadała filmy: zauważała dużo szczegółów. No ale filmy dziecięce gdzieś mi uciekły. Najbardziej zapamiętałem z tego okresu "Długie łodzie Wikingów". I scenę, którą w nim zobaczyłem: jeniec był sadzany na liczący kilkadziesiąt metrów drewniany, spadający ostro w dół grzbiet, który wyglądał jak brzytwa. Biedak zjeżdżał po nim i lądował na dole w dwóch kawałkach.  

Pozostając przy olśnieniach: dla mnie był to sposób, w jaki Zygmunt Kałużyński oraz pan rozmawialiście o kinie w "Perłach z lamusa". Byliście przyjaciółmi? 

Im więcej mijało lat, tym bardziej z ostrego dyskutanta przechodziłem na pozycję kogoś, kto się Zygmuntem opiekował. Zawsze przed nagraniem pytałem: "Zygmunt, co przyniosłeś do studia?". Bo on zawsze przynosił fanty związane z filmem, o którym rozmawialiśmy: jakiś komiks, zegar z kukułką, talię kart, filiżankę z miśnieńskiej porcelany. Długo je kompletował, pożyczał, a potem przynosił w brudnej reklamówce. Starałem się tak prowadzić rozmowę, żeby miał okazję je wszystkie pokazać, bo jeśli mu się to nie udało, był nieszczęśliwy. Zależało mi, żeby ten jego teatr ocalić, nawet kiedy już zapominał, co ze sobą przyniósł.

Czy byliśmy przyjaciółmi? Podczas kręcenia filmu biograficznego "Pół życia w ciemności" zapytałem go między innymi, czym dla niego jest przyjaźń. "To się po prostu wie, gdy ma się przyjaciela. Na przykład ja uważam, że ty jesteś moim przyjacielem". To było niesłychanie piękne i wzruszające. 

'Zygmunt od pewnego momentu traktował mnie jak syna. Nauczył mnie wielu rzeczy. Najważniejszą chyba jest nieugiętość w obronie swojej wolności' (Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl)

Jaka jest najważniejsza rzecz, jakiej pana nauczył? 

Zygmunt od pewnego momentu traktował mnie jak syna. Nauczył mnie wielu rzeczy. Najważniejszą chyba jest nieugiętość w obronie swojej wolności. Uczył mnie, że w żadnym wypadku nie należy godzić się na ograniczenia, towarzyskie lub polityczne ustępstwa, na cenzurę. Bardzo dyskretnie naprowadzał mnie także na coming out. Chociaż nigdy mi nie powiedział expressis verbis, że powinienem to zrobić. 

Pan również nie mówi innym, że powinni to robić.  

Bo to musi być bardzo osobista decyzja każdego zainteresowanego, podjęta we właściwym dla niego momencie – gdy jest już na to gotowy.  

Wyoutował się pan w 2007 roku, między innymi żeby pokazać, że jednopłciowy związek – wbrew stereotypom – może być trwały. Pański trwa już ponad ćwierć wieku. 

Zrobiłem to pod wpływem buntu, jaki wywołał we mnie wcześniej Lech Kaczyński. Gdy był prezydentem Warszawy, zakazał organizacji Parady Równości.  

W 2020 roku porównywał pan polityczną nagonkę na osoby homoseksualne do Marca ’68. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co czuje człowiek, kiedy z ust prominentnych polityków słyszy, że jest ideologią albo że nie jest normalny.  

To było bardzo cyniczne działanie polityczne: podjudzanie jednych na drugich. Nikczemność.  

Cynizm cynizmem, ale jestem pewna, że pana i pana partnera tak po ludzku musiało to cholernie boleć. 

Oczywiście, że tak. W dziedzinie praw dla mniejszości mamy w Polsce w ostatnich latach ogromny regres. 

Trudniej by było PiS-owi robić to, co robi, gdyby pewne sprawy dotyczące wolności człowieka były zapisane ustawowo. Czy ma pan żal do PO, że tego nie zrobiła?  

Mam żal. Kiedyś zostałem zaproszony do kancelarii premiera przez Elżbietę Radziszewską, która była pełnomocnikiem ds. równości w rządzie Donalda Tuska.

Nawet nazwa urzędu – który był wydmuszką – była zapisywana w formie męskiej. 

Radziszewska chciała, żebym pomógł w nagłaśnianiu różnych projektów, którymi się zajmowała. Zapytałem: "A co pani minister chce zrobić w sprawie umożliwienia zawierania małżeństw jednopłciowych w Polsce?". "O tym nawet nie rozmawiajmy. Nie ma ku temu sprzyjającego klimatu politycznego". Zapytałem więc, czy nie sądzi, że jej rolą jest między innymi tworzenie takiego klimatu. Odpowiedziała, że są ważniejsze sprawy. Stwierdziłem wtedy, że do czasu, aż małżeństwa jednopłciowe nie staną się wystarczająco ważne, żeby się nimi zająć, nie będę pomagał pani minister, i wyszedłem. Mam gorzkie wspomnienie z tamtego spotkania. 

À propos tworzenia klimatu dla zmian obyczajowych – zachwyciła mnie świąteczna produkcja z Kristen Stewart "Happiest Season". Główna bohaterka ukrywa przed rodziną swoją orientację, a happy endem jest coming out. 

Jeśli idzie o polskie kino, to tematy kontrowersyjne z najwyższym trudem mogą uzyskać finansowanie z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Inaczej wygląda sprawa filmów czy seriali realizowanych na zamówienie platform streamingowych, takich jak Netflix, których centra zarządzania są za granicą. Tam takie kino może powstawać i to jest szansa, żeby udowodnić, że polscy widzowie chcą je oglądać. 

'Bardzo lubię obserwować, jak aktorzy reagują na zwycięstwo innych. To bardzo ciekawy psychologiczny test - kim są i na ile są w stanie zmusić się do zachowania klasy w chwili porażki' (Fot. Shutterstock.com)

Od razu mi przychodzi do głowy drugi sezon serialu "Rojst", w którym Magdalena Różczka wciela się w rolę policjantki lesbijki. Pięknie jest pokazana i miłość, i namiętność.  

Udało się uniknąć stereotypów i pokazać, jak bardzo różne potrafią być osoby homoseksualne. 

Przepiękny jest też film "Dziewczyna z portretu"! Takie produkcje odgrywają kolosalną rolę w uwrażliwianiu widzów. 

Kinoterapia ma ogromną moc otwierania nas na inność. Kiedy opowiadamy, co nas najbardziej poruszyło, odsłaniamy się.  

Powiedz mi, jaki jest twój ukochany film, a powiem, ci kim jesteś? 

Tak. Możemy opowiedzieć o sobie, mówiąc o filmie. W ten bezpieczny sposób wiele rzeczy możemy przetestować. Edukować naszych bliskich, po to żeby ułatwić im później zaakceptowanie prawdy o nas. A sobie ułatwić moment przejścia. 

Byłam zaskoczona, gdy przeczytałam, że w pewnym momencie życia dopadło pana takie przesilenie emocjonalne, że się pan dusił. 

Okazało się, że miałem nerwicę wegetatywną. 

Pan – człowiek, który żyje w magicznym świecie filmu. Wydawałoby się, że to powinno koić duszę! Ale może to nie ma nic do rzeczy. 

Ma! Prowadzę życie na bardzo wysokich obrotach, jeśli chodzi o korzystanie z emocji, wrażliwości. Dlatego medytuję, bo medytacja jest jednym z najskuteczniejszych sposobów, by wzmocnić psychikę i odnaleźć harmonię. 

Zobacz wideo Kino w czystej postaci, czyli czy pokłady kreatywności Ridleya Scotta nigdy się nie wyczerpią? [Popkultura]

Jest pan buddystą? 

Buddystą ateistą. Medytuję według reguły Vipassany, ustalonej przez Buddę, ale niemającej charakteru religijnego. W starożytnym języku palijskim Vipassana znaczy "widzieć rzeczy takimi, jakimi są". Podczas inicjacyjnego kursu przez 10 dni nie mówi się, nie czyta, nie pisze, nie słucha. Nie robi się niczego poza medytowaniem. Przez pierwsze trzy dni trzeba opanować gonitwę myśli. Przez następne trzy – umiejętność pozostawania w bezruchu. Obserwujemy wtedy wszystkie bodźce, które rejestruje nasze ciało. To powoduje wyostrzenie i oczyszczenie umysłu.  

Rozmawiamy chwilę przed Oscarami. Ogląda pan galę? 

Zarywam noce, oczywiście! Ja się tym przejmuję! (śmiech) Bardzo lubię obserwować, jak aktorzy reagują na zwycięstwo innych. To bardzo ciekawy psychologiczny test – kim są i na ile są w stanie zmusić się do zachowania klasy w chwili porażki.  

Czasem widać rozczarowanie. Kto jest pana faworytem w tym roku? 

Za rolę pierwszoplanową – chociaż nie bardzo wierzę, żeby jej się udało – Kristen Stewart za "Spencer". Nie będąc podobną do Diany, zagrała ją w sposób wiarygodny, ciekawy, pozostający w pamięci. Stworzyła piękną, ikoniczną postać. Jestem pełen podziwu dla jej osiągnięcia. Jeśli idzie o mężczyzn, to obstawiam Willa Smitha, który gra ojca sióstr Sereny i Venus Williams w filmie "King Richard. Zwycięska rodzina". 

Na mnie ten film zrobił takie wrażenie, że nawet mi się śnił! 

Na mnie też zrobił ogromne wrażenie. I film, i Will Smith. Pamiętam, jak zaczynał – jako aktor komediowy. Jak on dojrzał! Jak pięknie zagrał tę rolę! W powściągliwie doskonały sposób. Jestem pełen szacunku dla jego pracy nad sobą. 

Najlepszy film? 

Chciałbym bardzo – bo jest to film najbliższy mojemu sercu i najpiękniej według mnie zrobiony – żeby zwyciężyły "Psie pazury".  

'Jeśli idzie o mężczyzn, to obstawiam Willa Smitha, który gra ojca sióstr Sereny i Venus Williams w filmie 'King Richard. Zwycięska rodzina'. Jak on dojrzał! Jak pięknie zagrał tę rolę! W powściągliwie doskonały sposób' (Fot. Shutterstock.com)

Mam wrażenie, że dziś sporo osób bardziej ogląda, niż czyta. 

Ja też mam takie wrażenie. 

Trwa dyskusja, czy oglądanie wystarczy, by uczynić nas inteligentnymi.  

To bardziej skomplikowane. Zarówno oglądać, jak i czytać można byle co. Obserwowałem moją mamę, która kochała czytać. Uświadomiłem sobie, że w ostatnich miesiącach życia pojawiła się u niej łagodna demencja, gdy zaczęły się zmieniać książki na jej stoliku. Od biografii, od książek wyrafinowanych, poszukujących przechodziła do coraz prostszej literatury. Wreszcie zaczęła czytać tylko tanie schematyczne powieści o miłości. Następnym etapem, na którym się wszystko skończyło, był moment, gdy mama nadal chciała czytać, ale trzymała książkę do góry nogami. Tak więc uważam dyskusję o czytaniu i oglądaniu za bezcelową. Możemy mówić, że kochamy czytać, i czytać niewiele warte czytadła, ale "kochać kino", oglądając doskonałe i wyrafinowane filmy. Mam zresztą wrażenie, że w tej chwili więcej ciekawego dzieje się w kinie niż w literaturze.  

Jak pan myśli, co też siedzi w widzach, skoro najpopularniejszym serialem Netflixa był niesłychanie brutalny "Squid Game"? 

Cokolwiek bym pomyślał na temat widzów na podstawie tego, jakie wybierają filmy i seriale, to nie miałoby się w żaden sposób do tego, co myślę, gdy czytam ich komentarze.

To znaczy?

Mam luksus i szczęście, że pod moimi recenzjami na YouTubie najczęściej piszą fantastyczni ludzie. Czytam przepiękne opowieści pisane przez wrażliwych widzów. Prawie nie ma komentarzy głupich i prostackich, które spotykam w innych miejscach. Mówiąc prostackich, mam na myśli rozpanoszone zadowolenie z siebie i z tego, że nic nie wiem i nic nie rozumiem. Tu nie ma chęci dowiedzenia się więcej, pokory, potrzeby bycia lepszym. Tak rozumianego prostactwa jest bardzo dużo. I do niego właśnie, z całym cynizmem, często odwołują się politycy.   

W ten sposób odpowiedział pan na moje pytanie, czy każdy może być krytykiem. 

Nie każdy (śmiech), ale też nie ma takiej potrzeby, żeby każdy był krytykiem.  

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Tomasz Raczek. Krytyk filmowy, teatrolog, publicysta. Redaktor naczelny miesięcznika "Magazyn Filmowy". Prowadzi kanał "Wideorecenzje Tomasza Raczka" w portalu YouTube oraz cotygodniową audycję "Raczek Movie" w internetowym Radiu Nowy Świat. Rozpoznawalność przyniósł mu program telewizyjny "Perły z lamusa", w którym wraz z Zygmuntem Kałużyńskim recenzował najbardziej znane dzieła kinematografii. W 1986 r. został nagrodzony Wiktorem.

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim. Dziennikarka. W 2016 r. nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za wyemitowany w programie TVN „UWAGA!" materiał „Tu nie ma sprawiedliwości", o krzywdzie chorych na alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 r. do Nagrody im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL, które ukazały się w Weekend.gazeta.pl. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.