Rozmowa
Maciej Jakubowiak: Apokalipsa to taka podstawowa opowieść o świecie: że jest uporządkowany, ma jakiś uchwytny początek i koniec. A na tym końcu dobrzy zostaną nagrodzeni, a źli ukarani (Fot. Shutterstock.com)
Maciej Jakubowiak: Apokalipsa to taka podstawowa opowieść o świecie: że jest uporządkowany, ma jakiś uchwytny początek i koniec. A na tym końcu dobrzy zostaną nagrodzeni, a źli ukarani (Fot. Shutterstock.com)

Żyjemy w świecie, w którym wiadomości o tym, że zaczyna się czwarta fala pandemii, a nam zostało dziewięć lat na powstrzymanie katastrofy klimatycznej, przeplatają się z doniesieniami o tym, że za sześć lat na świat ma przyjść mamuciątko.   

Z jednej strony mamy mamuciątko z laboratorium, a z drugiej wiele gatunków zwierząt wymiera. Rzeczywistość bywa niejednoznaczna, a na pewno gęsta. Ale à propos mamuta, to w nieprzełożonej dotąd na polski trylogii science fiction "Green Earth" autorstwa Kima Stanleya Robinsona znalazłem podobny pomysł: pojawia się tam tur, polski bizon, odtworzony przez naukowców z materiału genetycznego.  

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie i niezawodne przepisy kulinarne - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Przyjrzałeś się temu, w jaki sposób opowieść o nadciągającym końcu świata towarzyszy ludziom od czasów biblijnych aż do dzisiaj. A dziś jest wręcz jednym z najatrakcyjniejszych motywów kultury, od filmów, książek i seriali po memy.  

Niektórzy badacze kultury współczesnej twierdzą, że mamy wręcz do czynienia z apocotainment, czyli aporozrywką. W ten nurt wpisują się na przykład filmy z gatunku postapo [postapokaliptyczne – przyp. red.]. Ich scenariusze – co ciekawe – odpaliły nam się w głowach na początku pandemii. Filmy postapo zwykle zaczynają się od tego, że ma nadejść katastrofa, która zakończy świat, i jedni ludzie się do niej przygotowują, a inni żyją beztrosko. W pandemii bardzo nie chcieliśmy być tymi beztroskimi, i to dlatego rzuciliśmy się masowo na papier toaletowy i inne zapasy.  

Jeśli jednak popkultura czymś tak się beztrosko bawi, to znaczy, że to już przestało być straszne. Oglądamy kolejne sezony "The Walking Dead" i gramy w gry o zombi, bo już się ich nie boimy. A przecież apokalipsa zombi to echo II wojny światowej, doniesień o obozach koncentracyjnych, powszechności śmierci. Zresztą lęki atomowe też już mamy przerobione, więc kiedy Donald Trump i Kim Dzong Un straszyli się nawzajem na Twitterze, że wystrzelą swoje bomby, nikt tego nie brał na serio.  

Ale wciąż są rzeczy, które przerażają nas zupełnie na poważnie.  

Maciej Jakubowiak: Oglądamy kolejne sezony 'The Walking Dead' i gramy w gry o zombi, bo już się ich nie boimy. A przecież apokalipsa zombi to echo II wojny światowej, doniesień o obozach koncentracyjnych, powszechności śmierci (Fot. Shutterstock.com)

Na przykład kryzys klimatyczny.  

Wszyscy apokaliptycy w historii mówili, że przepowiadany przez nich koniec świata tym razem będzie naprawdę. I jeżeli ludzie w to wierzyli, to dlatego, że wydawało im się to solidnie uzasadnione w ramach ich światopoglądu i tego, co uznawali za racjonalne. My uznajemy za racjonalne opinie naukowców, więc kiedy mówią, że mamy do czynienia z fundamentalnym zagrożeniem dla istnienia ludzkości, no to tak, wierzymy, że to jest TEN koniec świata.  

Ale wśród aktywistów klimatycznych i naukowców toczy się dyskusja o tym, jak bardzo straszenie klimatyczną apokalipsą jest skuteczne. Są tacy, którzy twierdzą, że taka narracja jest kompletnie paraliżująca, i myślę, że mają rację. Są też tacy, którzy mówią, że to głupie i histeryczne, i oni też mają rację. I jest wreszcie trzecia grupa, która mówi, że dla nich myśl o końcu świata była jednak mobilizująca, bo kiedy wyobrazili sobie, że świat może przestać istnieć, to najpierw przeżyli etap żałoby, a potem się z niej wykaraskali i wzięli do działania. I oni też mają rację.   

"Czerwony alarm dla ludzkości" na pewno działa na wyobraźnię.   

Tak, straszenie końcem świata jest najlepszym narzędziem perswazji, bo wywołuje w nas emocje. Choć jak się zagląda do współczesnej wersji biblijnej apokalipsy, czyli raportu IPCC, widzi się wykresy i szczegółowe obliczenia, to w ogóle to nie brzmi jak trąby jerychońskie.   

W książce próbuję pokazać, że koniec świata nie jest jedynym możliwym kształtem opowieści o zmianie świata, jaki znamy. O kryzysie klimatycznym dałoby się opowiadać na różne inne sposoby, może bardziej skłaniające do działania, a mniej paraliżujące. No ale nieprzypadkowo do mediów i masowej wyobraźni przebił się ten, a nie inny sposób narracji. 

W mrożących krew w żyłach zapowiedziach tego, co nas czeka – oszalała pogoda, brak wody i żywności, kryzys migracyjny, wyginięcie wielu gatunków zwierząt – jednak stosunkowo rzadko dostrzegam wątek tego, że nie będzie już nas, ludzi.  

Czasem się podkręca taką retorykę. Parę lat temu pojawił się słynny "raport australijskich naukowców", który przestrzegał, że jeśli nic nie zrobimy do 2050 roku, ludzkość może przestać istnieć. Kiedy go przeczytałem, najpierw strasznie się zdziwiłem, a potem uśmiałem. Okazało się, że ten "raport" to kilkanaście stron danych pozbieranych przez dwóch przedsiębiorców, którzy nie są żadnymi naukowcami. W Polsce prof. Szymon Malinowski, dyrektor Instytutu Geofizyki UW, często mówi, że ludzkość wyginie. Ta myśl się pojawia, ale wydaje mi się, że źle ustawia całą tę problematykę.   

Maciej Jakubowiak: Straszenie końcem świata jest najlepszym narzędziem perswazji, bo wywołuje w nas emocje (Fot. Shutterstock.com)

Dlaczego źle?   

Bo sprawia, że kryzys klimatyczny nabiera kształtów religijnych. Każe nam myśleć o przyrodzie jak o gniewnej bogini, która się obraziła za nasze zachowanie i teraz się mści. To było widać również w pandemii: krążyły historie (najczęściej nieprawdziwe) na przykład o tym, że kiedy ludzie przestali wychodzić z domów, w kanałach Wenecji zaczęły pływać delfiny, a w Krakowie zniknął smog – świat miał wrócić do naturalnej równowagi. To jest religijna opowieść, która uruchamia religijne odruchy. Pierwsi chrześcijanie żyli tak, by zasłużyć na rychłe zbawienie, bo Mesjasz miał przyjść zaraz. Tak samo my żyjemy teraz. Pijemy przez tekturowe słomki i grzecznie segregujemy śmieci, żeby zasłużyć na przychylność gniewnej bogini. Ale ponieważ żyjemy już w kraju coraz bardziej sekularnym, taka narracja rodzi też bunt. Jak nas jakaś bogini nie lubi, to niech spada. Na złość wszystkim stajemy się grzesznikami i bierzemy plastikową siatkę do każdego jabłka. To są dwie symetryczne reakcje na to samo. Albo będziemy pobożnymi owieczkami, albo chytrymi liskami. Czy wyobraźnia religijna nas uratuje? Nie sądzę.  

A co nas uratuje?  

Systemowe zmiany, sensowne ustawodawstwo. A to już nie jest takie ekscytujące. Nie ma grzechu, nie ma bogini, tylko jest nudny parlament, jakieś regulaminy i ograniczone zasoby, którymi musimy się nauczyć zarządzać.   

Wiemy też, że w wyniku zmian klimatycznych dojdzie do wielkich migracji, więc może zamiast skupiać się na jakimś odległym końcu ludzkości, powinniśmy się zastanowić nad tym, czy sytuacja na polsko-białoruskiej granicy nie pokazuje nam już dziś, jak niedługo będzie wyglądał nasz świat. Nasz nie nasz. To, czyj jest ten świat, jest kolejnym wątkiem do przemyślenia.   

Maciej Jakubowiak: Może zamiast skupiać się na jakimś odległym końcu ludzkości, powinniśmy się zastanowić nad tym, czy sytuacja na polsko-białoruskiej granicy nie pokazuje nam już dziś, jak niedługo będzie wyglądał nasz świat (Fot. Shutterstock.com)

To znaczy?  

Polska to jest kraj, który szczególnie nastraja do myślenia o końcu świata, bo historycznie ciągle pojawia się na mapie i z niej znika. A jeżeli ktoś jest zatwardziałym polskim nacjonalistą, to dla niego sytuacja, w której etniczni Polacy staną się w Polsce mniejszością, będzie końcem świata, ponieważ jego świat wyznacza to, że istnieje Polska i mieszkają w niej Polacy. Czy świat się skończy, jak Polska przestanie być Polską? Dla niektórych tak.   

A czy świat się skończy, jak ludzkość wyginie? Formalnie przecież nie, świat będzie istniał dalej. Niektórzy filozofowie i aktywiści twierdzą, że gdybyśmy poważnie potraktowali myśl, że tworzymy ze zwierzętami wspólnotę życia na ziemi, to nie musielibyśmy się tak bardzo bać końca ludzkości, bo nawet jeśli znikną ludzie, to wcale nie będzie koniec świata. Więc może pora zająć się tym, żeby świat był przyjazny też dla innych niż człowiek gatunków. Ramy świata można sobie poszerzać – i to jest scenariusz, który daje nadzieję. 

Nie wiem, czy czytelników jakoś szczególnie pocieszy wizja, w której oni znikną, za to będą mamuty.   

A czy naprawdę pociesza nas myśl o tym, że nie będzie nas, a będą nasze dzieci? Jasne, to jest podstawowy odruch: przekazujemy dzieciom wszystko, co cenimy w świecie, mocno w nie inwestujemy i wypychamy je w przyszłość, bo mamy poczucie, że nasza historia zmierza do końca lub jest skończona. Ale w gruncie rzeczy co z tego, że jakaś osoba, która ma trochę wspólnego materiału genetycznego ze mną, będzie żyła, kiedy mnie już nie będzie? Równie dobrze mógłbym się cieszyć, że kiedy mnie zabraknie, będzie tu żył mamut albo jakieś inne stworzenie.  

Maciej Jakubowiak: Koniec świata zawsze jest końcem świata, jaki znamy (Fot. Jakub Pierzchała) , Maciej Jakubowiak: A opowieść o nim w gruncie rzeczy pokazuje małość naszych światów (Fot. Jakub Pierzchała)

W "Ostatnim brzegu" Nevila Shute’a, powieści z lat 50. XX wieku, jest taki fantastyczny wątek: w obliczu końca świata bohaterka postanawia zasadzić kwiaty w swoim ogrodzie. Mąż jej mówi: "Po co sadzisz te kwiaty? Przecież nie będziesz ich oglądać". A ona odpowiada: „Ale nawet jak mnie tu już nie będzie, one będą tak pięknie wyglądać". Można mieć i takie podejście.  

A mówiąc już całkiem serio, to pisząc książkę, zastanawiałem się sporo nad tym, co sprawia, że koniec ludzkości tak mocno nas przeraża. Będzie polegał na tym, że wszyscy wokół poumierają, ale przecież ludzie umierają bez przerwy. Gdzie tkwi różnica? Dlaczego koniec świata miałby być bardziej przerażający od indywidualnej śmierci?   

Jaka jest twoja odpowiedź na to pytanie?   

Myślę, że to jest pokrętny sposób na powiedzenie tego, że umieranie innych ludzi tak naprawdę nas nie interesuje, że trochę mamy to w nosie. Dopiero jeżeli umiera nam ktoś bliski, zaczyna się robić poważnie, wtedy to może być nawet koniec świata. Indywidualna śmierć bliskiej osoby jest apokalipsą na małą skalę. Ale ona świetnie pokazuje, o co w ogóle chodzi w apokalipsach. O to, że tracimy coś najcenniejszego. 

Twoją małą apokalipsą była śmierć mamy. W tym, jak o niej napisałeś, wybrzmiewa cały sens tytułu: jesteśmy ostatnimi ludźmi, gdy zostajemy sami.  

Śmierć bliskiej osoby to jest właśnie ten scenariusz, który przerabiamy na własnej skórze, dopiero on pokazuje, jaka naprawdę jest stawka tych wszystkich apokaliptycznych historyjek. My zawsze jesteśmy ostatnimi ludźmi. Tymi, którzy są pozostawieni i tylko czekają, "aż to wszystko się skończy". Tymi, którzy są przeraźliwie samotni i mogą liczyć tylko na jakiś błąd systemu, który sprawi, że nagle pojawi się ktoś, kto przełamie naszą samotność.   

Maciej Jakubowiak: Śmierć bliskiej osoby to jest właśnie ten scenariusz, który przerabiamy na własnej skórze, dopiero on pokazuje, jaka naprawdę jest stawka tych wszystkich apokaliptycznych historyjek. My zawsze jesteśmy ostatnimi ludźmi (Fot. Shutterstock.com)

Myślałem sporo o tych wątkach i nawet poukładałem już wokół nich plan książki, a wtedy odkryłem, że opowiadająca o końcu ludzkości powieść "The Last Man" Mary Shelley, autorki "Frankensteina", powstała w momencie, gdy wszyscy jej bliscy zmarli tragicznie. Shelley zapisała w swoim dzienniku: "Czuję się jak ostatnia relikwia".  

Wydaje mi się, że to jest klucz do całej opowieści: że kiedy kończy się nasz prywatny świat, chcemy, żeby razem z nim zawaliło się wszystko. Koniec świata zawsze jest końcem świata, jaki znamy. A opowieść o nim w gruncie rzeczy pokazuje małość naszych światów. To, że osób i rzeczy, które są dla nas ważne, jest niewiele. I że trudno nam objąć empatią cały świat. Ale empatię można ćwiczyć, tak samo jak latanie w kosmos.  

Stawiasz tezę, że jednym ze znamion tego, jak mocno tkwimy w myśleniu, że świat, który znamy, się kończy, jest wszechobecna teraz w kulturze nostalgia.  

Tak. Chętniej myślimy o tym, jak super było w latach 90. XX wieku, niż o tym, jak fajnie mogłoby być w latach 50. XXI wieku. W dyskusjach o kulturze współczesnej często przewija się diagnoza, że już nie umiemy sobie wyobrazić przyszłości, wymyślić lepszego ustroju niż ten obecny, że zatraciliśmy myślenie utopijne itd. Dlatego wolimy zanurzyć się w tym, co było.  

Obok nostalgii mamy jeszcze kulturę "przegrywu", porażki. To jest przejaw tej samej kondycji: jeżeli nie mamy przyszłości, to naprawdę nie musimy się już starać. Widać to w pokoleniu, które teraz wchodzi w dorosłość. Mało kto w nim wierzy jeszcze w to, w co my wierzyliśmy w latach 90.: że trzeba inwestować w siebie, rozwijać się, brać udział w wyścigu szczurów itd. Młodzi ludzie coraz częściej mówią: "Eee, na pewno mamy żyć tak jak wy? Może lepiej zadbamy o siebie?". To jest rewolucyjna zmiana. Według mnie będzie nabierała znaczenia w najbliższych latach.  

Zobacz wideo

Ty myślisz o tym, jak fajnie mogłoby być w latach 50. XXI wieku?  

Jestem tatą i jako tata mam obowiązek myśleć, że będzie lepiej. Na pewno nie mogę sobie pozwolić na myśl, że moje dziecko miałoby żyć w gorszym świecie niż ja. Muszę zrobić, ile się da. Ale muszę też moje dziecko przygotować na to, żeby umiało sobie poradzić w warunkach, które prawdopodobnie będą się radykalnie zmieniać.   

Ja sam jako dziecko tak bardzo bałem się wyzwań, które niesie świat, że wolałem sobie wyobrażać, że tego wszystkiego nie będzie. W ogóle dzieci chętnie się straszy, a potem się z nich żartuje, że się wszystkiego boją. To jest jakiś fatalny krąg lęku. Bardzo się staram, żeby moje dziecko w nim nie utkwiło, żeby nie musiało się bać. Dlatego, mimo wszystko, z ostrożną nadzieją myślę o tym, że nasza przyszłość może być sensowniejsza. I że możemy samych siebie przyjemnie zaskoczyć. 

Maciej Jakubowiak: Apokalipsa to taka podstawowa opowieść o świecie: że jest uporządkowany, ma jakiś uchwytny początek i koniec. A na tym końcu dobrzy zostaną nagrodzeni, a źli ukarani (Fot. Shutterstock.com)

Po co wciąż opowiadamy sobie o końcu świata?  

Żeby zrozumieć. Apokalipsa to taka podstawowa opowieść o świecie: że jest uporządkowany, ma jakiś uchwytny początek i koniec. A na tym końcu dobrzy zostaną nagrodzeni, a źli ukarani. Objawią się wszystkie znaczenia i sensy. Bo słowo "apokalipsa" znaczy "objawienie".  

Ale opowiadamy sobie o końcu świata też dlatego, że jesteśmy niecierpliwi. W gąszczu informacji i wydarzeń, od których zaczęliśmy rozmowę, trudno nam wytrzymać. Więc fantazjujemy o jakimś nowym początku, kiedy wszystko wybuchnie i będziemy mogli zacząć od nowa.  

Albo nie.  

Bardzo mało jest w kulturze współczesnej, czy w ogóle w każdej kulturze, opowieści o tym, że coś się kończy i nic dalej nie ma. Jedna z niewielu takich powieści to wspomniany "Ostatni brzeg" Shute’a. Ludzkość czeka w niej na swój koniec, coś tam niby próbuje robić, ale w sumie nic sensownego, i tak to się kończy. Ta książka pozostawia dziwaczne wrażenie, takie, do którego nie jesteśmy przyzwyczajeni. Że to naprawdę koniec. Zwykle mamy inny odruch: kiedy historia się kończy, to pytamy: co dalej?   

Czy będzie drugi sezon.  

Fascynujące jest to, że chociaż tyle gadamy o końcu świata, to tak naprawdę nie umiemy go sobie wyobrazić. I kiedy opowiadamy sobie o tym, że załatwi nas kryzys klimatyczny, superwirus albo sztuczna inteligencja, to być może w ten dziwny, pokrętny sposób opowiadamy sobie o tym, że po prostu kiedyś umrzemy.  

Książka Macieja Jakubowiaka "Ostatni ludzie. Wymyślanie końca świata" do kupienia w Publio

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie i niezawodne przepisy kulinarne - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Maciej Jakubowiak. Rocznik 1987. Eseista, krytyk literacki, doktor literaturoznawstwa, redaktor magazynu "Dwutygodnik". Autor książek "Nieuchronny plagiat" oraz "Ostatni ludzie. Wymyślanie końca świata". Jego teksty można znaleźć też w "Tygodniku Powszechnym", "Polityce", "Znaku" i "Piśmie". 

Paulina Dudek. Dziennikarka, redaktorka, twórczyni cyklu mikroreportaży wideo "Zwykli Niezwykli". Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do Grand Press.