Rozmowa
Aleksandra Łobodzińska jest współautorką publikacji o zielonogórskich środowiskach twórczych. (Fot. Władysław Czulak/Agencja Gazeta)
Aleksandra Łobodzińska jest współautorką publikacji o zielonogórskich środowiskach twórczych. (Fot. Władysław Czulak/Agencja Gazeta)

Pani Mrówka – od mrówczej pracy?

Ten pseudonim jest ze mną już od co najmniej 20 lat. Skąd się wziął? Szczerze mówiąc, nie pamiętam. Korzystam z niego z prostego powodu – mam długie imię i nazwisko i tak jest po prostu łatwiej. W szkole wszyscy wiedzą, że jestem panią Mrówką, oficjalnie podpisuję się również z użyciem pseudonimu. Bywa, że ktoś nie załapie, że to ksywka, i robi się zabawnie.

To znaczy?

Jak wtedy, gdy w wywiadzie, którego udzieliłam telewizji, w podpisie połączono Mrówka myślnikiem z nazwiskiem. Gdy już rozmowa została wyemitowana, dzwoni do mnie moja mama i pyta, czy już mam męża.

Poza tym Mrówka idealnie pasuje do tego, czym się obecnie zajmuję. Ci, co nie znają prawdy, mogą myśleć, że pseudonim nawiązuje do edukacji i ciężkiej pracy, a ja od zawsze wiedziałam, że będę nieść kaganek oświaty.

Tak nie było? Nie była pani w szkole kujonką?

Wręcz przeciwnie! Byłam, mówiąc łagodnie, niepokornym uczniem, który zawsze ma swoje zdanie i którego czasem broni zbyt silnie. Wątpię, żeby nauczyciele, zwłaszcza z liceum, dobrze mnie wspominali. Z nauczycielką od polskiego ciągle miałam kosę. Nie rozumiałam, dlaczego muszę uczyć się na pamięć tego, jakiego koloru były firanki w mieszkaniu jakiejś bohaterki albo ile kroków dzieli mieszkanie Rodiona od lichwiarki. Nie rozumiałam też, dlaczego musi być tak, że wyłącznie ona ma rację, dlaczego nie mogę mieć własnego zdania lub dlaczego nie możemy mieć racji obie.

I mimo to została pani polonistką?

W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że bardzo lubię uczyć. I odkąd mogę to robić inaczej niż od szablonu i dzięki temu "wyciągać" uczniów, o których inni nauczyciele mówią, że "nie rokują", to czerpię z tego jeszcze większą satysfakcję.

W polskiej szkole można uczyć nieszablonowo?

Mogłabym długo opowiadać, co jest w szkole nie tak. O tym, że podstawa programowa jest przeładowana i musiałabym uczyć w wakacje, żeby przerobić cały materiał. Że lektury trzeba omawiać bez kontekstu, bo kiedy na polskim czytamy wiersze romantyczne, to na historii dzieci grzebią wciąż w antyku. Że język polski przypomina historię literatury polskiej, gdzie najwięcej czasu spędza się w średniowieczu i romantyzmie, a współczesność kończy się na latach 60. XX wieku.

Więc jak to robić?

Trzeba to lubić, a jak się lubi, to się kombinuje i jak jeden sposób na przekazanie wiedzy nie działa, to szuka się kolejnego. Na pewno nie przynosi efektów krzyk, wymuszanie, uznawanie, że tylko nauczyciel ma rację. Nie można oczekiwać od uczniów, że po siedmiu godzinach lekcyjnych, w tym dwóch z WF-u, na hasło "gramatyka" radośnie przejdą do przyswajania wiedzy ze stawiania przecinków. O wiele bardziej prawdopodobne jest to, że padną na ławkę w męczeńskiej pozie rannego powstańca. I należy to zrozumieć.

Uwielbiam, jak wiedzą więcej ode mnie, preferuję dyskusję od prowadzenia wykładu i mówienie otwarcie, co się myśli na temat danego bohatera czy lektury.

Pani mówi szczerze?

Oczywiście.

Która lektura – delikatnie mówiąc – nie należy do pani ulubionych?

Teraz posypią się na mnie gromy... Jest pewien bohater, do którego absolutnie nie mogę się przekonać, uważam, że jest, mówiąc delikatnie, idiotą. Jednocześnie wiem, że ta książka nigdy nie opuści kanonu lektur. Więc jak zaczynam ją omawiać, zastrzegam: słuchajcie, nie znoszę tego gościa, jeśli uważacie, że jest sensowny, przekonajcie mnie do tego.

Grafika z komiksu 'Niecodziennik MKK' (Rys. Martyna Krutulska-Krechowicz/Archiwum prywatne) , (archiwum prywatne) , Pani Mrówka uważa, że nie powinniśmy godzić się na bylejakość w wysławianiu się (Magdalena Gałkiewicz/ Shutterstock.com)

Czy to Stanisław Wokulski?

Nie, z nim nie jest najgorzej. Ot, taka pierdoła, proszę mu darować, zgłupiał na starość i zakochał się w niewłaściwej babce. Ona z nim też nie miała lekko, taki trochę pozytywistyczny stalker.

Nie znoszę Cezarego Baryki. Nie rozumiem, jak można głównego bohatera robić z człowieka, którego przez tyle lat nie stać na cień refleksji. Lodowce szybciej się kształtują. Są jednak uczniowie, którzy twierdzą, że jest świetnym bohaterem, a "Przedwiośnie" doskonale napisaną książką. Szanuję ich zdanie. Dla mnie ważne, żeby potrafili powiedzieć, dlaczego tak myślą. Wszak podstawą rozprawki, czyli egzaminu maturalnego, jest dobra argumentacja!

Nie tylko uczy pani nieszablonowo. Nie chcę powielać stereotypów, ale nie przypomina pani typowej nauczycielki w okularach i w garsonce.

Zdarza się, że po wejściu do pokoju nauczycielskiego ktoś przywita mnie słowami: "Cześć, pomyliłaś sale?". Albo od razu zacznie wskazywać mi drogę do klasy, w której lekcje mają pierwszaki.

Nie noszę garsonek, nawet nie wiedziałabym, gdzie je kupić. Poza tym czy pasowałyby do nich trampki i glany, bo tylko w takich butach chodzę? I czy byłoby mi w nich wygodnie? Moja polonistka chodziła w garsonkach – może była taka podenerwowana, bo coś ją ciągle uwierało?

Mam piercing i tatuaże, choć widoczny jest tylko jeden, na przedramieniu. Przedstawia oczywiście mrówkę. Nie maluję się, co bywa niemałym powodem do zmartwienia niektórych moich uczennic. Na szczęście pracuję w miejscu, gdzie nikomu nie przeszkadza to, jak wyglądam. Lubię naturalność, szczerość, idę w taki sposób przez życie. Może dzięki temu uczniowie zobaczą, że można kreować samego siebie na własną modłę.

Bywa, że pani image przeszkadza niektórym rodzicom.

Zdarzają się konfrontacje z rodzicami, które trudno potem przekuć w żart. Jak ta z panią, która na dzień dobry zapytała mnie, "czy to prawda, że mam kolczyki", "czy jestem osobą wierzącą" i "czy w moim domu respektuje się zasady Kościoła katolickiego". Zawsze odpowiadam szczerze, że nie, że posiadam apostazję, co nie oznacza, że jestem gorszym nauczycielem i nie przekażę państwa dziecku, że Biblia to przepiękna księga mądrościowa.

Naprawdę?

Oczywiście.

Tylko się upewniam.

Moi uczniowie też się upewniają. Może wyobrażają sobie, że ta ubrana na czarno baba z kolczykami będzie im czytać wyłącznie te fragmenty, w których jest mowa o Szatanie. Otóż nie, Biblia to prosta, ale piękna księga, która może być dla wielu osób drogowskazem duchowym, co nie znaczy, że jest nim dla mnie.

Ludziom zdarza się też krzyczeć, grozić, niektórzy bywają bardzo roszczeniowi. Na szczęście nie jest to norma, z większością rodziców świetnie się współpracuje, ale przyznaję, że takich nieprzyjemnych rozmów w ostatnich latach jest więcej. Standard to niemówienie "dzień dobry" i pytanie: dlaczego tak drogo i czy jest rabat.

Ale pani radzi sobie w takich sytuacjach doskonale.

Ratuje mnie sarkazm i czarny humor. Przeskakuję w inny rejestr, tylko jeśli muszę. Dzięki ironii udaje mi się zachować dystans do rzeczywistości.

A przy okazji można się ubawić. Jak zaczęłam czytać pani fanpage, to nie mogłam się oderwać.

Dziękuję! A myślałam, że czytają go głównie moi uczniowie. Chyba wciąż mają nadzieję, że kiedyś znajdą tam odpowiedzi na pytania, które pojawiają się na lekcji.

Myślę, że większość obserwujących to dorośli, którzy już zapomnieli o podstawach gramatyki języka polskiego. Mnie wyjątkowo ucieszyła lekcja ze stawiania przecinków. Dosłownie kilka dni wcześniej próbowałam zrozumieć, co chce mi powiedzieć na Messengerze jedna z bohaterek mojego tekstu, bo przecinków nie stawiała wcale.

Jedni unikają przecinków za wszelką cenę i wtedy takie wypowiedzi czyta się na jednym wdechu, inni stawiają je gdziekolwiek. W obu przypadkach trzeba się domyślać, "co autor miał na myśli". Jest to bardzo irytujące i prowadzi do nieporozumień.

Gdy zaczęłam tworzyć fanpage, spodziewałam się, że moimi czytelnikami będą jednak właśnie uczniowie, z racji swojej nieustającej bytności w social mediach. Wyszło inaczej – to uczniowie są autorami treści, ja jestem ich redaktorką, a dorośli komentującymi.

A fanpage powstał...

Dwa lata temu. Zbierałam się, żeby go założyć, chyba z dekadę. Znajomi mnie do tego namawiali za każdym razem, jak opowiadałam im kwiatki z mojego nauczycielskiego życia. Spisywałam sobie te historie, a potem któregoś dnia uznałam, że to jest ten moment, żeby pokazać swój humor z zeszytów światu. Ale stanęłam przed wyzwaniem. Jaką wymyślić nazwę dla fanpage’a?

Nazwa jest rzeczywiście nietypowa.

Pomógł mi mój partner. Powiedział: opisz, co czujesz, jak masz do przeczytania sto rozprawek i w każdej kolejnej trafiasz na błąd, który próbowałaś wyplenić tysiąc razy.

Pomyślałam od razu: kisnę.

A potem pojawia się kolejny, jeszcze gorszy błąd.

Wtedy już butwieję.

Tak powstało "Kisnę butwiejąc". Bo rzeczywiście są takie informacje, które zanim ułożą się w głowach młodych ludzi i nabiorą mocy sprawczej, to trzeba im je wyłożyć tysiąc razy.

Jak to, że Dionizos to nie Domestos, a Tomasz z Akwenu to nie Tomasz z Akwinu?

Tomasz z Akwenu to klasyk, podobnie jak Tadeusz Mickiewicz, który napisał "Pana Adama", oraz Hamlet, który napisał "Makbeta". Albo na odwrót.

Niektórzy pani czytelnicy twierdzą, że opisując te przykłady, wyśmiewa się pani ze swoich uczniów.

Zanim opublikuję cokolwiek, pytam moich uczniów, czy mogę taki post zamieścić, zapewniam im anonimowość. Z tych błędów śmiejemy się razem, jeszcze na lekcji, i co ciekawe, dzięki temu, że oni pamiętają, jaka była z tego draka, wiedzą, gdzie się pomylili, i potem już tego nie robią. Nauka przez śmiech i zabawę jest najbardziej efektywną metodą, jaką wypróbowałam w życiu. Oczywiście musi iść w parze z wiedzą merytoryczną.

Z błędów dorosłych też można się pośmiać. Przy jakich pani kiśnie i butwieje jednocześnie?

Lista jest długa. Moje top trzy to: mówienie "kupywać" lub zapisywanie w tej formie. Jak to słyszę, to wybucham jak bomba atomowa.

Drugi to "dźwi". Samo wypowiadanie tego na głos mnie boli.

Jeden z moich profesorów mówił "dżwi". Ale to chyba jakiś małopolski regionalizm.

Gwary i regionalizmy są piękne i fascynujące, nierzadko dyskutuję z moimi czytelnikami na ten temat. Niektóre jednak są błędem językowym i nie należy ich powielać, jak na przykład "ten pomarańcz".

Trzeci?

"Cipsy". Choć nie jest to nasze słowo, więc może nie powinnam się tak czepiać. Niech zatem będzie "naobkoło", pisane z "b" lub "p".

Czyli "naokoło"?

Tak. Nie wiem, skąd się wzięło i dlaczego niektórzy tak mówią, ale jak ostatnio usłyszałam pana w sklepie, który opowiadał, jak gdzieś pojechał "naopkoło" – i to na pewno było z "p", bo prawie się przy tym "p" opluł – to myślałam, że z butów wyskoczę.

Niedawno leciałam paralotnią w okolicach Bielska-Białej i gdy zapytałam panią z biura szkoły paralotniowej, czy mogę zostawić swoje rzeczy na czas lotu u niej, powiedziała, że żaden problem, instruktor mi je "schowie" w swoim plecaku. Myślałam, że już nic lepszego mnie nie spotka, ale potem instruktor, gdy już mi je "schowiał", powiedział: "Proszę się nie martwić – wyczymie".

To już jakiś wyższy poziom zaawansowania gramatycznego, którego nie ogarniam. Ale to też pokazuje piękno naszego języka. W każdym regionie możemy się nauczyć czegoś nowego. Albo nauczyć się, czego się od innych nie uczyć. Niech pani lepiej powie, czy zapewnienia okazały się trafne. Bo miało "wyczymać". "Wyczymało" czy się jednak "zepsuo"?

"Wyczymało".

Doskonale. Tak jak powiedziałam, lista tych potworków językowych jest długa, wszelkie "poszłem" czy "weszłem", bo "proszę pani, tak jest szybciej", absolutnie mnie nie bawią.

Nie każdy jednak dobrze reaguje na krytykę. 

W komentarzach na fanpage’u pojawiają się uwagi, że się wymądrzam, że jestem "tą, co uważa się za lepszą", "która nie ma co robić w wakacje, tylko pouczać innych". Otóż jest duża różnica między uczeniem a pouczaniem. I robię to wyłącznie z dobrej woli, bo uważam, że nie powinniśmy godzić się na bylejakość w wysławianiu się. Niestety, ta bylejakość idzie z góry. Nic dziwnego, że powielamy błędy, jeśli nawet nasz prezydent mówi "wziąść", intensywnie akcentując końcówkę, a podobno ma tytuł doktora.

Stąd nazwa poradnika? Ten, o który nikt nie prosił?

Tak, bo rzeczywiście nikt o niego nie prosił, sama się z nim wprosiłam, bo uznałam, że może – wbrew temu, co mówią niektórzy – komuś się przyda. Zaczęły się wakacje, miałam więcej czasu, "mistrz streszczeń" poszedł na studia i przestał dostarczać mi contentu, więc wpadłam na pomysł poradnika.

Mistrz streszczeń to pani uczeń?

Tak, zgłosił się do mnie w zeszłym roku z zagrożeniem z języka polskiego i zapytał: "Proszę pani, czy mogłaby mnie pani ogarnąć?".

No to zaczęłam go ogarniać. Nie mieliśmy już czasu na czytanie lektur, więc zrobiliśmy tak, że ja mu o nich opowiadałam, on robił z tego notatki, a potem w domu miał za zadanie napisać najkrótszą wersję tego, co usłyszał. W taki sposób, żeby najważniejsze zdarzenia zapadły mu w pamięć.

Na początku posługiwał się wyłącznie kwiecistymi kolokwializmami, które zamienialiśmy wspólnie na język literacki godny rozprawki maturalnej. Po którymś streszczeniu oboje uznaliśmy, że jest to tak piękne, że trzeba to pokazać światu.

Uczeń zdał maturę?

Zdał! A na świadectwie z polskiego miał czwórkę. Dostał się na swoje wymarzone studia – architekturę. Niestety, już nie dostarcza treści, ku rozżaleniu fanów, ponieważ na etapie liceum zakończył swoją przygodę z literaturą.

Zastąpił go Stefan, który jest nieodłącznym elementem pani poradnika.

Uznałam, że potrzebuję jakiegoś ciekawego bohatera, żeby w życiowy sposób opisywać przykłady użycia określonych zasad językowych. Stosuję ten sam system z uczniami – proszę ich, żeby przywołali jakieś wydarzenie ze swojego życia, wykorzystując daną zasadę. Dzięki temu o wiele lepiej ją zapamiętują.

Chciałam, żeby mój bohater był takim swojskim, poczciwym chłopem, takim, którego każdy zna. Protoplastą polskości. Wybrałam takie imię, ponieważ prywatnie nie znam żadnego Stefana, w przestrzeni publicznej też nikogo takiego nie kojarzę.

Stefan za kołnierz nie wylewa.

Stefan pisze poezję w duchu młodopolskiego dekadentyzmu, ma dużo znajomych, zdarzyło mu się wpaść pod zaparkowany samochód, a jego największą miłością rzeczywiście jest flaszka. Wyżywam się literacko na Stefanie, przyznam. Z każdym kolejnym poradnikiem dowiadujemy się o nim czegoś nowego.

Stefan zostanie z nami na dłużej, choć poradnik od września pojawiać się będzie nieco rzadziej niż w wakacje. Dominować będą historie z sali lekcyjnej. To będzie na pewno interesujący rok, obie strony dziennika wracają do szkoły przekoziołkowane przez naukę zdalną...

A mimo to nie brzmi pani, jakby była wypalona. Wręcz przeciwnie.

Są oczywiście momenty, kiedy jestem przekonana, że już więcej nie udźwignę. Stefan Mrożek? Ile razy można?!

Mam to szczęście, że pracuję w szkole, gdzie są fantastyczni ludzie, a nowy rok rozpoczęliśmy bez braków kadrowych. A dzięki temu, że uczenie nie jest moim jedynym zajęciem i źródłem utrzymania, mogę od niego trochę odpocząć. Jestem korektorką i redaktorką tekstów, prezeską stowarzyszenia kulturalnego Forum Art, gdzie piszemy i wydajemy książki o historii Zielonej Góry, ale nie tylko. W czerwcu miała u nas premierę publikacja dotycząca kondycji polskiej psychiatrii dzieci i młodzieży, o której, zwłaszcza po roku izolacji, powinniśmy mówić jak najwięcej.

Z uczenia zrezygnuję dopiero wtedy, kiedy poczuję, że już nie potrafię porozumieć się z młodzieżą, nie orientuję się w tym, co ją kręci, czym żyje i stanę się dla uczniów taką starą ciotką, która opowiada żarty sprzed 30 lat.

Albo kiedy zacznę ich po prostu sobą męczyć, bo sama będę się męczyć. Na razie nikt nie złożył na mnie zażalenia. Może mnie lubią, a może to dlatego, że jeszcze nie nauczyłam ich, jak pisze się podania i skargi? Na wszelki wypadek zachowam tę wiedzę dla siebie.

Aleksandra Mrówka Łobodzińska – rodowita zielonogórzanka, która zdążyła się z miastem pokłócić, przeprosić i powrócić na stałe. Prezes Stowarzyszenia Forum Art, filmowiec i nauczycielka, współautorka publikacji o zielonogórskich środowiskach twórczych. Jest przekonana o tym, że historie regionu nie mają końca i nie da rady ich wszystkich opisać, ale to wcale nie znaczy, że nie będzie próbować.

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. W mediach od 2011 roku. W redakcji magazynu Weekend od 2019 roku. Współautorka zbioru reportaży "Przewiew". Jedna z laureatek konkursu "Uzależnienia XXI wieku" organizowanego przez Fundację Inspiratornia. Jeśli chcesz się podzielić ze mną swoją historią, napisz do mnie: ewa.jankowska@agora.pl.