Rozmowa
Sobiesław Zasada (Krzysztof Karolczyk/AG)
Sobiesław Zasada (Krzysztof Karolczyk/AG)

Wrócił pan niedawno z Kenii, gdzie startował pan w Rajdzie Safari. Zabrakło panu dwóch kilometrów do ukończenia trasy.

Tuż przed końcem ostatniego odcinka rajdu moje auto zakopało się w głębokim piasku, bo droga była zablokowana przez samochód, który był wyciągany przez specjalny samochód terenowy, a potem uderzyły w nas dwie inne rajdówki. Poważnie uszkodziły tylne zawieszenie i ostatecznie nie udało nam się dojechać do mety. Całe szczęście i pilot Tomasz Borysławski, i ja wyszliśmy bez szwanku z tej sytuacji, ale niestety nie uwzględniono nas w klasyfikacji generalnej. Na tym odcinku odpadło łącznie osiem samochodów.

Ale za to pobił pan rekord jako najstarszy uczestnik Rajdowych Mistrzostw Świata w historii. Do tej pory najstarszym rajdowcem świata był Norweg Leif Vold-Johansen, który w 1994 roku przejechał Rajd Monte Carlo jako 82-latek.

Rzeczywiście wzbudzałem niemałą sensację. Gdy ford fiesta ST RC3, którym jechałem, pojawił się w tumanach kurzu, kibice wykrzykiwali "Zasada, Zasada". Chyba ze 200 różnych osób robiło sobie ze mną zdjęcia. Dla wszystkich było sensacją, że człowiek, który ma ponad 90 lat, jedzie w tak trudnym rajdzie. Pisały o mnie też kenijskie gazety.

Który to już pański rajd?

Ten start był dziewiąty, a zadebiutowałem w 1969 roku. Do Rajdu Safari mam słabość, bo nigdy go nie wygrałem, choć trafiłem na podium jako najlepszy kierowca fabryczny [kierowca należy do zespołu reprezentującego danego producenta samochodów, startuje w wyścigach lub rajdach – przyp. red.]. W 1971 roku, gdy do pokonania było ponad sześć tysięcy kilometrów, prowadziliśmy około 20 minut. Jakieś 500–600 kilometrów przed metą, w okolicach Kilimandżaro, nagle ocknąłem się w powietrzu. Wypadła nam przednia szyba. W efekcie straciliśmy 40 minut. Wyprzedziły nas trzy fabryczne samochody. Zdołaliśmy pokonać dwa, ale nie udało się tego pierwszego. Wygrał Fin Mikkola. My zajęliśmy drugie miejsce.

Sobiesław Zasada podczas rajdu (archiwum prywatne Sobiesława Zasady) , Sobiesław Zasada podczas rywalizacji (archiwum prywatne Sobiesława Zasady)

Szczególnie dużo radości sprawił mi Rajd Safari w Kenii w 1997 roku. Miałem wtedy 67 lat i jechałem mitsubishi EVO IV z moją żoną Ewą. Zajęliśmy drugie miejsce w grupie N i dostaliśmy punkty do mistrzostw świata. Było to spore osiągnięcie.

Jaki pan sobie obrał cel w tym roku?

Bardzo chciałem dojechać do mety, choć czuję się już jak senior. Organizatorzy zapraszali mnie na przyszły rok. Powiedziałem, że mogę przyjechać w 2025 roku, gdy będę miał 95 lat. Ale marzyłbym o tym, żeby startować w 2030 roku, kiedy skończę sto lat.

To by dopiero było!

Każdy chyba marzy o tym, żeby długo żyć i być w świetnej formie. Ale ta setka to chyba marzenie nie do ziszczenia. Wydaje się niemożliwe, żebym dożył stu lat.

Sam pan mówi, że czuje się świetnie. A moim zdaniem brzmi pan i wygląda jak 60-latek.

Droga pani, ja to już jestem dziadzio, a właściwie pradziadzio! Mam 91 i pół roku, doczekałem się dwóch wnuków i czterech prawnuków. Przyznam jednak, że rzeczywiście jestem w dobrej formie, na nic się nie uskarżam. Podczas ostatniego rajdu nie czułem zmęczenia, a jedynie ogromną frajdę, że jadę.

Radość kibiców po wygranym rajdzie (archiwum prywatne Sobiesława Zasady) , Sobiesław Zasada odbiera odznaczenie od Aleksandra Kwaśniewskiego (archiwum prywatne Sobiesława Zasady)

Ale często ludzie mnie pytają: "Jak pan tu przyjechał?", bo są pewni, że z kierowcą. A dla mnie przejechanie tysiąca czy dwóch tysięcy kilometrów nie jest żadnym problemem. Sam pokonuję na przykład trasę z Krakowa do Mielna. Choć jak długo tak będzie, nie wiem.

Przywiązuje pan dużą wagę do stylu życia?

Największą do diety. W latach 50., gdy byłem w kadrze narodowej w lekkiej atletyce, dużo trenowałem i jadłem wszystko, na co miałem ochotę. Jak przestałem, moja waga wzrosła i w 1989 roku miałem już kołnierzyk 44. Przeszedłem więc na dietę warzywną i wróciłem do rozmiaru 42, czyli takiego, jaki miałem jako 20-latek. Zrzuciłem 17 kilo i dobrze się z tym czuję. Ale wie pani, że ja mam ogromny apetyt! Jadłbym wszystko, wszystko mi smakuje, więc stale muszę się ograniczać. I to jest najgorsze.

Poza tym codziennie przez godzinę się gimnastykuję. Systematycznie ćwiczę mięśnie grzbietu i mięśnie brzucha. Dużo chodzę, robię średnio cztery kilometry dziennie. Gdy wracaliśmy z Kenii, mieliśmy przesiadkę we Frankfurcie i czekaliśmy na lotnisku przez kilka godzin. Ale ja nie siedziałem bezczynnie, tylko spacerowałem. Zrobiłem prawie dziewięć kilometrów.

Trudno panu usiedzieć w miejscu, zwolnić? Wciąż pan pracuje, a przecież już od dawna mógłby pan być na emeryturze. Jak wygląda pański dzień?

Zwykle staram się spać siedem godzin. Nie wstaję już tak wcześnie jak kiedyś, bo około 7. Na śniadanie jem płatki owsiane z siemieniem lnianym. Do pracy przychodzę później niż przed laty, około 10–11. Spędzam w biurze zwykle trzy–cztery godziny, czasem sześć. Wieczorami chętnie czytam.

Kibice na trasie Sobiesława Zasady (archiwum prywatne Sobiesława Zasady) , Sobiesław Zasada wśród fanów (archiwum prywatne Sobiesława Zasady)

Korzystam z komory termobarycznej w naszym ośrodku w Mielnie, w której parę razy w roku się dotleniam. I to przynosi efekty. Poza tym staram się żyć tak samo mimo upływu lat. Na ostatni Rajd Safari po raz pierwszy leciałem klasą biznes. Ale to za sprawą moich wnuków. Uznali, że Kenia jest daleko i tak będzie mi wygodniej. A mnie takie luksusy w ogóle nie są potrzebne. Zawsze latam klasą turystyczną, nie muszę nikomu imponować.

Coś mi się wydaje, że jest pan dość oszczędny.

Oszczędny? Nie! Ja tak zostałem wychowany. W moim rodzinnym domu nigdy nie wyrzucało się chleba. Zawsze zjadało się go do ostatniej kromki i ja tak robię do dziś.

Uczono mnie też szacunku do ludzi i tego, by dotrzymywać słowa. Robert Lewandowski powiedział niedawno, że dla niego słowo jest ważniejsze niż akt notarialny. Myślę tak samo.

Zażartuję: jakie to niemodne. Podobnie jak to, że ma pan jedną żonę, i to od tylu lat. 

Nasze małżeństwo to rzeczywiście jest fenomen. Mieliśmy po 16 lat, gdy się poznaliśmy. Był 1946 rok, nasze rodziny przyjechały do Bielska-Białej: Ewy z Wołynia, a moja z Zagłębia. Ewa chodziła do gimnazjum żeńskiego, ja do męskiego. Ale tak się złożyło, że oboje poszliśmy zrobić małą maturę do gimnazjum mieszanego im. Adama Asnyka. Bo tam trzecią i czwartą klasę do tak zwanej małej matury można było zrobić w jednym roku. Wylądowaliśmy w jednej klasie i tak się zaczęło. Zakochaliśmy się w sobie.

Sobiesław Zasada z żoną Ewą (archiwum prywatne Sobiesława Zasady) , Sobiesław Zasada z żoną Ewą (archiwum prywatne Sobiesława Zasady)

W 1949 roku się Ewie oświadczyłem, a trzy lata później w grudniu wzięliśmy ślub. W tamtych czasach panowała żelazna dyscyplina. Nie było mowy, żebyśmy wspólnie gdzieś wyjechali, nawet już jako narzeczeni. A jak para zamieszkała ze sobą przed ślubem, to była w swoim środowisku dosłownie wyklęta.

Niesamowite, bo połączyła państwa także pasja rajdowa.

W 1952 roku wygraliśmy razem pierwszy rajd samochodowy. Ewa nazywała się wówczas jeszcze Goworowska. Moja żona była doskonałym pilotem. Zwyciężyliśmy razem w ponad 50 rajdach, z czego cztery razy w Rajdzie Polski. Trzy razy startowałem w nim bez żony i wtedy nie wygrałem. Choć wydawało się, że mam duże szanse. Teraz niestety żona ma problemy ze wzrokiem, nie może czytać i bierze specjalne zastrzyki, które jej te oczy ratują.

W sumie oprócz Ewy miałem 20 pilotów. Przed każdym wyjazdem szedłem do Wydziału Bezpieczeństwa w Komitecie Kultury Fizycznej i Turystyki Ministerstwa Sportu. Trzeba było tam prosić o paszport, o wizę. Jakie to było uwłaczające. Dziś moje prawnuki w te opowieści nie mogą uwierzyć! Na szczęście nie narzucano mi, z kim mam jechać, ale kazano mi często zmieniać pilotów. Jeden z nich, Kazimierz Osiński, kiedyś nagle zrezygnował. Dopiero po latach powiedział mi, że nie wytrzymywał tych przesłuchań, tej presji.

Gdy żona pana pilotowała, to musiał pan słuchać jej poleceń. A jak to wygląda na co dzień?

Ja jestem, wie pani, sekretarzem swojej żony. Odbieram telefon i mówię: "Sekretarz pani Ewy". Nigdy nie mieliśmy większych kłótni czy nieporozumień, jeśli już, to tylko takie o głupstwa. W przyszłym roku, jeśli dożyjemy, będziemy obchodzić 70. rocznicę ślubu.

Sobiesław Zasada prywatnie (archiwum prywatne Sobiesława Zasady) , Sobiesław Zasada odbiera kolejne wyróżnienie (archiwum prywatne Sobiesława Zasady)

Małżeństwo ma pan udane, ale w sporcie zdarzały się panu niebezpieczne i trudne momenty.

W lutym 1953 na trasie narciarskiego biegu zjazdowego w Zakopanem doznałem otwartego złamania prawej nogi. Groziła mi amputacja, ale lekarze z miejscowego szpitala mnie uratowali, założyli mi ścisły gips. Na szczęście miałem silne mięśnie nóg. Jednak dwuletnia rekonwalescencja zakończyła moją karierę lekkoatletyczną.

Z kolei w 1972 roku podczas Rajdu Polski na Dolnym Śląsku, gdzie jechałem z żoną, mieliśmy defekt sprzęgła. I dojechaliśmy do punktu kontroli z dwuminutowym spóźnieniem. Naprawili nam linkę i dotarliśmy do Wisły, gdzie zaczął się wyścig na Salmopolu. Ciągle odrabiałem stracony czas. Nie miałem pojęcia, że jestem pierwszy i że wygrałem wszystkie odcinki wyścigowe i już prowadzę z różnicą ponad pięciu minut. Jechałem szaleńczo. W nocy spadł deszcz, więc było mokro. Nagle zarzuciło mnie na strużce wody. Uderzyłem lewym tylnym kołem o leżące pnie drzew. Odbijaliśmy się od tych pni przez 30–40 metrów, a potem wywróciliśmy się na dach. Miałem problemy z lewą nogą, żona podobnie. Opatrzono nas w Szczyrku i ostatecznie nic nam się poważnego nie stało. Ale wyglądało to bardzo groźnie.

Bał się pan?

Nigdy, nawet podczas wypadków, które miałem jako kierowca fabryczny najlepszych firm samochodowych, takich jak Steyr Puch, Porsche, BMW i Mercedes-Benz. Od 50 lat pozostaję zresztą jedynym takim zawodnikiem nie tylko z Polski, ale ze wszystkich państw zza żelaznej kurtyny. Dopiero w 2012 roku Estończyk Ott Tänak został kierowcą fabrycznym Forda.

Sobiesław Zasada (archiwum prywatne Sobiesława Zasady) , Sobiesław Zasada z pucharem (archiwum prywatne Sobiesława Zasady)

Zawsze ufam sobie i swojej technice jazdy. Moja żona też nigdy się nie bała. Gdy dojeżdżaliśmy do mety rajdu w 1997 roku, spojrzeliśmy na siebie i mówimy: "O holender, jaka szkoda. Było tak fajnie, że moglibyśmy pojechać jeszcze raz".

Często przekracza pan dozwoloną prędkość?

Staram się jeździć zgodnie z przepisami. Przejechałem w swoim życiu jakieś cztery miliony kilometrów, a mandatów zapłaciłem raptem parę. Za prędkość też się zdarzały, nie będę ukrywał.

Sobiesław Zasada podczas rajdu w 2003 roku (Krzysztof Karoczyk/AG)

Co pan myśli o innych kierowcach?

Że jeżdżą raczej dobrze. Choć to jest tak, że wszyscy uważają, że świetnie prowadzą. Powiem pani coś żartem: jeśli spytasz mężczyznę, czy jest lepszym kierowcą, czy kochankiem, to większość powie, że kierowcą. I nic się na to nie poradzi.

A pan?

Ja też powiem, że jestem lepszy za kierownicą. Prawo jazdy zrobiłem jako 16-latek.

Coś panu sprawia największą radość?

Jestem szczególnie zadowolony z tego, że wymyśliłem hasło "Szerokiej drogi". To było w 1960 roku podczas wywiadu dla Telewizji Polskiej, kiedy poproszono mnie o życzenia dla kierowców. Powiedziałem: aby droga, którą mają pokonać, była zawsze szeroka, bez żadnych przeszkód, aby nie sprawiała problemów. Hasło się przyjęło i – co mnie bardzo cieszy – ma też ono dziś głębsze znaczenie: "powodzenia, wszystkiego dobrego".

Sobiesław Zasada i Ewa Zasada (archiwum prywatne Sobiesława Zasady) , Sobiesław Zasada przed laty na nartach (archiwum prywatne Sobiesława Zasady)

Najbardziej jednak to ja się w życiu cieszę z mojego małżeństwa. Trafiła mi się cudowna żona. I to jest mój największy sukces.

A o czym pan dziś marzy?

Żeby moim wnukom i prawnukom dobrze się życie układało. Dla siebie nic już nie chcę. Ja wszystko mam. I nie chodzi mi tu o statek czy helikopter, których nie mam. Po prostu brakuje mi powodów do narzekań.

Tak sobie czasem myślę o moim życiu, że może mi się to wszystko przyśniło?

Sobiesław Zasada. Rocznik 1930. Trzykrotny mistrz i trzykrotny wicemistrz Europy w rajdach samochodowych. Wygrywał z najlepszymi zawodnikami z zespołów fabrycznych BMW, Porsche, Volvo, Ford, Mercedes, Morris Cooper, Renault, Saab, Alfa Romeo i Lancia. Jest też 11-krotnym rajdowym mistrzem Polski w klasyfikacji generalnej i zwycięzcą 148 rajdów samochodowych. Pięciokrotnie odznaczony złotym medalem "Za Wybitne Osiągnięcia Sportowe".