Rozmowa
Zdjęcie Clinta Eastwooda zrobione na potrzeby filmu 'Za garść dolarów' (fot. Domena publiczna)
Zdjęcie Clinta Eastwooda zrobione na potrzeby filmu 'Za garść dolarów' (fot. Domena publiczna)

Jest pan profesjonalnym biografem. Pisał pan o Nicholsonie, Hitchcocku, Cukorze, Brooksie, Langu. Skąd wziął się na tej liście Clint Eastwood?

Eastwood od dawna na różne sposoby funkcjonował w moim życiu. Pokazywałem jego spaghetti westerny na zajęciach w szkole. W uniwersyteckim magazynie napisaliśmy wielką krytykę "Brudnego Harry’ego". Do tej pory jestem z tego materiału dumny.

W 1974 roku przeprowadziłem z Eastwoodem obszerny wywiad, co wówczas jeszcze nie było tak powszechne. Ale kiedy wreszcie zgłosiłem pomysł na książkę o nim, w kolejce byli już inni chętni. Decyzję zawsze podejmuje wydawca i w tym przypadku mój opis pomysłu spodobał mu się najbardziej. Zabrałem się do pisania. A to trwa, zwykle trzy–cztery lata. Pogłębia się wiedza, poziom refleksji. Pod koniec człowiek ma już wyraźny kształt, który na początku ledwie się rysował. 

Na kartach książki wspomina pan o innej biografii Eastwooda, napisanej przez Richarda Schickela. Tamta jest autoryzowana, pańska – nie. Na czym w praktyce polega ta różnica?

Na pewno nie chodzi o cenzurę. Bo ona zawsze w jakimś stopniu musi być. Nawet w nieautoryzowanej biografii nie mogę napisać wszystkiego, czasami są to po prostu kwestie wyczucia, dobrego smaku. Wersja autoryzowana jest łatwiejsza w realizacji. Wszystkie drzwi stoją przed autorem otworem, wszyscy rozmówcy są umówieni, poinformowani, chętni. Nie to, co u mnie – przed moim nosem drzwi zwykle się zatrzaskują. Jest ona też bliska prawdy – prawdy bohatera o sobie.

Dodam, że gorąco wierzę w prawo człowieka do kłamania w autobiografii. Niech mówi, co chce, to jego pamięć i punkt widzenia, jego wersja faktów. Byle czytelnik był świadom, jakie jest źródło narracji. Jako autor lubię mieć taką autoryzowaną, oficjalną biografię, która jest punktem odniesienia. Na przykład teraz piszę biografię Woody’ego Allena i oczywiście czytałem jego wspomnienia.

Oficjalny biograf Eastwooda kontaktował się ze mną w trakcie pracy, chciał wykorzystać fragment mojego wywiadu z aktorem. Zgodziłem się i wspomniałem, że ja też właśnie zabieram się do pisania książki o tym samym bohaterze. Westchnął ciężko, po czy zaprosił mnie na obiad do modnej wśród celebrytów knajpki w Hollywood. Podczas spotkania zasypywał mnie anegdotami o Clincie i cieszył się, że jego praca jest banalnie prosta, bo Clint ma doskonałą pamięć. "Oczywiście nie zamierzasz rozmawiać z Sondrą Locke?" – upewniał się.

Clint podczas ceremonii ślubnej (fot. Patrick McGilligan / Clint: The Life and Legend, OR Books, 2015) , I w Las Vegas (fot. Patrick McGilligan / Clint: The Life and Legend, OR Books, 2015)

Locke była kochanką Eastwooda w latach 70. Ona miała męża, on żonę. Ich związek trwał ponad dekadę i zakończył się na sali sądowej, był to wówczas wielki skandal. Eastwood konsekwentnie dyskredytował w mediach byłą partnerkę.

W narracji Clinta Sondra była malowana jednoznacznie, więc Richard też się do niej źle nastawił. Ja na tamtym etapie również miałem o niej takie wyobrażenie, jak pewnie większość opinii publicznej. Myślałem, że to zraniona kobieta, która z chęci zemsty opowiada farmazony na temat byłego partnera, czułem obawę przed rozmową z kimś takim. Czas zweryfikował te przypuszczenia.

Ale wróćmy do knajpki dla celebrytów – Richard był dla mnie przemiły, zapłacił za kolację. Pierwsze, co zrobiłem po wyjściu z restauracji, to zadzwoniłem do agenta w Nowym Jorku. "Chcę się wymiksować z tego projektu. Schickel ma wszystko, jego książka na pewno będzie kompletna, po co to dublować. Zmieńmy temat, wezmę wszystko, nawet Barbrę Streisand!". Nie zgodzili się i dobrze zrobili. Szybko się przekonałem, że Schickel wszystkiego nie miał.

Co więcej, kiedy wyszła jego książka, stało się dla mnie jasne, że pewne informacje znalazły się w niej głównie dlatego, iż oni wiedzieli, że ja w swoich poszukiwaniach nie odpuszczę, że dowiem się prawdy.

Jaka była ta niewygodna prawda, której tak się bali?

Nie wierzę w obiektywizm. Kiedy piszę, staram się być uczciwy, precyzyjny i zachować równowagę. Jednak nie wyciszam swojego głosu, bo to moja perspektywa czyni książki mocnymi. Dlatego kiedy ktoś mi zarzuca, że mam lewicowe poglądy, mogę tylko wzruszyć ramionami: tak, mam. Pochodzę też z katolickiej rodziny, z niższej klasy średniej. Ale bez względu na to zawsze staram się ze swoimi bohaterami spotkać w połowie, choć niektórych oczywiście lubię bardziej, a innych mniej. Natomiast nie widzę powodu, żeby coś ukrywać tylko dlatego, że bohater nie lubi o tym mówić.

Jego wizerunek sprowadza się do parafrazy motta, którym tak chętnie szafował Donald Trump: wszystko naprawię sam. Facet musi zrobić, co do niego należy. Sam, z gnatem (fot. Patrick McGilligan / Clint: The Life and Legend, OR Books, 2015)

Dlaczego mam nie pisać w książce o nieślubnych dzieciach, romansach czy manipulacjach, których Eastwood się dopuszczał, gdy był burmistrzem rodzinnego Carmel? Dlaczego miałbym nie dotykać kwestii jego poglądów politycznych, skoro gdy deklaruje libertarianizm, ja dostaję napadu śmiechu, bo to ewidentna bujda?

Jego wizerunek sprowadza się do parafrazy motta, którym tak chętnie szafował Donald Trump: wszystko naprawię sam. Facet musi zrobić, co do niego należy. Sam, z gnatem.

Taka deklaracja wydawała mi się powierzchowna i niebezpieczna, jeszcze gdy byłem w szkole. Jasne, kiedy rozmawiałem z Eastwoodem twarzą w twarz, był czarujący i elokwentny. Tak, uważam, że świetnie radzi sobie z prasą. Ale czy są granice, których nawet on nie jest w stanie przekroczyć? Oczywiście, i to zarówno jako artysta, aktor, jak i człowiek. Nikt z nas nie jest doskonały, człowiek to wielowymiarowa, nieoczywista bestia. O tym jest moja książka.

Historia Eastwooda jest nawet dla mnie – a nie jestem jego wielką fanką – interesująca, bo to opowieść o ewolucji wizerunku męskości w Ameryce.

O tym jest ta książka! Eastwood nie jest w moim typie jako facet, artysta czy polityk. Nie cierpię tej mitologii bohaterskiego kowboja czy policjanta celującego ze spluwy złoczyńcom między oczy, którą przejął od Johna Wayne’a i ulepszył, wzmocnił. Nie podoba mi się robienie z kobiet śmiesznych czy uroczych bezosobowych ozdobników – jak z prostytutek w "Bez przebaczenia", które są ciekawe, ale też pojawiają się tam tylko po to, żeby Clint dobrze wypadł.

Poza drobnymi wyjątkami persona Eastwooda jest reprezentatywna dla tej wizji Hollywood, którą niespecjalnie szanuję. Nie odmawiam mu sukcesu, tak samo jak nie wypieram faktu, że Trump był prezydentem. Jest jedną z największych gwiazd amerykańskiej popkultury. Ciekawi mnie dlaczego? Do kogo ten wizerunek przemawia? Śledzę wpływ tego wizerunku na ludzi, w relacjach miłosnych, przyjacielskich, biznesowych, politycznych i artystycznych. Uważam, że jest wyraźna zależność między jego poglądami a filmami, które robi.

Zdjęcia do filmu 'Akcja na Eigerze' w Zurychu, Szwajcaria (fot. Beat Albrecht / CC BY-SA 4.0)

Ciekawi mnie też to, że Eastwood wciąż pozycjonuje się jako uczciwy typ, człowiek z wartościami. A jednocześnie wiemy doskonale, że ma kilkoro nieślubnych dzieci, że więcej niż raz żył na dwa domy, że wyrzucił z domu partnerkę, zmienił zamki, po czym wysłał jej pozew. Dziś, w dobie #MeToo, akceptowanie takich zachowań jest nie do pomyślenia! Ale Eastwoodowi wszystko to uszło na sucho, zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym. Myślę, że bardzo dobrze zna swoją publiczność.

Pamięta pan słynną przemowę Eastwooda na konwencji Republikanów, skecz z pustym krzesłem, które miało symbolizować prezydenta Obamę?

Pierwsza oficjalna odsłona Eastwooda jako republikanina z prawej części sceny politycznej, choć mnie wydaje się raczej umiarkowany. Dotąd tylko wspierał prawicowych polityków, jak Reagan czy Nixon. Jechaliśmy wtedy chyba na zakupy, słuchaliśmy jego przemowy do Obamy w radiu. "Jesteś zaskoczony?" – spytała mnie żona. "Nie. Byłbym zaskoczony, gdyby na wiecu demokratów wspierał Obamę!". To by była ewolucja! A ona nie jest mocną stroną Eastwooda.

Lubiłem spaghetti westerny z jego udziałem, bo nie udawały, że są prawdziwe, przerysowanie było ich konstytutywną cechą. Ale potem jakby wziął sobie za punkt honoru pokazać, że on robi filmy prawdziwe, że jego bohaterowie są prawdziwi. Co jest o tyle problematyczne, że choć bywają rozrywkowe i ujmujące, to na pewnym poziomie są też bardzo obraźliwe. Clint jest skomplikowanym gościem, ale wiadomość, jaką wysyła światu, jest raczej prosta.

 

Eastwood sprzedaje pozór prawdy. Co mówi o nas to, że tak wielu ludzi w ten pozór wierzy?

Już w 1969 roku – roku Woodstock, Stonewall, pięć lat po zakazie dyskryminacji na podstawie rasy – było jasne, że Ameryka jest podzielonym krajem. Że około 50 proc. obywateli to prawicowo zorientowani, pełni uprzedzeń biali nacjonaliści, którzy nigdy nie zmienią zdania. Dziś jest tak samo, tylko ich strój się zmienił – noszą czerwone czapki "Make America Great Again". No, może liberalnych głosów jest obecnie nieco więcej ze względu na czynniki demograficzne. Ale USA pozostają narodem pękniętym.

A cały świat można zapewne podzielić na ludzi, którzy uwielbiają "Brudnego Harry’ego", i na tych, którzy go nie cierpią. Eastwood był wielką gwiazdą w 1969 i jest nią dziś. Przebiegły typ: opowiada o bohaterach i ofiarach, a to widzów porusza. Robi filmy, które wiele osób określa mianem empatycznych czy ciepłych. A jednocześnie są w nich zawarte wszystkie te same szowinistyczne, dyskryminacyjne bzdury, które były w "Brudnym Harrym"! Daje stary prezent, tylko pakuje go w nowy papierek.

Robi filmy z bohaterką kobiecą w centrum, na przykład "Za wszelką cenę", ale to nie są wcale filmy prokobiece.

Facet musi zrobić, co do niego należy. Sam, z gnatem... Dziewięć na dziesięć jego filmów sprowadza się do wiary, że broń rozwiąże każdy problem, jak w mitycznym świecie Dzikiego Zachodu. A uchodzi mu to na sucho, bo wkłada w fabułę sympatycznego Indianina albo odważną kobietę.

Wie pani, że w latach 70. był moment, gdy Eastwooda nazywano feministą? Robili to oczywiście głównie mężczyźni, ale i tak jest to kuriozalne. Miał być feministą, bo "dawał dobre role kobietom". Łaskawca jeden. To też przypadek "Za wszelką cenę". Czy Hilary Swank stanęła tam przed aktorskim wyzwaniem? Jasne. Ale czy jest postacią mocną lub feministyczną, bo jest pięściarką? Nie sądzę. Myślenie o przyjęciu przez bohaterkę zawodu stereotypowo męskiego jako o dowodzie siły do mnie nie przemawia. Poza tym zwróćmy uwagę, że nawet najciekawsze bohaterki w jego filmach przeważnie umierają, żeby on mógł szlachetnie pocierpieć, a potem pójść dalej. To przypomina jakiś komiks o Supermanie...

9 na 10 jego filmów sprowadza się do wiary, że broń rozwiąże każdy problem, jak w mitycznym świecie Dzikiego Zachodu (fot. Patrick McGilligan / Clint: The Life and Legend, OR Books, 2015)

Jego filmy są też pochwałą przemocy.

Eastwood jest uosobieniem toksycznej męskości. Wie pani, że w Szwecji, gdzie miałem gościnne wykłady, na męskich toaletach zamiast znaczka widziałem jego zdjęcie? Prawdziwy okaz: przystojny, magnetyczny. Narcyz. Często paraduje bez koszulki, widać, że się sobie podoba. To jest w jego twórczości istotne, bo powierzchowna atrakcyjność staje się często rozgrzeszeniem dla brzydkich zachowań. Eastwood całą karierę korzystał z rozmaitych stereotypów towarzyszących atrakcyjnym mężczyznom. Że takim to się należy, że pewnie babki same się o niego biją, że nie musi się starać, bo wygląda... No i jak nie lubić kogoś tak atrakcyjnego, nawet jeśli strzela do ludzi, a do tego tak świetnie się rusza i ma te wszystkie powiedzonka. Sam, mimo że nie akceptuję przesłania "Brudnego Harry’ego", przyznaję, że jest dobrą rozrywką.

Mnie śmieszy w jego późnych filmach to, że mimo osiemdziesiątki na karku on wciąż sobie przydziela rolę ogiera, zdobywcy. Nie muszę dodawać, że kobiecie nigdy by to nie uszło na sucho.

Pamięta pani, jak na początku "Gran Torino" Eastwood tak nieudolnie gra człowieka w złej formie? Patrzymy, jak kaszle, ale i tak wiemy, że pod koniec czeka nas jakaś wymagająca fizycznie szarża. Clint to facet, który wchodzi do saloonu, gdzie siedzi 37 chłopa, i zabija wszystkich bez pudła, mimo że ma maksymalnie dwa rewolwery. Oczywiście nie umiera nikt niewinny, a on odjeżdża, lekko utykając, bo został ledwie draśnięty.

Nie ukrywam, że z moich biograficznych bohaterów bliższy jest mi Jack Nicholson, etatowy przegryw Ameryki, którego historia ma więcej wspólnego z prawdziwą, pełną potknięć i porażek historią naszego kraju. Nicholson nie jest kryształowy. Popełnia błędy, wiele osób zranił. Jego życie to bałagan. Ale kaja się i mówi "przepraszam". Eastwood nie przeprasza. Jego świat to mitologia, symulacja, w której priorytetem są cele i uczucia mężczyzny. Jak w "Przemytniku" – ojciec skazuje się na więzienie, by zadośćuczynić za to, że był złym ojcem i mężem.

Eastwood jest uosobieniem toksycznej męskości (fot. Shutterstock)

Pamiętam, jaka byłam podczas tego seansu zła. To mentalność spod znaku Trumpa. Facet całe życie jest beznadziejnym, toksycznym ojcem i żenującym partnerem, ale po latach krzywdzenia innych dostaje szansę, by zadośćuczynić za grzechy. Jedna heroiczna akcyjka i wszyscy mu wybaczają dekady win i bólu...

A bohater Eastwooda, mimo że jakoś się poświęca, de facto żadnej kary za winy nie ponosi. Jeśli dobrze pamiętam, nawet zalicza w tym filmie trójkąt! Szczerze? Brak mi słów... Ale tu wrócę do książki. Teraz rozmawiamy o opiniach, a mnie w pisaniu biografii interesuje szukanie, proces. W książce nie oceniam, ale pokazuję. Dlatego myślę, że biografia "Clint. Życie i legenda" będzie ciekawa także dla tych, którzy Eastwooda traktują jak Boga, bo im bardzo dużo o tym Bogu powie.

Patrick McGilligan. Ur. 1951. Amerykański biograf i pisarz irlandzkiego pochodzenia. Jego biografia Alfreda Hitchcocka zatytułowana "Alfred Hitchcock: Życie w ciemności i pełnym świetle" była nominowana do nagrody im. Edgara Allana Poego. Pisał też o m.in. Jacku Nicholsonie, Alfredzie Brooksie, Fritzu Langu i Georgu Cukorze.

Anna Tatarska. Dziennikarka i recenzentka filmowa, współpracująca m.in. z magazynem "Vogue", Onetem i "Gazetą Wyborczą". Absolwentka filmoznawstwa i wiedzy o kulturze oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Ceni wolność w pracy i życiu. Za dużo mówi. Jej pasją są wywiady, wegetariańskie kulinaria i podróże, ale najbardziej lubi innych ludzi.