Rozmowa
Narcyz Witczak-Witaczyński, 'Rolnictwo i hodowla w majątku ziemskim' (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Narcyz Witczak-Witaczyński, 'Rolnictwo i hodowla w majątku ziemskim' (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

O pańszczyźnie i tym, że nadal nosimy w sobie jej piętno, dyskutujemy od dobrej dekady. Wiemy, że 90 procent z nas pochodzi od chłopów. Wiemy, że nasi przodkowie byli niewolnikami. Wiemy, że narracja, którą przyswoiliśmy w szkole – o wsi spokojnej, wsi wesołej – ma niewiele wspólnego z prawdą. Niedawno w mediach temat powrócił w sporze między Szczepanem Twardochem a Maciejem Radziwiłłem. Dlaczego dokładasz do tej dyskusji kolejną cegiełkę?

Bo choć dyskutujemy, to mało kto pyta o wyobrażenia, na jakich opiera się ta dyskusja, i dlaczego wciąż powtarzamy te same frazesy. Ktoś mówi tak jak Twardoch: pańszczyzna była niedobra, to polskie niewolnictwo, a potem odzywa się jakiś Radziwiłł i mówi: nie, skądże, nie było tak źle, trzeba pańszczyznę rozumieć w kontekście historycznym.

To wyobrażenie o pańszczyźnie ukształtowało się tuż po wojnie. Wtedy faktycznie badano ten temat, by w latach 60. zupełnie go porzucić. Od tego czasu w sporze o pańszczyznę właściwie nic się nie zmieniło. Ciągle wracamy do tych samych kwestii, ciągle spieramy się o to samo, podczas gdy nasze wyobrażenia o pańszczyźnie są albo nieprawdziwe, albo oparte na licznych uproszczeniach.

Podaj przykład.

Jest ich wiele, ale powiem o ogólniku, którym sama się posłużyłaś. To nieprawda, że 90 procent Polaków pochodzi od chłopów pańszczyźnianych. Nie wiemy, ilu z nas od nich pochodzi. W pewnym momencie historycy uznali, że szlachty było 10 procent. To założenie wyssane z palca. Prawdopodobnie opierało się na uśrednieniu: na Wileńszczyźnie było 20 procent szlachty, a w Wielkopolsce zaledwie kilka procent, czyli średnio było niby 10. Tyle że jak dokładnie przewertujemy źródła, to okaże się, że szlachta stanowiła ledwie kilka procent społeczeństwa.

W mojej książce staram się przebić kordon analogicznych ogólnikowych, wyświechtanych, publicystycznych sformułowań. Chcę zobaczyć, jak to faktycznie wtedy było.

I naprawdę ma to aż takie znaczenie, że może nie 90, ale 95 albo 96 procent z nas pochodzi od chłopów pańszczyźnianych?

Ale nie wiemy nawet, czy większość z nas pochodzi od chłopów pańszczyźnianych. Może właśnie znacznie mniej z nas ma takie pochodzenie!

To nieprawda, że 90 procent Polaków pochodzi od chłopów pańszczyźnianych. Nie wiemy, ilu z nas od nich pochodzi (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Jak to?

Kiedy już pozbędziesz się tych rozlicznych klisz na temat okresu pańszczyzny, to wyłoni się krajobraz znacznie bardziej skomplikowany niż ten oparty na podziale społeczeństwa na szlachtę i chłopów pańszczyźnianych.

Przede wszystkim musimy zdać sobie sprawę, że ówczesne społeczeństwo było znacznie bardziej różnorodne niż nasze. Nie istniały mechanizmy, które spajały poszczególne wsie w jedną całość zwaną Polską. Antropologowie mówili o tamtej rzeczywistości: co wieś, to pieśń, bo każda wieś tworzyła osobną wyspę. W skali globalnej Polska funkcjonowała raczej jak rozrzucona po archipelagu Polinezja niż geograficznie bliższa Francja, gdzie społeczeństwo było - jak na ówczesne czasy - bardziej scentralizowane.

Poza tym pańszczyzna była ograniczona przestrzennie, to znaczy zorganizowana wokół arterii rzecznych, którymi transportowano zboże. A im dalej od rzek, tym system poddaństwa miał więcej dziur. Na przykład budnicy, od których zaczynam moją książkę, w ogóle nie pasują do podziału na szlachtę i chłopów. To byli rzemieślnicy, mieszkali w lasach i zajmowali się przemysłem drzewnym. Byli wolnymi ludźmi, często uciekinierami ze wsi pańszczyźnianych.

Kategorii umykających temu podziałowi jest znacznie więcej i ja staram się je opisać. W tamtym czasie w Wielkopolsce tylko w co drugiej wsi był folwark, gdzie indziej istniały też osady na prawie wołoskim, czyli takie, w których chłopi płacili panu czynsz, a nie odrabiali pańszczyznę na jego ziemi. Nie jest więc pewne, czy chłopów pańszczyźnianych, czyli naszych rodzimych niewolników, była większość, czy może tylko połowa. Ale 90 procent brzmi znacznie lepiej, choć niekoniecznie ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Idźmy dalej. Kiedy mówię "chłopi pańszczyźniani", to jaki obraz widzisz?

Rząd takich samych biednych chat, za chatą pole, na polu chłop za pługiem.

No właśnie, jak na obrazach Chełmońskiego, jak w "Chłopach" Reymonta albo jak u Kargula i Pawlaka z filmu "Sami swoi". To wyobrażenie jest bardzo głęboko w nas zakorzenione, tyle że ono odnosi się do chłopa już uwłaszczonego, orzącego własną ziemię. Ludność pańszczyźniana żyła na zupełnie innej planecie.

Jakiej?

Chłop pańszczyźniany był przede wszystkim prekariuszem i w tym sensie był nam znacznie bliższy niż taki Kargul i Pawlak. Nie dość, że pracował za darmo na nie swojej ziemi, to jeszcze w każdej chwili jego pan mógł go eksmitować i przenieść do innej wsi. Chodziło o to, by chłopi zanadto nie przywiązywali się do nie swojej przecież ziemi, do nie swojego domu i obejścia. Mieli być niezakorzenionymi nigdzie nomadami – ludźmi pozbawionymi przeszłości, a jednocześnie niepewnymi jutra. Innymi słowy, ich życie toczyło się w wiecznie zapętlonym teraz. Właśnie z tego powodu kultura ludowa wyrażała się w muzyce, bo muzyka jest tu i teraz.

Co ciekawe, często o chłopach myślimy w kategoriach bogoojczyźnianych, tymczasem chłop pańszczyźniany nie był w ogóle religijny, bo w kościele, do którego zaganiano go raz w tygodniu, ksiądz mówił po łacinie. Kościół nie miał wówczas realnego wpływu na relacje międzyludzkie, tak jak to było w XX wieku i jak jest dziś.

'Bociany' Józefa Chełmońskiego (fot. Domena publiczna)

W takim razie jak powinniśmy sobie tego chłopa wyobrażać?

Właśnie, mówimy "chłopi pańszczyźniani", podczas gdy to nie chłop wykonywał większość robót. Już w czasach pańszczyzny co trzecie wiejskie gospodarstwo miało służbę! Dlatego lepszym obrazem statystycznego pańszczyźniaka jest służąca we dworze, pomywaczka, kucharka czy mamka albo parobek pasący bydło czy przynoszący wodę. Co więcej, zamożniejsi chłopi do odrabiania pańszczyzny mieli ludzi. Chłopa za pługiem oczywiście też można było spotkać, ale raczej jako wyjątek niż regułę. Dlatego w mojej książce słowo "chłop" pojawia się nie jako nazwa klasy, ale w znacznie węższym znaczeniu – jako głowa rodziny włościańskiej.

Dobrze, ale nawet jeśli świat pańszczyźniany był – jak piszesz – znacznie bardziej zróżnicowany, niż go sobie wyobrażamy, jeśli to archipelag wysp, pomiędzy którymi była wolność, to wciąż tym, co organizowało tamten świat, co go zszywało, była naga przemoc.

Oczywiście. Jej widmo przerażało każdego, także tych, którzy nie musieli akurat nadstawiać pleców, jak w ukryci w puszczy budnicy czy górale. Za ucieczkę od pana groziło obcięcie nosa lub uszu, za inne przewiny można było skończyć na palu albo dostać kilkaset batów. Taka ekstremalna przemoc nie wydarzała się codziennie, ale fakt, że poddani nigdy nie wiedzieli, czy zwykła reprymenda nie eskaluje do krzyku, a ten nie przerodzi się w rękoczyny, które doprowadzą do śmierci, sprawiał, że żyli w permanentnym strachu.

Przemoc nie rządzi się prawami statystyki. Zresztą podobny mechanizm psychologiczny obserwujemy dziś wśród Afroamerykanów. Odsetek osób, które giną z rąk białych policjantów w skali całej społeczności czarnoskórych w Stanach Zjednoczonych, jest niewielki, a mimo to każdy Afroamerykanin obawia się białego policjanta. Tak samo czuli się pańszczyźniacy.

Tyle że znowu trzeba zaznaczyć, że przemoc w społeczeństwie pańszczyźnianym była trochę inaczej zorganizowana, niż zwykliśmy to sobie wyobrażać.

Myślimy: szlachta biła, torturowała i zabijała chłopów. I to jest oczywiście prawda, ale chłopi odreagowywali upokorzenia na swoich najbliższych: kobietach, dzieciach oraz służbie. Poza tym pan na włościach, by utrzymać władzę, w oczach poddanych musiał być dobrym panem, więc najczęściej to nie on bił, tylko delegował przemoc na innych chłopów. Ten system nigdy by się nie utrzymał, gdyby był zorganizowany na absolutnym podziale bijąca szlachta – bici chłopi. By trwać, potrzebował też jakiegoś rodzaju sojuszu. Tym sojuszem był patriarchalny pakt pomiędzy ojcami umiejscowionymi na różnych szczeblach hierarchii – od arystokracji, przez szlachtę, po chłopstwo. Ten uścisk męskich dłoni, który znaczy tyle co "ja biję ciebie, ale daję ci wolną rękę, byś bił słabszych od siebie", trzymał w karbach strukturę społeczną.

Czyli szlachcie niższego szczebla też groziła przemoc ze strony osób wyżej sytuowanych?

Na samym początku książki opowiadam o tym, jak Marcin Mikołaj Radziwiłł powiesił na szubienicy podwładnego tylko dlatego, że człowiek ten, chcąc przypodobać się swojemu panu, nie odstępował go na krok. Chciał być na każde zawołanie i zawsze do usług, co zirytowało Radziwiłła na tyle, że postanowił powiesić go na szubienicy. Ostatnie słowa, które usłyszał od pana skazaniec, brzmiały: "Teraz waćpan będziesz mi zawsze na widoku". Bo służba owszem, miała pozostawać na widoku i być na każde skinienie, ale jednocześnie miała to wszystko robić tak, jakby nie istniała. A pan dysponował nie tylko jej życiem, ale i śmiercią – niezależnie od tego, kim faktycznie był poddany. Człowiek, którego powiesił Radziwiłł, nie był chłopem, lecz szlachcicem.

Marcin Mikołaj Radziwiłł (fot. Domena publiczna)

Szlachta, podobnie jak chłopi, nie stanowiła jednolitej masy i tak zwana lumpenszlachta doświadczała przemocy ze strony magnatów. W szkole dużo uczymy się o demokracji szlacheckiej, która podobno była bardziej otwartym i tolerancyjnym systemem władzy, przynajmniej dla tych 10 procent ludności. Coś takiego po prostu nie istniało! Istniała hierarchia bicia.

Czyli każdy musiał mieć swojego "chama", by poczuć się człowiekiem.

"Chamstwo" jest właśnie o tym: co znaczyło być człowiekiem w czasach pańszczyzny. Szlachcic wcale nie był człowiekiem tak po prostu, podobnie jak nie był nim chłop. Człowiekiem był pan. Kategoria "pana" jest dla mnie kluczowa, bo pozwala skomplikować zbyt uproszczony podział tamtego społeczeństwa na szlachtę i chłopów. Pan, żeby być panem, musiał mieć swojego niewolnika. Panami byli więc właściciele ciał pańszczyźnianych, ale panem mógł stać się także chłop jako głowa rodziny czy właściciel służby. Mamy tu więc do czynienia z mariażem kategorii klasowych i płciowych. Człowiekiem można było się stać, pozbawiając kogoś innego człowieczeństwa – temu właśnie służyło bicie. Ale człowieczeństwo nie było dane raz na zawsze, trzeba je było nieustannie potwierdzać w przemocy.

Oczywiście osobie, która urodziła się w stanie szlacheckim, było bliżej do człowieczeństwa niż chłopom, bo relacje klasowe stanowiły rusztowanie struktury społecznej i były trzonem każdej pojedynczej tożsamości. Niemniej jednak nie wystarczają one, by zrozumieć, jak naprawdę działał świat pańszczyźniany.

Kim w takim razie był tytułowy "cham"?

Słowo pochodzi od imienia jednego z synów Noego. W Starym Testamencie Cham widzi swojego ojca pijanego i nagiego i w odróżnieniu od braci nie odwraca się, tylko patrzy. Noe przeklina go, mówiąc, że odtąd będzie niewolnikiem niewolników – to tłumaczenie dokonane przez jezuitę Jakuba Wujka pojawia się w polszczyźnie w 1599 roku, ale już w 1632 roku w przekładzie protestanckiej Biblii gdańskiej Cham jest sługą sług, podobnie w Biblii Tysiąclecia z 1965 roku – też jest służącym.

W XVI-wiecznej polszczyźnie niewolnicy przepoczwarzyli się w służbę, podczas gdy w tym samym czasie w Europie Zachodniej zaczęto używać słowa "sclavus" do mówienia o niewolnikach, wcześniej mówiono o nich per "servus", czyli właśnie sługa. Ta zmiana związana była wyłącznie z pochodzeniem służących. Niewolnik jest kimś z zewnątrz, jak czarnoskórzy w Stanach Zjednoczonych, "servus" to rodzimy niewolnik. Tak więc powinowactwo niewolnictwa i służebności jest oczywiste, ale tylko w języku polskim i rosyjskim Cham stał się nazwą grupy ludzi usytuowanych na samym dnie drabiny społecznej, nazwą niewolniczego popiołu – służby, kobiet i dzieci. Wszyscy plasujący się trochę wyżej mogli zwalczyć chama w sobie, odreagowując na innych pasma upokorzeń. Jak poczyta się materiały źródłowe, to widać, że chłopi byli świadomi tego mechanizmu. Wiedzieli, że gdyby sami nie bili innych chłopów, władza możnych przestałaby istnieć. Wiedzieli, że to oni sami utrzymywali przemocowy ład.

Kacper Pobłocki (fot. J. Sokołowski)

Co stało się z chamami po zniesieniu pańszczyzny?

Nic, ich los wręcz się pogorszył. Weźmy choćby "Ferdydurke" – chamstwo to służba z międzywojennych dworków: lokaj, dziewka, kucharka, pomywaczka. W 1918 w polskich miastach pracowało ponad 250 tys. służących, a w 1938 roku służbą domową parało się już pół miliona osób. Wiele rodzin robotniczych też miało swoje Kasie i Marysie od gotowania i sprzątania. Dialektyka pana i służącego przetrwała, mimo że pańszczyzny już nie było.

I trwa do dziś?

Żyjemy w społeczeństwie, w którym jest coraz mniejsze przyzwolenie na przemoc. I to moim zdaniem wielka zasługa pokoleń kobiet, ich cichej pracy nad przedefiniowaniem tego, jak rozumiemy bycie w relacji z kimś innym. Wiem to z własnego doświadczenia, bo wychowały mnie mama i babcie i to one – w przeciwieństwie do ojca czy dziadka – uczyły mnie innego typu wrażliwości.

Niemniej jednak wszędzie tam, gdzie ktoś potwierdza swoją pozycję – czy to w rodzinie, czy w pracy – poprzez gnojenie kogoś innego, czyli jest kimś, bo ktoś inny jest dla niego nikim, wszędzie tam patriarchat jako relikt społeczeństwa folwarcznego ma się dobrze. Wydaje mi się, że najdłużej przetrwał on właśnie w rodzinie, skoro wciąż wracają dyskusje, czy dzieci można bić.

A także jak powinna wyglądać "normalna" rodzina. Mam wrażenie, że tego typu dyskusji jest w ostatnim czasie więcej niż mniej. Myślisz, że świat pozbawiony ojcowskiej władzy majaczy gdzieś na horyzoncie?

Kiedy zbierałem materiały do "Chamstwa", urodziło mi się dziecko, więc ta książka siłą rzeczy opowiada o figurze ojca. I oprócz przemocy wpisanej w model folwarczno-patriarchalny opisuje też próby umknięcia tej logice. Wspominałem już o budnikach, piszę też o Kozakach i różnych chłopskich utopiach, ale moim ulubionym rozdziałem jest ten poświęcony arianom, wspólnocie religijnej, która odmówiła uczestniczenia w społeczeństwie klasowym. Arianie to dowód, że już wtedy inny świat był do wyobrażenia. Dziś tym innym światem jest na przykład rodzicielstwo bliskości, które w odróżnieniu od ideologii patriarchalnej widzi w dziecku pełnoprawną, autonomiczną osobę – rodzic nie tyle zarządza, ile traktuje z godnością.

Książka "Chamstwo" Kacpra Pobłockiego do kupienia w formie booka na Publio.pl

Kacper Pobłocki. Doktor habilitowany nauk humanistycznych, antropolog społeczny i historyczny, wykładowca w interdyscyplinarnym Centrum Europejskich Studiów Regionalnych i Lokalnych Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 2009–2014 wspomagał powstawanie i rozwój ruchów miejskich w Polsce, m.in. jako koordynator merytoryczny I Kongresu Ruchów Miejskich. Autor książki "Kapitalizm. Historia krótkiego trwania". Współautor książek "Antybezradnik przestrzenny – prawo do miasta w działaniu" (z Lechem Merglerem i Maciejem Wudarskim) oraz "Architektura niezrównoważona" (z Bogną Świątkowską).

Magda Roszkowska. Dziennikarka i redaktorka.