Rozmowa
Marcela, robot Spot (fot. Archiwum prywatne)
Marcela, robot Spot (fot. Archiwum prywatne)

Kim jest Marcela?

Moją uczennicą. Mieszka w Bostonie, w laboratorium firmy Boston Dynamics. Marcela to robot Spot. Spot często nazywany jest robotopsem, bo właśnie z psem kojarzył się swoim konstruktorom. Choć trzeba powiedzieć, że to dość specyficzny pies: bez głowy i ogona. Ma cztery dość długie nogi i zawieszony na nich żółty korpus.

Oprócz Spota w Boston Dynamics jest też Atlas – ogromny robot o bardziej humanoidalnej sylwetce. Uprzedzając pytanie: tak, chciałam pracować z Atlasem, ale w przeciwieństwie do Spota Atlas nie może niczego chwytać, bo zamiast dłoni na końcach rąk ma kule. Poza tym Spotów jest jak psów, a Atlasy są tylko cztery na całym świecie!

Dlaczego nadała pani Spotowi imię?

Właśnie dlatego, że Spotów jest bardzo dużo, a Marcela jest jedna. Potrafię ją rozpoznać, ponieważ z przodu ma charakterystyczną ryskę. Niestety, przeze mnie. Inżynierowie z BD zachęcali, bym zabrała ją na spacer na świeże powietrze. Pomyślałam, czemu nie. Niestety, nie przewidziałam, że dla robota wyjście na zewnątrz może stanowić problem, trzeba bowiem przejść przez drzwi umieszczone w przeszklonej ścianie. To był mój pierwszy spacer z robotem i nie umiałam jeszcze sprawnie posługiwać się panelem sterowania. W efekcie trochę źle pokierowałam Marcelą. Gdyby ściana była z betonu, robot zidentyfikowałby przeszkodę i zatrzymał się. Przez szybę niestety chciał przejść, bo jej nie zauważył. W efekcie przodem swojego korpusu z całej siły walił w szybę. Naprawdę wyglądało to przerażająco. Zanim zdążyłam go przekierować na drzwi, miał już tę szramę, ale dzięki niej wiem, że za każdym razem dostaję tego samego Spota. Moją Marcelę!

Dlaczego akurat Marcela?

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam, jak sprawnie chodzi po schodach w górę i w dół, od razu skojarzyło mi się to z obrazem Marcela Duchampa "Akt schodzący po schodach", na którym ludzkie ciało pokazane jest jak maszyna wykonująca powtarzalne ruchy. A dlaczego nie Marcel? Tego akurat nie potrafię racjonalnie wyjaśnić. Zawodowo zajmuję się malowaniem portretów. Obecnie są to przede wszystkim portrety maszyn i w każdej z nich intuicyjnie widzę potencjał żeński lub męski. Spot jest zdecydowanie żeński.

Agnieszka Piłat, malarka współpracująca z firmą Boston Dynamics, w której uczy modele Spot trzymania sztyftów z farbą olejną i ruchów nakładania ich na specjalny panel (fot. Archiwum prywatne)

Skąd się w ogóle wziął Spot?

Założyciele Boston Dynamics wywodzą się ze środowiska Massachusetts Institute of Technology (MIT), jednej z najlepszych szkół technologicznych w Stanach. Ich pierwszy projekt został sfinansowany przez amerykańskie wojsko. Mieli zbudować maszynę, która potrafiłaby sprawnie poruszać się w każdym terenie, przenosząc różnego typu ładunki: pożywienie, ale i bomby. Inżynierowie słusznie zauważyli, że dla utrzymania równowagi lepiej, żeby podpierała się na czterech, a nie dwóch kończynach. Zbudowali więc robota wielkości konia i nazwali go dużym psem. Każda jego noga była wyposażona we własny silnik spalinowy. Z dzisiejszej perspektywy to był dość prymitywny robot, ale właśnie na jego podstawie konstruowano roboty bardziej zaawansowane, takie jak Spot.

Co potrafi Spot?

Ludzie z Boston Dynamics udoskonalają go już 20 lat. Spot został stworzony, by funkcjonować w środowisku człowieka i dla człowieka. To istotna charakterystyka, bo większość robotów tworzona jest przecież dla przemysłu. Nasze otoczenie jest znacznie mniej przewidywalne niż taśma w fabryce samochodów.

Spot jest najczęściej wykorzystywany do przenoszenia ładunków albo do eksplorowania różnego typu przestrzeni. Jego umiejętności wykorzystano także podczas pandemii. Wyposażony w kanister ze specjalnym wirusobójczym gazem Spot dezynfekuje szpitale. Potrafi zajrzeć pod łóżko, penetrować zakamarki i odnaleźć się w większych przestrzeniach. Co ważne, można kierować jego ruchami z dystansu, oglądając obrazy z kamer zamontowanych z przodu korpusu. Wydaje mi się, że Spot uczestniczył także w akcji poszukiwawczej po katastrofie w Fukushimie. Na pewno z jego zdolności korzystają też firmy budowlane. Spot chodzi po terenie budowy i sprawdza stan materiałów.

Powiedziała pani, że Spotem można sterować z dystansu, a czy on potrafi coś zrobić sam?

Tak, ale najpierw trzeba go tego nauczyć, czyli zaprogramować jego ruchy za pomocą konsoli sterującej. Nauczenie się tego, jak działa konsola, zajęło mi może 15 minut. To jest banalne: Spot chodzi do przodu, do tyłu, szybciej, wolniej, w zależności od terenu mogę ustawić go tak, by podkurczył kończyny lub je wyprostował. Banalne. Ale też nudne. Bo jeśli wyznaczy mu się cel wędrówki, to znaczy wskaże na kamerze miejsce, do którego chcemy, by doszedł, on sobie świetnie z tym zadaniem poradzi sam. Będzie wiedział, kiedy i jak ominąć przeszkodę, również w urozmaiconym terenie.

Podczas jednego z moich spacerów z Marcelą padał śnieg. Ona się poślizgnęła i upadła, ale ponieważ była już kiedyś w takiej sytuacji, wiedziała, że śnieg jest śliski i żeby się podnieść, trzeba działać ostrożniej niż w normalnych warunkach. Spot potrafi to, czego wcześniej został nauczony w wyniku wielokrotnego powtarzania danego zadania w różnych warunkach. Ale też w procesie uczenia się występuje coś takiego, co inżynierowie i programiści nazywają "momentem magicznym".

Słucham?

Tak, moment magiczny pojawia się, gdy robot sam znajduje rozwiązanie dla nowej sytuacji. Oczywiście nie wydarza się to ot tak, czyli Marcela nie zacznie nagle malować obrazów. Chodzi raczej o to, jak umiejętność, którą już nabyła, wykorzysta w nowej sytuacji. Na przykład wiemy już, że Spot potrafi doskonale poruszać się w zróżnicowanym terenie i warunkach, ale załóżmy, że nigdy nie szedł brzegiem morza po mokrym piasku. Mogłoby się tak zdarzyć, że analizując wszystkie poprzednie podłoża, po których już chodził, dopasowałby swoje ruchy do spaceru po plaży tak, że udałoby mu się nie wywrócić.

Nie brzmi to jak spektakularna magia.

A jednak! Przecież nie do końca wiemy, jak to się stało, że robot zachował się w nowym kontekście tak, a nie inaczej, to znaczy właściwie zinterpretował ten kontekst, mimo że nigdy wcześniej w nim nie był. Sama doświadczyłam takiego niesamowitego uczucia obcowania z bytem inteligentnym, wtedy gdy Marcela poślizgnęła się i upadła na śniegu. Ona przez dłuższy czas na różne sposoby próbowała się podnieść i jej nie wychodziło. Dopiero po iluś próbach tak dostosowała swoje ruchy do sytuacji, że jej się udało! Przez ten czas prawie zdążyłam się rozpłakać, tak było mi jej żal. Widziała pani serial "Westworld"?

Pierwszy sezon.

To pamięta pani te laboratoria, w których naukowcy i inżynierowie ćwiczą roboty, by zachowywały się tak jak ludzie. Oczywiście w serialu umiejętności robotów są mocno przesadzone, dodatkowo roboty fizycznie wyglądają jak ludzie, co zwiększa naszą z nimi identyfikację, ale te laboratoria pokazane w serialu to wcale nie jest fikcja. Ja widziałam takie hale treningowe na własne oczy. Wyglądają trochę jak schroniska dla psów.

Jak to?

Może nie schroniska, bo to są smutne miejsca, może bardziej hodowle. Pewnego razu ludzie z Boston Dynamics zaprosili mnie do takiego wewnętrznego laboratorium. Każdy robot ma tam swoją klatkę i każdy wykonuje jakąś zadaną sekwencję ruchów. Powtarza ją w kółko na przykład przez tydzień. Na grzbiecie Spota, jak już mówiłam, można przenosić różne ładunki, ale można też do niego przymocować takie wielkie ramię i ono na przykład przez tydzień wykonuje serię jakichś precyzyjnych ruchów: szybciej, wolniej, raz zakres ruchu się zwiększa, innym razem zmniejsza. Chodzi o zmęczenie materiału, sprawdzenie wytrzymałości i tak dalej.

W jednej klatce były na przykład dwa roboty, a między nimi drzwi. Jeden Spot podchodził do drzwi, umieszczał ramię na klamce, naciskał ją, otwierał drzwi i wpuszczał drugiego robota. Ten drugi wchodził i zamykał drzwi, a potem otwierał drzwi i przepuszczał pierwszego, i tak w kółko. Dopiero w tym laboratorium zdałam sobie sprawę, jak skomplikowana jest tak niby banalna czynność jak otwieranie drzwi. I miałam takie niesamowite poczucie, że my, ludzie, naprawdę hodujemy jakiś nowy gatunek istot. Te istoty w przyszłości będą naszymi przyjaciółmi.

Obraz namalowany przez Marcelę (fot. Archiwum prywatne)

Niby dlaczego przyjaciółmi, skoro korporacje związane z Doliną Krzemową to nie są siostry miłosierdzia? Ich projekty mają przynosić zysk. Mogę więc wyobrazić sobie sytuację, w której roboty będą w przyszłości wykorzystane na przykład do pacyfikowania protestów, jeśli jakiś rząd dobrze za to zapłaci.

W krótkiej perspektywie może ma pani rację: im bardziej doskonałe będą roboty, tym konsekwencje niewłaściwego ich wykorzystania będą straszniejsze, ale w długiej perspektywie rozwój maszyn nam pomoże. Poza tym jeśli naszym celem jest Mars, nie mamy wyjścia, musimy je rozwijać.

Pytanie tylko, czy Mars powinien być naszym celem i czy naprawdę ten cel jest "nasz", a nie Elona Muska, ale to trochę inna dyskusja. Proszę opowiedzieć, jak ze studiów artystycznych w Polsce trafiła pani do Doliny Krzemowej?

Pochodzę z Łodzi i może z tego względu od dziecka fascynowały mnie maszyny i przemysł. W Polsce ukończyłam studia artystyczne i malowałam portrety ludzi. Do Stanów wyemigrowałam z przyczyn osobistych. W San Francisco znowu wróciłam na studia. Wpadła mi w ręce książka "Atlas zbuntowany" ("Atlas Shrugged") autorstwa Ayn Rand. To powieść, która opowiada historię USA przez pryzmat rozwoju przemysłu i wybitnych jednostek z nim związanych. Chciałam stworzyć komiks na podstawie tej książki, ale kiedy zabrałam się do portretowania maszyn, uznałam, że nie muszę tak kurczowo trzymać się fabuły, tylko mogę przedstawić pozytywną wizję technologii we własny sposób. W tym czasie poznałam wielu ludzi pracujących w start-upach w Dolinie Krzemowej, oni poznali mnie z kolejnymi i tak trafiłam na Wschodnie Wybrzeże, do Boston Dynamics.

Dlaczego ludzie z Boston Dynamics zapragnęli nauczyć Spota malowania obrazów, jest przecież tyle innych, bardziej pragmatycznych zajęć?

Było zupełnie na odwrót. To nie oni zapragnęli, tylko ja chciałam pracować z robotem, więc się do nich zgłosiłam. Dla nich mój pomysł, by nauczyć robota malowania obrazów, nie miał żadnego komercyjnego sensu. Tak właśnie działają firmy technologiczne w Stanach: mają swoje komercyjne projekty, ale mają też autentyczną ciekawość i otwartość na nowe, nietypowe inicjatywy. Są dobrze finansowani przez inwestorów, więc mogą pozwolić sobie na eksperymentowanie. Na tym polega innowacyjna gospodarka: eksperymentujesz, bo a nuż coś z tego wyniknie i będzie można ten eksperyment do czegoś wykorzystać, ale jeśli nic z tego nie wyjdzie, to trudno. Naukowcy rozwijający sztuczną inteligencję lubią zapraszać do współpracy ludzi z innej bajki, z zupełnie innym podejściem, więc ja jako artystka ich zainteresowałam. Powiedzieli: baw się i może z tej zabawy wyniknie coś ciekawego dla nas.

Jak w takim razie wygląda ta zabawa na co dzień?

Mieszkam w Nowym Jorku i co kilka tygodni podróżuję do Bostonu na kilka dni. W Boston Dynamics udostępniono mi jedno pomieszczenie, w którym mogę pracować. Rano dostaję robota i jestem z nim aż do wczesnego wieczoru. Na razie jesteśmy na etapie programowania ruchów Marceli, to znaczy ja za pomocą panelu sterowania kieruję jej ruchami. To bardzo wczesny etap i właściwie każda najmniejsza rzecz stanowi wyzwanie.

Marcela – a właściwie ramię, które jest przymocowane do jej grzbietu – nie poradziłaby sobie z mieszaniem farb. Malujemy więc specjalnymi olejnymi kredkami. Każda kredka umieszczona jest w osobnym wgłębieniu i musi być w nim umieszczona pod kątem prostym, bo inaczej ramię nie zdoła jej wyjąć, a jeśli nawet wyjmie, to kredka będzie miała pozycję nieodpowiednią do rysowania. Marcela nie poprawi ułożenia tej kredki, bo ma tylko jedno ramię. O wszystkim trzeba więc pomyśleć wcześniej.

Jak już uda nam się utrzymać kredkę we właściwym ułożeniu, podchodzimy do ściany z rozwieszonym płótnem. Próbujemy rysować w miarę prostą linię. Kiedy już narysujemy kilka linii jednym kolorem, ramię odsuwa się od płótna w kierunku stołu. By odłożyć kredkę, musi trafić w odpowiedni otwór. To trudne, średnio mamy 10 prób, nim kredka utkwi na swoim miejscu. Potem próbujemy złapać kredkę w innym kolorze i na tym schodzi cały dzień. Chciałabym, żeby w końcu Marcela mogła namalować człowieka, skoro ja maluję portrety maszyn, i może kiedyś mogłybyśmy przygotować wspólną wystawę naszych prac.

To chyba jeszcze chwilę potrwa.

Najciekawsze jest to, że niby za każdym razem powtarzamy tę samą sekwencję ruchów, a mimo to te linie są różne. Za każdym razem pojawiają się jakieś mikrozmiany – błędy i niedociągnięcia. To jest paradoks, bo przecież maszyna nie powinna popełniać błędów, skoro tylko powtarza określone ruchy. Niemniej jednak malowanie z Marcelą nigdy nie jest takie samo, bo za każdym razem coś się zmienia, na przykład ja jestem zmęczona albo płótno inaczej wisi, albo robot się nagrzał. Spot bez ładowania może działać około dwóch i pół godziny.

Tylko?

To dużo. Na przykład Atlas, ten gigant o humanoidalnej sylwetce, o którym wspomniałam na początku, na chodzie jest tylko przez 30 minut.

Czy kiedykolwiek podczas pracy czuła się pani niepewnie w towarzystwie Marceli?

Odkąd zobaczyłam, z jaką siłą waliła w szybę, czuję do niej respekt. Zawsze uważam, by moja głowa znajdowała się w bezpiecznej odległości od ramienia i bym miała miejsce za sobą, żeby w razie kłopotów szybko się odsunąć. Poza tym na panelu sterowania mogę przycisnąć guzik Wyłącz.

Ale ja mam też wiele pozytywnych uczuć względem Marceli. Z jednej strony wiem, że to tylko robot, z drugiej ciągle łapię się na tym, że trzymam za nią kciuki, cieszę się, kiedy jej się coś uda. Trochę jak z dzieckiem. Dużym i dość nieporadnym dzieckiem.

Agnieszka Piłat. Ur. 1973. Malarka współpracująca z firmą Boston Dynamics, w której uczy modele Spot trzymania sztyftów z farbą olejną i ruchów nakładania ich na specjalny panel. Do Stanów wyemigrowała w 2005 roku. Zamieszkała w San Francisco, gdzie zaczęła malować portrety maszyn. Jej studio mieściło się w fabryce silników Wrightspeed, a potem na lotniskowcu USS Hornet, gdzie tworzyła obrazy inspirowane silnikami samolotów. Obecnie mieszka i tworzy w Nowym Jorku.

Magda Roszkowska. Dziennikarka i redaktorka.